PiS odzyskało Wawel

PiS odzyskało Wawel

Decyzja kard. Dziwisza każe zadać pytanie dziś może najważniejsze: o charakter stosunków Kościół-państwo

Piszę te słowa w czwartek, 15 kwietnia, nie wiem więc, co przyniesie najbliższa niedziela – jak przebiegnie pochówek pary prezydenckiej w podziemiach katedry wawelskiej. Ale już dziś wiem jedno: zdeptano polską tradycję.
Pamiętajmy: Kraków był stolicą Polski aż do rozbiorów. Był nią w sensie formalnym, bo faktycznie dwór królewski rezydował – od czasu Zygmunta III – najczęściej w Warszawie. Jednak nawet wtedy pozostał Wawel miejscem królewskich koronacji i królewskich pogrzebów. Chowano królów na Wawelu, ponieważ Kraków był stolicą.
Z prezydentami rzecz ma się zupełnie inaczej. XX-wieczna Warszawa była nie tylko miejscem ich rezydencji. Była stolicą – formalną i faktyczną. Pomysł, by kolejnych prezydentów grzebać na Wawelu, byłby dziwaczny, nigdy też przez nikogo nie był rozpatrywany. Dlatego pierwszy prezydent, prof. Gabriel Narutowicz, został pochowany w Warszawie – w archikatedrze św. Jana.
Otwieranie Wawelu dla Lecha Kaczyńskiego stanowi więc precedens – i to precedens groźny. Owszem, takiego otwarcia nikt nie będzie żądał dla prezydenta RP Bolesława Bieruta. Ale prezydenci na uchodźstwie – zwłaszcza prezydent czasu wojny Władysław Raczkiewicz? A jego następca August Zaleski? Lecz co zrobić z faktem nieuznawania prezydentury Zaleskiego przez większość emigracji? Czy na wawelski pochówek zasługują członkowie Rady Trzech? Dopowiedzmy jednak: czy podziemia Wawelu mają stać się cmentarzem prezydenckim? Pytania te nie są bezzasadne, skoro ma tam powstać specjalna krypta.
Jak wiadomo, Wawel to także nekropolia bohaterów – leżą tu książę Józef Poniatowski, naczelnik Kościuszko, marszałek Piłsudski i gen. Sikorski. Lecz przecież już nie Adam Czartoryski, Edward Rydz-Śmigły czy wodzowie XIX-wiecznych powstań! Czy z nimi wszystkimi

może się równać

– albo ich przewyższać – Lech Kaczyński?
Być może odpowiedź zabrzmi „tak” – i wtedy trzeba ją przyjąć z pokorą. Lecz może warto było odczekać, aż opadną emocje. Czy jednak nawet na fali emocji większość narodu rzeczywiście powiedziałaby „tak”? Czy o zdanie narodu w ogóle ktokolwiek zapytał?
Jeżeli więc do wawelskiego pogrzebu nie uprawnia ani godność prezydenta, ani status bohatera narodowego – to co uprawnia? Mówi się: uprawnia tragiczna śmierć, zgon symboliczny. Naprawdę? To przenieśmy do Krakowa Narutowicza!
W 1995 r. z Białorusi do Polski przewieziono prochy Stanisława Augusta. Prawie nie rozważano możliwości jego pochówku na Wawelu. Ostatni król Polski i wielki książę Litwy, po kądzieli potomek Jagiellonów, nie był godzien Wawelu. Dlaczego więc Lech Kaczyński jest godzien?
Jest jeszcze kwestia prawdy. Tyle lat słyszeliśmy od władz kościelnych, że podziemia wawelskie są już wypełnione, że żaden grób już się w nich nie zmieści. Dziś mnie, katolikowi, wypada zapytać ludzi mojego Kościoła: dlaczego nas okłamywaliście? Wszak teraz zmieści się na Wawelu nie tylko sarkofag z dwiema trumnami – tam może zostać zbudowana cała krypta! Co więcej, opinia publiczna dotąd nie wie, kto właściwie wystąpił z propozycją wawelskiego pochówku – relacje wzajemnie się wykluczają. Ktoś tu więc kłamie – po raz kolejny. Skoro sprawa jest czysta, czego, panowie, się wstydzicie?
Wzgląd ostatni to pochówek Kaczyńskiego razem z żoną. Usłyszałem opinię, że w świetle tragicznej śmierci obojga jest to argument nieprzyzwoity. A jednak muszę go podtrzymać. Bo Wawel nie jest dla żon! Oczywiście, poza królowymi – na Wawelu mieszkającymi, na Wawelu koronowanymi… Po stuleciach nikt, poza historykami,

nie będzie pamiętał

okoliczności śmierci Marii Kaczyńskiej, pozostanie natomiast jej sarkofag, nadający jej status królewskości. Jest to czy nie jest przesada?
Decyzja kard. Dziwisza każe też zadać pytanie dziś może najważniejsze: o charakter stosunków Kościół-państwo. Co w sprawie pogrzebu głowy państwa miała do powiedzenia obecna głowa państwa, którą na mocy konstytucji jest marszałek Sejmu? Co w sprawie pogrzebu miał do powiedzenia rząd? Ma więc być w Polsce tak, że prezydent chowany jest na mocy porozumienia rodziny z Kościołem? Państwu do tego nic? Czyli na przyszłość to Kościół rzymskokatolicki ma dzielić prezydentów na godnych i niegodnych Wawelu, na równych i równiejszych? I to ma być norma w Polsce – z jej tradycjami tolerancji?
Przy tym decyzja ta każe zapytać o… samego kardynała. Dotąd obserwowaliśmy w Krakowie jego akceptację dla kolejnych aktów czci dla Jana Pawła II. Po ludzku można to zrozumieć. Gorzej – zrozumieć po krakowsku. Wszak te niezliczone pomniki zmarłego papieża niszczyły ukształtowaną przez stulecia przestrzeń architektoniczną naszego miasta. Spójrzmy, jak dziś wygląda Skałka. Jakie jest wejście do wawelskiej katedry. Jak na placu św. Marii Magdaleny prezentuje się pomnik Piotra Skargi. Za te

akty dewastacji

kard. Dziwisz, rządca archidiecezji, ponosi oczywistą odpowiedzialność.
Dziś, jeżeli pochówek dokonał się rzeczywiście na mocy porozumienia kardynała z rodziną, to obie strony zgrzeszyły pychą. Przecież by na Wawelu zbudować zapowiadaną kryptę prezydencką, trzeba będzie rozkuć ścianę, otworzyć nową przestrzeń, przeprowadzić gigantyczne prace budowlane… Właściwie jakim prawem? I co w tej sprawie będzie miał do powiedzenia wojewódzki konserwator zabytków? Może jednak nic – w dzisiejszej Polsce strach się narażać Kościołowi…
Gdy w 1937 r. abp Adam Sapieha samowolnie przeniósł trumnę Piłsudskiego z krypty św. Leonarda pod wieżę Srebrnych Dzwonów, w kraju zawrzało. Na manifestacjach niesiono transparenty z napisem „Sapieha do Berezy!”, a rząd Sławoja Składkowskiego natychmiast podał się do dymisji. Dziś państwo abdykowało, znikło – stało się przybudówką Kościoła. Czy o to nam chodziło, gdyśmy walczyli o niepodległość?
Szkoda więc też naszej żałoby. Naszych nieprzespanych nocy, naszych łez. Naszego warowania pod Pałacem Prezydenckim. Naszych modlitw. Przecież to właśnie przez tę żałobę, przez nasze współczucie i smutek zostaliśmy – wszyscy bez wyjątku! – włączeni w kampanię PiS. Zapisano nas do Ogólnonarodowego Komitetu Poparcia Prezydentury Jarosława Kaczyńskiego.
Dlatego rozumiem. Dla tej Wielkiej Sprawy warto było zdeptać tradycję. Warto było naruszyć przestrzeń polskiej Akropolis. Pozostają pytania ostatnie już, zasadnicze. Czy tak grać wolno? Czy taka winna być rola Kościoła? I taka rola tych, którzy od tak już dawna uważają się za państwowców?

Autor jest literaturoznawcą, profesorem Uniwersytetu Jagiellońskiego, od 2003 r. redaktorem naczelnym Polskiego Słownika Biograficznego

Wydanie: 16/2010

Kategorie: Kraj

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy