Tag "afery"
Kogo zatopi były agent CBA
Artur Chodziński: od Zondacrypto do PiS i Kancelarii Prezydenta
Tytułowe pytanie wcale nie jest z gatunku political fiction. Jednak aby tak się stało, prokuratura musi najpierw zachęcić do „współpracy” Artura Chodzińskiego, który pracował dla prezesa kontrolowanej przez przestępców giełdy kryptowalut Zondacrypto i odgrywał rolę łącznika z politykami PiS i ludźmi z Kancelarii Prezydenta. To PiS i Karol Nawrocki bronili interesów Zondacrypto, blokując wprowadzenie ustawy regulującej rynek kryptowalut. Zondacrypto sponsorowała konferencję CPAC (Konserwatywnej Akcji Politycznej) w Jasionce, a wydarzenie to było de facto wiecem wyborczym Nawrockiego. Kandydat na prezydenta złożył wówczas publiczne zobowiązanie, że jeśli zostanie głową państwa, nie podpisze ustawy kontrolującej rynek kryptowalut. To Zondacrypto opłaciła Polish-American Strategic Industries Summit, którego organizatorem była propisowska Telewizja Republika. Impreza stanowiła część oficjalnej wizyty prezydenta Nawrockiego w Waszyngtonie we wrześniu 2025 r.
Śledczy nie powinni mieć problemów z nakłonieniem Artura Chodzińskiego do współpracy, bo jeśli rzeczywiście Przemysław Kral sypie, to na pewno opowie o wpływowym i dobrze opłacanym współpracowniku, który za swoje usługi zainkasował pół miliona złotych.
Czując pismo nosem, Chodziński sam zgłosił się do prokuratury. „Pan Artur nie ma żadnych zarzutów, żadne zarzuty na nim nie ciążą, stawiamy się dobrowolnie w prokuraturze w ramach dobrego gestu celem ustalenia tak naprawdę, czego prokuratura chce, biorąc pod uwagę tylko i wyłącznie informacje znajdujące się w przestrzeni medialnej”, wyjaśniał pełnomocnik Chodzińskiego mec. Krystian Paderewski.
Takie tłumaczenie jest niedorzeczne w ustach prawnika. To prokurator wzywa podejrzanych i świadków do stawiennictwa (albo korzysta z pomocy policji lub służb) i nie informuje zawczasu o tym, jakie będzie podejmował czynności. A mówienie o „dobrym geście” wobec prokuratury jest zwykłą bezczelnością.
Ale Chodzińskiemu tupetu nie brakuje. Gdy 11 września prokuratura poinformowała o przeszukaniu nieruchomości byłego agenta CBA i zarekwirowaniu m.in. sprzętu elektronicznego, oznajmił, że żadnego przeszukania u niego nie było, policjantom zaś przekazał „przygotowane przez siebie wcześniej dokumenty, nośniki danych i inne przedmioty”. A przecież to prokurator decyduje, jakie dowody ma zabezpieczyć, a nie osoba, u której ma dojść do przeszukania.
Zapytałem w Prokuraturze Krajowej, jaki status w śledztwie dotyczącym Zondacrypto ma Artur Chodziński i jak przebiegało przeszukanie jego nieruchomości. Dostałem zaskakującą odpowiedź. „Prokuratura nie przeprowadziła dotychczas czynności z udziałem wspomnianej osoby. Udzielenie odpowiedzi na pozostałe pytania nie jest możliwe z uwagi na dobro i tajemnicę postępowania”, stwierdziła prokurator Anna Adamiak. Takie stanowisko może wskazywać, że były agent CBA poszedł na współpracę.
Agent do zadań specjalnych
Artur Chodziński, zanim trafił do CBA, był dziennikarzem. Piotr Głuchowski tak pisał o nim w „Gazecie Wyborczej”: „Karierę zaczynał w połowie lat 90. we wrocławskim »Słowie Polskim« – dawnym organie PZPR przejętym najpierw przez norweską Orklę, a potem Passauera. W redakcji miał ksywkę »Kurtka«, ponieważ przychodząc do pracy, odpalał komputer, wieszał kurtkę na oparciu – i znikał. »Pozostawione okrycie miało sugerować, że Artur pracuje, tylko jest w toalecie albo na papierosie« – mówi mi teraz G. Drugim, krótkotrwałym miejscem zatrudnienia »Kurtki« był nowo otwarty w 1997 r. dziennik »Puls Biznesu«, a trzecim – wrocławski oddział naszej gazety mieszczący się przy Placu Solnym. Dawni koledzy i koleżanki słabo jednak go stamtąd pamiętają: »Raczej niepozorny, pisał notki, kryminałki, miejską drobnicę«. H: »Nie wzbudzał zaufania. Co innego mówił w oczy, a co innego za plecami. Taki cwany gapa. Tu cię przytulił, tu ci jakąś wiadomość sprzedał, węszył za korzyściami. Rozstaliśmy się z nim bez żalu«”.
Gdy PiS utworzyło Centralne Biuro Antykorupcyjne w 2006 r., Chodziński zaciągnął się do walki ze skorumpowanymi politykami i urzędnikami. Według serwisu Służby Specjalne początkowo służył w biurze prasowym, ale „szybko stał się jednym z najbardziej zaufanych ludzi szefostwa CBA, Macieja Wąsika i Ernesta Bejdy, ten ostatni w tamtym czasie kierował wrocławską delegaturą CBA”.
„Kurtka” zajmował się m.in. „aferą hazardową”, która przetrzebiła pierwszy rząd Donalda Tuska i zakończyła polityczne kariery Zbigniewa Chlebowskiego oraz Mirosława Drzewieckiego. Pracował przy „aferze podsłuchowej”, która przyczyniła się do upadku rządu koalicji PO-PSL i przejęcia władzy przez PiS. Zanim wybuchła afera Zondacrypto, Chodziński był już bohaterem mediów. Onet pisał, że namawiał oskarżonego o nadużycia byłego dyrektora Instytutu Meteorologii i Gospodarki Wodnej do złożenia zeznań obciążających wpływowego polityka PO Stanisława Gawłowskiego.
W 2015 r. wybuchł
Szejk z Pcimia i przekręt stulecia
Daniel Obajtek, kradzież 1,5 mld zł i łaskawość prokuratora
„Cały świat o tym czyta. Wstyd na cały świat”, ubolewał premier Donald Tusk, komentując artykuł w „Financial Timesie”. Brytyjski dziennik, którego czytelnikami są światowi przywódcy polityczni i elity biznesowe, napisał o aferze spółki córki Orlenu – Orlen Trading Switzerland (OTS), odsłaniając nieznane dotychczas kulisy. Dziennikarze dotarli m.in. do akt z postępowania przed sądem arbitrażowym w Dubaju, gdzie Orlen próbował odzyskać utracone pieniądze. Chodzi o gigantyczną kwotę ponad 1,5 mld zł.
Wysokie ryzyko defraudacji
Latem 2022 r. w mieście Baar w szwajcarskim kantonie Zug, ulubionym raju podatkowym nafciarzy z Rosji, zarejestrowana została spółka Orlen Trading Switzerland. Daniel Obajtek stworzył ją rzekomo po to, aby kupować po konkurencyjnych cenach paliwa na rynkach światowych. Tyle że Orlen miał już w strukturze wyspecjalizowany dział zakupów paliw. I jak proroczo ostrzegały wewnętrzne służby bezpieczeństwa Orlenu – Biuro Kontroli i Bezpieczeństwa, specjalna komórka powołana do strzeżenia kluczowych interesów koncernu – w notatce rozesłanej do najważniejszych osób w spółce i państwie, nie można było wykluczyć, „że projekt ma na celu wyprowadzenie środków z PKN Orlen, a tym samym istnieje wysokie ryzyko defraudacji”.
Jednak premier Mateusz Morawiecki ani odpowiadający za służby specjalne Mariusz Kamiński nie zareagowali. A przecież doskonale wiedzieli, kim jest Obajtek i jak trafił na stołek prezesa Orlenu. Warto w tym miejscu przypomnieć, że gdy PiS doszło do władzy, ten „niezwykły człowiek” – jak mówił o nim Jarosław Kaczyński – był wójtem Pcimia i zasiadał na ławie oskarżonych w procesie grupy przestępczej gangstera o pseudonimie „Prezes”. Obajtek miał wyłudzić z firmy swoich wujów 1,4 mln zł i podzielić się pieniędzmi z zaprzyjaźnionymi gangsterami, a także przyjąć 50 tys. zł łapówki od „Prezesa” w związku z ustawieniem gminnego przetargu, za co groziło mu nawet 10 lat więzienia.
Prezes PiS postanowił za wszelką cenę ratować Obajtka. W tym celu… zmieniono Kodeks postępowania karnego, tak by prokurator mógł z sądu wycofać akt oskarżenia wobec Obajtka, a potem umorzyć śledztwo. Operacja ta została zainicjowana w Ministerstwie Sprawiedliwości, przeprowadzona przez parlament, a nowe prawo zatwierdził prezydenckim podpisem Andrzej Duda. Czyli aby ratować jednego gościa przed więzieniem, obóz władzy zmienił prawo.
Szemrane towarzystwo
Wróćmy jednak do Orlenu i OTS. Na czele spółki córki stanął Samer A., obywatel Polski urodzony w palestyńskiej rodzinie w Libanie. Zdaniem „Financial Timesa” mężczyzna był członkiem Organizacji Wyzwolenia Palestyny w Tunisie, a potem studiował w Polsce. Natomiast według ustaleń Biura Kontroli i Bezpieczeństwa PKN Orlen Samer A. miał utrzymywać kontakty z terrorystyczną i finansowaną przez Iran organizacją Hezbollah, a także był zamieszany w nielegalny handel ropą pochodzącą z tego kraju. Jakby tego było mało, kiedy Samer A. trafił do Orlenu, jego nazwisko przewijało się w śledztwie bydgoskiej prokuratury w sprawie zorganizowanej grupy przestępczej wyłudzającej podatek VAT, o czym za moment.
Zastępcą Samera A. w OTS został Marcin O., menedżer związany ze spółkami PGNiG i według służb bezpieczeństwa Orlenu zamieszany „w afery korupcyjne i piramidy finansowe badane przez CBA”.
W 2023 r. Samer A. spotkał się z 25-letnim Kam Ho „Alexem” Tse, szefem dopiero co zarejestrowanej w Dubaju spółki Hannon International. Prezes OTS zwrócił się do młodego Chińczyka o pomoc w zdobyciu ropy naftowej z Wenezueli. Panowie poznali się kilka miesięcy wcześniej na wyścigach Formuły 1. Według relacji „FT” Tse stanowczo nalegał na rozliczenie transakcji w kryptowalucie, a nawet zasugerował pośrednictwo w rozliczeniach. Choć wydawało się to szalone, Samer A. przystał na te warunki i pod koniec listopada 2023 r. szwajcarska spółka Orlenu zawarła z firmą Chińczyka kontrakt na zakup ok. 6 mln baryłek wenezuelskiej ropy za 345 mln dol. Zaledwie kilka dni po podpisaniu umowy OTS przelał spółce Hannon 230 mln dol. zaliczki (sic!).
Problem w tym, że Kam Ho „Alex” Tse nie miał pojęcia o handlu ropą. O pomoc w realizacji zlecenia dla spółki Orlenu poprosił pośrednika, 46-letniego Włocha o nazwisku Vitonicola Mariano. Mężczyzna ten zajmował się mydłem i powidłem: działał w branży gastronomicznej, potem
Znów zstąpił Duch Puszczy
Alkoafera w PZPN przed startem Ligi Narodów
Próby obalenia obecnego prezesa Polskiego Związku Piłki Nożnej są jak strzały przeciętnych polskich ligowców – intencja może i słuszna, ale wykonanie pokraczne. Cezary Kulesza to człowiek z Podlasia, choć urodzony nieco poza jego granicami, w Wysokiem Mazowieckiem, co teoretycznie mogłoby mu przysporzyć mojej sympatii, albowiem niewielu może o sobie powiedzieć, że przyszło na świat w mieście Ruchu – oprócz Chorzowian jeszcze tylko cidry z Radzionkowa, Zdzieszowiczanie i obywatele Ryk. Owóż, prezes Kulesza to swój chłop, wręcz chłop swojski, podlaskie tradycje szanuje i pielęgnuje jako człek duchowości puszczańskiej. Duch Puszczy zstępuje na niego często i rumieni jego oblicze, wkracza wtedy prezes w stan, by tak rzec, intensywnego uduchowienia.
Że Cezary Kulesza nie lubi się spotykać z ludźmi „tak bez niczego”, tajemnicą nie jest, wiemy nawet, co lubi zanucić, jak już trunek porządnie krtań rozgrzeje: a to za-zu-zić wokalizę z „Kariery Nikodema Dyzmy” (przypadek to, czy podświadome utożsamienie?), a to dołączyć do chóru tak zacnych osobistości jak Mejza i Bortniczuk i wespół w zespół odśpiewać „Barkę”.
Jeśli ktoś myśli, że ze stołka można go zrzucić, dowodząc światu, że prezes spożywa, a nawet nadużywa, musi być skrajnie naiwny albo mieć refleks Kuczoka piszącego o Boguszu (najgoręcej biję się w piersi i najserdeczniej państwa przepraszam, żem przed tygodniem, zachwalając wyczyny polskiego napastnika w lidze meksykańskiej, zapomniał, że on już od ubiegłej zimy strzela gole w Teksasie dla Houston – mamy problem…). To jakby wsłuchać się w odległy dzwon, lecz nie wiedzieć, z jakiego kościoła – owszem, piłkarska afera alkoholowa ostatecznie wpłynęła na to, że Kulesza stracił stanowisko, ale było to 46 lat temu i chodziło o trenera Ryszarda, a nie o prezesa Cezarego, w dodatku to nie on się schlał do spodu, ale zawodnicy, jego zaś zwolniono za to, że okazał się wobec pijaków nie dość surowy.
Prezes Kulesza gościł samego Gianniego Infantina w Katowicach podczas inauguracji młodzieżowego mundialu kobiet (na którym notabene Polki rozczarowały, bo po wyjściu bez straty punktu z silnej grupy odpadły z Kolumbijkami) i trudno mieć do niego pretensje, że się napił – ja też bym na trzeźwo kolacji z łysym z FIFA nie wytrzymał. Do pokoju hotelowego pomogli mu dotrzeć dwaj uczynni, bo już powiedzieć, że zaufani, byłoby strzałem kulą w płot. Jeden z asystentów prezesa jedną ręką go podtrzymywał, drugą
Zbrodnia czy wykroczenie?
Afera Siemieńca w przededniu europejskiego startu polskich klubów
Pomimo młodego wieku 34-letni Adrian Siemieniec jest uznawany za jednego z najlepszych polskich szkoleniowców. Ma za sobą nadzwyczaj udany początek kariery trenerskiej – wiosną 2023 r. przejął słabującą Jagiellonię i uratował ją przed degradacją, by już w następnym sezonie zdobyć z nią tytuł mistrzowski, a w kolejnych dwóch zająć miejsce na podium. Za każdym razem także wprowadzał klub do fazy ligowej europejskich rozgrywek. Powszechnie sądzi się, że w najbliższym czasie dostanie propozycję z topowej ligi europejskiej i może sobie w niej poradzić – o ile wcześniej nie zostanie mu powierzona piecza nad kadrą narodową.
Tymczasem w ostatnich dniach stał się negatywnym bohaterem afery, o której huczy całe polskie środowisko piłkarskie. O co w ogóle poszło? Dziennikarze śledczy Wirtualnej Polski dogrzebali się informacji o sytuacji bardzo wątpliwej etycznie i szczególnie ryzykownej w kontekście oczyszczania ligowej piłki z nieczystości po aferach korupcyjnych sprzed dekad (smród nie ulega przedawnieniu).
W maju, dwie kolejki przed finałem rozgrywek, walcząca o jak najwyższe miejsce Jagiellonia miała aż ośmiu zawodników zagrożonych karną pauzą w razie otrzymania kolejnej żółtej kartki. Sytuacja niecodzienna, niefortunna, trener martwił się o tzw. głupie żółtka i za wszelką cenę chciał uniknąć osłabienia przed ostatnim meczem. W trosce o to zdecydował się skonsultować z doświadczonym arbitrem. Wysłał mu wiadomość następującej treści: „Witam Panie Sędzio. Paweł [Raczkowski] dzisiaj Nam sędziuje, nie wiem jak podejść do tego tematu. Chce po prostu żeby z Nami w tym temacie współpracował. Jeżeli nie będzie wyjść i kartka się należy to oczywiście mi nic do tego, ale jeżeli może poczekać i Nas uprzedzić że ktoś jest blisko to będę mógł zareagować. Mamy finał sezonu u siebie. Chodzi mi o branie tego pod uwagę i pewną rozwagę. Czasami sa sytuacje ze ktos jest pol na pol, albo pracuje na kartkę” (pisownia oryginalna).
Sędzia Wójcik zasugerował mu, żeby pogadać w tej sprawie przed meczem z samym sędzią Raczkowskim, poinformował również o tej sprawie wyznaczonego arbitra. Siemieniec zgodnie z instrukcją podszedł do sędziego przed meczem, ale ten rozmowy odmówił. Żaden zagrożony kartki w meczu nie dostał, ale też sobie na nią w żaden sposób nie zasłużył. Pojawiły się jednak wątpliwości, czy to wyłącznie w wyniku zbiegu okoliczności. Koniec afery.
Młody trener na chwilę zgłupiał, pozwolił sobie na bardzo niefortunne, a nawet naganne sugerowanie arbitrowi „współpracy”, ale doświadczony sędzia zachował zimną krew. Występek wszakże się dokonał, trener Jagielloni wkroczył na kruchy lód, bo wszelkie przedmeczowe naciski na arbitrów, lub choćby próby wywierania nacisku, są absolutnie zabronione. O przestępstwie jednakowoż mówić nie można, samą akcję SMS-ową należy przypisać raczej brakowi obycia w kwestiach regulaminowych niż wyrachowanej próbie działań korupcyjnych.
Niestety, dziennikarze śledczy wydali medialny wyrok, pisząc wprost o „sportowej zbrodni, chęci wymuszenia nieczystej gry i nieuczciwej przewagi swojej drużyny nad rywalami”. I ja tracę do nich sympatię, bo sobie myślę, że dziennikarstwo śledcze powinno raczej polegać
Ziobro brał, Kaczyński nie wiedział, Bogucki zgłosił…
Politycy prawicy umoczeni w aferę Zondacrypto
Tak to się działo
2014 – Sylwester Suszek zakłada giełdę kryptowalut BitBay (późniejszą Zondacrypto). 2018 – BitBay trafia na listę ostrzeżeń publicznych KNF. 2019 – prokuratura umarza sprawę BitBay. 2020 – prokuratura po raz drugi umarza sprawę BitBay. „Superwizjer” TVN emituje reportaż, w którym sugeruje, że kapitał giełdy mógł pochodzić z wyłudzeń podatku VAT. 2021 – prezesem giełdy zostaje Przemysław Kral i zmienia jej nazwę na Zonda, a później na Zondacrypto. 2022 – w marcu znika Sylwester Suszek. Po raz ostatni widziany jest w bazie paliwowej Mariana W. 2023 – prokuratura umarza śledztwo w sprawie giełdy Zondacrypto. 2024 – prokuratura po raz kolejny umarza śledztwo w sprawie giełdy Zondacrypto. 2025 – maj, Zondacrypto jest sponsorem konferencji CPAC w Rzeszowie. 2025 – sierpień, Michał Moskal spotyka się z Przemysławem Kralem na Ibizie. 2025 – wrzesień, rozmowy Kral-Sakiewicz o sprzedaży 20% akcji TV Republika. 2025 – październik, umowa sponsorska Zondacrypto-PKOl. 2025 – październik, listopad, przelewy do fundacji Ziobry i fundacji Wiplera. 2025 – listopad, zegarek dla Piesiewicza. 2025 – pierwsze weto prezydenta do ustawy o kryptowalutach. 2026 – luty, giełda Zondacrypto upada. 2026 – kwiecień, Karol Nawrocki po raz drugi wetuje ustawę o kryptowalutach. 2026 – kwiecień, prokuratura wszczyna śledztwo ws. Zondacrypto. 2026 – czerwiec, Karol Nawrocki po raz trzeci wetuje ustawę o kryptowalutach. 2026 – wrzesień, koalicja przegrywa w Sejmie wniosek o odrzucenie weta prezydenta.
Afera Zondacrypto ma kilka poziomów. Poziom pierwszy to zwykły kryminał. Z podejrzeniem morderstwa, mafią i okradzeniem tysięcy inwestorów na setki milionów złotych. A może i na miliardy – szacunki sięgają od 460 mln do 3 mld zł.
Państwo w tym czasie nie reagowało. I to jest drugi poziom – dlaczego sprawy przeciwko BitBay i Zondacrypto były w prokuraturze od 2018 r. wielokrotnie umarzane? A rozpoczynały się na wniosek Komisji Nadzoru Finansowego.
Poziom trzeci to powiązania właścicieli Zondacrypto ze światem polityki, służb specjalnych i mediów, zwłaszcza tych związanych z prawicą. Tu układ był oczywisty – Zondacrypto dawała pieniądze, w zamian miała dwie korzyści. Wybielała się w oczach naiwnych inwestorów, bo skoro w sponsorowanej przez nią imprezie uczestniczą kandydat na prezydenta Polski i wysłanniczka prezydenta USA, to można mniemać, że firma jest w klasie premium. Skoro jej reklamy są wyświetlane w telewizji, z którą współpracuje niedawny minister sprawiedliwości i prokurator generalny, można wnioskować, że jest ona po dobrej stronie mocy. W ten sposób naganiano do Zondacrypto klientów.
Druga korzyść to czysty kryminał: firma płaciła politykom, przelewała środki na ich różne fundacje. Czy w ten sposób zyskiwała wpływ na ich decyzje? Na kształt procesów legislacyjnych regulujących rynek kryptowalut? Na działania PiS i Konfederacji w Sejmie, na trzy weta prezydenta? Jeżeli tak, to mamy do czynienia z łapówką. Dlatego ten poziom afery wzbudza dziś najwięcej emocji. Bo za konszachty Zbigniewa Ziobry z Przemysławem Kralem może zapłacić cała prawicowa formacja. Dla wielu polityków jest to więc walka o wszystko.
Bo ta afera może długo żyć. Co prawda, większość Polaków nie za bardzo się orientuje, co to są bitcoiny itd., lecz doskonale wie, że zegarek, który kosztuje 170 tys. zł, czyli tyle, ile luksusowy samochód, to przejaw rozpusty. Że 450 tys. nie daje się za nic… A bratanie się z ludźmi, zza pleców których wygląda Sylwester Suszek, zaginiony (zamordowany?) pierwszy właściciel giełdy, jest moralną zgnilizną. To coś gorszego niż słynne ośmiorniczki.
Prawicowa opozycja poczuła więc mroźny powiew, bo fajnie było korzystać z brudnych pieniędzy, ale teraz okazuje się, że rachunek za ten bal mogą wystawić wyborcy. A do drzwi puka prokurator.
PiS, choć sprawa wychodzi poza ludzi tej partii, dotyczy i Konfederacji, i Kancelarii Prezydenta, i związanych z PiS mediów, buduje kolejne linie obrony.
Zacznijmy od linii numer jeden: przejąć kontrolę nad aferą i zacząć nią administrować. Bo co parę dni pojawiają się nowe informacje, z kilku źródeł, a wygrzebują je czołowi polscy dziennikarze śledczy. Wszystko dzieje się poza kontrolą PiS, więc żeby tę kontrolę przywrócić, PiS rzuciło hasło
r.walenciak@tygodnikprzeglad.pl
Dyzma z Wołomina nie był sam
Co jeszcze musi zrobić Piesiewicz, by go pognano z Polskiego Komitetu Olimpijskiego? Słyszę, że jego kadencja kończy się w kwietniu przyszłego roku i do tego czasu PKOI będzie kierowany przez któregoś z wiceprezesów. Niezborność władz komitetu i przedłużająca się niemoc decyzyjna pokazują, dlaczego kariera i wybór kogoś takiego jak Piesiewicz były w ogóle możliwe. Kto był trampoliną, która wywindowała go na fotel prezesa? Nikt nie chce się przyznać do roli ojca chrzestnego. Bo sytuacja mocno pachnie mafią. Czy w PKOI i związkach sportowych nie ma postaci równie podejrzanych? I równie dalekich od zasad, na których opiera się ruch olimpijski? W związkach sportowych zaczęli rządzić ludzie mający za cały program załatwianie kasy dla swojej dyscypliny. I na swoje, lepiej niż dobre, pensje. Sport i sportowcy zaczęli schodzić na dalszy plan. Stawali się tłem dla działaczy i sponsorów. I petentami pukającymi do drzwi prezesów.
Przecież nie tylko Piesiewicz handlował wizerunkiem medalistów. Bez ich wiedzy i zgody. Ciągle są prezesi związków sportowych, jak Andrzej Supron, których trudno przekonać do odwołania Piesiewicza. Jest tam spora grupa takich, którzy uważają, że najważniejsza jest kasa. Nieważne skąd. Byle jak największa. Często są to byli wybitni sportowcy. Niestety, medale nie zawsze idą w parze z umiejętnościami menedżerskimi i mądrym przywództwem. Bywa, że stają się tylko sławną wizytówką, za którą różni cwaniacy kręcą własne interesy.
Na największy w historii polskiego sportu kryzys wizerunkowy pracowało wielu działaczy. Choć Piesiewicz ciągle puka spod dna, to po dnie szoruje jeszcze kilku innych z 60-osobowego zarządu. Dyzma z Wołomina został wybrany na prezesa PKOI przez ludzi, którzy bez skrupułów wyeliminowali Andrzeja Kraśnickiego. Kompetentnego i uczciwego prezesa PKOI zastąpili sprytnym i pazernym hochsztaplerem.
Na dymisję Kraśnickiego naciskał prezydent Duda. A o awans Piesiewicza zabiegali jego współpracownicy. W tym ten, który lobbował za powołaniem Dudy do Międzynarodowego Komitetu Olimpijskiego. Oczywiście jako reprezentanta Polski. Bo prezydent jeździ na nartach. Bez żenady głosili te głupoty w mediach. Dziś po tych miglancach nie ma śladu. Są za to ogromne szkody. Materialne i wizerunkowe. I potężny kryzys, który dotknął prawie wszystkie dyscypliny sportowe w Polsce. Widzieliśmy to w czasie igrzysk w Paryżu, gdzie nasi sportowcy wystąpili w strojach Adidasa, bo Piesiewicz wykolegował firmę 4F z Małopolski. Piszę o tym, bo sprzątanie po Piesiewiczu to dopiero początek. Jeśli w polskim sporcie ma być lepiej i uczciwiej, zmiany kadrowe muszą dotknąć wiele organizacji. Z tą największą, czyli PZPN, na czele.
Mafia trzyma ich za gardło
Po wielu latach buty i pazernego zagarniania państwa dla siebie, czyli dla PiS, nadszedł czas rozliczeń. Czy może być coś gorszego dla wyborców prawicy niż to, co widzą po kolejnych odsłonach afery Zondacrypto? PiS szło po władzę z hasłem oczyszczenia życia publicznego z afer i oszustw. A co zrobiło?
Po dwóch kadencjach jego rządów mamy wysyp takich skandali, że po wielokroć przebiły te, które były w Polsce wcześniej. Ludzie z największą nawet wyobraźnią nie mogli tego przewidzieć. Do tej pory to autorzy kryminałów łączyli w misternych intrygach świat polityki z kryminalistami i aferzystami. Czy teraz stracą zajęcie? Pewnie nie. Tyle że opowieści kryminalne mają teraz innych głośnych autorów. I to sporą grupę.
Są wśród nich politycy, którzy brali kasę za załatwianie lub ochronę interesów przestępczych. Teraz będą zeznawać i opowiadać o kulisach. Mogą liczyć na wielką publiczność.
Ciągle poznajemy nowe pomysły
Naczelna Izba Lekarska na wojnie z rządem
Patologiczna chciwość jest demokratyczna, nie ma barw politycznych. Świadczy o tym historia Dawida Kacprzyka, młodego lekarza bez specjalizacji, radnego PO, zarabiającego krocie w Warszawskim Szpitalu Południowym, oraz historia spółdzielni neurochirurgów z Mogilna zarabiających 26 tys. zł na godzinę i ponad 300 tys. zł dziennie – dla odmiany powiązanych ze środowiskiem PiS. Rzucamy w rozmowach tymi kwotami, jakby były czymś normalnym, podczas gdy wszyscy mieszkańcy czteropiętrowego bloku w Warszawie razem wzięci nie zarabiają nawet jednego Kacprzyka – nowej miary wartości pracy.
Joanna Mucha, posłanka niezrzeszona, stwierdziła w „Kropce nad i”, że standardem w szpitalach jest jeden lekarz zarabiający ponad 100 tys. zł i kilku lekarzy zarabiających 50 tys. zł. Nic więc dziwnego, że większość budżetów szpitalnianych idzie na pensje personelu medycznego. A gdzie inwestycje w infrastrukturę, w pacjentów? Jaką korzyść mają pacjenci z lekarza za 100 tys. zł, często przemęczonego, biegającego za kasą z jednego miejsca w drugie?
Co i jak chce uleczyć Naczelna Izba Lekarska
Na uleczeniu patologii powinno zależeć przede wszystkim Naczelnej Izbie Lekarskiej, samorządowi lekarzy i lekarzy dentystów. Przynależność do niego jest obowiązkowa dla każdego, kto chce w Polsce uprawiać zawód lekarza.
Tymczasem do tej pory niemal każda próba uleczenia była przez izbę bojkotowana. Szczególnie nie podoba jej się jawność wynagrodzeń w publicznej ochronie zdrowia. Prezes NIL Łukasz Jankowski zapowiedział w RMF FM, że jeśli prezydent podpisze ustawę o powiązaniu zarobków lekarzy z PESEL, ci skierują sprawę do trybunałów europejskich. Prezes zresztą już dwukrotnie poszedł do prezydenta Karola Nawrockiego – 19 listopada 2025 r., czego efektem był grudniowy Szczyt Zdrowotny, oraz 20 maja 2026 r., w sprawie przegłosowanej przez Sejm ustawy wydłużającej terminy na przedstawienie certyfikatu znajomości języka polskiego przez lekarzy cudzoziemców. Jankowski zaapelował wówczas o weto prezydenta, aby „chronić bezpieczeństwo pacjentów”.
Co NIL zamierza zrobić, aby nie powtarzały się patologiczne sytuacje jak ta w Warszawskim Szpitalu Południowym czy ze spółką neurochirurgów z Mogilna? „Podpowiadać Ministerstwu Zdrowia, jak nie dopuszczać do takich patologii, ale nie mamy złudzeń, że zostaniemy wysłuchani. Zgłaszaliśmy mechanizmy blokujące częściowo takie nadużycia jeszcze w zeszłym roku – bezskutecznie”, odpisuje mi szef biura prasowego NIL Jakub Kosikowski. Dowiedziałam się też, że pensja Jankowskiego to cztery średnie krajowe. Jeśli do tego dorzucimy ryczałt, wychodzi ponad 40 tys. zł brutto miesięcznie. Kiedy wcześniej o ujawnienie pensji Jankowskiego wnioskował lekarz Janusz Pachucki, sprawa oparła się aż o NSA, który uznał, że w odniesieniu do zarobków prezesa nie obowiązuje zasada ochrony prywatności. Mimo to Jankowski nie chciał ujawnić, jaka to kwota. Ostatecznie jednak portal „Rynek Zdrowia” dotarł do uchwał ją określających, a prezes potwierdził autentyczność danych.
Zdaniem NIL jedyną skuteczną metodą na zlikwidowanie kominów płacowych ma być rewizja wycen, które te kominy tworzą. „To są ciągle te same specjalizacje, gdzie marża na pacjentach jest zbyt duża”, pisze Kosikowski, odpowiadając na moje pytania. Izba proponuje także tachografy dla personelu medycznego. Lekarze na kontraktach mieliby pracować maksymalnie 78 godzin w tygodniu – czyli tyle, ile wynosi limit dla lekarzy zatrudnionych na etacie. Byłby to jednak czas pracy zbliżony do deklaracji z grafików Kacprzyka – etat poza ochroną zdrowia wynosi 40 godzin. Z badań NIL wynika, że 30% lekarzy przeszłoby z kontraktów na etaty, gdyby wynagrodzenie wynosiło ok. 30 tys. zł brutto.
W RMF FM Jankowski dowodził: „Zostaliśmy wypchnięci na kontrakty przez panią premier Kopacz, ówcześnie ministra zdrowia”. Tu mija się z prawdą. Bernard Waśko, niegdyś pełniący funkcję zastępcy prezesa NFZ (ds. medycznych), a obecnie dyrektor Narodowego Instytutu
Finansowa samowola w ochronie zdrowia
Bez rozmowy o rzeczywistych kosztach niczego nie naprawimy
– Codziennie odbieram telefony: przyjmij go, czeka na SOR, da się skrócić czas oczekiwania? To jest powszechne działanie – opowiada znajomy dyrektor szpitala. Gdy go pytam, ile „Szpitali Południowych” jest w Polsce, bez wahania odpowiada: wszystkie. Po PRL załatwianie po znajomości mamy w DNA. Szukamy po sąsiadach, babciach, ciotkach. Pytamy, czy ktoś kogoś zna, czy może do kogoś zadzwonić. Nie zastanawiamy się, że to niewłaściwe i niedobre dla systemu, czytaj: niekorzystne dla nas wszystkich.
Afera w Warszawskim Szpitalu Południowym pokazała więc to, co wie każdy dorosły Polak – że w ochronie zdrowia przenikają się systemy prywatne i państwowe i że zarobki lekarzy są zastanawiające. To były dwa narodowe trupy w szafie – kiedy nagle wypadły, jest słuszne oburzenie, mimo że niemal każdy z nas, a politycy różnych partii w szczególności, chce mieć swój salonik VIP.
Przypomnijmy wspomniany skandal: Dawid Kacprzyk, 29-letni radny KO, lekarz z Warszawskiego Szpitala Południowego, w ciągu roku wypracował łącznie prawie 4 tys. godzin, czyli po 12-14 godzin na dobę przez 365 dni w roku. Oprócz tego sprawował funkcję radnego oraz bywał w mediach.
W Sosnowcu jeden z chirurgów przepracował na umowie cywilnoprawnej łącznie ponad 4,8 tys. godzin. 14 godzin pracy dziennie, 420 miesięcznie. Na tym samym oddziale pięciu pracowników na umowie o pracę przepracowało łącznie 4587 godzin w roku. Jak chirurg funkcjonował? Jak leczył i kiedy odpoczywał?
Klinika Otolaryngologii, Chirurgii Głowy i Szyi w Uniwersyteckim Centrum Klinicznym WUM przeszła dwukrotną kontrolę za nieprzestrzeganie kolejek. Za pierwszym razem kara wyniosła 50 tys. zł, za drugim – prawie 300 tys. zł. Znaczy to, że między kontrolami nic się nie zmieniło. Opłaca się placówce zapłacić z naszych podatków karę i nadal kilku lekarzy może tłuc prywatnie pieniądze, załatwiając szybsze przyjęcie do kliniki.
Z kolei szpital w Tomaszowie Lubelskim ma 5,2 mln zł straty po pierwszym kwartale. Dyrektor Dariusz Gałecki, który jest jednocześnie radnym powiatu z PiS, ostrzega przed pogorszeniem sytuacji. A z jego oświadczenia majątkowego wynika, że w ubiegłym roku zarobił w tym szpitalu 864 tys. zł brutto.
Lata zaniedbań
To rządzący mają w rękach instrumenty, które mogą spowodować, że dostępność procedur medycznych dla Kowalskiego się zwiększy, ale od lat niewiele robią w tym kierunku. Nie mamy nawet pełnej wiedzy, ile zarabiają polscy lekarze. Bartosz Fiałek, reumatolog, menedżer ochrony zdrowia, opublikował w mediach społecznościowych zestawienie, z którego wynika, że w większości krajów Europy lekarze specjaliści zatrudnieni na etacie zarabiają od trzech do pięciu średnich krajowych, a samozatrudnieni najczęściej od pięciu do siedmiu średnich krajowych. Są wyjątki, szczególnie w krajach skandynawskich, ale tam również średnia krajowa jest bardzo wysoka. Z kolei w biedniejszych państwach, np. na Węgrzech, relacja wynagrodzenia lekarza do średniej krajowej pozostaje wysoka. „10-krotność lub więcej średniej krajowej nie jest europejską normą. To kolejny obszar, który wymaga uporządkowania”, stwierdza Fiałek we wpisie.
Podobnych przemyśleń algorytm w ostatnim czasie podsunął mi kilka. To znak, że do części środowiska lekarskiego zaczyna docierać, że są w sytuacji uprzywilejowanej w stosunku do kolegów z Zachodu. A straszenie, że będą wyjeżdżać za granicę, jest zwykłym szantażem. Aby to sprawdzić, poprosiłam Naczelną Izbę Lekarską o statystyki wyjazdów zagranicznych z ostatnich czterech lat, z rozbiciem na staże i stypendia, czyli na rozwój, oraz na wyjazdy „za pracą”. Odpowiedziano, że nikt nie gromadzi takich statystyk. Dość to osobliwe.
Z kolei zestawienia Agencji Oceny Technologii Medycznych i Taryfikacji dają obraz zarobków z jednego miejsca pracy – i dowiadujemy się, że aż 560 lekarzy wyciąga powyżej 1 mln zł rocznie! A takich miejsc lekarz ma czasem pięć. Szacuje się, że zarabiających powyżej 100 tys. zł miesięcznie może być w systemie ok. 10%. Zważywszy na fakt, że według danych GUS w minionym roku liczba lekarzy czynnych wyniosła 141,2 tys., a prawo do wykonywania zawodu miało 166,5 tys. medyków, 10% to całkiem niezła armia. W grudniu 2025 r. liczba lekarzy
Wielki amunicyjny szwindel
Zapasy amunicji zgromadzone w magazynach Wojska Polskiego wystarczą na pięć dni
„Czy prawdą jest, że zapasy amunicji Wojska Polskiego wystarczą na pięć dni wojny?”, zapytano 25 marca 2025 r. w programie „Gość Wydarzeń” w Polsat News gen. Dariusza Łukowskiego, szefa Biura Bezpieczeństwa Narodowego. Człowieka, który miał dostęp do tajnych informacji o stanie polskiej armii. „Jest to możliwe w wielu obszarach, typach amunicji… Pięć dni. Może tydzień, może dwa. Potem – jak pomoc sojuszników nadejdzie w porę – być może zdarzy się jakiś cud”, odpowiedział generał.
Zapytany o to samo minister obrony Władysław Kosiniak-Kamysz z lekką irytacją odparł, że „sytuacja wygląda inaczej”, i doprecyzował, że chodzi konkretnie o amunicję artyleryjską kal. 155 mm. Przyznał, że tej amunicji mamy mało i „nadrabiamy stracony przez wiele ostatnich lat czas”.
Skala problemu szokuje, jeśli zestawimy ją z informacjami płynącymi z frontu ukraińskiego. Ukraińcy zużywają dziennie – w zależności od intensywności walk – 4-9 tys. pocisków kal. 155 mm. Szacuje się, że w latach 2022-2023 polski przemysł obronny produkował ok. 6 tys. takich pocisków rocznie! Coś z tym trzeba było zrobić.
W sierpniu 2025 r. w trakcie wizyty w Zakładach Chemicznych Nitro-Chem w Bydgoszczy premier Tusk zapowiedział zwiększenie ich produkcji. „W tym roku osiągniemy blisko 30 tys., a zamiarem ambitnym i bardzo realistycznym jest też to, że w perspektywie kolejnych dwóch lat osiągniemy pułap blisko 200 tys. rocznie”.
Nieżyjący już gen. Waldemar Skrzypczak, były dowódca Wojsk Lądowych, oceniał potrzeby polskiej armii na ok. 3 mln sztuk pocisków kal. 155 mm. „Tyle powinno być w magazynach, żeby było z czym wojnę rozpoczynać”, mówił. Przy rocznej produkcji 6 tys. pocisków kal. 155 mm osiągnęlibyśmy ten poziom po… 500 latach. Przy zapowiadanych przez premiera Donalda Tuska 200 tys. rocznie – wystarczy 15 lat. Ale to nie jest rachunek. To jest wyrok.
Wojna w Ukrainie dowiodła, że artyleria nadal jest „bogiem wojny”, a pozbawione amunicji armatohaubice Krab produkowane w Stalowej Woli czy kupione z wielką pompą koreańskie działa K9 szybko zmienią się w bezużyteczną kupę złomu. Poza tym, jeśli przed wojną jeden taki pocisk kosztował ok. 2 tys. dol., to po roku wojny jego cena wzrosła do 8 tys., by obecnie ustabilizować się na poziomie ok. 4 tys. dol.
Dla największego w Europie producenta tej amunicji, niemieckiego koncernu Rheinmetall, wytwarzającego ok. 700 tys. sztuk rocznie, to doskonała wiadomość. Dla polskich firm także, pod warunkiem że zaczną ją produkować na dużą skalę.
Zmarnowane miliardy
29 marca 2023 r., rok po rozpoczęciu przez Rosję wojny w Ukrainie, rząd Mateusza Morawieckiego przyjął uchwałę o ustanowieniu programu Narodowa Rezerwa Amunicyjna (NRA). Był to plan zakupu 1 mln pocisków artyleryjskich kal. 155 mm oraz zwiększenia mocy produkcyjnych polskiej zbrojeniówki do 200 tys. takich pocisków rocznie. Program opatrzono klauzulą „tajne”.
Po czym… nic się nie zmieniło.
Później media podały, że minister obrony Mariusz Błaszczak i minister aktywów państwowych Jacek Sasin połączyli siły, by program zablokować, bo jego pomysłodawcą był przyboczny Morawieckiego, obecny eurodeputowany Michał Dworczyk. Udało się. W roku 2023 z Narodowej Rezerwy Amunicyjnej nie wydano ani złotówki.
Za to Agencja Rozwoju Przemysłu ogłosiła w ramach NRA konkurs ofert. Jedyną propozycją, która spełniała rygorystyczne wymagania, okazała się oferta konsorcjum tworzącego spółkę Polska Amunicja. W jej skład wchodziły: Grupa WB – największy w tej części Europy producent dronów bojowych i amunicji








