Sztuka życia

Sztuka życia

Współcześni artyści pokazują swoje prace i od razu tłumaczą, z czego się wzięły. Bez barier. Mówią, że zostali zdradzeni, sami zdradzili, że mierzą się z chorobą, depresją, kryzysem…

Łukasz Ronduda – pisarz, scenarzysta, reżyser, kurator Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie. Badacz i znawca filmu eksperymentalnego. „Serce miłości” to jego drugi film po „Performerze” wyreżyserowanym wspólnie z Maciejem Sobieszczańskim.

„Serce miłości” oparł pan na historii związku rzeczywistych osób. Co było w niej pociągające?
– To film o miłości artystów, których związki są bardzo trudne, bo oprócz relacji uczuciowej dochodzi zawodowa, zwłaszcza jeśli uprawiają tę samą dziedzinę sztuki. Tak jest w przypadku Wojtka Bąkowskiego i Zuzanny Bartoszek, współczesnych twórców poezji i performance’u. Poza konkurencją emocjonalną na ich związek wpływa także konkurencja artystyczna. W tym przypadku szczególnie trudna, bo oglądamy związek starszego o 15 lat mężczyzny o ustabilizowanej pozycji z artystką, która dopiero wchodzi w świat sztuki.

Czyli jest też relacja mistrz-uczeń?
– Tak, ale spotykamy się z nimi w momencie, kiedy ta relacja mentorska już się wyczerpała. Młoda artystka zaczyna szukać swojej ekspresji i tożsamości. Zaczęła budować związek w wieku zaledwie 17 lat, a więc na wczesnym etapie rozwoju emocjonalnego i artystycznego. Bardzo mocno ukształtowała się przy partnerze, tym samym w naturalny sposób zaczęła z niego czerpać i go naśladować. Teraz chce przemówić własnym głosem.

15 lat różnicy to chyba nie aż tak dużo?
– Częste są związki starszych mężczyzn z młodszymi kobietami, zwłaszcza w środowisku artystycznym. One działają, dopóki młodsza osoba nie zacznie sobie zadawać pytań, co w tej relacji jest właściwie jej, a co zostało jej narzucone. Pytanie o własną tożsamość powoduje kryzys w relacji. Opowiadam taką właśnie historię – kobiety, która emancypuje się w związku z dominującym mężczyzną, ale nie określam charakteru tej relacji. Nie próbuję mówić, czy kobieta dotąd była uciśniona, czy też schowana pod opiekuńczymi skrzydłami. Próbuję raczej pokazać, co się dzieje, kiedy ktoś stara się upomnieć o niezależność jako człowiek i artysta.

Na ile pański film jest odbiciem rzeczywistości, a na ile wariacją na temat związku Bąkowskiego i Bartoszek?
– Scenariusz Roberta Bolesty jest inspirowany życiem prawdziwych osób, ale celem był film fabularny stworzony na podstawie tych postaci. Jesteśmy skupieni na bohaterach, praktycznie tylko nimi żyjemy, świata zewnętrznego tam nie ma, liczy się tylko to, co w nich i między nimi.

Czyli co konkretnie?
– Oglądamy dwójkę ludzi, którzy żyją w symbiotycznym związku. Są do siebie bardzo mocno upodobnieni duchowo, wizualnie i estetycznie. Są ujednoliceni do tego stopnia, że mogą wpaść na ten sam pomysł jednocześnie, niezależnie od siebie. To, że tak samo wyglądają, nie jest problemem dla mężczyzny, ale zaczyna uwierać kobietę. Trudno temu się dziwić, bo to ona nic innego nie widziała, nie wie jeszcze, kim jest, co jest jej, a co wzięła od niego. Nie jest pewna, czy decyzje, które w życiu podejmuje, są jej czy jego, mimo że wcześniej wydawało jej się, że stanowi sama za siebie i o sobie.

Problem, który poruszamy w filmie, jest szerszy. „Serce miłości” mówi o współczesnej miłości i o tym, jak dzisiaj kochamy. Pokazuje, jak bardzo dzisiejsza miłość jest narcystyczna.

