Stajnia Kurczuka

Stajnia Kurczuka

Zwolnił dwóch sędziów, dziewięciu ma postępowania dyscyplinarne. Czy to pomoże w przywróceniu dyscypliny w warszawskich sądach?

Grzegorz Kurczuk wyglądem przypomina galicyjskiego urzędnika. Mówi wolno, dostojnie się porusza, nosi białe koszule i ciemne, solidne marynarki. W Sejmie ubiegłej kadencji był wiceprzewodniczącym Komisji Sprawiedliwości i dał się poznać jako osoba skrupulatna i zdyscyplinowana, ale na pewno nie jako twardy polemista. Jego niedawna nominacja na stanowisko ministra sprawiedliwości wywołała emocje raczej średnie. Dziennikarze bardziej spekulowali o dymisji jego poprzedniczki Barbary Piwnik. Oraz pytali, czy nie jest to efekt politycznej gry. Kurczuk, lider SLD w województwie lubelskim, należał bowiem do grupy działaczy krytykujących Leszka Millera, więc jego nominacja mogła być odbierana jako sposób na ugłaskanie niezadowolonych.
Wielkich działań w Ministerstwie Sprawiedliwości nikt po Kurczuku się nie spodziewał. I przez pierwsze tygodnie jego urzędowania wydawało się, że tak właśnie będzie. Nowy minister zapowiadał walkę z przestępcami, ale czynił to w biurokratycznej manierze – mówił, że przygotuje nowe projekty ustaw, no i że szanuje niezależność prokuratury i niezawisłość sądów. „Nie jestem szeryfem, nie będę strzelał” – zapowiadał w wywiadzie dla „Rzeczpospolitej”.
Tymczasem ostatnie kilkanaście dni zweryfikowały ten obraz. Kurczuk nie jest szeryfem, nie strzela. Nie jest showmanem, nie urządza spektakularnych konferencji prasowych. Jest za to skrupulatnym biurokratą, który pilnuje, by sprawy przechodziły mu przez biurko. I to wystarcza.
W ostatnich dniach zapowiedział zaostrzenie kart dla sprawców najcięższych przestępstw, projekty nowych ustaw antykorupcyjnych, a także projekt ustawy, dzięki któremu będzie możliwa konfiskata majątku pochodzącego z przestępstwa. No i zabrał się za coś, za co nie mieli odwagi zabrać się wszyscy jego poprzednicy – za bałagan w warszawskich sądach.
Kurczuk zapowiadał to zresztą zaraz po ministerialnej nominacji. Ale wówczas odebrano to jako rutynowe zobowiązanie. Bo wszyscy wiedzą, że w Warszawie brakuje sędziów, budynków, komputerów, protokolantek, pieniędzy na odmalowanie ścian. Tymczasem Kurczuk udowodnił, że brakuje jeszcze jednego elementu – porządku i dyscypliny pracy.
Sprawę wywołały media, ujawniając na początku sierpnia, że w warszawskim sądzie lada moment ulegnie przedawnieniu akt oskarżenia z roku 1993. Sprawa dotyczyła przemytu spirytusu, zaangażowani byli w nią bossowie gangu pruszkowskiego i wołomińskiego. Trafiła do warszawskiego sądu i tam spoczęła na półce. Przez dziewięć lat sąd nie zaczynał procesu, nie dotykał akt. Czy przypadkowo? Czy takich przypadków było więcej?
„Nie mam podstaw, by twierdzić, że ktoś przewlekał postępowanie umyślnie, ale nonszalancję, nieprzygotowanie, głupotę, należy tępić. Zaraz wysyłam do tego sądu kontrolę. Winni zostaną ukarani” – zapowiedział Grzegorz Kurczuk. Niespełna miesiąc później wyniki kontroli spłynęły na jego biurko.
A nie była ona prosta. Ministerstwo Sprawiedliwości poleciło sprawdzić sędziom i pracownikom sekretariatów, co dzieje się z blisko 400 tys. spraw znajdujących się w warszawskich sądach. Każdą teczkę z aktami trzeba było przejrzeć, sprawdzić czy została odnotowana, co się z nią dzieje.
Wyniki kontroli nie były pomyślne. Bo okazało się, że w warszawskich sądach zaginęły akta 287 spraw (w tym 181 cywilnych).
Reakcja Kurczuka była natychmiastowa: 11 sędziów zostało pociągniętych do odpowiedzialności dyscyplinarnej. W tej grupie dwóch – prezes i wiceprezes sądu rejonowego dla Warszawy Śródmieścia, tam zaginęło prawie 100 spraw – zostało zwolnionych. Trzech sędziów upomniano, wobec sześciu trwają postępowania wyjaśniające.
Decyzje ministra wywołały wśród warszawskich sędziów szok. Nigdy wcześniej, żaden z ministrów, nie egzekwował tak zdecydowanie swoich uprawnień. Media cytowały sędziów, zaskoczonych surowością kar, tłumaczących, że zwolnieni prezesi nie mieli fizycznej możliwości pilnowania akt. „Masa spraw, przeprowadzki, kłopoty lokalowe – to mogło spowodować, że część akt zaginęła” – tłumaczyli.
Ale czy to ich usprawiedliwia? Okazuje się, że w innych sądach, nawet mających tak złe warunki pracy, jak na przykład łódzki, żadne akta nie giną. Nie ma też mowy, by sprawy gangsterów były w tajemniczy sposób chowane przez lata na dno szuflady.
Ministerstwo przypomina też, że zwolnieni prezesi sądu stracili stanowiska z powodu braku nadzoru.
„Tak dalej być nie może. Sędziowie powinni być wzorem ładu, składu i sprawiedliwości” – tłumaczył swoją decyzję Kurczuk. A pytany przez „Gazetę Wyborczą”, czy nie ma podejrzeń, że niektóre akta zginęły nieprzypadkowo, odpowiadał krótko: „Sugerowałyby to skala i miejsce, bo są wydziały, gdzie nic nie zginęło. Jednak dopóki nie mam dowodów czy choćby przesłanek, nie mogę tak powiedzieć. Ale i tak mamy do czynienia z gigantycznym bałaganem, którego nie można usprawiedliwić szczególnie trudną sytuacją warszawskich sądów”.
Czym zaowocują decyzje Kurczuka? Na razie obrażeni są warszawscy sędziowie, którzy twierdzą, że ministerstwo nie ma pomysłu, jak uzdrowić sytuację w stołecznych sądach. Oraz że walczy ze skutkami, a nie z przyczynami. Za to niechętnie odpowiadają, jak to się stało, że akta sprawy gangsterów przeleżały nieruszone dziewięć lat na półce.
Kurczuk odpowiada: „Dyscyplinarna terapia ministerstwa może przynieść nieoczekiwany skutek”.

 

Wydanie: 36/2002

Kategorie: Kraj

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy