2024

Powrót na stronę główną
Felietony Jan Widacki

„Zabójstwo drogowe”, czyli populizmu penalnego ciąg dalszy

Swego czasu G.K. Chesterton poczynił niezwykle trafne i ważne spostrzeżenie: „To nie świat jest gorszy, to serwis informacyjny jest lepszy”.

Rzeczywiście nasz obraz świata jest taki, jakim przedstawią go nam media. Kiedyś najbardziej wpływowym medium była prasa, później przez lata telewizja, a ostatnio media elektroniczne, w tym społecznościowe. To one kształtują nasz obraz świata, narzucają sposób myślenia, wpływają na oceny.

Na moim Podhalu z mediami konkurują jeszcze, choć w formie szczątkowej, tradycyjne sposoby przekazu informacji i kształtowania opinii. Tak jak niegdyś ostatecznym argumentem za prawdziwością najbardziej absurdalnej wiadomości było „w pekaesie mówili”, teraz, gdy kapitalizm zlikwidował PKS, wioskowa agora przeniosła się pod sklep. Argument „pod sklepem mówili” jest nie do przebicia. Nawet dla Facebooka. Przynajmniej w starszym pokoleniu.

Dawno nie byłem pod sklepem w Bustryku, z oczywistą szkodą dla mojego światopoglądu, nie wiem, co tam mówili, ale telewizja i media elektroniczne ostatnio intensywnie zajmowały się dwoma czy trzema piratami drogowymi, którzy spowodowali wypadki ze skutkiem śmiertelnym,

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Aktualne Przebłyski

BNP Paribas – bank blokującego świata

Stało się coś, co się nie mieści w głowie. I to podwójnie. Po raz pierwszy zgadzamy się z tym, co napisał „Nasz Dziennik”, organ o. Rydzyka. A dwa – mamy kolejny dowód, że francuski bank, czyli BNP Paribas, traktuje Polskę jako kolonię francuską. Bo czy inny bank mógłby na dwa tygodnie (1-15 listopada) zablokować rachunki 28 domów zakonnych i inicjatyw Zgromadzenia Księży Najświętszego Serca Jezusowego? Bez podania przyczyn pozbawiono ich dostępu do rachunków. I uniemożliwiono opłacanie składek ZUS, ubezpieczeń, rachunków itp. Czy BNP Paribas działał na polecenie prokuratury, urzędu skarbowego lub służby celnej? A może wystarczyła nadgorliwość. I poczucie bezkarności.

Wyćwiczone na polskich rolnikach.

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Kraj Wywiady

My, Polska endecko-ludowa

Błędem Platformy, ale i lewicy było zerwanie z językiem tradycyjnego patriotyzmu

Prof. Stefan Chwin – pisarz, eseista, historyk literatury, związany z Uniwersytetem Gdańskim. Ma w dorobku takie tytuły, jak: „Hanemann”, „Esther”, „Dziennik dla dorosłych”, „Samobójstwo jako doświadczenie wyobraźni”, „Panna Ferbelin”, „Miłosz. Interpretacje i świadectwa”, „Zwodnicze piękno”, „Srebrzysko. Powieść dla dorosłych”, „Oddać życie za Polskę. Samobójstwo altruistyczne w kulturze polskiej XIX wieku”, „Wolność pisana po Jałcie”, „Dziennik życia we dwoje”.

Kultura polska jest kulturą strachu? Przyjdą Niemcy i zabiją, przyjdą Rosjanie i uciemiężą, wrócą Żydzi i odbiorą. A Europa nas zdemoralizuje. Wciąż jest to straszenie i ten strach.
– Bez przesady. Strach nie jest wyróżnikiem wyłącznie naszej kultury. Kulturą strachu jest dzisiaj kultura Rosji. Rosjanie mają się bać potwora „kolektywnego Zachodu”, który – jak przekonują ludzie Putina – zachowuje się tak samo jak Hitler. Dzieci rosyjskie są uczone, że wojna na Ukrainie jest kontynuacją napaści Niemiec nazistowskich na ZSRR. A Zełenski jest zbrodniczym awatarem Bandery, który współpracował z SS. Rosyjska szkoła buduje w głowach Rosjan taki obraz świata. Ale strach jest uczuciem uniwersalnym i występuje w każdej kulturze. Różnica tylko taka, że my się boimy czego innego niż reszta narodów.

Czego?
– Naszych sąsiadów ze wschodu i zachodu. Bo nie było w Polsce rodziny, która by nie została jakoś skrzywdzona przez Niemców i Rosjan. Dlatego odwoływanie się do resentymentu antyniemieckiego i antyrosyjskiego sprzyja w Polsce każdej partii radykalnej. Jadąc na tym, można wygrać wybory.

Nasz polski patriotyzm

To jest podłoże zmuszania do patriotyzmu, wpychania nas w oficjalny patriotyzm.
– Kiedyś rozmawiałem z kobietami o bardzo liberalno-postępowych poglądach, które uważały, że tradycyjna edukacja patriotyczna jest bardzo szkodliwa dla dzieci. Zapytałem je, czy biorą pod uwagę, że Polska może się znaleźć w stanie wojny.

Nie brały?
– Fundamentem ich postępowo-liberalnego światopoglądu było irracjonalne przekonanie, że żadnej wojny nie będzie, dlatego możemy wychowywać dzieci w taki sposób, żeby one były kompletnie niezdolne do jakichkolwiek aktów przemocy, a tym samym do czynnego udziału w wojnie. Żeby były miękkie, kulturalne, tolerancyjne, koncyliacyjne, nastawione na dialog, pojednanie i porozumienie. Idea dialogu jest z pewnością piękna, ma jednak, niestety, swoje granice. Ciekaw jestem, jak wyglądałby dialog między warszawskimi Żydami a oficerem SS w trakcie likwidacji getta w Warszawie. Mówię o skrajnym przypadku, ale to dotyczy całego społeczeństwa polskiego między 1939 a 1945 r. O żadnym dialogu nie było wtedy mowy. Oni nas zabijali, więc musieliśmy być zdolni do użycia przemocy wobec nich. Pytanie dziś brzmi: czy pan da sobie rękę uciąć, że nie znajdziemy się w stanie wojny?

Nie.
– A czy bierze pan to pod uwagę także w wychowaniu swoich dzieci?

Tak.
– Wtedy pan wchodzi na linię tradycyjnego polskiego patriotyzmu.

Ale brzęczy mi z tyłu głowy Gombrowicz, że poddanie się linii tradycyjnego patriotyzmu kończy się tym, że muszę się poddać woli tych, którzy rządzą. I bez mojej zgody i woli słuchać… Kaczyńskiego jako wicepremiera do spraw bezpieczeństwa.
– Jednak dzisiaj władzę w Polsce ma ktoś, kto jest przeciwko PiS. Niejeden raz pisałem, że błędem Platformy, ale i lewicy, było zerwanie z językiem tradycyjnego patriotyzmu.

Tusk do tego języka wraca.
– I słusznie, bo większość Polaków jest do tego języka przywiązana. Pomysły Platformy, by całkowicie odciąć się od tego języka, były nierozsądne. Pamięta pan opinię, że polskość to choroba? Przez takie gadanie przegrywaliśmy wybory. Sensowniejsze jest, żeby szanując podstawowe pryncypia polskiego etosu patriotycznego, wprowadzać do niego korektę liberalną, lewicową, oświeceniową itd.

A Gombrowicz?
– Gombrowicz fascynuje nas dlatego, że był jeden i był pierwszy, a w rzeczywistości mógł sobie pozwolić na wolnościowe fanaberie dlatego, że mieszkał w Argentynie. Kiedyś nawet napisałem tekst, kim by był, gdyby w 1939 r. został w Polsce. Gdyby mieszkał wtedy w Warszawie, poszedłby do powstania czy raczej siedziałby w piwnicy?

Pamiętam moje rozmowy z Jerzym Stefanem Stawińskim, scenarzystą „Kanału”, z prof. Wiesławem Chrzanowskim – był w Młodzieży Wszechpolskiej, z prof. Zdzisławem Sadowskim – on z kolei działał w ONR. Wszyscy byli przeciwni powstaniu warszawskiemu. Ale poszli.
– Jeśli mieszkamy przy ulicy, na której nasi sąsiedzi z tej samej kamienicy budują barykadę, to raczej nie zamkniemy się w domu i nie zasłonimy okien, tylko pójdziemy budować ją razem z nimi. Dlatego nawet ci, którzy byli przeciwnikami powstania, brali w nim udział. Chociaż Miłosz mówił mi: „Proszę pana, ja uznałem, że poważne traktowanie życia polega na tym, że nie należy brać udziału w przedsięwzięciach, które uważamy za nierozsądne”. On nie wziął udziału w powstaniu. Ale to wyjątek. Myślę, że czasem są sytuacje, kiedy nie ma wyboru.

Zawsze trochę się kolaboruje

Pisał pan w jednym z esejów, że „żołnierze wyklęci”, dziś tak wywyższani przez prawicę, zostali w latach 40. porzuceni przez naród. Nie cieszyli się czynnym poparciem większości, która szybko, po drugiej amnestii, zajęła się „normalnym” życiem i odbudową.
– To dotyczy wszystkich narodów, nie tylko Polaków. W skali masowej instynkt samozachowawczy jest zawsze silniejszy niż imponderabilia. Zwykle większość dostosowuje się do warunków, w których musi żyć. Czynny opór stawia garstka.

Co wtedy robią pisarze, ludzie kultury?

r.walenciak@tygodnikprzeglad.pl

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Ekologia

Wynaleźć naród na nowo

Żadne zagrożenie dla bezpieczeństwa narodowego nie równa się z globalnymi zmianami klimatu

Pamiętajmy, że w ewolucji naszego gatunku współpraca była ważniejsza niż konflikt. Jesteśmy znakomitymi współpracownikami, nawet jeśli – paradoksalnie – zdolność ta popycha nas do rasizmu i postaw plemiennych. Jednak czekają nas czasy, których nie da się porównać z tym, czego doświadczyliśmy wcześniej. Żadne zagrożenie dla bezpieczeństwa narodowego nie może się równać z tym, jakim dla państw są globalne zmiany klimatu i ich społeczne reperkusje, w tym masowa migracja. Fale upałów już teraz zabijają więcej ludzi niż wojny.

Zdolność naszego gatunku do współpracy nigdy dotąd nie była tak potrzebna; i nigdy nie była wystawiona na taką próbę. Skala czekającego nas kryzysu wymaga globalnej współpracy nowego typu, w tym wprowadzenia nowego międzynarodowego obywatelstwa i stworzenia globalnych instytucji odpowiedzialnych za migracje i stan biosfery – nowych władz, które będą opłacane z naszych podatków i przed którymi państwa narodowe będą odpowiadać za swoje działania. Politolog David Held przekonuje, że w wyniku postępującej globalizacji nasze granice państwowe straciły na znaczeniu – niejako „wyrośliśmy z nich” – i obecnie żyjemy w „nakładających się na siebie wspólnotach losu”, z których powinniśmy stworzyć kosmopolityczną demokrację na poziomie globalnym. Organizacja Narodów Zjednoczonych nie ma obecnie władzy wykonawczej nad państwami narodowymi, jeśli jednak mamy obniżyć temperaturę planety, zmniejszyć stężenie dwutlenku węgla w atmosferze i przywrócić różnorodność biologiczną na świecie, konieczne będzie wprowadzenie globalnych ograniczeń i globalnego zarządzania. Niezbędne jest zatem stworzenie jakiegoś nadrzędnego organu władzy, dysponującego uprawnieniami, które da się wyegzekwować.

Podstawę tego globalnego rządu powinny stanowić silne państwa, ponieważ napięcie między dążeniami jednostki i społeczeństwa jest faktem – znamy je wszyscy bardzo dobrze i wiemy, jak trudno ze sobą pogodzić te pragnienia i potrzeby nawet w małej, połączonej silnymi więzami społeczności, nie mówiąc o populacji całej planety. Trudno jest nam poczuć troskę o bezimiennego, człowieka żyjącego w kraju, którego nigdy nie odwiedziliśmy, żyjąc w mieście oddalonym od niego o tysiące kilometrów; tak naprawdę miewamy nawet problem z uwzględnieniem w naszych decyzjach potrzeb nieznajomego mieszkańca sąsiedniej ulicy.

Ostatecznie do tego właśnie można sprowadzić sens istnienia państw narodowych: mają one pomagać w zarządzaniu strukturami i instytucjami umożliwiającymi praktyczną współpracę między obcymi ludźmi, dzięki czemu rozwija się i umacnia wspólnota, w której wszystkim się powodzi. Nie jesteśmy tak blisko spokrewnieni z innymi członkami naszego społeczeństwa, by nasza współpraca z nimi miała sens z punktu widzenia genetyki. A jednak działamy razem, jakbyśmy byli członkami jednej rodziny. Codziennie dobrowolnie poświęcamy swój czas, energię i zasoby jako jednostki, aby zapewnić korzyści naszemu społeczeństwu – i robimy to, ponieważ jest to nasze społeczeństwo, nasza „rozszerzona rodzina”, nasze państwo narodowe. Państwo narodowe jest potężnym narzędziem umożliwiającym nam tak owocną współpracę; jak to ujął politolog David Miller, „narody to społeczności, które robią coś razem”.

Tym, czego nam obecnie potrzeba, jest połączenie internacjonalizmu i nacjonalizmu. Tylko silne państwa narodowe będą w stanie

Fragmenty książki Gai Vince Stulecie nomadów. Jak wędrówki ludów zmienią świat, przeł. Andrzej Wojtasik, Wydawnictwo Krytyki Politycznej, Warszawa 2024

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Felietony Roman Kurkiewicz

Nie było prawa i sprawiedliwości, będzie bida z nędzą

Nie wygląda na to, żeby lamentacjom PiS z racji decyzji Państwowej Komisji Wyborczej, która odrzuciła sprawozdanie finansowe partii za rok 2023, co skutkuje utratą dotacji na trzy lata (ok. 75 mln zł), będzie towarzyszył jakiś specjalny autokrytyczny namysł. Wręcz przeciwnie. Reakcja jest prosta jak budowa cepa: ani słowa komentarza do okoliczności, które kazały PKW sprawozdanie odrzucić. (Wprawdzie jest jeszcze Sąd Najwyższy z neosędziami w odwodzie, ale PKW już zapowiedziała, że SN w tej wersji poważnie traktować nie zamierza).

Powody, które dowodzą złamania prawa przez PiS, są następujące: agitacja wyborcza Jarosława Kaczyńskiego, kiedy to prezes zagrzewał do głosowania na swoją partię podczas dwóch pikników wojskowych, których koszt PKW wyceniła na ponad 138 tys. zł. Spot wyborczy byłego ministra Zbigniewa Ziobry, który w środku kampanii promował zmiany w kodeksie karnym. Była to najwyższa zakwestionowana kwota, ponad 2,6 mln zł. Na ok. 32 tys. zł wyceniono „spacer po zdrowie” z kandydującą do Sejmu Jadwigą Emilewicz, opłacony przez Kostrzyńsko-Słubicką Specjalną Strefę Ekonomiczną. Kolejny zarzut to sprawa szefa Rządowego Centrum Legislacji Krzysztofa Szczuckiego, który dał fikcyjne etaty sześciu osobom pracującym przy jego kampanii wyborczej. Tu PKW wyceniła nielegalną kampanijną korzyść na ponad 183 tys. zł.

Do tych stwierdzeń PKW prezes PiS słowem się nie odniósł,

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Kraj

Call (Center) Terror

Na niekończące się telefony, z którymi trudno walczyć, narzeka 50% Polek i Polaków. Gdy ktoś już odbierze, może paść ofiarą oszustów

Do Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów już w 2022 r. zaczęły napływać skargi od konsumentów na niechciane połączenia telefoniczne. Niektórzy stwierdzali wręcz, że miały one charakter nękania i uprzykrzały im życie.

– Dzwonili do mnie po trzy razy dziennie z ofertą na fotowoltaikę. Niekiedy nawet w sobotę. Najpierw próbowałem dowiedzieć się, co to za firma. Dzwoniący wymawiali nazwę niewyraźnie albo się rozłączali. Wreszcie zacząłem prowadzić z nimi grę. Odbierałem i marnowałem ich czas, gadając głupoty – opowiada 42-letni Tomasz z Gdańska.

Telefoniczna hydra

Telefony, o których mowa, pochodziły z konkretnego call center – firmy Asmanta. W toku postępowania wyjaśniającego UOKiK ustalił, że firma łamała prawo, i to w kilku aspektach.

Po pierwsze, Asmanta kupowała dane z numerami od spółki, z którą współpracowała. Przedsiębiorca nie miał zgody właścicieli numerów telefonicznych na marketing bezpośredni. Co to oznacza? Dzwonienie do osób, które nie wyraziły wcześniej zgody na taki marketingowy telefon, jest niezgodne z prawem. UOKiK podkreślał w oświadczeniu, że o taką zgodę nie można również pytać na początku rozmowy.

Po drugie, z ustaleń urzędu wynikało, że telemarketerzy podczas rozmów przekazywali nieprawdziwe informacje, wprowadzając tym samym potencjalnych klientów w błąd. Telefony dotyczyły dotacji do fotowoltaiki. Telemarketerzy podawali, że konsumenci mogą liczyć aż na 20,5 tys. zł dotacji, podczas gdy mogli spodziewać się jedynie 5 tys. zł dopłaty. Postępowanie dotyczyło więc nieuczciwych praktyk rynkowych.

– Decyzje zakupowe powinny być podejmowane na podstawie pełnej i rzetelnej informacji. Możliwe świadome zawyżanie przez telemarketerów kwoty ewentualnych dotacji stanowi nieuczciwą praktykę rynkową, zaburza proces decyzyjny konsumenta i może prowadzić do wyboru, którego przy dostępie do prawdziwej informacji by nie dokonał – podkreślał prezes UOKiK Tomasz Chróstny.

– Próbowałam wielu strategii. Po jakimś setnym telefonie z call center Asmanty w sprawie fotowoltaiki udało mi się wreszcie dowiedzieć, jak mogę wypisać się z ich listy kontaktów. Radość trwała jednak krótko.

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Aktualne Notes dyplomatyczny

Dlaczego Indie były nieważne?

Stało się to, o czym pisaliśmy już wcześniej – ambasadorem RP w Indiach (na początek kierownikiem placówki) będzie Piotr Świtalski. Sejmowa komisja właśnie zaakceptowała jego kandydaturę. Tak oto, po raz pierwszy w XXI w., wysyłamy do New Delhi dyplomatę wagi ciężkiej, z najwyższej półki, byłego wiceministra. To czytelny sygnał, że Polska zaczyna traktować Indie tak jak na to zasługują – jako wielkiego gracza światowego formatu.

Bo kto był ambasadorem w Indiach w ostatnich latach? W roku 2001 został nim Krzysztof Majka, inżynier, senator AWS. Wcześniej był konsulem w Mumbaju. To była jego pierwsza placówka, tak wszedł w świat polityki zagranicznej. Zastąpił go w 2009 r. prof. Piotr Kłodkowski, orientalista, specjalista od islamu i hinduizmu. W dyplomacji również nowicjusz. W latach 2014-2017 mieliśmy krótki epizod ambasadora zawodowca, kiedy placówką kierował Tomasz Łukaszuk, wcześniej ambasador w Indonezji i dyrektor Departamentu Azji i Pacyfiku MSZ. PiS Łukaszuka odwołało, bo studiował w MGIMO, i wysłało do New Delhi Adama Burakowskiego, profesora Instytutu Studiów Politycznych PAN, specjalistę od Rumunii, eksperta Klubu Jagiellońskiego. Dla niego to także był debiut w dyplomacji.

Innymi słowy, Polska pokazywała wszem wobec, że nie dostrzega wielkiej zmiany, jaka się dokonuje w Indiach, że patrzy na nie jak na egzotyczny, daleki kraj, w gruncie rzeczy drugorzędny. A na ambasadę jak na miejsce miłych synekur dla zasłużonych profesorów i działaczy.

Nawiasem mówiąc, Adam Burakowski w kwietniu 2023 r. przeniósł się na stanowisko ambasadora do RPA. I od tej pory, czyli od 20 miesięcy, mamy ambasadę w New Delhi bez ambasadora. W takich czasach!

Dlatego wysłanie Świtalskiego jest tak ważną zmianą. W MSZ pracuje on od roku 1986 i sprawy polityki międzynarodowej zna od podszewki. Zna Rosję, bo pisał doktorat w Moskwie, w MGIMO. Zna specyfikę dyplomacji wielostronnej, bo pracował w przedstawicielstwie przy ONZ i w sekretariacie OBWE. Pracował też w ambasadzie RP w Nairobi. W swojej karierze był dyrektorem Departamentu Strategii i Planowania Polityki Zagranicznej, a także dyrektorem Departamentu Azji i Pacyfiku. Był też wiceministrem, ambasadorem przy Radzie Europy w Strasburgu. A na zakończenie ambasadorem Unii Europejskiej w Armenii.

Wie wszystko: jak działa nasze MSZ i nasza struktura władzy, jak działa dyplomacja Unii Europejskiej i państw unijnych. Jakie jest miejsce Indii w polityce Zachodu. I jaka jest polityka Indii oraz jej zamiary. O kierowaniu placówką i kontaktach z korpusem dyplomatycznym nie ma co wspominać, bo to jego naturalne środowisko.

Mając tak doświadczonego szefa placówki, minister Sikorski może paru rzeczy być pewien. Że będzie miał na placówce porządek, że Świtalski szybko zbuduje swoją pozycję w korpusie i że będzie można przez niego wiele spraw z rządem załatwiać. Gospodarze też szybko poczują, że jest taki kraj jak Polska.

I o to w tym wszystkim chodzi. Ambasady to przecież narzędzia naszej polityki, wiadomo, że jak dobrze działają, to można politykę prowadzić. A jeżeli działają na pół gwizdka, można niewiele. Co wybieramy?

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Felietony Jerzy Domański

Czy za rządów PiS pacjenci mieli lepiej?

Największe problemy są dopiero przed nami. Tak widzę sytuację po prawie roku sprawowania władzy przez Koalicję 15 października. Po czasie jeszcze lepiej widać, jak szeroko rozlane jest bagno, które zostawiła po sobie partia Kaczyńskiego. Jeśli ktoś nie miał przez osiem lat opaski na oczach, musiał widzieć to powszechne złodziejstwo rozmaitych nieudaczników tworzących mniejsze i większe grupy przestępcze. Kręcili swoje interesy za przyzwoleniem prezesa partii, który widział w tym sposób na tworzenie nowych elit, oddanych partii. Elit pieniądza i, jakkolwiek śmiesznie by to brzmiało, także elit intelektualnych. Ukraść wiele milionów potrafili, ale jak słychać, nieszczególnie chętnie dzielą się z partią. Eksperyment z budową takich elit nie mógł się skończyć inaczej niż katastrofą. Przede wszystkim katastrofą dla perspektyw rozwojowych kraju. Tego zmarnowanego czasu najbardziej żal. Niczego ważnego przez dwie kadencje rządów PiS nie zbudowano. Zostawili

Polakom bilion złotych długu. Władza raz zdobyta miała nigdy nie wypaść im z rąk. Przegrali i wiedzą, że jeśli nie obronią prezydentury, to mimo krzyków zostaną skutecznie wyrwani z finansowych kokonów. Metoda „to nie moja ręka” będzie stałą formą obrony przed udokumentowanymi zarzutami. Widzieliśmy to ostatnio w czasie debaty nad wnioskiem PiS o odwołanie minister Leszczyny.

Zdrowie jest dla wszystkich znanych mi ludzi sprawą najważniejszą. O nie pytamy w każdej rozmowie z rodziną, przyjaciółmi, współpracownikami. Pytam więc i ja naszych Czytelników. Czy za rządów PiS w służbie zdrowia działo się lepiej? Czy był to czas bez kolejek do specjalistów? Bez zapisów na wizyty z długimi terminami? A może pacjent był w centrum uwagi? Można by te pytania mnożyć, ale nie ma to większego sensu. Było przecież bardzo źle, wręcz fatalnie. I choć nadal jest źle, to nie widzę takiego obszaru, w którym teraz jest gorzej. Zobaczymy, jak minister Leszczyna poradzi sobie ze sprzątaniem tego, co zastała. PiS nie ma żadnych merytorycznych argumentów na obronę tego, co zrobiło ze służbą zdrowia. Zlikwidowanie finansowania in vitro w kraju z takim spadkiem dzietności to nie występek, ale zbrodnia. Rację ma premier Tusk, który zarzucił rządom PiS kręcenie brudnych interesów przez grupę cwaniaków i kombinatorów. Mieli czas na handlowanie maseczkami, respiratorami czy też robienie interesów na tzw. szpitalach tymczasowych. Długa, czarna lista i zero samokrytyki. A powinni przeprosić i oddać, co zagrabione.

Drodzy Czytelnicy, zdrowia życzę.

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Aktualne Przebłyski

Piesiewicz zbiera haki i SMS-y

Coraz bardziej nerwowy jest Radosław Piesiewicz. Tak się przykleił do tłustej posady prezesa PKOI, że broni jej wszelkimi metodami. Wszyscy jego poprzednicy byli działaczami społecznymi. A teraz jest gość, którego trzeba utrzymywać z pieniędzy, jakie powinny iść na sport. Co się dzieje za kulisami PKOI? Zagrożeni są nawet ci członkowie władz komitetu, którzy Piesiewicza popierali. Wystarczy że, jak Otylia Jędrzejczak, prezeska Polskiego Związku Pływackiego i wiceprezes PKOI, zaczną być bardziej krytyczni, to Piesiewicz przestaje być milutki. Ujawnił, że ma w telefonie liczne SMS-y Otylii, „że mnie bardzo mocno wspiera”. By ją wyeliminować, namówił do startu w wyborach na prezesa związku pływaków Pawła Słomińskiego. Jędrzejczak wygrała i ma teraz szansę odegrać się na tym intrygancie.

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Aktualne Przebłyski

Czerwona lampka gen. Kukuły

Ciągle szukamy kogoś, kto czuje się bezpieczniejszy, gdy na czele armii stoi gen. Wiesław Kukuła. Szef Sztabu Generalnego Wojska Polskiego jest wynalazkiem Antoniego Macierewicza. Klepniętym przez prezydenta Dudę. Pamiętamy, jak się chwalił, że „pierwszy toast zawsze jest za Antoniego”. Pewno teraz zmieniło się imię. Ale kompetencji gen. Kukule nie przybyło. Propagandowymi bajkami nie przykryje tego, że tworzone przez niego Wojska Obrony Terytorialnej ciągle są w budowie.

I końca nie widać.

Gen Kukuła jednak się uczy. Po lekturze wywiadu, jakiego udzielił „Rzeczpospolitej”, widać, że nie jest to niestety wiedza o tym, jak wyciągnąć armię z zapaści, którą ufundowali jej Macierewicz z Błaszczakiem.

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.