Co ma pan na myśli?
– Nierzadko nie wiemy, czy kochamy osobę, z którą jesteśmy, dla niej samej, czy dlatego, że spełnia jakieś nasze oczekiwania. Często jest tak, że w momencie, kiedy jeden z partnerów zaczyna zachowywać się inaczej, decyduje się na coś innego niż do tej pory, w relacji pojawia się kryzys, bo nie umiemy już partnera dostosować do naszego świata, a naszego świata nie chcemy dostosowywać do niego bądź do niej. W tym przypadku jest podobnie. To jest właśnie taka miłość, w której obie strony skupione są na sobie i własnym wyobrażeniu o partnerze. Kokon tego wyobrażenia przerywa dziewczyna, która czuje się nim spętana.

Podejrzał pan tę historię czy bohaterowie sami się nią z panem podzielili?
– To podejrzana przeze mnie historia, wynika z mojego doświadczenia. Jest też w filmie scena na ten temat, w której kuratorka grana przez Magdę Cielecką słucha młodej artystki. Pracuję z artystami, jestem kuratorem. Współcześni artyści na spotkaniach z kuratorami pokazują swoje prace i od razu tłumaczą, z czego one się wzięły, co ich zainspirowało, jakie doświadczenia przełożyły się na kształt i treść dzieła. Nie mają przy tym żadnych barier. Mówią o tym, że zostali zdradzeni, że sami zdradzili, że mierzą się bądź mierzyli z chorobą, depresją, kryzysem, że z kimś się rozstali, że ktoś z ich otoczenia zmarł. W tym fachu granica intymności w ostatnich latach zupełnie się zatarła. Jeżeli rozmawia się z artystą o jego sztuce, wchodzi się w rolę terapeuty, od razu zna się najintymniejsze szczegóły biografii. Artystom wydaje się, że czerpią z siebie, a w rzeczywistości próbują jakoś siebie wytłumaczyć samym sobie.

Co wpłynęło na to, że współcześni artyści tak chętnie odsłaniają intymność?
– Doszły do głosu media społecznościowe, co doprowadziło do zmiany postrzegania intymności. To, co dekadę temu uważane było za prywatne, dziś traktowane jest jako coś, czym trzeba się dzielić. Ludziom się wydaje, że mają cenne życie i doświadczenia, którymi należy koniecznie dzielić się ze światem. Kultura Facebooka doprowadziła do tego, że konkurujemy ze sobą na te doświadczenia, prześcigamy się w udowadnianiu, że nasze są ciekawsze i wartościowsze. Byłem ciekawy, jak to wpływa na związek, kiedy ten wyścig się zaczyna, kiedy jedna strona nie chce już pozostawać pod wrażeniem doświadczeń drugiej osoby, tylko sama chce wyjść na powierzchnię ze swoimi. Przy tym oni są jak androidy w wykreowanej przestrzeni, bez uczestniczenia w życiu świata zewnętrznego. Żyją niejako ze swoim lustrzanym odbiciem, przeglądają się w sobie.

My teraz żyjemy podobnie. Mamy cały czas swoje odbicie w sieci. Mamy swój profil, który nieustannie analizujemy, bez przerwy badamy, jak wypadamy w oczach innych. Kiedy przystępowałem do pracy nad tym filmem, zadawałem sobie także pytanie, czy my do tego naszego profilu wpuszczamy jeszcze świat zewnętrzny. Czy odbicie w lustrze, jakim jest profil, jest wyłącznie naszą projekcją, oderwaną od tego, co za oknem.

Powiedział pan, że u artystów wygląda to inaczej niż u innych ludzi. Kogo więc ten problem dotyczy?
– Artyści działają tak, żeby wzmacniać to, co jest powszechnym procesem. Narcyzm i presja bycia kreatywnym w wyrażaniu siebie dotykają każdego. Nieustannie musimy dawać dowody tego, jak niezwykli jesteśmy i jak niepowtarzalną osobowość mamy – czy to za pomocą zdjęć w mediach społecznościowych, czy to ubiorem, czy stylem. Artyści wizualizują w swoich pracach to, co współczesna kultura i styl życia wymuszają na nas. Dzięki nim możemy przekonać się o szerszych zjawiskach. Taki był cel powstania filmu. Są też oczywiście artyści z obsesją na punkcie swojego wizerunku, co bierze się bezpośrednio z utraty kontroli nad światem. I to też jest odbicie społeczeństwa. Świat jest nieprzewidywalny i złożony, co sprawia, że towarzyszy nam niemożliwy do opanowania strach przed nim – permanentny niepokój o byt, pieniądze, o to, czy nie wybuchnie bomba, czy jakiś szaleniec nie zostanie wybrany na urząd prezydenta, czy smog nas nie zabija. Ta wieczna niepewność powoduje, że mamy potrzebę sprawowania całkowitej kontroli nad czymś. Próbujemy więc kontrolować własne ciało, bo z tego nikt nas nie rozliczy, efekty będziemy widzieć tylko my.

W czym ta kontrola się przejawia?
– Choćby popularnością tatuaży, siłowni, będącej wyrazem poddania ciała dyscyplinie, eksperymentami seksualnymi. Ale też stylem: butami, które nosisz, tym, jak się poruszasz, jaką masz sylwetkę. To wszystko jest wystylizowane. Zaczynamy przypominać żywe rzeźby i ta estetyka najbardziej mnie interesowała, bo bohaterowie funkcjonują właśnie jako rzeźby, chodzące dzieła sztuki. Artyści współpracowali z aktorami, Jackiem Poniedziałkiem i Justyną Wasilewską, i wykonali z ich pomocą rodzaj swoich awatarów. Dzięki temu, że są artystami, poszli w stronę ekshibicjonizmu, a nie laurkowego portretu siebie samych. Mnie również interesuje, skąd się bierze ich sztuka, dlatego proces jej powstawania jest jednym z wątków filmu. Bohaterowie są już tak podobni do siebie, że jak powiedziałem, w pewnym momencie wpadają nawet na ten sam pomysł, po czym kłócą się o to, czyj jest ten pomysł. Oskarżają się nawzajem o kradzież. Widzimy więc, jak takie wspólne funkcjonowanie wpływa na ich sztukę.

Co ich sztuka o nich mówi?
– Wojtek Bąkowski jest uznawany za następcę Mirona Białoszewskiego, jeżeli chodzi o poezję. Mówi w piękny sposób, jego utwory są nasycone słowami. Jest totalnym dziełem sztuki, bo łączy w sobie właśnie słowo, do tego muzykę i choreografię. Intrygujące jest to, ile jego codzienność ma z banalnego życia, ze zwyczajności. Tak naprawdę on mierzy się z tzw. problemami domowymi, a to nie są sprawy, które zapamięta historia. Zuzanna natomiast, dopiero wchodząca w świat sztuki, dostrzega w nim całą jego wyjątkowość, kreację i niezwykłość. Dopiero kiedy ukazują się jej także te banalniejsze aspekty rzeczywistości, widzi, że to, co jej się wydaje trywialne, takie samo jest u niego. Co ciekawe, fakt, że związek artystów posłużył za kanwę filmu, na pewno się odbije na ich związku w rzeczywistości. To tak naprawdę eksperyment na żywych organizmach. Film jest jedynie rejestracją pewnego momentu, kiedy są do siebie jeszcze przylegli i podobni.

Na czym polega to podobieństwo?
– Między nimi jest 15 lat różnicy, a wyglądają jak równolatkowie. On dla niej się odmładza, nosi młodzieżowe ciuchy, ona dla niego postarza się makijażem i garderobą. Kiedy spotykasz ich na ulicy, nie widzisz różnicy wieku. Nie wiesz też, że jesteś świadkiem zabiegu, pewnego efektu, słowem: sztuki.

Z jednej strony głośno o wszystkim dziś krzyczymy, z drugiej – są rzeczy, które chcemy ukryć?
– Wydaje mi się, że to jest ze sobą sprzężone. Reżyser Adam Curtis, który w swojej twórczości zajmuje się badaniem powodów populistycznego zwrotu w polityce, przekonywał, że wiek XX stworzył człowieka, który siebie i swoje działania opiera na sobie, na ekspresji i własnych możliwościach. Odczuwalny przez nas brak kontroli nad światem zbudował tę współczesną podmiotowość na apolityczności. Tak jakbyśmy świadomie odcinali się od otaczającego nas świata, udawali, że on nie istnieje, czemu dajemy wyraz m.in. w odcinaniu się od polityki, udawaniu, że ona nie ma na nas wpływu. Dlatego teraz trudno już o jakieś większe projekty polityczne. Ale mam wrażenie, że dziś już jesteśmy krok dalej za tym wszystkim.

Wydanie: 49/2017

Kategorie: Kultura

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy