Tag "Donald Trump"
Strategia czasów wodzostwa
Donald Trump wreszcie powiedział wprost: jego największym wrogiem jest dawna Ameryka
Opublikowana oficjalnie 5 grudnia amerykańska Narodowa Strategia Bezpieczeństwa w społeczności analityków i obserwatorów polityki międzynarodowej funkcjonowała trochę na zasadzie kota Schrödingera. Bardzo długo jej nie było, przynajmniej w końcowej formie, a jednocześnie ciągle wzbudzała kontrowersje, lęki egzystencjalne i ataki paniki właściwie na całym świecie. Już samo to pokazuje, że wbrew zaklinaniu rzeczywistości przez Pekin, Moskwę czy Teheran nadal większość populacji żyje w układzie sił, którego gwarantem w mniejszym lub większym stopniu jest polityka Stanów Zjednoczonych. Brzmi to gorzko, ale rację ma portal Politico, który tydzień po publikacji strategii za najpotężniejszego polityka pod względem wpływu na Europę uznał właśnie Donalda Trumpa. Wielu na Starym Kontynencie chciałoby pewnie, żeby na tym miejscu znajdowała się jakaś nowa inkarnacja Churchilla, Adenauera czy de Gaulle’a, ale nic nie jest w stanie zmienić faktu, że to prezydent USA dyktuje europejskim stolicom, co mają robić. I to on ma decydujący wpływ na ich bezpieczeństwo, zwłaszcza w kontekście procesu pokojowego w Ukrainie.
Partnerstwo na finiszu
Pierwotnie ten dokument, ostatecznie mający wszędzie odciski palców wiceprezydenta J.D. Vance’a, mocno też naznaczony strategicznym myśleniem izolacjonisty Michaela Antona i antychińskiego jastrzębia Elbridge’a Colby’ego, miał się ukazać we wrześniu. Przeszło dwumiesięczna zwłoka w publikacji była dla wielu powodem do niepokoju, ale i zastanowienia. Co prawda, pojawiały się przecieki z pierwszych wersji – chociażby doniesienia Kena Moriyasu z gazety „Nikkei Asia”, który jako pierwszy trafnie przedstawił hierarchię priorytetów w nowej strategii – ale były to informacje szczątkowe.
Moriyasu już we wrześniu napisał, że najważniejsze będzie bezpieczeństwo wewnętrzne, rozumiane także przez pryzmat reindustrializacji i powstrzymania nielegalnej imigracji. Dopiero na drugim miejscu znalazły się Chiny i, szerzej, Indo-Pacyfik, potem kwestie nowych technologii, a na czwartym miejscu Europa.
Ostatecznie Staremu Kontynentowi poświęcono sporo miejsca, bo aż trzy strony, niemal w całości wypełnione ostrym, antagonistycznym, mocno bełkotliwym językiem konfliktu cywilizacyjnego i zawoalowanego rasizmu, ale wcale nie dlatego, że Stany Zjednoczone pod rządami Trumpa są jakoś zaniepokojone europejskim bezpieczeństwem czy stanem sojuszu transatlantyckiego. Wręcz przeciwnie. Nie będzie przesady w stwierdzeniu, że 5 grudnia 2025 r., przynajmniej w warstwie retorycznej (choć jak najbardziej oficjalnej), powojenne partnerstwo demokratycznej Europy i Stanów Zjednoczonych ostatecznie dobiegło końca.
Jak słusznie w komentarzu do dokumentu, opublikowanym przez liberalny amerykański think tank The Brookings Institution, napisała turecka analityczka Aslı Aydıntaşbaş, nawet gdyby w 2028 r. w USA władzę przejęła administracja demokratów, zaangażowanie Ameryki w sprawy atlantyckie nigdy już nie będzie takie jak w czasach po 1989 r., których ostatnim tchnieniem była ekipa Joego Bidena. Wynika to ze zmian strukturalnych w samych Stanach Zjednoczonych – gospodarczych, politycznych i demograficznych. Ale też z faktu, że w nowym wieloosiowym świecie stworzony przez Bidena podział na autokracje i demokrację będzie miał drugorzędne znaczenie.
Aslı Aydıntaşbaş zauważa bowiem, że wprawdzie wracamy do czasów chaosu i twardej siły jako wyznacznika pozycji danego kraju, ale nie zmienia to faktu, że trzeba to wszystko pogodzić z gospodarczym współistnieniem i współuzależnieniem. Nie będziemy mieli już luksusu obrażania się na autokratów i wstrzymywania handlu z nimi, bo od takich transakcji będzie zależeć nasze przetrwanie. Uniwersalizmy zostaną odsunięte na bok, jeśli w ogóle będą obecne w rozrachunkach dyplomatycznych.
Projekcja lęków MAGA
Co zatem Europa dostaje w zamian? Sporo uwagi, ale krytycznej. W wypowiedziach Colby’ego i Vance’a słyszymy to, co tak naprawdę już wszyscy wiedzieliśmy, a przynajmniej ci, którzy nie mieli złudzeń co do natury obecnej administracji. Krótko mówiąc, Unia Europejska w swoim dzisiejszym kształcie instytucjonalnym jest całkowicie niekompatybilna z interesem strategicznym Stanów Zjednoczonych. Dlatego Donald Trump będzie aktywnie dążył do jej rozbicia, a dokładniej – redukowania Wspólnoty do jej roli czysto ekonomicznej, czyli do wspólnego rynku.
Skąd taki cel? Odpowiedź na to pytanie zależy od orientacji ideologicznej komentatora. Liberałowie, a przynajmniej ci przywiązani do porządku międzynarodowego opartego na zasadach, normach i etyce, widzą w tym dokumencie wyrażenie pogardy dla europejskich ustrojów politycznych i powojennego kontraktu społecznego. Dla polityków spod znaku MAGA europejskie państwo dobrobytu, przyjmujące uchodźców z globalnego Południa, wypłacające zasiłki osobom niepełnosprawnym, zarządzane w większości przez rządy koalicyjne i zachowujące silny parlamentaryzm jako wyraz pluralizmu poglądów swoich obywateli, jest po prostu przeżytkiem.
Z kolei konserwatyści – zwłaszcza europejscy narodowi populiści w duchu co lepiej umoszczonych w swoich międzynarodówkach polityków Prawa i Sprawiedliwości – już próbują retorycznych wygibasów, żeby udowodnić, że ta strategia wcale nie jest antyeuropejska,
Bajka o dobrych Chińczykach
Państwo Środka ma coraz większe problemy z ukrywaniem imperialnych ambicji
„Ta brudna głowa, która wychyla się i wtrąca w nie swoje sprawy, musi zostać odcięta”. Choć w ostatnich miesiącach z ust polityków niemal wszystkich krajów i opcji padały słowa jeszcze kilka lat temu trudne do wyobrażenia lub poważnego potraktowania, takie zdanie wciąż wzbudza kontrowersje. Zwłaszcza jeśli wypowiada je ktoś, kto przynajmniej nominalnie jest dyplomatą. A taką osobą jest Xue Jian, konsul generalny Chińskiej Republiki Ludowej w japońskiej Osace. W zacytowanym wpisie na platformie X odniósł się do nowej szefowej rządu w Tokio, Sanae Takaichi.
Pierwsza w historii kobieta na tym stanowisku, polityczka ambitna, konserwatywna, ale też zdecydowana i dobrze odnajdująca się w dzisiejszych tendencjach do wyrazistych diagnoz i deklaracji, swobodnie płynie na fali ogromnej popularności. Według badań opinii publicznej z początku grudnia, cytowanych przez portal Nikkei Asia, pozytywną opinię na temat jej rządów ma 76% respondentów. Biorąc pod uwagę fakt, że jej poprzednik Shigeru Ishiba opuszczał urząd, kiedy społeczna satysfakcja była na poziomie poniżej 30%, jej wynik jest spektakularny – aczkolwiek jej rządy trwają zaledwie półtora miesiąca.
Obrona? Tylko teoretyczna
Sanae Takaichi ma sprecyzowane poglądy na wiele rzeczy, w tym na kwestię, którą w niedawnym przemówieniu do japońskiego parlamentu nazwała „egzystencjalną”, czyli bezpieczeństwo Tajwanu. Stwierdziła wówczas, że ewentualna inwazja Chin na wyspę mogłaby stanowić zagrożenie dla japońskiej państwowości, co z kolei uzasadniałoby uruchomienie „prawa do samoobrony”. To termin wprowadzony przez japońską legislaturę w 2015 r. jako swego rodzaju furtka militarna.
Japonia, zdemilitaryzowana siłą przez aliantów po II wojnie światowej, teoretycznie nie ma sił zbrojnych – przynajmniej nie w tradycyjnym, zachodnim znaczeniu tego pojęcia. Tamtejsze jednostki, o znacząco ograniczonych zdolnościach zaczepnych, nazywane są właśnie samoobronnymi i na co dzień wykonują zadania, które trudno nazwać militarnymi. Pomagają w akcjach ratunkowych po katastrofach naturalnych, wspomagają ochronę wydarzeń publicznych i pilnują sytuacji na japońskich wybrzeżach.
Zgodnie z obowiązującą od powojnia doktryną Japonia może więc się bronić, i to całkiem skutecznie – ale raczej krótko, operacje ofensywne w bieżącym układzie nie są zaś możliwe.
Debata o remilitaryzacji Japonii przez lata pozostawała w dużej mierze teoretyczna, bo takie też były zagrożenia. Nawet nieustanna eskalacja działań nuklearnych ze strony Korei Północnej, przejawiająca się w regularnych testach rakiet, spadających do morza w połowie drogi między półwyspem a japońskimi wyspami, nie wywoływała paniki klasy politycznej w Kraju Kwitnącej Wiśni. Czasy jednak się zmieniły, także dla decydentów w Tokio.
To nie Korea Północna, ale Chiny w największym
Z nieba do piekła, czyli kariera Dicka Cheneya
Czytelnicy „Przeglądu” wiedzą, że wiceprezydent nie ma silnej pozycji w systemie ustrojowym Stanów Zjednoczonych. Nie ma jej tak długo, jak żyje i cieszy się zdrowiem urzędujący prezydent. Wy pada jeszcze dodać, że wiceprezydent jest przewodniczącym Senatu i dysponuje głosem rozstrzygającym w wypadku równego rozłożenia głosów w określonej sprawie, że stanowisko wiceprezydenta jest do godną platformą do ubiegania się o prezydenturę, gdy urzędujący prezydent odbędzie dwie kadencje lub po pierwszej zrezygnuje z kandydowania, i że wiceprezydent ogłasza wyniki wyborów prezydenckich na poziomie federalnym.
Ta ostatnia funkcja, mało znaczą ca, wydawałoby się, sprowadzająca się do przeliczenia głosów elektorskich i oficjalnego przedstawienia ich opinii publicznej, okazała się kluczowa pod koniec pierwszej kadencji Donalda Trumpa. Poprawne wywiązanie się z niej przez wiceprezydenta Mike’a Pence’a, mimo sil nej presji wywieranej przez samego Trumpa, przesądziło o oddaniu przez Trumpowską administrację władzy po przegranych wyborach prezydenckich w 2020 r. Dla samego Pence’a oznaczało to oczywiście ko niec kariery w obozie MAGA.
Kariera Dicka Cheneya – zmarłe go na początku listopada wiceprezydenta USA w latach 2001-2009 – zaprzecza powyższej teorii. W trakcie pierwszej wiceprezydentury skupił w swoim ręku potężną władzę, szczególnie w zakresie obronności oraz w sferze polityki zagranicznej. Odegrał zasadniczą rolę w amerykańskiej inwazji na Irak i w za inicjowaniu globalnej wojny z terroryzmem. Stał się bez wątpienia najpotężniejszym wiceprezydentem w dziejach Ameryki, choć nie wy szło to na dobre ani jej, ani reszcie świata.
W jaki sposób tego dokonał? Za ważyło na tym doświadczenie, jakie zdobył w młodości, gdy został zrekrutowany przez Donalda Rumsfelda, który był szefem personelu Białego Domu za prezydentury Richarda Nixona, a po jego ustąpieniu i objęciu urzędu przez Geralda Forda został sekretarzem obrony. Właśnie wtedy Cheney stworzył krąg zaufanych współpracowników i zdobył wiedzę o tym, gdzie leży prawdziwa władza w obrębie rządu federalnego. Dlatego w swoim biurze wiceprezydenta zbudował radę równoległą do Rady Bezpieczeństwa Narodowego i przekonał prezydenta Busha juniora do mianowania Rumsfelda sekretarzem obrony. Działając wspólnie, zmarginalizowali oficjalną Radę Bezpieczeństwa Narodowego, na której czele stanęła dobrze wykształcona, ale politycznie niewyrobiona Condoleezza Rice. Wymanewrowali także sekretarza stanu gen. Colina Powella,
Wybór między Jałtą a Monachium
Z tej wojny, za którą Ukraina płaci ogromną cenę, płyną rozliczne nauki, także dla nas. Jedną z nich jest pokazanie „sojuszniczej lojalności” Donalda Trumpa. Najpierw dał jej próbkę po spotkaniu z Putinem na Alasce, gdy zaproponował Ukrainie faktycznie nie tylko kapitulację, ale też wyrzeczenie się suwerenności na przyszłość. Solidarny opór przywódców europejskich spowodował, że Trump na chwilę jakby zapomniał o swoim pomyśle rozwiązania konfliktu, by ostatnio go przypomnieć Ukrainie w 28 punktach projektu porozumienia. I znów na skutek perswazji przywódców europejskich zaczyna z niektórych punktów się wycofywać. Ale jak się wycofa za bardzo, pokoju nie zaakceptuje Putin. Wydaje się więc, że i tym razem do zakończenia wojny nie dojdzie.
Nie wiem, czy są wyliczenia, kto na tej wojnie ile zarobił, a kto ile stracił. Jedno jest pewne: najwięcej stracili Ukraina i Ukraińcy. Państwa europejskie wymieniły swoje przestarzałe uzbrojenie na nowoczesne. W większości, zdaje się, kupione w USA. Za sprzęt wojenny wysyłany z USA do Ukrainy też od pewnego czasu płaci już Europa.
Uzbrojenie Europy było przestarzałe, bo przez ostatnie dekady nikt w Europie nie spodziewał się wojny. Gdyby nie agresja rosyjska skierowana przeciw Ukrainie, demonstrująca, że
Jak Trump testuje prawo łaski
Akt miłosierdzia w rękach amerykańskiego prezydenta zmienia się w kolejne narzędzie naboru i ochrony lojalistów
Korespondencja z USA
Przez stulecia amerykańscy przywódcy używali prawa prezydenckiej łaski jako symbolu, aktu pojednania albo korekty nazbyt surowego wyroku, jeśli przemawiały za tym okoliczności. Trump, jak to on, podeptał tę tradycję, zmieniając akt łaski w kolejne narzędzie szerzenia korupcji i ochrony lojalistów. Ale czy tylko?
„Ułaskawienie (…) to akt dobroczynności udzielany w dyskrecji przez władzę wykonawczą (…) i nie winien być traktowany jako wymierzanie kary, ale korekta ewentualnie zbyt rygorystycznych praw”, pisał w 1788 r. Alexander Hamilton, jeden z ojców założycieli Stanów Zjednoczonych, uczestnicząc na łamach ówczesnej prasy w publicznej debacie na temat prac nad konstytucją. Konstytucja weszła oficjalnie w życie rok później, a prawo prezydenckiej łaski zostało w niej opisane w art. II jako „prawo do udzielania odroczeń i ułaskawień za przestępstwa przeciwko Stanom Zjednoczonym, z wyjątkiem przypadków impeachmentu”.
Pierwszego ułaskawienia dokonał już Jerzy Waszyngton, stwarzając ważny precedens, który nada prezydenckiemu miłosierdziu specyficzny charakter – w 1794 r. przebaczył winy liderom ruchu oporu przeciwko wyższym podatkom na whisky. Nowo powstałe, ale bardzo zadłużone po wojnie niepodległościowej państwo chciało w ten sposób podreperować swój budżet. Choć do stłumienia „rebelii o whisky” Waszyngton potrzebował aż 13 tys. żołnierzy i tym samym stał się jedynym w historii USA urzędującym prezydentem udzielającym się na polu bitwy, użył prawa łaski, by zasygnalizować, że w nowoczesnym państwie szanującym prawa człowieka każdy zasługuje na drugą szansę.
Ta sama myśl przyświecała 30 lat później Andrew Jacksonowi, gdy ułaskawił seryjnego rabusia pocztylionów skazanego na karę śmierci. Co ciekawe, złodziej nie przyjął jego aktu łaski, tworząc z kolei precedens, że prezydenckie ułaskawienie musi być zaakceptowane przez adresata, by nabrało mocy prawnej.
W myśl idei o drugiej szansie Andrew Johnson ułaskawił w 1865 r. wszystkich ocalałych z wojny żołnierzy armii konfederackich, a Barack Obama – setki przestępców, głównie kolorowych, odbywających wyroki za pomniejsze przewinienia związane z kradzieżą i posiadaniem narkotyków.
Łaska pod lupą
Przez większą część dziejów Amerykanie bardzo uważnie patrzyli jednak prezydentom na ręce i nie wahali się ich krytykować, gdy stwierdzali, że sprawy posunęły się za daleko. Tak było w przypadku łaski dla Richarda Nixona, skazanego za aferę Water-gate (nielegalne podsłuchiwanie opozycji), któremu pomógł jego
Bombowa Bigelow
Fakt, że 80 lat od detonacji „Chłopczyka” i „Grubasa” ludzkość wciąż istnieje, zakrawa na cud. Najlepiej tę świadomość wyprzeć, inaczej człowiek by oszalał, w najlepszym razie na tle religijnym, bo trudno o bardziej wyrazisty „dowód” na istnienie dobrego demiurga, Boga czy tam anioła stróża – ludzie wymyślili narzędzie zagłady i w ciągu ośmiu dekad nie zdarzył się żaden zbieg okoliczności, który by sprawił, że zostało użyte? Coś mi mówi, że rachunek prawdopodobieństwa nie ma tu zastosowania: mamy obecnie na świecie kilkanaście tysięcy bomb atomowych, oficjalnie w dziesięciu krajach, to wystarczy, żeby po wielekroć unicestwić życie na ziemi.
Przywódcy dwóch najpotężniejszych mocarstw nuklearnych to indywidua o ograniczonej poczytalności – jeden to narwaniec o inteligencji emocjonalnej dziesięciolatka, drugi to zbrodniarz wojenny od kilku lat dowodzący agresją zbrojną na sąsiedni kraj. Jeden przed drugim rozściełał ostatnio czerwony dywan. Za obydwoma nieustannie chodzą wysportowani adiutanci z ciężką jak cholera czarną torbą (podobno ma 20 kilo!), tudzież walizką atomową, w USA zwaną nuklearną futbolówką, a w Rosji Czegetem. W środku znajduje się „czarna książka”, choć właściwie należałoby to nazwać „czarnym menu” z jednym daniem w trzech wersjach: rare, medium i well-done, jak w przypadku steków, choć po polsku brzmi to adekwatniej: od wersji krwistej do dobrze wysmażonej. Chodzi o opcje ataku nuklearnego – cele, rodzaj broni i przewidywaną liczbę ofiar. Do odpalenia ładunku potrzebna jest identyfikacja prezydenta, który zawsze musi mieć przy sobie tzw. herbatnik, czyli kartę wielkości krakersa, na której znajdują się kody potwierdzające tożsamość Potusa. Małe to draństwo, Carter kiedyś je zgubił w pralni, a Clinton zapomniał, gdzie schował – zdarzały się zatem chwile, w których Stany były całkowicie bezbronne nuklearnie; gdyby zimnowojenne obce wywiady poinformowały o tym w porę swoje naczalstwo, można by zbombardować USA bez ryzyka odwetu.
No i co z tego, że taki asystent nositorba (jest ich pięciu na zmianę, co wynika zapewne nie tylko z ciężaru torbiszcza) musi przejść procedurę Yankee White, czyli najbardziej wnikliwą kontrolę przeszłości, która dowiedzie, że jest doskonale zrównoważony
Donald Trump i podżeganie generałów do przemocy
W czasie gdy wielu ludzi na świecie entuzjazmuje się wkładem Donalda Trumpa w doprowadzenie do zawieszenia broni w Gazie, łatwo może ujść uwagi jego spotkanie z najwyższymi dowódcami wojsk lądowych i marynarki w Quantico w stanie Wirginia. Na niepokojący wydźwięk słów, które padły tam zarówno ze strony prezydenta USA, jak i sekretarza obrony (amerykański Departament Obrony z Pete’em Hegsethem na czele został bezprawnie przemianowany na Departament Wojny – bezprawnie, gdyż takiego przemianowania może dokonać tylko Kongres), zwraca uwagę Kori Schake, specjalistka w dziedzinie stosunków międzynarodowych, obecnie dyrektorka ds. studiów nad polityką zagraniczną i obronną w American Enterprise Institute. Wcześniej piastowała funkcje w Departamencie Obrony i w Departamencie Stanu. Fragmenty jej analizy, które publikujemy, ukazały się w „Foreign Policy” 1 października 2025 r. (całość pod adresem: foreignpolicy.com/2025/10/01/trump-military-generals-incitement-civilians/). Schake jest autorką książki „America vs the West: Can the Liberal World Order Be Preserved?” (2018). Czytelników zainteresowanych jej najnowszymi tekstami możemy odesłać do „The Atlantic”, na łamach którego często gości.
Trudno znaleźć słowa usprawiedliwienia dla prezydenta USA Donalda Trumpa i sekretarza obrony Pete’a Hegsetha. Ich przemówienia do dowódców wojskowych (w Quantico w Wirginii – przyp. P.K.) były podżeganiem – niebezpieczną próbą nakłonienia wojska do złamania przysięgi i stosowania przemocy wobec rodaków. Wypowiedziane przez nich słowa winny uprzytomnić każdemu, że władze cywilne zamierzają wykorzystać groźbę przemocy i samą przemoc, naruszając konstytucyjne prawa Amerykanów. Jako Amerykanie możemy znaleźć pocieszenie jedynie w cichym profesjonalizmie, jaki nasi wojskowi wykazali w tej haniebnej i niebezpiecznej sytuacji.
[O spotkaniu w Quantico] Trump powiedział, że „będzie to bardzo miły mityng na temat tego, jak fantastycznie dajemy sobie radę pod względem militarnym, na temat wielu dobrych, pozytywnych rzeczy”. W rzeczywistości stwierdził ponuro, że „jesteśmy świadkami inwazji od wewnątrz”. Wychwalał swoją dyrektywę „o zapewnieniu szkolenia dla sił szybkiego reagowania, które mogą pomóc w tłumieniu niepokojów społecznych. To wielka sprawa dla ludzi zgromadzonych w tej sali, ponieważ mamy do czynienia z wrogiem wewnętrznym i musimy sobie z nim poradzić, zanim sprawy wymkną się spod kontroli”.
Dodał, że poinstruował sekretarza obrony, „aby wykorzystał niektóre z tych niebezpiecznych miast jako poligony dla naszych sił zbrojnych”. Powiedział jeszcze, że Waszyngton jest niebezpieczniejszy niż wszystko, czego nasze wojsko doświadczyło w Afganistanie.
Hegseth z kolei (…) podkreślił znaczenie wyglądu zewnętrznego i sprawności fizycznej. Zaapelował także o skończenie z „głupimi zasadami walki”, skoro zadaniem wojska jest „niszczenie rzeczy i zabijanie ludzi”. Chociaż prawienie nauk o etosie wojownika oficerom, którzy poświęcili obronie USA 30-40 lat życia, jest ze strony Hegsetha, niezbyt utalentowanego majora Gwardii Narodowej, żenujące, przynajmniej odpowiada charakterowi spotkania motywacyjnego. Ale już pouczanie przez cywilnego szefa Departamentu Obrony: „Jeśli słowa, które dziś wypowiadam, was rozczarowały, powinniście postąpić honorowo i zrezygnować”, zupełnie nie pasuje. Szczególnie w połączeniu z nawoływaniami prezydenta do stosowania przemocy wobec innych Amerykanów. (…)
Budująca była reakcja dowódców. (…). Trump był wyraźnie
Wstęp, wybór i przekład Piotr Kimla
Gra na wielu bębnach
Nowa premier Japonii zapewne przesunie swój kraj na prawo – ale inaczej niż dzieje się to w innych państwach
Fakt, że na stanowisku szefa rządu Kraju Kwitnącej Wiśni po raz pierwszy w historii zasiądzie kobieta, został już skonsumowany przez wszystkie media na świecie. Najczęściej w formie typowej – przyciągających uwagę nagłówków internetowych. Najważniejsza w takich uproszczonych narracjach jest oczywiście płeć nowego szefa rządu – wszak Japonia pozostaje społeczeństwem silnie zmaskulinizowanym, gdzie prawa i normy społeczne nadal nie uznają kobiet jako obywateli w takim samym stopniu, w jakim robią to wobec mężczyzn. Sanae Takaichi ma światu jednak o wiele więcej do powiedzenia niż tylko to, że jest kobietą. Jej wybór na stanowisko premiera mówi więcej o dzisiejszych nastrojach w Japonii niż o samej polityczce.
„Żelazna Dama” z Kraju Kwitnącej Wiśni
To określenie ewidentnie wraca do łask – neokonserwatyzm późnych lat 80. przeżywa renesans – przynajmniej w komunikacji politycznej. María Corina Machado, liderka wenezuelskiej opozycji i niedawna laureatka Pokojowej Nagrody Nobla też bardzo się ucieszyła, kiedy hiszpański dziennik „El País” kilkanaście miesięcy temu porównał ją do Margaret Thatcher. To nie przypadek, że Takaichi za patronkę swojej kariery politycznej wybrała inną kobietę – także prekursorkę nowej strategii dla własnego kraju. Szefowa japońskiego rządu zdecydowanie chce wprowadzić w Tokio nową jakość polityczną, a być może nawet stworzyć całkowicie nowy projekt, nowe ramy instytucjonalne rządzenia krajem.
Analogie z Thatcher są bardzo przydatne nie tylko dlatego, że obie panie były pierwszymi kobietami na tych stanowiskach, łączy ich miłość do zderegulowanego wolnego rynku i chęć ograniczenia zasięgu działania instytucji państwowych. Japonia w 2025 r. ma dużo wspólnego z Wielką Brytanią późnych lat 70., kiedy po latach rządów Partii Pracy na 10 Downing Street wprowadzała się Thatcher. Brytyjczycy żyli wtedy w przekonaniu, że najlepszy okres ich państwa mają już za sobą. Tak jest również z Japończykami dzisiaj. Stagnacja gospodarcza w zestawieniu z olbrzymim wzrostem sprzed kilkunastu lat, każe obecną rzeczywistość relatywizować, powtarzać sobie, że dobrze już było, a w przyszłości będzie tylko gorzej, trudniej, biedniej. W dodatku modele gospodarcze obu państw – industrializm Wielkiej Brytanii oparty na kopalniach i przemyśle ciężkim oraz dominacja wielkich korporacji, które nieuchronnie czeka automatyzacja w Japonii – były i są na wyczerpaniu. To, co działało przez ostatnie dekady, przestaje przynosić rezultaty i trend ten ma odzwierciedlenie w decyzjach wyborców. Jest to wprawdzie stwierdzenie dość uniwersalne, pasujące do demokracji jako takiej i aplikowalne niemal na całym świecie, ale w krajach takich jak Japonia, spadających z wyższego konia gospodarczego, czuć takie nastroje szczególnie wyraźnie.
Japońska klasa polityczna doszła do wniosku, skądinąd bardzo słusznego, że w Tokio trzeba radykalnej zmiany nie tylko na płaszczyźnie tożsamościowej. Sam fakt wybrania kobiety na najważniejsze stanowisko w państwie niczego bowiem nie zmienia – ten etap świat ma już za sobą. Tak samo na margines można natychmiast wrzucić popularne w mediach historie na temat jej hobby – grania na perkusji i fascynacji heavy metalem, co w nagłówku opisał nawet „The New York Times”. Dla rozumienia zmiany kursu, który właśnie zaczyna się w Japonii, znacznie ważniejsze jest to, że tamtejszym rządem pokieruje antagonistka Chin, niekoniecznie ceniona przez administrację Trumpa, mająca poglądy radykalnie antyimigranckie, inkorporująca niektóre elementy światowych ruchów populistycznych. Przede wszystkim zaś czująca się całkiem komfortowo z faktem, że jej wybór ostatecznie wygasza centrową, umiarkowaną orientację LDP, Partii Liberalno-Demokratycznej, macierzystego ugrupowania Takaichi.
Wyprzedzić rewanżyzm
Z europejskiego punktu widzenia najważniejsza będzie jej bilateralna relacja z Trumpem, dlatego analizę jej premierostwa należy zacząć właśnie od pomysłów na pacyfikację amerykańskiego prezydenta. W chwili, w której do kiosków trafi ten numer „Przeglądu”, Takaichi będzie najprawdopodobniej spotykać się z amerykańskim przywódcą osobiście. Ten gest ma ogromne znaczenie – tradycyjnie bowiem japońscy liderzy rozpoczynali swoje kadencje od spotkań z innymi azjatyckimi przywódcami. Czasy jednak się zmieniły i każdy, dosłownie każdy polityk, który chce uniknąć katastrofy handlowej dla swojego państwa, musi zacząć urzędowanie od spotkania z Trumpem.
Jak zauważa Manas Chawla, prezes firmy doradztwa politycznego
Nowe linie na piasku
Wymiana zakładników pomiędzy Izraelem i Hamasem nie oznacza końca konfliktu na Bliskim Wschodzie
Jeśli w sprawie obecnej administracji Trumpa istnieje chociaż jedna rzecz, co do której panuje zgoda wśród komentatorów, jest to przekonanie, że należy koncentrować się na faktach, a nie na deklaracjach. Fakty, przynajmniej te najświeższe, są zaś takie, że rozejm w Gazie utrzymał się nieco ponad 24 godziny. Już we wtorek, niedługo po tym, jak w egipskim Szarm el-Szejk odegrano polityczny teatr ku czci amerykańskiego prezydenta, na terytorium Palestyny znów słychać było strzały. Jak informowała Agencja Reutera, siły izraelskie otworzyły ogień „w kierunku potencjalnego celu po stronie palestyńskiej” – grupa ludzi miała za bardzo zbliżyć się do ustalonych w ramach porozumienia pokojowego pozycji Sił Obrony Izraela (IDF). W rezultacie zginęło sześć osób.
Z jednej strony, nie da się tego porównywać z niedawną gehenną setek tysięcy ludzi na tym obszarze: co dzień ginęło kilkanaście, nawet kilkadziesiąt osób, w tym dzieci stojące w kolejce do ostatnich punktów wydawania żywności. Izraelscy żołnierze nawet nie udawali, że starają się oszczędzać cywilów. Konfrontowane później z raportami z Gazy kierownictwo armii wzruszało ramionami, mówiąc, że „najwyraźniej popełniono błąd w terenie”. Przy dziesiątkach ofiar dziennie sześć to ułamek wcześniejszego cierpienia. Z drugiej strony, w Gazie nadal giną ludzie, co też jest faktem, z którym dyskutować się nie da.
Plan Trumpa
Na pierwszy rzut oka Trump rzeczywiście dokonał cudu. Jego osiągnięcia na Bliskim Wschodzie w zestawieniu z niemocą i ciamajdowatością ruchów ekipy Joego Bidena wyglądają na dzieło geniusza dyplomacji. Jednak obecny amerykański prezydent geniuszem nie jest, dyplomacji też raczej nie uprawia, a na pewno nie całkiem ją rozumie. Mimo to zakończył jedną z najbrutalniejszych wojen w najnowszej historii ludzkości, przynajmniej na razie. Skoro nic tutaj nie miało prawa się udać – jakim więc cudem się udało?
Odpowiedzieć na to pytanie nie jest łatwo, przede wszystkim dlatego, że jeszcze nie wiadomo, czy naprawdę się udało – i co właściwie mogło i miało się udać.
Bez zapoznania się z założeniami planu Trumpa wszelkie dyskusje o przyszłości Bliskiego Wschodu, odbudowie Palestyny czy nawet demokratycznych wyborach na tym terytorium są wtórne. Podobnie jak reakcja na nie obu stron konfliktu. Praktyczne podsumowanie najważniejszych punktów planu przedstawił w newsletterze amerykańskiej Rady ds. Stosunków Międzynarodowych (Council on Foreign Relations, CFR) Steven Cook, analityk tej organizacji zajmujący się bezpieczeństwem bliskowschodnim. Hamas i Izrael zgodziły się na wstrzymanie ognia, z naciskiem na przerwę w działaniach wojennych, takich jak naloty i operacje powietrzne. To przede wszystkim wymóg w stosunku do Beniamina Netanjahu, bo Hamas, owszem, nadal walczył, w dodatku robił to także na terytorium Izraela, ale raczej nie za pomocą myśliwców czy dronów bombardujących cele cywilne.
Asymetria potencjałów militarnych została więc zaznaczona już na początku planu pokojowego i cokolwiek by mówić o Trumpie, trudno temu ruchowi odbierać zasadność.
Jednocześnie w świetle informacji przytoczonych przez Agencję Reutera widać od razu, że uzgodnienie zawieszenia broni niekoniecznie przekłada się na rzeczywistość. O ile bowiem bomby już nie spadają na Gazę, o tyle strzały nadal słychać, a kule potrafią być tak samo śmiercionośne jak drony i pociski rakietowe.
Drugim elementem negocjacji było stopniowe zmniejszenie izraelskiej obecności wojskowej w Autonomii Palestyńskiej – przypomina Steven Cook. I tu przyszłość pokoju stoi pod sporym znakiem zapytania, bo wycofywanie się IDF z Palestyny ma nastąpić w trzech fazach. Pierwsza, już zainicjowana, spowoduje, że Izrael utrzyma żołnierzy (a przez to kontrolę) na 53% terytorium palestyńskiego. Nawet pobieżny ogląd przygotowanych przez Biały Dom na potrzeby szczytu w Szarm el-Szejk map kolejnych etapów procesu uświadamia, że chodzi tu o coś, czego nie da się nazwać inaczej niż okupacją. Jeśli wrogie siły stacjonują na ponad połowie twojego terytorium, czy możesz mówić o jakiejkolwiek wolności?
W fazie drugiej odsetek ten ma się zmniejszyć do 40%, a w trzeciej, ostatniej – do 15%. Jak wynika z analiz CFR, nawet wtedy jednak izraelskie siły mają utrzymywać zamkniętą strefę buforową na granicy Autonomii. W praktyce oznaczać to będzie kontrolę nad przejściami granicznymi, co zresztą już ma miejsce. Clarissa Ward, główna korespondentka CNN ds. międzynarodowych, udostępniła w internecie zdjęcia pokazujące, jak konwoje z pomocą humanitarną przekraczają przejście graniczne między Palestyną i Egiptem w Rafah
Mocny w gębie
Dominik Tarczyński – wierny uczeń i naśladowca Donalda Trumpa
Plotkarskie media obiegły zdjęcia polityka PiS w towarzystwie gwiazdy TVN Joanny Krupy. Czułe objęcia i gesty w modnej warszawskiej restauracji wywołały niedowierzanie i wiele spekulacji. Krupa znana jest bowiem z tolerancji i wspierania środowisk LGBT, a także walki o prawa zwierząt. Zwalcza przemysł futrzarski i publicznie krytykuje celebrytów, którzy noszą futra. Tarczyński zaś to zaciekły rasista, homofob i mizogin. Wulgarnie odnosił się do kobiet walczących o swoje prawa, a w mediach społecznościowych zamieścił zdjęcie w czerwonym płaszczu z kołnierzem z futra jenota. Fotografia wywołała oburzenie wśród obrońców praw zwierząt, a Tarczyńskiemu nadano złośliwy przydomek „jenot”.
Jeszcze kilka dni przed randką z eksmodelką Tarczyński występował w całkiem innej scenerii. W Londynie wziął udział w rasistowskim, antyimigranckim wiecu skrajnej prawicy.
Krzyżowiec PiS
„Odeślijmy ich z powrotem! (…) Musimy być bardzo radykalni. Zero oznacza zero. Dość znaczy dość. Mamy dość! (…) Niech świat wie, że nasza cywilizacja chrześcijańska zbudowała ten piękny kontynent. (…) Czas teraz na odważnych mężczyzn. Czas przestać nosić sukienki. Musimy założyć zbroję! (…) Bądźcie mężczyznami, chrońcie swoją rodzinę, chrońcie swoje dzieci!”, wykrzykiwał ze sceny do podekscytowanego tłumu europoseł PiS.
Organizatorem wiecu był Tommy Robinson, przyjaciel Tarczyńskiego i skrajnie prawicowy aktywista znany ze szczucia na wyznawców islamu. Robinson wspiera Władimira Putina, szerzył też rosyjską dezinformację dotyczącą wojny w Ukrainie. Innym gościem marszu był Petr Bystron, eurodeputowany niemieckiej populistycznej AfD. Polityk ten oskarżany jest przez prokuraturę o promowanie hitleryzmu, łapówkarstwo i pranie pieniędzy otrzymywanych od Rosji. Bystron i Tarczyński są w doskonałej komitywie. W 2018 r. panowie odebrali nagrodę im. Phyllis Schlafly, przyznawaną przez amerykańskie środowiska prawicowe za „pracę poświęconą Bogu, Rodzinie i Ojczyźnie”. Wśród zaproszonych na imprezę byli m.in. Mike Cernovich i Stefan Molyneux, prawicowi ekstremiści, twórcy fake newsów i wyznawcy spiskowej rasistowskiej teorii „ludobójstwa białych farmerów” w RPA.
Obecność Tarczyńskiego na zagranicznych wiecach i imprezach skrajnej prawicy nie jest przypadkowa. Jego politycznym idolem jest Donald Trump, a dzięki perfekcyjnej znajomości angielskiego polityk PiS ma szerokie kontakty w środowiskach ekstremistycznych na całym świecie. Koleguje się z wpływowymi przedstawicielami amerykańskiego ruchu MAGA i z Álvarem Uribe, byłym prezydentem Kolumbii, którego nazwał „wspaniałym człowiekiem” i „przyjacielem Polski”.
O tym „wspaniałym człowieku” Tarczyński nakręcił film „Kolumbia – świadectwo dla świata”. Dokument w 2011 r. zdobył pierwsze miejsce na XVI Międzynarodowym Katolickim Festiwalu Filmów i Multimediów w Niepokalanowie.
Tarczyński przedstawił prezydenta jako katolickiego męża stanu i zbawcę narodu, rozprawiającego się z marksistowskimi mafiami narkotykowymi. Prawda jednak była inna. Uribe to skorumpowany morderca, twórca owianych złą sławą grup paramilitarnych powiązanych z przemysłem narkotykowym. Bojówki torturowały i zamordowały tysiące ludzi, w tym kobiety i dzieci.
„Szkoda, że reżyser filmu nie sprawdził żadnych rzetelnych danych na temat prezydenta, przyjmując bezkrytycznie propagandową wersję samego bohatera dokumentu i jego zwolenników. (…) Autor filmu gorąco zachęca do jego obejrzenia. Owszem, można, tym bardziej że w jednej piątej film przedstawia szczere świadectwa zwykłych ludzi. Cała reszta to farsa, stworzona dzięki wyjątkowej naiwności i beztrosce nieprzygotowania do rozmowy z politykami. Jest to również kompromitacja jury Festiwalu. Czyż można bardziej się pomylić, niż podziwiając Piłata jako skutecznego urzędnika państwowego, chwaląc Szawła z Tarsu za gorliwość w promowaniu judaizmu lub lansując Nerona jako artystę tragicznego?”, pisał na katolickim portalu DEON.pl jezuita ks. Andrzej Sarnacki.
Z ziemi brytyjskiej do Polski
Kariera polityczna Tarczyńskiego (rocznik 1979) jest nietypowa jak na polskie warunki. Europoseł PiS nie zaczynał w młodzieżówce partyjnej, nie nosił teczki za starymi politykami, nie działał w organizacjach pozarządowych czy w samorządzie. Pochodzi z Bełżyc pod Lublinem, ukończył studia








