Zapis kłamstw i intryg

Zapis kłamstw i intryg

Wyrok sądu: Niewinny. Jak usłużni prokuratorzy i kryminaliści oskarżali prof. Widackiego

Po pięciu latach od postawienia zarzutów przed Sądem Okręgowym Warszawa-Praga dobiegł końca proces mecenasa i posła prof. Jana Widackiego. Został on całkowicie uniewinniony, podobnie jak pozostałe osoby na ławie oskarżonych. Wyrok nie jest prawomocny.
Prokurator Jarosław Walędziak żądał dla profesora półtora roku pozbawienia wolności w zawieszeniu, zakazu wykonywania zawodu adwokata przez dwa lata oraz grzywny. – Materiał dowodowy przemawia – przekonywał sąd – że oskarżeni są winni zarzucanych kryminalnych czynów.
Wszyscy obrońcy w bardzo szczegółowych analizach wskazywali, że przy sięganiu przez prokuratora po „owoce drzewa zatrutego”, czyli obciążające zeznania przestępców (np. świadków koronnych lub zabiegających o taki status) musi być pewna bariera, przy której organy ścigania się zatrzymają, aby nie wejść w te same koleiny, co kryminaliści.
Mec. Marian Hilarowicz zaczął od przypomnienia „oczywistej prawdy, która nie zdołała się przebić do świadomości prokuratora”. To prawda kodeksowa, aby odpowiedzialności nie poniosły osoby niewinne. – Sąd – powiedział – nie jest od poszukiwania dowodów na poparcie aktu prokuratorskiego. Chciałbym doczekać się chwili, gdy na ławie oskarżonych będą osoby odpowiadające za nierzetelny sposób prowadzenia śledztwa.
Prof. Jan Widacki w swym ostatnim słowie pokazywał, jak w jego sprawie działała prokuratorsko-CBŚ-owska machina napędzana lizusostwem, serwilizmem, podłością i głupotą. Wskazał tych, którzy usilnie pracowali, aby zszargać jego dobre imię jako oskarżonego w zwykłej sprawie kryminalnej, jak z lubością powtarzał prokurator. – Mój syn (tu Widackiemu zadrżał głos), który akurat pisał próbną maturę, dowiedział się z telewizora, że jego ojciec jest związany z mafią.
Sędzia Małgorzata Wasylczuk, uzasadniając wyrok, już nie nawiązywała do politycznych układów. Punkt po punkcie z żelazną logiką prawnika odrzucała dowody prokuratorskie. – Sprawa przeciwko Janowi Widackiemu ujawniła szereg nieprawidłowości w instytucjach państwa: aresztach, prokuraturze oraz w korzystaniu z zeznań tzw. skruszonych przestępców.

Wpasowany w układ
Ci, którzy doprowadzili do tego procesu, pewnie na długo przed pierwszą rozprawą zacierali z uciechy ręce na samą myśl o spektakularnym widowisku na sali sądowej. Oto na ławie oskarżonych szacowny profesor prawa, znany adwokat, były ambasador, poseł. A obok niego towarzysz niedoli w czerwonym drelichu groźnego przestępcy, z wyrokiem dożywocia. I świadkowie z wieloletnimi wyrokami – skuci, przyprowadzani przez antyterrorystów, aby wydali profesorowi świadectwo etyki adwokackiej.
Prof. Janowi Widackiemu postawiono trzy zarzuty dotyczące trzech różnych zdarzeń, różnych miejsc i przy udziale różnych osób. Powodowało to wielkie zamieszanie w dokumentach prokuratorskich. I utrudniało przewód sądowy. Jeden wątek oskarżenia dotyczył rzekomego nakłaniania w białostockim więzieniu Sławomira R., ps. „Woźny” lub „Król” – dwukrotnego mordercy i bestialskiego gwałciciela dziecka – do składania za namową Widackiego fałszywych zeznań w celu oczyszczenia z zarzutów lidera pruszkowskiej mafii. Zarzut ten mecenas dzielił z Adamem i Małgorzatą D., bliskimi krewnymi owego gangstera.
Kolejny zarzut to rzekome przemycenie przez Widackiego grypsu od Krzysztofa F., ps. „Bandzior”, z aresztu w Krakowie i przekazanie go jego żonie Teresie F. mieszkającej w Kasinie Wielkiej. Gryps miał zawierać instrukcje, jak przygotować fałszywego świadka.
Ponadto Jan Widacki został oskarżony o nakłanianie lobbysty Marka Dochnala do powstrzymania się przed sejmową komisją śledczą do spraw Orlenu od zeznań mogących mieć związek z działalnością biznesmena Jana Kulczyka, którego mecenas bronił w innych procesach. (Dochnal interesował się dostawami ropy do Polski. Uważał, że w interesach stanął mu na drodze Kulczyk i przez to został we wrześniu 2004 r. aresztowany).
Zaraz po wystąpieniu prokuratora na pierwszej rozprawie Jan Widacki wygłosił swój „akt oskarżenia”. Jego wyjaśnień słuchało aż troje zawodowych sędziów, którym przewodniczyła sędzia Małgorzata Wasylczuk.
– Nie przyznaję się. Zarzuty są absurdalne, dla mnie głęboko upokarzające. Oparto je na fałszywych zeznaniach osób znajdujących się w całkowitej dyspozycji organów ścigania. W ten sposób przestępcom daje się większą wiarę niż mnie. Mam podstawy sądzić, że do takich zeznań te osoby zostały nakłonione.
Profesor postrzegał związek oskarżenia z jego działalnością polityczną. Na sali szeroko to uzasadniał. Ponadto pozostawał w konflikcie ze Zbigniewem Wassermannem, ówczesnym koordynatorem służb specjalnych; pozwał go o naruszenie dóbr osobistych. (Wassermann pomówił Widackiego, że wraz z Jeremiaszem B., „Baraniną”, tworzył fundację, która miała sponsorować policję. Proces zakończył się ugodą, pozwany wycofał się z zarzutów).
To właśnie Wassermann jako członek sejmowej komisji do spraw Orlenu rzekomo dostał w kwietniu 2005 r. od więźnia Sławomira R., ps. „Woźny”, list, który doprowadził Widackiego na ławę oskarżonych. List, a właściwie gryps, nie był wysłany zwykłą drogą z zakładu karnego; nie wiadomo, w jaki sposób dotarł na Wiejską. I kto naprawdę był jego autorem. Oto jego treść:
„Szanowny Panie.
Jestem nikim. Skazańcem, ale mam dowód, że mec. Widacki jest człowiekiem, który kiedy trzeba, robi za posłańca od pruszkowskiego bossa. Oglądałem w TVP przesłuchanie Dochnala przed komisją śledczą ds. Orlenu. Chcę rozmawiać z kimś od p. Dochnala. (…) Opowiem mu i uwiarygodnię, że jest to prawdopodobne, że mec. Widacki przekazywał Dochnalowi wiadomość od Kulczyka. (…) Nie będę się rozpisywać, bo tu nie ma żartów. Pozdrawiam”.
– I co robi poseł Wassermann? – Jan Widacki z ławy oskarżonych analizował intrygę swego politycznego przeciwnika. – Czy powiadamia prokuraturę? Nie. Ów funkcjonariusz publiczny odszukuje obrońcę Dochnala i wręcza mu ten list. Potem u więźnia R. w zakładzie karnym w Białymstoku zjawia się mec. Ołowska-Zalewska, wysłanniczka pełnomocnika aresztowanego lobbysty. Nawiązuje z R. kontakt, koresponduje z nim, wysyła mu paczki. Na koniec przysyła dziennikarkę „Życia Warszawy”, Dorotę Kanię, która dostaje się do aresztu bez odnotowania tego faktu w ewidencji. Natomiast R .wychodzi z celi na to spotkanie jako na rozmowę z adwokatem. Tak zostało odnotowane w dokumentacji służb więziennych. Następnie Sławomir R. składa pierwsze obciążające mnie zeznanie.

Jak gangster z gangsterem
32-letni Sławomir R., ps. „Woźny” vel „Król”, ma na sumieniu m.in. zamordowanie ze szczególnym okrucieństwem – wspólnie z gangsterem K. – w 1999 r. w miejscowości Wiartel Mirosława K. Przed sądem chwalił się: – Nie pamiętam wszystkich przestępstw, za które zostałem skazany. Od 1990 r. siedzę w więzieniach. Byłem już w 14 zakładach karnych.
Przesłuchiwany przez prokuratora w Białymstoku więzień R. ochoczo zeznał, że w 2004 r. był u niego w celi Jan Widacki. Dokładną datę zmieniał, korygował, tak aby wszystko grało z logiką późniejszego oskarżenia mecenasa.
– Powiedział mi na wejściu – zeznał R. w śledztwie – że rozmawiam „z człowiekiem, który dużo może”. Chciał, abym złożył zeznania na korzyść jednego z szefów „Pruszkowa”, Mirosława D., ps. „Malizna”, którego był obrońcą. Początkowo miałem obawy w rozmowie z tym adwokatem. Ale później to już jak gangster z gangsterem, bez owijania w bawełnę.
R. twierdził, że sprawa, z którą przyjechał Widacki, miała związek z więźniem przez pewien czas zamkniętym tej samej celi co R. Chodziło o świadka koronnego Piotra W., który zeznając w sprawie zabójstwa „Pershinga” z mafii pruszkowskiej, obciążył jednego z oskarżonych, właśnie Mirosława D. Ów świadek koronny cieszył się nadzwyczajnymi przywilejami w warunkach więziennych, np. miał ze sobą dwa telefony komórkowe. Korzystał z nich – razem z R. – bez ograniczeń, bo ktoś z zewnątrz uzupełniał im konto limitu rozmów.
– Widacki chciał, abym powiedział, że Piotr W. przyznał mi się, iż kłamał w sądzie, bo D. nie zlecał tego zabójstwa. Moje oświadczenie było potrzebne przy złożeniu apelacji – zeznawał w śledztwie Sławomir R. – Uprzedził mnie, że reprezentuje interesy „Pruszkowa” i jeśli nie złożę oświadczenia, to on ma duże wpływy w ABW, a ci są w stanie zrobić wszystko. Ale jeśli sąd weźmie pod uwagę moje oświadczenie, ktoś się ze mną skontaktuje i wszystko podogrywa. Mecenas zostawił mi wizytówkę z adresem swej kancelarii prawnej.
Co w zamian za tę przysługę? R. twierdził, że uzyskał zapewnienie mu bezpieczeństwa w areszcie. Bo na skutek jego obciążających zeznań w innych procesach „pospadały wyroki 25 lat i w więzieniu zacznie się polowanie”. Na niego.

Prokurator zawiadamia media
Jan Widacki zaprzeczył przed prokuratorem, że prowadził sprawy związane z mafią pruszkowską. Wyjątkiem było napisanie apelacji od wyroku dla Mirosława D., ps. „Malizna”. Prosiła go o to żona skazanego. Sugerowała nowe możliwości obrony – od warszawskiego adwokata bowiem, który w przeszłości prowadził sprawę jej męża, dowiedziała się, że pewien więzień w białostockim areszcie wysłał mu SMS z informacją o dysponowaniu ważnymi dowodami potwierdzającymi niewinność „Malizny”. Tym więźniem był Sławomir R. To dlatego profesor pojechał do Białegostoku.
– R. powiedział mi – zeznał mecenas przed sądem – że Piotr W. był nakłaniany do składania fałszywych zeznań obciążających Mirosława D. Uznałem, że to żaden dowód, zwłaszcza że zeznania W. w procesie sądowym o zabójstwo „Pershinga” nie dotyczyły wątku mojego klienta; nie odnosiłem się do nich w apelacji.
I to był jedyny – twierdził oskarżony adwokat na sali sądowej – jego kontakt ze Sławomirem R. Po powrocie do Krakowa – bez przekonania, ale na życzenie żony klienta – napisał wniosek do sądu apelacyjnego o dopuszczenie dowodu z oświadczenia R. Sąd zeznania nie dopuścił, uznając, że jest bez znaczenia. Również kasacja wyroku została oddalona.
Pół roku później, w kwietniu 2005 r., obradowała komisja orlenowska. Wynikła sprawa rzekomego namawiania Dochnala do złożenia fałszywych zeznań.
Widacki: – Nie śledziłem jej, z mediów dowiedziałem się, że jakiś kryminalista z Białegostoku nawiązał kontakt z komisją, że rzekomo ja też miałem nakłaniać do fałszywych zeznań. Oficjalnie nikt mnie o tym nie powiadamiał.
Potem przyszło wezwanie do prokuratury w Białymstoku. Ale nim profesor je otrzymał, kilkakrotnie dzwonił do niego jakiś mężczyzna przedstawiający się jako dziennikarz „Życia Warszawy”.
– Jak się domyślałem – zeznał Widacki w sądzie – był to współpracownik red. Doroty Kani, istotnego świadka w mojej sprawie. Ten człowiek dopytywał się, czy postawiono mi już zarzut współudziału z mafią. A kiedy prokurator postanowił przesłuchać mnie w charakterze podejrzanego, na drugi dzień zadzwoniła do mnie red. Anna Marszałek, wówczas dziennikarka „Rzeczpospolitej”, upewniając się, czy prawdą jest, że – i tu podała dokładną datę, na którą miałem wezwanie – będzie mi postawiony zarzut?
To nie koniec dowodów na ścisłą symbiozę organów ścigania z niektórymi mediami. Gdy Widacki wyjeżdżał z Krakowa do prokuratury w Białymstoku, pod domem czekali na niego dziennikarze wszystkich stacji telewizyjnych i centralnych gazet. Prokuratura zrobiła wiele, aby nagłośnić w mediach, że tak kategoryczny w krytykowaniu PiS-owskich rządów profesor zasiądzie na ławie oskarżonych. Dziennikarze od razu dostali zgodę na podawanie w pełnym brzmieniu nazwiska oskarżonego i fotografowanie go.
– Dla ówcześnie rządzących – wyjaśniał Jan Widacki z ławy oskarżonych – szukających egzemplifikacji dla swojej obłędnej, urojonej idei układu, wydałem się celem idealnym. Miałem kontakty z Aleksandrem Kwaśniewskim, byłem członkiem rady programowej Fundacji Semper Polonia i z tej racji nieraz zapraszano mnie do Pałacu Prezydenckiego. Po podkoloryzowaniu tych kontaktów mogłem być uważany za człowieka Kwaśniewskiego.
Nadto mec. Widacki był adwokatem Jana Kulczyka w sprawie o naruszenie dóbr osobistych przeciwko pos. Wassermannowi. I pełnomocnikiem tego biznesmena w sprawie karnej o nakłanianie Kulczyka do fałszywych zeznań przez Romana Giertycha. Wreszcie – był obrońcą, co prawda tylko w apelacji, gangstera Mirosława D. sądzonego w sprawie o zabójstwo „Pershinga”.
– Pasowałem idealnie do wykazania, że ten urojony układ polityczno-biznesowo-gangsterski, i ja w nim, faktycznie istnieje – podsumował przed sądem oskarżony adwokat.

Wiadomość spod celi
O wyniesienie przez Widackiego z więzienia grypsu (kolejny zarzut z akt) profesora obciążył oskarżony o zabójstwo Łukasz Z., który w zamian za współpracę z prokuraturą dostał bardzo łagodny wyrok.
Miało być tak: oskarżony o podwójne morderstwo Krzysztof F., ps. „Bandzior”, dał w krakowskim areszcie Widackiemu jako swemu adwokatowi gryps do żony. Było w nim polecenie, aby skontaktowała się z Łukaszem Z., a ten, żeby „ustawił” niejakiego P. do zeznania, że rozszerzył menu zasięgu w telefonie komórkowym F. Potwierdzenie tej przeróbki było dość istotne dla uwiarygodnienia wyjaśnień oskarżonego. (Jeśli korzystał ze zmodyfikowanego telefonu, nie mógł być w miejscu zbrodni).
Informację o grypsie przekazał śledczym więzień Krzysztof Ł. cieszący się statusem świadka koronnego, z którym Widacki od dawna toczył boje na salach sądowych, podważając wiarygodność jego zeznań.
Mecenas zaprzeczył, aby przenosił jakikolwiek gryps. Zarzut uznał za absurdalny. Choćby z tego względu, że oskarżony ma prawo do osobistego kontaktu z obrońcą w cztery oczy i nie musiałby ważnej informacji w swojej obronie pisać potajemnie.
Łukasz Z., składając zeznania w sprawie Widackiego, był w sytuacji szczególnej. Oskarżony o usiłowanie zabójstwa skorzystał z dobrodziejstwa art. 60 par. 3 (współpraca z organami ścigania), w związku z czym wymierzono mu bardzo niską karę. Po uprawomocnieniu się wyroku Z. odwołał wcześniejsze wyjaśnienia. Wtedy prokurator wystąpił do Sądu Najwyższego z wnioskiem o wznowienie zakończonego postępowania. Przed rozprawą w SN Z. był intensywnie przesłuchiwany w sprawie Widackiego – prokurator z Białegostoku dwa dni czekała, aż sobie przypomni, jak to było z grypsem od Krzysztofa F. I przypomniał sobie tak, jak oczekiwała prokuratura.

Kto kogo nakłaniał?
Kolejny zarzut postawiony Janowi Widackiemu wiąże się z przesłuchaniami w komisji śledczej do zbadania zarzutów nieprawidłowości w nadzorze przedstawicieli skarbu państwa w spółce Orlen oraz wykorzystywania służb specjalnych do wywierania presji na członków zarządu Orlenu.
Konkretnie chodziło o nakłanianie w 2005 r. Marka Dochnala do powstrzymania się przed komisją śledczą od zeznań o Janie Kulczyku, kliencie profesora, jednym ze świadków w toczącym się na Wiejskiej postępowaniu. Zdaniem prokuratora mecenas sterował zeznaniami lobbysty za pośrednictwem jego adwokata Ryszarda Kucińskiego.
Jan Widacki zaprzeczał – nie udzielał Dochnalowi żadnych rad, niczego nie sugerował jego obrońcy. Z mec. Kucińskim rozmawiał przez chwilę 1 kwietnia 2005 r. przy okazji spotkania w sądzie w Katowicach.
Kuciński pytany przez dziennikarzy, jak to było, zasłaniał się tajemnicą adwokacką.
atomiast drugi pełnomocnik Marka Dochnala, Piotr Kruszyński, najpierw powiedział w TVN, że wie tylko o samym fakcie rozmowy w Katowicach, natomiast nie ma wiedzy, czego dotyczyła, a pół godziny później, gdy występował w „Wiadomościach” TVP, znał już jej treść.
– Od Dochnala wiem – oświadczył – że Kuciński powtórzył mu swą rozmowę z Widackim. Zatem gdy pod koniec przesłuchania w komisji poseł Wassermann zapytał mojego klienta, czy ktoś próbował go namawiać do zmiany zeznań, on potwierdził, że jego adwokat przekazał mu sugestię Widackiego.
Prof. Widacki przed sądem: – Nie wiem, jaką rolę odgrywał w tym mec. Kuciński, skoro zasłaniał się tajemnicą adwokacką. Ja początkowo rozumiałem to tak: on jest w niezręcznej sytuacji, bo Dochnal coś nakłamał przed komisją i teraz adwokat ujawniając prawdę, będzie szkodził swemu klientowi. Mimo to poprosiłem Ryszarda Kucińskiego o wysłanie do sejmowej komisji śledczej oświadczenia oddającego prawdziwą treść naszej rozmowy w Katowicach. On rzeczywiście opisał, jak było, ale… świadomie nie wysłał tego na Wiejską.
Jak wynika z akt sprawy, ówcześni obrońcy Dochnala próbowali go wyciągnąć z aresztu za pomocą komisji śledczej. Ceną miały być zeznania obciążające Widackiego. A więc adwokaci Kuciński i Kruszyński musieli mieć jakiś nieformalny kontakt z komisją do spraw Orlenu.

W 99 procentach kłamstwo
Ten proces od początku był naznaczony nieoczekiwanymi zwrotami.
Już na pierwszej rozprawie odwołał swe wyjaśnienia ze śledztwa Łukasz Z. Po przyjrzeniu się kobiecie, która siedziała na ławie oskarżonych obok prof. Widackiego, powiedział, że widzi ją pierwszy raz w życiu. A była to Teresa F.
– Pan prokurator chyba mnie źle zrozumiał albo ja nie doczytałem protokołu zeznania, które podpisałem. Bo na pewno nie powiedziałem, że mecenas dał mi gryps od Krzysztofa F. do jego żony. A może się zagalopowałem, były naciski… Chwilę później tłumaczył, dlaczego w innych wyjaśnieniach kłamał – bo „był młody i głupi” i chciał się przypodobać Krzysztofowi Ł., z którego celą sąsiadował w więzieniu. To właśnie Ł., który miał coś do F. i Widackiego, podsunął mu pomysł z tym grypsem.
Sala sądowa była sceną przebaczenia, jakiego Krzysztof F. udzielił Łukaszowi Z. za pomówienie go. Powiedział: – Od pięciu miesięcy jestem człowiekiem nawróconym, chrześcijaninem wyznania ewangelickiego i nie tylko wybaczam Z., ale i współczuję, bo został wkręcony przez Ł.
Natomiast żona F. poskarżyła się na szantażowanie jej przez śledczych z Białegostoku. Podczas przesłuchania była podpuszczana przez udającą życzliwość – na zasadzie kobiecej solidarności – panią prokurator, że powinna mieć pretensje do Widackiego, gdyż nie uratował jej męża od dożywocia. Gdy Teresa F. na to nie reagowała, padły ostrzeżenia – jeśli w prokuraturze w Nowym Sączu nie zezna, co trzeba, będzie jeździć na przesłuchania do Białegostoku, a to kosztowna i fatygująca wyprawa. Męża można też przetransportować do więzienia na drugi koniec Polski… Ta rozmowa nie była protokołowana.
Trzy miesiące później przyszła kolej na świadka Sławomira R. Gdy sędzia odczytała jego zeznania przed prokuratorem, oświadczył, że „w 99 procentach nie są zgodne z prawdą”. Mecenas niczego mu nie dyktował ani niczego za złożenie oświadczenia nie obiecywał. Nie było nacisków, żadnych gratyfikacji za przysługę. Pieniądze, owszem, dostał, ale nie od Widackiego, i teraz nie chce więcej na ten temat mówić. Kłamstwa w śledztwie to wynik zaangażowania się w oskarżenie mecenasa „wielu osób na wysokim szczeblu z szeroko rozumianego wymiaru sprawiedliwości, polityki, mediów”. Zależało im na przedstawieniu pełnomocnika Kulczyka jako człowieka powiązanego z mafią pruszkowską, co wskazywałoby, że takimi ludźmi otacza się znany biznesmen.
Pod koniec rozprawy Sławomir R. podsumował swe nowe zeznania: – Zostałem wykorzystany do oczernienia pana Widackiego. Poszedłem na ten układ i teraz boję się o swoje życie.
To wywołało kolejne pytania sędziów:
– Czy w trakcie przesłuchań w prokuraturze składał pan żądania sprostowania protokołów z zeznań?
Świadek: – Prokurator na mnie żadnych treści nie wymuszał. Ja przyjeżdżałem na gotowca. (…) Zanim włączono magnetofon (…), instruowali mnie, gdy coś wychodziło nie w ten deseń.
Sędzia: – Czy może pan przybliżyć krąg osób, którym zależało, aby pan zeznawał według ich instrukcji?
– Konkretnie nie mogę, bo się boję. Musiałbym zacząć od szefów służby więziennej, dalej prokuratorów, adwokatów, po zasiadających w Sejmie. Jest też wśród nich członek komisji, który bardzo naciskał, abym uprawdopodobnił zeznania Dochnala dotyczące Kulczyka. Bo mieli tylko słowo na słowo, więc potrzebowali kogoś, kto bezpośrednio spotykał się z Widackim. (…) Odczekali trochę i zaczęły się do mnie wycieczki z tych kręgów, żebym obciążył mecenasa.
Wiele pytań sądu dotyczyło wysłanego przez więźnia R. listu do posła Wassermanna.
– To nie do końca było pisane przeze mnie – zeznał „Woźny” – słowa z listu: „Każdy może sprawdzić, że był u mnie mec. Widacki na tzw. widzeniu jako posłaniec” nie są moje. Przy pisaniu był ktoś obecny, ale nie powiem kto, bo się boję. To nie ja szukałem kontaktu z Wassermannem; komisja ds. Orlenu mało mnie interesuje.
Nawet z tych enigmatycznych odpowiedzi intryga wokół Widackiego rysowała się coraz wyraziściej. Pojawiło się nazwisko dziennikarki śledczej Doroty Kani.
R.: – Wcześniej ktoś był u mnie i powiedział, że będzie taka wizyta i po co jest potrzebna. Nie odpowiem na pytanie, ile było tych odwiedzin.
Sędzia: – Czy Dorota Kania składała obietnice?
– Nie mogę na to odpowiedzieć.
„Woźny” podsuwał tropy. Na rozprawę przygotował plik pism o tym, jak przed rokiem, gdy próbował dotrzeć z nową prawdą do gazet, niespodziewanie wywieziono go do zakładu karnego w Strzelcach Opolskich. Tam został okradziony i pobity przez służbę więzienną.
– Dawano mi do zrozumienia: nie próbuj kombinować, masz potwierdzić to, co złożyłeś przed prokuratorem. A jak nie, to się powieś – zeznał na procesie.

Nie na krótkim łańcuchu
Czy można mu wierzyć? Dwukrotnemu mordercy, gwałcicielowi dziecka? Wcześniej wiarygodność R. starał się podważyć obrońca profesora, występując do sądu o dopuszczenie dowodów z procesu Sądu Okręgowego w Białymstoku, w których Sławomir R. był głównym świadkiem oskarżenia, a zapadł wyrok uniewinniający.
R. nie był też obcy szantaż rodzin nieprawomocnie skazanych. (Obiecywał, że jeśli dostanie pieniądze, zezna w apelacji na korzyść skazanego). Biegły psycholog uznał, że jest to gracz, człowiek, który manipuluje posiadanymi informacjami.
Wiele też mówi o osobowości R. list, który 24 kwietnia 2005 r. (czyli w przeddzień napisania do Wassermanna) wysłał do prok. Walędziaka w Białymstoku:
„Proszę mnie nie traktować jak mało rozgarniętego cwaniaczka. (…) Jeśli wyobraża pan sobie, że będzie mnie prowadzić na krótkim łańcuchu jak psa, to muszę powiedzieć, że może, a raczej na pewno tak nie będzie. Czego chcę? Otóż doskonale pan wie, bo mówił pan, że ma problemy ze sprawą Widackiego. (…) Nie lubię stawiać warunków, ale (…) mówiąc otwarcie, nie będzie tak, że będzie pan lekceważył moje, nazwijmy to, prośby i oczekiwał w zamian świadczeń. To, że skleci pan akt oskarżenia, to później może się odbić panu czkawką. (…)
Sąd usiłował wyjaśnić sprawę kontaktów R. z Wassermannem. W dniu, gdy „Woźny” odwoływał swoje zeznania w śledztwie, wspomniał, że odwiedziło go w więzieniu dwóch posłów z komisji śledczej. Podał nazwisko jednego z gości – Wassermann.
Wezwany na świadka poseł ironicznie temu zaprzeczał: – Nie odwiedziłem Sławomira R. ani w więzieniu, ani na Kamczatce, ani na Antarktydzie. Ja w tej sprawie odegrałem tylko rolę skrzynki pocztowej. Następnie przez dwie godziny Wassermann przekonywał sąd, że list Sławomira R. był dla prezydium komisji śledczej inspiracją do zawiadomienia prokuratury.
Ale trzy lata temu w śledztwie historię owego listu przedstawił inaczej. Ujawnił wówczas, że list „Woźnego” przekazał obrońcy Dochnala – mec. Piotrowi Kruszyńskiemu. Współpracująca z Kruszyńskim Natalia Ołowska-Zalewska złożyła R. wizytę w białostockim areszcie. Następnie do uwięzionego R. pofatygowała się Dorota Kania. Przed sądem twierdziła, że list R. dostała „od kogoś z komisji”. Ale nie omieszkała się pochwalić swymi zażyłymi relacjami ze Zbigniewem Wassermannem.
– Nie powinna go otrzymać i nie otrzymała – zaprzeczył w sądzie poseł, którego ewentualne dalsze zeznania przerwała tragiczna śmierć pod Smoleńskiem.
Pojawiło się też wiele sprzeczności w zeznaniach wokół sprawy Dochnala. Oskarżony lobbysta mówił w sądzie o knowaniach tajnych służb (ABW) przeciwko niemu. Zarzucał swemu byłemu pełnomocnikowi Ryszardowi Kucińskiemu kradzież 2 mln zł (śledztwo w toku). I celową opieszałość drugiemu obrońcy – prof. Piotrowi Kruszyńskiemu: – Najdłuższy dokument, jaki wytworzył w sprawie, to czterostronicowy prywatny list, w którym tłumaczy, że opinie, jakoby nic nie robił, są krzywdzące, bo się bardzo starał.
Mec. Kruszyński zeznał w śledztwie (a także w wywiadzie przeprowadzonym przez red. Kanię w „Życiu Warszawy”), że w kwietniu 2005 r. w kancelarii Ryszarda Kucińskiego był świadkiem rozmowy prowadzonej przez tego adwokata z żoną aresztowanego lobbysty. Kuciński twierdził, że skontaktował się z nim prof. Widacki i przekonywał o celowości takiego postępowania Dochnala przed komisją śledczą, aby nie zaszkodziło to Kulczykowi. Natomiast red. Kania powiedziała Kruszyńskiemu, że Widacki nie po raz pierwszy nakłania kogoś do fałszywych zeznań.
– Zdaję sobie sprawę – oświadczył w śledztwie Piotr Kruszyński – że naruszam tajemnicę adwokacką. Mam jednak obowiązek bezwzględnego działania na korzyść mojego klienta, Marka Dochnala, od którego wiem, że Kuciński powtórzył mu treść rozmowy z Widackim. (…) Nie wiem, czy taka rozmowa rzeczywiście miała miejsce, oceniam to 50 na 50%.
Przed sądem Dochnal postrzegał przesłuchanie go w kwietniu 2005 r. przez komisję orlenowską jako intrygę ABW: – Polegała na tym, żeby dwa ptaszki ustrzelić jednym śrutem: mnie i Widackiego.
Świadek, a następnie jego żona i teściowa wiele mówili o postawie Doroty Kani, która powołując się na znajomości w Pałacu Prezydenckim i w rządzie, wkradła się w łaski najbliższej rodziny lobbysty. Rewanżem za przeniesienie sprawy Dochnala z „czerwonej łódzkiej prokuratury” do Katowic (co ostatecznie okazało się niedźwiedzią przysługą) było udzielanie dziennikarce nieoprocentowanych pożyczek. Udokumentowana kwota to 245 tys. zł. (Po usilnych staraniach teściowej Dochnala Kania pieniądze zwróciła po roku, ale ma zarzut powoływania się na wpływy).
Wcześniej sąd skonfrontował byłego prokuratora generalnego Zbigniewa Ziobrę z Januszem Kaczmarkiem, byłym prokuratorem krajowym. Nazwiska tych prominentów od samego początku widniały w tle sprawy prof. Widackiego, przed sądem bowiem R. zeznał: – Formalnie żadnych wniosków do ministra sprawiedliwości czy prokuratora generalnego nie pisałem. Ale te osoby, które się ze mną kontaktowały, powoływały się na to, że Ziobro i Kaczmarek zapoznają się z moją sprawą i na pewno nie pozostawią jej bez odzewu.
– Z tego, co świadek powiedział – dociekał oskarżony Jan Widacki – wynika, że prokurator generalny lub minister sprawiedliwości, czy jeden z nich, robili panu nadzieję na wznowienie postępowania w pana sprawie karnej?
R. odpowiedział jak zwykle tajemniczo i dość nieskładnie: – Nie mogę odpowiedzieć na to pytanie. Tak, był to prokurator, ale nie mogę powiedzieć, jak się nazywa ta osoba, z którą miałem bezpośredni kontakt. Nie odpowiem na pytanie, czy to był prokurator Engelking.
Ziobro jako świadek zeznał, że nie kojarzy nazwiska Sławomira R. Janusz Kaczmarek twierdził natomiast, że to Ziobro polecił mu, aby pojechał do Jarosława Kaczyńskiego, wówczas szefa PiS, i wytłumaczył, dlaczego śledztwo w sprawie Widackiego ciągle jeszcze nie przynosi efektów. Czyżby poseł Widacki był pod szczególną ochroną? Jarosław Kaczyński, już jako premier, nazwał Jana Widackiego „kwintesencją układów”.
Z przebiegu tego procesu widać, że – jak to powiedział Jan Widacki – owa kwintesencja układów istniała rzeczywiście, ale tworzyli ją politycy, gotowi na wszystko policjanci, prokuratorzy, adwokaci i sprzedajne media, dla których pożywką była IV RP.


W czasie ogłoszenia wyroku w ławie dla publiczności siedziała sędzia Barbara Piwnik. Jeszcze przed rozpoczęciem procesu jako sędzia referent w obszernym omówieniu wskazała, że akta z postępowania przygotowawczego powinny wrócić do prokuratury w Białymstoku jako, delikatnie to formułując, niedopracowane. Jednak Sąd Apelacyjny w Warszawie uznał, że materiał dowodowy można uzupełnić w trakcie procesu.

Wydanie: 23/2011

Kategorie: Kraj

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy