Koniec ciuchlandów

Koniec ciuchlandów

Prawie 40% odzieży kupowanej w Polsce pochodzi z tzw. ciuchlandów. Rozwijały się w zeszłym roku znakomicie, sprowadziły 200 mln sztuk odzieży, czyli tyle, ile z trudem wyprodukowałoby 60 polskich firm. Ubierają się tam ludzie ubodzy, emeryci, bo marynarka może kosztować parę zł, ale i ubierają się studentki i zamożni, bo zdarzają się rzeczy markowe.
Każdy wie, że taki ciuchlandowy ciuch trzeba uprać, a jak nie, to nosi się na własne ryzyko. Ale jednak minister gospodarki spać nie mógł po nocach, tak się bał, że odzież jest bez dezynfekcji i obywatel może dostać jakiegoś parcha. Poza tym nie sprzedana odzież trafiała na wysypiska, a z takimi śmieciami nie przyjmą nas do Europy. Długo minister zastanawiał się, co zrobić. Może przesadził, bo jak się to ładnie mówi, wylał dziecko z kąpielą, ale za to jestem pewna, że znikła groźba chorób skórnych i nieeleganckich wysypisk. Oto każdy, kto chce sprzedawać ciuchy, musi dostać zezwolenie, poza tym nie można w ogóle sprzedawać małych ilości. W ten sposób znikną i zagrożenia, i tania odzież. A jednak Polacy nie są zadowoleni – w sklepikach słychać wyrzekania na władzę, która zabiera nam bardzo ważną wolność – swobodę ubierania się – w co i za ile chcemy. Wolność szczególnie ważną dla niezwaloryzowanych emerytów.
Oczywiście, minister gospodarki chce także chronić polski przemysł, który podobno dusi się tanią, zachodnią odzieżą. Tylko że nikt, kto ubierał się z drugiej ręki, nie rzuci się teraz na polskie wyroby. Nie ten styl, nie te ceny. Poza tym nikt nie ubierał się od stóp do głów w ciuchlandach. Tam chodzi się po uzupełnienie, po jedną rzecz. Tak więc nie one niszczyły polski przemysł, nie one były przyczyną wzrostu chorób dermatologicznych i rosnących wysypisk. Ale to one będą powoli likwidowane.

Wydanie: 36/2000

Kategorie: Kraj

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy