Frekwencja nie lubi zamętu

Nieprzemyślane pomysły załatania tzw. dziury budżetowej zniechęciły słabiej zorientowanych wyborców do głosowania

Jeśli pada deszcz, mówią żartobliwie niektórzy, ludzie do wyborów nie idą. Po niedzieli 23 września, kiedy w wielu miejscach kraju pogoda była rzeczywiście nienadzwyczajna, część partyjnych liderów zechce zapewne w pochmurnym niebie widzieć główną przyczynę słabej frekwencji wyborczej, która wyniosła (według pierwszych szacunków) około . Słodzenie przez polityków gorzkiej świadomości, że miliony Polaków nie chcą korzystać z demokratycznych praw i pokazują im – najdelikatniej określając – plecy, argumentem, iż niskie ciśnienie i gorsza pogoda zatrzymały wyborców w domach, byłoby jednak oszukiwaniem i siebie, i innych.
Praktycznie od 1989 r. i wyborów z 4 czerwca trwa w naszym kraju debata nad (zbyt niskim, zdaniem politycznych elit) udziałem Polaków w wyborach. Był czas, że mówiło się nawet o “narodowej hańbie” i powtarzano tezy, że Polacy – mimo odzyskanej wolności –

wybrali “duchową emeryturę”.

Już nieco ponad 62% głosujących w 1989 r. niektórzy działacze “Solidarności” odebrali jako policzek wymierzony im przez niewdzięczny naród. Kiedy w pierwszych wyborach prezydenckich w 1990 r. do urn poszło w pierwszej turze 60% obywateli, a w drugiej zaledwie 53%, pojawiło się określenie “homo sovieticus”.
Dzisiaj w ocenach przyczyn niskiej frekwencji wyborczej w naszym kraju mniej jest epitetów i naiwnych wyjaśnień, a więcej analiz socjologicznych i psychologicznych. Naukowcy zainteresowali się tym zjawiskiem zwłaszcza po wyborach parlamentarnych w 1997 r., w których do urn pofatygowało się tylko 47,9% dorosłych Polaków. Przeprowadzony wówczas przez sopocką Pracownię Badań Społecznych sondaż wykazał, że główną przyczyną absencji był brak wiary, iż wybory cokolwiek zmienią w kraju i indywidualnym życiu ludzi (łącznie 24% wskazań), a także brak zainteresowania polityką (23%) i brak czasu (16%). Badanie PBS wykazało, że tzw. niegłosujący nie różnili się zbyt od całego społeczeństwa, choć było w tej grupie więcej ludzi młodych, a także osób z wykształceniem podstawowym i niższymi dochodami. Do wyborów najchętniej chodzą – według sondażu – emeryci i renciści oraz kadra kierownicza.
Sondaż CBOS-u poświęcony absencji przyniósł inną ciekawą informację. Okazało się, że gdyby “wagarowicze” pofatygowali się do urn, ich głosowanie nie wpłynęłoby (w 1997 r.) w sposób zasadniczy na wynik wyborów (rozkład ewentualnych preferencji partyjnych był w tej grupie podobny do wskazań uczestników wyborów).
Prof. Janusz Czapiński wysunął wówczas na bazie naukowych poszukiwań tezę, że głosowały lisy – Polacy dający sobie dobrze radę, a, osoby bierne i niezaradne, czyli

jeże zostały w domu.

Czapiński podzielił też niegłosujących na trzy grupy:
* niewielką część impregnowanych, czyli ludzi dających sobie radę w każdej sytuacji i niedbających w związku z tym o to, kto będzie siedział w Sejmie,
* równie małą populację zadufanych, czyli zwolenników największych ugrupowań, którzy uważają, że nawet bez ich głosu faworyt wygra,
* ogromną grupę zawiedzionych, przekonanych, że niezależnie od tego, kto nami rządzi, i tak w Polsce nie będzie lepiej.
Inne badania wykazują, że generalnie najwyższa frekwencja wyborcza notowana jest od lat w południowo-wschodnich regionach kraju. Do 1997 r. sprzyjało to partiom prawicy, tym bardziej że na terenach wiejskich ważnym czynnikiem aktywności politycznej obywateli jest parafia. Proboszczowie w niedziele wyborcze przypominają, na kogo nie należy głosować (na bezbożników), a potem wszyscy idą wspólnie do punktów wyborczych.
W wyborach 2001 r. istotnym czynnikiem wpływającym na frekwencję wyborczą były także bez wątpienia wydarzenia bieżące. Trwający przez kilkanaście tygodni

chaos informacyjny

wokół kryzysu finansów publicznych i nieprzemyślane pomysły załatania dziury budżetowej nie zachęcały wyborców słabiej zorientowanych w polityce do głosowania. Przez kilka dni po 11 września i zniszczeniu World Trade Center w Nowym Jorku wydawało się, że Polaków zmobilizuje tragedia Ameryki i potrzeba jedności w walce z terroryzmem. W sondażach deklaracje udziału w wyborach skoczyły z 49% do 54%.
Tuż przed wyborczą niedzielą plany prof. Belki dotyczące ewentualnych podwyżek cen i opodatkowania lokat bankowych ściągnęły raz jeszcze nastroje wyborcze – i frekwencję – w dół.


W Ameryce (też) nie głosują
Również w USA liczba głosujących systematycznie się obniża i rzadko przekracza próg 50%. W trosce o frekwencję władze uprościły kilka lat temu procedurę rejestracji wyborców, ale przyniosło to niewielki efekt.
Opracowana przez naukowców Medill School of Journalism klasyfikacja ludzi niechodzących w USA na wybory dzieli ich na:
* działających (doers), czyli mających wykształcenie wyższe, nieźle zarabiających, śledzących wydarzenia polityczne i aktywnych na szczeblu lokalnym, ale niewidzących potrzeby głosowania w wyborach do Kongresu lub prezydenckich,
* “niepodłączonych” (unplugged), czyli tych, którzy nie przekroczyli 30 lat, mało zarabiają, nie dyskutują o polityce i nie lubią władzy jako takiej,
* “nerwowych” (irritables), ludzi w średnim wieku, o nawet przyzwoitych dochodach, ale przekonanych, że ich głos nie liczy się, a władza jest do niczego,
* tych, którzy “nie wiedzą” (don’t knows), a więc osoby marnie wykształcone i słabo zarabiające, często powyżej 45. roku życia, które nie wiedzą, jak głosować ze względu na ogólnie niską wiedzę o otoczeniu,
* “wyalienowanych (alienated), czyli wyborców starszych, którzy od lat uważają, że ich głos nie ma wpływu na politykę.

 

Wydanie: 39/2001

Kategorie: Wydarzenia

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy