Jakie rządy, taki budżet

Czy budżet na rok 2001 oznacza drogę stabilizacji i bezpiecznego rozwoju (jak głosi AWS), czy też przeciwnie, jest on wyrazem bezradności rządu, nie umiejącego rozwiązać żadnego głównego polskiego problemu (SLD)?

O ocenę tegorocznego budżetu “Przegląd” poprosił prof. MARKA BELKĘ, doradcę prezydenta RP ds. ekonomicznych:

Prof. Marek Belka: Żaden minister finansów nie ukręci bicza z piasku 

– Budżet przygotowany przez obecny gabinet stał się odzwierciedleniem sytuacji gospodarczej kraju i podsumowaniem 3,5-letnich rządów obecnej ekipy. W sposób niemal bezlitosny obcina pewne wydatki, z czego nie czynię bynajmniej wyrzutu pod adresem ministra finansów, gdyż jego obowiązkiem było stworzenie projektu ustawy budżetowej, zapewniającej minimum bezpieczeństwa ekonomicznego.

Heroiczne założenia

Nie brak ocen, iż budżet był oparty na zbyt optymistycznych, powiedziałbym, heroicznych, założeniach. A “heroiczne założenia” to coś najgorszego, co może się przydarzyć przy konstruowaniu ustawy budżetowej. Bo są to po prostu założenia, które nie mają szans się sprawdzić. Od ekonomistów nie oczekujemy heroizmu.
Oczywiście, rządowa autopoprawka zbliżyła budżet do realizmu. Minister finansów obniżył wcześniej przewidywane tempo wzrostu gospodarczego z 5,1% rocznie do 4,5%, zaś bezrobocie ma wzrosnąć i osiągnie 15,4%, a nie 14,9%. Tym samym potwierdziło się, że wcześniejsze założenia ministra finansów były zbyt optymistyczne. Dziś jednak są już prognozy mówiące, że tempo wzrostu spadnie nawet do ok. 3%.
Projekt ustawy budżetowej krytykowała nie tylko opozycja, ale i Rada Polityki Pieniężnej, która oceniła, iż w budżecie wbudowano takie “haki”, że jeśli nawet stałoby się coś bardzo złego w gospodarce, to mógłby on – pozornie – zostać wykonany. To poważny zarzut, który oznaczał, iż budżet został skonstruowany bardzo sprytnie – a to tylko kroczek od stwierdzenia, że przygotowano go nieuczciwie. Myślę tu o możliwości pewnych manipulacji dotacją do Funduszu Ubezpieczeń Społecznych. Jest ona podzielona na dwie części. Jedna część to wypłaty dla Otwartych Funduszy Emerytalnych, z czym ZUS ciągle zalega, zaś druga część to tzw. dotacja bieżąca. Pytanie, czy – jak zapowiada min. Bauc – zaległości wobec OFE (czyli wobec wszystkich tych, którzy przystąpili do funduszy) zostaną spłacone, czy też rząd będzie łatał na bieżąco finansowe dziury, jakie się pojawią, zaś długi wobec OFE, przekraczające już 7 mld zł, zostaną, wraz z karnymi odsetkami, przerzucone na konto przyszłych budżetów i przyszłych rządów?

Gdy zabrakło
odpowiedzialności

Często jestem pytany, czy przygotowałbym lepszy budżet? Zapewne mógłbym zrobić go bardziej przejrzyście, ale wielkiego pola manewru tu nie ma, bo budżet jest po prostu taki, jak rządzenie państwem w ostatnich kilku latach.
To, co zrobiono pod postacią nieodpowiedzialnego reformowania, oznaczało gwałtowny wzrost wydatków. A ponieważ mamy nieudane reformy i zwolnienie tempa wzrostu, to i budżet urodził się taki, a nie inny i w istocie nikt nie był z niego zadowolony. Żaden minister finansów nie ukręci bicza z piasku.
Sytuacja gospodarcza relatywnie się pogarsza. Te ewentualne 4% wzrostu dla gospodarki, która ma nadrabiać lukę cywilizacyjną, to za mało, więc bezrobocie nie zacznie spadać. Dopiero wzrost sporo większy niż 5% spowoduje, że w Polsce będą tworzone nowe miejsca pracy, a podatki zaczną napływać bardziej wartkim strumieniem. W Stanach Zjednoczonych pięcioprocentowe tempo wzrostu było tak wysokie, aż okazało się niemożliwe do utrzymania, ale tam gospodarka jest na innym poziomie. Tymczasem nasze przedsiębiorstwa są dziś tak wątłe, że wystarczy niewielkie osłabienie dynamiki wzrostu, a już mają problemy z płynnością finansową.
Przez ostatnie lata polska gospodarka się zadłużała, narastał deficyt na rachunku obrotów bieżących. Dlatego też w roku 2000 nastąpiło gwałtowne zwolnienie tempa wzrostu popytu wewnętrznego i przyhamowanie gospodarki. Stymulowanie popytu wewnętrznego byłoby zaś niebezpieczne, bo oznaczać będzie nadmierny przyrost importu, z czym i tak mamy kłopoty.

Kryzys po kawałku

Jeżeli szybko nastąpi pewne osłabienie złotówki, zwłaszcza wobec euro, i jeśli znacząco nie spadnie tempo wzrostu gospodarczego w Europie Zachodniej (w ubiegłym roku – ok. 3,3%), to jestem skłonny do optymizmu – i mogę się spodziewać, że zanotujemy taki wzrost gospodarczy, jak w roku 2000 albo nawet i nieco szybszy.
Jeżeli natomiast nie tylko zdusimy popyt wewnętrzny, ale i silny złoty udusi eksport, to możemy mieć poważne kłopoty. W tej chwili jedynie eksport ciągnie polską gospodarkę do przodu. Gdy silny złoty będzie się długo utrzymywać, to nasi eksporterzy po prostu wypadną z rynków zagranicznych.
Ten budżet mógłby oddalić niebezpieczeństwo spektakularnego, wielkiego kryzysu finansowego, jaki niektórzy ekonomiści zapowiadali już przed rokiem. Tyle że “dzięki” już nie schładzaniu, ale niemal zamrażaniu gospodarki ten kryzys konsumujemy stopniowo, kawałek po kawałku. Czymże innym jest wzrost bezrobocia do 15% i dwuprocentowy spadek płac realnych w grudniu ubiegłego roku, co zdarzyło się po raz pierwszy od 1992 r.?! To bardzo dramatyczny skutek duszenia gospodarki. Ale, jeśli mam wybierać, to już wolę kryzys w kawałkach, zamiast nagłego, potężnego tąpnięcia, mogącego oznaczać spadek produkcji i panikę przed okienkami bankowymi. Tu nie ma żadnych wątpliwości.

 

Wydanie: 6/2001

Kategorie: Wydarzenia

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy