Tag "Donald Trump"

Powrót na stronę główną
Felietony Tomasz Jastrun

Coś się kończy

Oddala się od nas rok i jak wielki, zardzewiały okręt znika w mgłach przeszłości. Co nam zostawił? Już pewne, że zmiany klimatyczne nabierają tempa, a dzieje się to szybciej, niż przewidywali najbardziej pesymistyczni fizycy atmosfery. Wszyscy są jednego zdania: zmierzamy do katastrofy. Prawicowi politycy w to nie wierzą lub udają, że nie wierzą. To zapewne największy dramat naszej planety, powszechnie przeoczany, bo rozciągnięty w czasie. Wszystkie inne bledną. Chyba że w końcu zostanie użyty arsenał atomowy, wtedy szlag nas trafi o wiele wcześniej. Siedzimy na tym arsenale jak kura na jajku i grzejemy termojądrowe jajo. Broń atomowa trafia już do państw szalonych jak Korea Północna.

Prezydentem kraju, który do tej pory był strażnikiem demokracji w świecie, czasami pokracznym, został klaun, narcyz i podły człowiek. Bardzo go lubi i ceni nasz prezydent i chlubi się, że ten do niego czasami dzwoni. To, że Nawrocki, pełen strasznych wad, nacjonalista, został naszym prezydentem, jest tylko lokalną katastrofą, Trump jest katastrofą globalną.

Już widać, że Nawrocki urwał się PiS i jest prezydentem Konfederacji. Braun dla niego też jest w porządku, tylko chłop trochę przesadza, ma rację, ale zachowuje się niepolitycznie. Jak to możliwe, że grubo ponad milion Polaków za swojego idola i autorytet uważa faszystę, a może nawet nazistę? W kraju, gdzie doszło do największej zbrodni w historii naszej planety, właśnie z powodu ideologii, która Braunowi jest bliska. On i milion jego wyznawców pomagają nam zrozumieć to, co zdaje się niepojęte – jak Niemcy tak masowo mogli poprzeć nazizm.

Nie był to więc dobry rok ani dla nas, ani globalnie. Z drugiej strony nasza gospodarka świetnie pracuje. Polska wskoczyła do klubu 20 najbogatszych krajów świata. Jaka niespodzianka! Sami jesteśmy zaskoczeni. Przecież my, bałaganiarze, mało punktualni, trochę niechlujni, nie możemy powiedzieć, że organizacja i przestrzeganie reguł gry są naszą mocną stroną. A jednak udało się! Nasza narodowa prawica tymczasem uważa, że rządy liberalne rujnują kraj i że zagrażają nam Niemcy. Przyjaźni nam po raz pierwszy w historii. O Rosji prawica lubi milczeć. A przecież za naszą granicą trwa straszna wojna, Ukraińcy giną też za nas. Wedle prawicy jesteśmy jak w latach 30. wzięci w dwa ognie.

Okropna sytuacja,

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Świat Wywiady

Trump jest wynaturzeniem i nie przetrwa

Amerykański eksperyment ma się dobrze

Prof. Henry William Brands – historyk, autor książek historycznych, profesor Uniwersytetu Teksańskiego w Austin

Korespondencja z USA

Czy nadchodzi zmierzch „amerykańskiego eksperymentu”?
– Na pewno nie. Nie wiem, czy przetrwa kolejne 250 lat, ale w tym momencie jeszcze nie widać jego końca.

Ojcowie założyciele nie byliby zaniepokojeni wyczynami Donalda Trumpa?
– Nie sądzę. Nowatorską ideą, z jaką wyszli, było zastąpienie monarchii republiką. Pomysł, że ludzie mogą sami się rządzić, jest nieprzerwanie wcielany w życie. Więcej, ten pomysł przyjął się na całym świecie. Mieliśmy w historii prezydentów, którzy eksperymentowali, mieliśmy nawet wojnę secesyjną, a jednak założycielska wizja Ameryki jest wciąż żywa. To raczej sukces.

A podziały w społeczeństwie i w Kongresie? Strony w ogóle przestały ze sobą rozmawiać.
– Zawsze byliśmy podzieleni, od początku naszej państwowości, a nawet wcześniej. To nieodłączna cecha systemu opartego na samorządności. Jeśli tworzy się przestrzeń do wolnego wyrażania opinii, jest oczywiste, że będą one się różnić, a to doprowadzi do sporów i podziałów. Zgodność panuje tylko tam, gdzie mamy dyktaturę. Chiny nie mają tego problemu, bo tam nie prowadzi się rzeczywistej polityki rozumianej jako platforma wymiany pomysłów i poglądów. Sygnałem, że pora zacząć się martwić, będzie moment, gdy z przestrzeni publicznej zniknie pluralizm myśli, bo zostanie stłumiony.

Podzieleni nawet wcześniej? Co ma pan na myśli?
– Pierwsze strzały w wojnie niepodległościowej poprzedziły nie miesiące ani lata, ale dekady intensywnej debaty publicznej – i kłótni! – na temat dwóch przeciwstawnych wizji dalszych losów kolonii brytyjskich. Po przegranej wojnie mnóstwo „lojalistów”, frakcja wierna królowi, wyjechało z kraju, ale część została i nadal angażowała się w polemikę z „patriotami”, orędownikami samodzielnej Ameryki, na temat państwa, choć już teraz od innej strony.

Ale od dekady mamy najniższe w historii zaufanie do Kongresu – spadło do 9%, bo politycy już w niczym ze sobą się nie zgadzają. Mówi się, że mamy kolejny okres przedwojenny.
– Nieprawda. W okresie poprzedzającym wojnę secesyjną, czyli w latach 50. i 60. XIX w., podziały były większe i przede wszystkim inne, bo ich granice wyznaczała geografia. Dziś nie ma możliwości, by jedna część kraju stanęła do walki z drugą,

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Kraj

Dwa pałace, jedna Polska

Czy Trump włączy Nawrockiego do swoich interesów?

Nie dajmy się zwieść różnym atrakcyjnym hasłom typu „wojna dwóch pałaców” albo „afera notatkowa”. Sprawa jest poważna, znacznie wykraczająca poza zwykły spór polityczny. Bo uczestniczy w niej podmiot zewnętrzny.

Wiemy, że Polska jest w stanie politycznej wojny między prezydentem a premierem. Karol Nawrocki nazywa Donalda Tuska najgorszym premierem w historii III RP i robi wszystko, by utrudnić mu rządzenie. Wetuje ustawy – zawetował ich już 20 – blokuje nominacje ambasadorskie, sędziowskie i na stopnie oficerskie. Ma prosty cel – chce wywrócić ten rząd, tak by po wyborach (najlepiej przyśpieszonych) stać się patronem nowej, prawicowej koalicji. Wzywa więc rząd na dywanik i strofuje. Chce pokazać swoją siłę.

Kohabitacja jest zatem brutalna. Kolejną tego odsłonę oglądaliśmy kilka dni temu, w niedzielę 28 grudnia, po spotkaniu Trump-Zełenski w Mar-a-Lago na Florydzie. Podczas spotkania Trump i Zełenski odbyli telekonferencję z europejskimi przywódcami. Była ich spora grupa: premier Wielkiej Brytanii Keir Starmer, kanclerz Niemiec Friedrich Merz, prezydent Francji Emmanuel Macron, premier Włoch Giorgia Meloni, prezydent Finlandii Alexander Stubb, premier Norwegii Jonas Gahr Støre, sekretarz generalny NATO Mark Rutte, przewodnicząca Komisji Europejskiej Ursula von der Leyen oraz prezydent RP Karol Nawrocki.

Okazało się, że Nawrocki do tego grona dokooptowany został w ostatniej chwili. Na wyraźne życzenie Amerykanów. Mówił o tym wiceszef MSZ Marcin Bosacki: „Do soboty wieczór to Donald Tusk brał udział we wszystkich przygotowaniach do tego szczytu na Florydzie, to on rozmawiał z Zełenskim i z kilkoma innymi przywódcami europejskimi, a w ostatniej chwili Amerykanie zadzwonili do prezydenta, a nie do premiera”.

Potem mieliśmy chaos, bo Kancelaria Premiera i MSZ domagały się od Nawrockiego notatki z rozmów. Ostatecznie notatka do rządu dotarła po dwóch dniach, we wtorek. Z komentarzem szefa Biura Polityki Międzynarodowej w Kancelarii Prezydenta, Marcina Przydacza, że prezydent oczekuje od premiera notatek z jego spotkań z liderami europejskimi.

Zdaje się, że Tusk tej argumentacji uległ, bo przed posiedzeniem Rady Ministrów mówił: „Otrzymałem od pana prezydenta szczegółową informację na temat jego udziału w rozmowie z prezydentem Trumpem i innymi liderami po spotkaniu w Mar-a-Lago. Oczywiście też podzielimy się precyzyjnie informacjami z naszego dzisiejszego spotkania i

r.walenciak@tygodnikprzeglad.pl

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Felietony Jerzy Domański

Orędzie wojenne

Polacy pamiętają wiele noworocznych orędzi kolejnych prezydentów. Nigdy jednak w sylwestrową noc nie wystąpił polityk zapowiadający wojnę z rządem. A zatem z tymi, którzy wybrali obecną koalicję. Tak konfrontacyjnego i jednocześnie pustego myślowo wystąpienia jeszcze nie było. Komunikat przed sylwestrową zabawą był prosty jak ustawka kiboli. Zapowiadał totalną wojnę. Kolejny raz Nawrocki pokazał zaciśniętą pięść jako program dla Polski.

W tym, co mówi, wraca jak mantra fałszywa opowieść o wyborach prezydenckich. Nawrocki chyba myśli, że kłamstwo powtórzone sto razy zamieni się w prawdę.

Nic bardziej błędnego. Te środowiska, dla których jest idolem, są zachwycone prostą mową prezydenta, kibolskimi kurteczkami i kebabami, na szczęście nie zmienia to faktów. A te są takie same jak pół roku wcześniej. Nawrocki wygrał z Trzaskowskim bardzo skromną różnicą głosów. 10 mln wyborców kontra 10 mln wyborców.

Poprzednik Nawrockiego, Andrzej Duda, przynajmniej udawał,

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Andrzej Romanowski Felietony

Miszmasz

Miałem bodaj osiem lat, gdy w znalezionej w domu encyklopedii ujrzałem hasło „polsko-radziecka wojna”. Zdumiałem się. O wojnie takiej nigdy nie słyszałem, a pojęcia „Polska” i „Związek Radziecki” znajdowały się po jasnej stronie mego szkolnego widzenia. Od razu jednak przeleciało mi przez myśl, że w opowieść o takiej wojnie musi być wmontowany konflikt narodowej lojalności. Tymczasem nieznany autor opowiadał się jednoznacznie po stronie ZSRR.

Nieraz potem przypominałem sobie te moje dziecięce dylematy. Dobro narodu czy dobro hegemona? Prymat racji stanu czy prymat ideologii? W PRL nie zawsze było to jasne. Nie tylko polityka historyczna, lecz także polityka zagraniczna (nie mówiąc już o polityce wewnętrznej) nie była automatycznie zgodna z polską racją stanu – taki był los państwa zależnego. A jednak różne fakty mogły też służyć tezom z gruntu odmiennym. W październiku 1956 r. PZPR upomniała się wobec „radzieckich” o polską suwerenność. Plan Rapackiego i plan Gomułki służyły również polskiemu państwu. A układ PRL-RFN z grudnia 1970 r. w ogóle nie był konieczny z perspektywy Bloku (istniał już układ RFN-ZSRR) – był konieczny z perspektywy Warszawy. Stanisław Stomma powiedział mi kiedyś w wywiadzie: „PRL realizowała polską rację stanu do granic swych możliwości”.

Dlaczego to wszystko piszę? Dlatego że jest PiS. A od niedawna istnieje też pisowska emanacja: Pan Karol. W kręgach pisowskich pojęcie racji stanu stało się abstrakcją. Natomiast nie jest abstrakcją pisowski hegemon: Stany Zjednoczone. Oczywiście nie ma jeszcze mowy o tamtej, radzieckiej zależności. Zważmy jednak: Władysław Gomułka, trzymając kiedyś Nikitę Chruszczowa za guzik marynarki, potrafił mu przy świadkach zrobić awanturę za chwilową radziecką nielojalność wobec polskiej granicy zachodniej. Pan Karol na pytanie Donalda Trumpa, czy nazwisko „Nawrocki” wymawia się „Nouroki”, odpowiedział z radością twierdząco: nawet w takiej sprawie nie potrafił się hegemonowi przeciwstawić. Oczywiście są to drobiazgi, czy jest jednak drobiazgiem nieustanne walenie w polski rząd? Dystansowanie się od Ukrainy? Kwestionowanie jurysdykcji Unii Europejskiej? Jak kiedyś dla naszych propagandystów Związek Radziecki był ważniejszy niż Polska, tak dziś ważniejsza od racji stanu jest polsko-amerykańska wspólnota ideologiczna. Tylko czy państwo polskie ma w niej jakiś interes?

Hegemon radziecki,

a.romanowski@tygodnikprzeglad.pl

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Świat

Święta w Białym Domu

Przewodnik dla niewtajemniczonych

Korespondencja z USA

Świątecznie udekorowany Biały Dom to widok, na który Amerykanie czekają co roku z zapartych tchem. Pierwsze damy, odpowiedzialne za dekoracje, od dawna prześcigają się w pomysłach, jak przekształcić go w baśniową krainę, a jednocześnie umiejętnie przemycić wątki odzwierciedlające wizje polityczne ich mężów oraz elementy nawiązujące do ich własnych projektów.

Tegoroczny wystrój Melania Trump podporządkowała dwóm motywom: „Majestat Ameryki” oraz „Dom jest tam, gdzie serce”. Dominują w związku z tym ozdoby i akcenty tradycyjne, klasyczne i elegancka kolorystyka głębokiej czerwieni, złota oraz zieleni. Razem mają oddawać klimat domowego ogniska, a jednocześnie są ukłonem w stronę estetyki Gilded Age, „pozłacanego wieku”, do którego Donald Trump lubi się odwoływać i w życiu, i w polityce. Nie brakuje też mocnych akcentów patriotycznych w kolorze amerykańskiej flagi. Te z kolei mają przypominać, że w nadchodzącym roku Ameryka będzie świętować 250-lecie istnienia, a Trump, wręcz zafiksowany na tym jubileuszu, przy każdej okazji ogłasza, że ma zamiar go uczcić z wyjątkowym rozmachem.

O działaniach Melanii na rzecz poprawy bytu dzieci przypominają dekoracje w Pokoju Czerwonym: niebieskie motyle na drzewkach oraz białe ozdoby z napisami „Be Best” (Bądź najlepszą wersją siebie), hasłem tego projektu.

Boże Narodzenie – od cenzury po splendor

Biały Dom w okresie świątecznym to dziś bez wątpienia największa atrakcja Waszyngtonu. Jednak Boże Narodzenie zawitało do Ameryki relatywnie późno. Pierwsi koloniści, zwłaszcza społeczność purytanów, widzieli w nim oznaki pogaństwa, więc jawnie tępili obchodzenie go, a winnych surowo karali. Ale nawet mniej ortodoksyjnym protestantom w późniejszych wiekach – a ci stanowili większość białych mieszkańców Nowego Świata – Boże Narodzenie nie kojarzyło się najlepiej. Zbyt mocno zalatywało katolikami, których przecież uważali za zło wcielone.

Wszystko zmieniło się dopiero z nadejściem XIX w. i napływem do Ameryki nowych imigrantów. A wśród nich właśnie rzesz katolików z Włoch, Irlandii i Polski, tyleż zdeterminowanych realizować swój amerykański sen, co i nieskorych do porzucenia wyznawanej religii oraz jej obrządków. Fali popularności Bożego Narodzenia nic już nie mogło zatrzymać i prezydent Franklin Pierce ogłosił je świętem publicznym w roku 1856. Warto jednak dodać, że zachowały się dokumenty świadczące o tym, że może nigdy nie było ono aż tak potępiane, jak twierdzono. Wielu pierwszych prezydentów celebrowało Boże Narodzenie wystawnym obiadem, w tym John Adams, który w listopadzie 1800 r. wprowadził się do nie całkiem jeszcze ukończonego Białego Domu.

Na swoją pierwszą choinkę rezydencja wciąż jednak musiała poczekać. Drzewko pojawiło się w prywatnej części, dokładnie w Żółtym Pokoju Owalnym na drugim piętrze, dopiero za prezydentury Benjamina Harrisona w 1889 r. Jego następca, Grover Cleveland, jako pierwszy zapalił na prezydenckiej choince lampki elektryczne (1895), a dzieci Williama Tafta podsunęły ojcu w 1912 r. pomysł, by zainwestował w oficjalną „choinkę państwową”,

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Andrzej Romanowski Felietony

Polska zdziecinniała

Właściwie nie powinienem się dziwić. Opuściłem przed 20 laty redakcję „Tygodnika Powszechnego”, gdy zorientowałem się, że – wbrew tradycji Stanisława Stommy – wartością najwyższą nie jest już dla niej Polska, lecz antykomunizm. Opuściłem w tym samym czasie Radę Krajową Unii Wolności, gdy zorientowałem się, że – wbrew tradycji Znaku i KOR – szuka ona aliansów wyłącznie po prawej stronie sceny politycznej, że więc i tu antykomunizm stał się najważniejszy.

Nie powinienem również się dziwić, bo wciąż mam w kościach osiem lat z PiS, wypełnione pracowitym piłowaniem gałęzi, na którą z takim trudem się wdrapaliśmy: gałęzi Unii Europejskiej. Zresztą także gałęzi NATO, bo w czasie „pierwszego Trumpa” pisowcy załatwiali niekiedy sprawy wprost z Amerykanami, nad głowami NATO. Lecz i trumpistowskim Amerykanom dali się z czasem we znaki, ci bowiem zażądali odwołania ministra Antoniego Macierewicza.

No i zwłaszcza nie powinienem się dziwić, skoro dziś widzę prezydenturę Karola Nawrockiego. Wszyscy wszak obserwujemy zjawisko nieznane w Polsce od czasu rozbicia dzielnicowego: destrukcję władzy centralnej. Rozmaite w późniejszej Rzeczypospolitej rokosze, powstania i konfederacje nigdy nie rościły sobie pretensji do zastąpienia króla, wkroczenia w jego kompetencje, przypisania sobie jego majestatu. To dopiero dziś doczekaliśmy się dwóch ośrodków władzy, sczepionych w śmiertelnej walce. Ośrodka pierwszego, legalnego, mającego oparcie w konstytucji, oraz drugiego, faktycznie uzurpatorskiego, bo pojmującego swą misję jako wypuszczanie zatrutych pocisków w polski rząd.

Czy coś takiego miało szansę zaistnieć w przeszłości? Czy kiedykolwiek występowało i czy dziś występuje gdziekolwiek na świecie? Ośrodek prezydencki nie jest w stanie zachwiać rządem – jego walka jest zatem jałowa. A przecież jedno już mu się udało: doprowadził do spadku pozycji Polski na arenie międzynarodowej. Oto zatem prezydent Polski, który jest wrogiem polskiego państwa. Tego państwa, które raz po raz traciliśmy i raz po raz, z

a.romanowski@tygodnikprzeglad.pl

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Felietony Roman Kurkiewicz

Bombki wojennej strategii

Kiedy taki amator jak ja czyta Narodową Strategię Bezpieczeństwa, opublikowany w listopadzie fundamentalny dokument amerykańskiej polityki (zasadniczo tej globalnej w służbie lokalnej), z każdą stroną pogrąża się w konfuzji. Chwilami nieudolna, grafomańska wręcz laurka trumpohołdna, epos o herosie, Najwybitniejszym Przywódcy „wolnego” świata. Były podśmiechujki z kultu Stalina czy Ceaușescu? Słońce Appalachów, Doliny Krzemowej i pasów rdzy opiewany jest niezgorzej. Zapewne tysiące mózgów na całym świecie rozkminiają, za gruby hajs, co to naprawdę znaczy dla ich regionu, kraju, interesów, bezpieczeństwa, przyszłości. Czy mamy tu odę do hegemonii, czy raczej jest to wypełniony paroksyzmami snów o potędze akt zgonu zranionego śmiertelnie globalnego hegemona? Z całą pewnością jest to koniec snu o Ameryce śnionego wśród elit europejskich, szczególnie polskich, które zawierzyły USA, z Trumpem czy bez, bardziej niż Jasnogórskiej Panience.

Pozaedukacyjna „osobowość” obecnego Trumpa wykuła się w jednej tylko kuźni: własnego interesu, bezwzględnej eksploracji kapitalistycznych reguł, trików, matactw, oszustw i kombinacji. Teraz ten model „zarządzania”, jedyny dostępny aparatowi umieszczonemu w czaszce (nie odważę się użyć słowa mózg) „Pomarańczowego”, będzie stanowił Nowe Reguły, zapowiadające kompleksową, nieokiełznaną próbę wyjścia ze stanu upadłości USA. W oczy rzuca się najcieplej potraktowany wymiar przemocy militarnej, możliwej do zastosowania wszędzie i przeciw każdemu. I żadnego przepraszania za cokolwiek, co już się zmajstrowało.

Bez pakietu cytatów się nie obejdzie: „Począwszy od

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Opinie

Koncert mocarstw

Czy Europa przed I wojną światową nie była spleciona mocnymi więzami ekonomicznymi?

Stało się. Wraz z nową strategią bezpieczeństwa Stanów Zjednoczonych ostatecznie żegnamy liberalny porządek zbudowany na prawie międzynarodowym i międzynarodowych instytucjach. A prawo to było w zasadzie podyktowane przez USA i służyło interesom USA. Dlatego amerykańscy realiści, tacy jak znany czytelnikom „Przeglądu” Stephen M. Walt, chwytają się za głowę, obserwując Donalda Trumpa i jego rozbrat z dotychczasowym porządkiem instytucjonalno-prawnym, w obrębie którego funkcjonowały powojenne stosunki międzynarodowe. Ten rozbrat nie jest, rzecz jasna, dobrą wiadomością dla małych i średnich państw. To wiadomość groźna, może zatrważająca. W polityce międzynarodowej prawo stwarza przestrzeń ochronną przede wszystkim dla podmiotów małych i średnich. Do pewnego stopnia zrównuje wielkich i małych, a w każdym razie jest wędzidłem dla woluntaryzmu wielkich. Istnienie prawa i jego poszanowanie stwarza państwom przewidywalne warunki działania.

Naturalnie w kraju takim jak nasz, to znaczy o niskiej kulturze prawnej i niskiej świadomości prawnej, to wszystko może brzmieć jak frazesy. Czy szanujący się Polak pomyśli kiedy o dobroczynności prawa, o korzyściach, jakie czerpie z istnienia reguł? Począwszy od reguł ruchu drogowego. Czy przyjdzie mu do zanarchizowanej głowy, że dotychczas pokonał i jeszcze pokona tysiące kilometrów bezkolizyjnie i z dużą prędkością i że zawdzięcza to kodeksowi drogowemu? Jak przypuszczam, ten hipotetyczny Polak uważa, że zawdzięcza to wszystko sobie – swoim wybitnym umiejętnościom prowadzenia samochodu.

To, co napisałem na wstępie o dobroczynności prawa, nie jest krótkim manifestem politycznego romantyzmu i naiwności. Wielcy oczywiście naruszali prawo międzynarodowe i panoszyli się w instytucjach powołanych do działania na rzecz wspólnego dobra wszystkich zrzeszonych w nich państw. Ale naruszali to prawo w zasadzie wtedy, gdy w grę wchodziły ich wielkie interesy. Żadne państwo i żadne mocarstwo nie chciało mieć przyklejonej łatki podmiotu permanentnie łamiącego prawo.

Wiarygodność jest kapitałem nie tylko w biznesie, lecz także w polityce. Kiedy jakieś państwo faktycznie naruszało prawo, czuło się w obowiązku przekonać swoją i zagraniczną opinię publiczną, że tak naprawdę go nie narusza. Już sama konieczność zbudowania w miarę wiarygodnego uzasadnienia dla łamania prawa działała powściągająco. Państwo skrzywdzone naruszaniem prawa przez inny, silniejszy podmiot miało do czego się odwołać, gdy zmieniła się polityczna konstelacja i silniejszy osłabł. Mogło liczyć na jakąś formę sprawiedliwości. Prawo międzynarodowe nie fundowało pełni sprawiedliwości, bo żadne prawo tego nie zapewnia, ale czyniło, mimo wszelkich zastrzeżeń, świat sprawiedliwszym i bezpieczniejszym.

Słyszę od uczonych kolegów, że nowa „doktryna Trumpa” ma tę dobrą stronę, że wyraża pogodzenie się Amerykanów z realiami. To znaczy porzucenie przez nich mrzonek o pozycji światowego hegemona. Ścisłe to nie jest. Świadomość, że jest „zbyt wiele wody w morzach i oceanach”,

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Opinie

Czy Europa traktuje Ukrainę instrumentalnie?

W kwestii pokoju w Ukrainie od wielu miesięcy powtarza się ten sam scenariusz. Prezydent Donald Trump wysuwa propozycje pokojowe, w wielkiej mierze na rosyjskich warunkach. Paradoksem, a może sprytną strategią negocjacyjną Rosjan jest to, że nigdy nie wiadomo, czy sama Moskwa je akceptuje. Marginalizowani w czasie negocjacji amerykańsko-rosyjskich główni europejscy przywódcy są przerażeni tym, że Stany Zjednoczone zdają się być sprzymierzone bardziej z Rosją niż z Ukrainą i Europą. Torpedują więc porozumienie oparte na rosyjskich warunkach i wojna toczy się dalej. Prezydent Trump zyskuje w ten sposób okazję do krytyki Europy, że oto europejscy przywódcy „tylko gadają”, a ich gadanie nie przynosi żadnych efektów. Oprócz kontynuowania wojny. Tym samym winą za trwającą wojnę zostaje obarczona Europa.

Nie od rzeczy będzie przypomnieć, że wojna rosyjsko-ukraińska była pierwotnie tzw. proxy war. Brutalnie rzecz ujmując, była amerykańską wojną z Rosją, prowadzoną ukraińskimi rękami. Działaniem zmierzającym do osłabienia Władimira Putina, którego polityka była odczytywana przez poprzednią amerykańską administrację jako bezpośrednie zagrożenie dla amerykańskich interesów w związku z jego przymierzem z Pekinem, ale nie tylko. Pisałem o tym bez ogródek w „Przeglądzie” krótko po wybuchu tej wojny („Wojna w Ukrainie z perspektywy polityki mocarstw”, nr 12/2022). Donald Trump nie chce mieć nic wspólnego z działaniami administracji poprzednika, ale ciągłość państwowa Stanów Zjednoczonych nie została zerwana za sprawą drugiej wyborczej wygranej obecnego prezydenta USA. W związku z tym może on ignorować politykę prowadzoną przez prezydenta Joego Bidena, ale wyłącznie werbalnie.

Jest pewnie prawdą, że gdyby to Trump był prezydentem zamiast Bidena, do wojny zastępczej Ameryki z Rosją by nie doszło. Pośród wykoślawień prawdy, przeinaczeń, półprawd i bezceremonialnego mijania się z prawdą (vide liczba wojen, które zakończył) oraz wszelkiego rodzaju fantasmagorii wypowiadanych przez obecnego amerykańskiego prezydenta to jedno zdanie – że nie doszłoby do wojny – wydaje się szczere. Ale nie doszłoby dlatego, że prezydent Trump oddałby Rosjanom Ukrainę bez walki.

Jego najnowsza, obfitująca w sprzeczności Strategia Bezpieczeństwa Narodowego, którą każdy ekspert i nieekspert w zakresie stosunków międzynarodowych, politolog, dziennikarz, bloger, blagier czy youtuber czuje się dziś w obowiązku „dogłębnie” omówić, oznacza m.in. zgodę na powrót do myślenia w kategoriach stref wpływów i koncertu mocarstw (gdy piszę ten tekst, do opinii publicznej trafia informacja, że istnieje nieopublikowana wersja strategii, w której Ameryka chce ustanowienia trzonu pięciu państw na wzór G7 w gospodarce, byłyby to USA, Chiny, Japonia, Rosja i Indie).

Sytuacja Europy, marginalizowanej

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.