Tag "energia z węgla"

Powrót na stronę główną
Kraj

To nie węgiel zabija

Przekształcenie elektrowni węglowej w korzystającą z gazu sprowadzanego z Kataru to idiotyzm lub sabotaż

Dr Jerzy Markowski – były wiceminister gospodarki oraz przemysłu i handlu, senator dwóch kadencji z ramienia SLD. W latach 90. pełnomocnik rządu ds. restrukturyzacji górnictwa węgla kamiennego. Za rządów PiS bezskutecznie zabiegał o zgodę na wybudowanie nowej kopalni w Suszcu (woj. śląskie). Dziś doradza rządom różnych państw w sprawach dotyczących górnictwa.

W Rybniku działają cztery kopalnie, tymczasem tamtejsza elektrownia węglowa jest wygaszana i zastępowana jednostką na gaz z Kataru.
– Na to nie ma logicznego wytłumaczenia. Ta inwestycja zaczęła się za rządów PiS. I kolejny rząd toleruje to, że mając do dyspozycji – w odległości kilkunastu kilometrów – zasoby surowca energetycznego, który nie jest obarczony dodatkowym ryzykiem, rezygnuje się z niego na rzecz innego, który trzeba kupić za granicą, dostarczyć z daleka, w dodatku trasą niepewną ze względów militarnych czy klimatycznych. Ta decyzja kwalifikuje się do kategorii klasycznych idiotyzmów, żeby nie nazwać tego sabotażem.

A co z ekologią?
– Efekty ekologiczne przy takich produktach jak gaz muszą być oceniane nie tylko w momencie spalania gazu, ale również np. w czasie transportu. A w tym przypadku mamy zużywać gaz płynący do Polski z odległości 20 tys. km. Myśląc o ekologii, musimy brać pod uwagę więcej czynników, a nie tylko to, co jest skutkiem spalin.

Żyjemy w czasach największego kryzysu energetycznego od lat 70. XX w. Wojna na Ukrainie, płonąca Zatoka Perska, niepewne dostawy. Czy w tej sytuacji odcinanie się od własnego węgla ma sens?
– Myśląc o tym, jak zdobyć energię, trzeba brać pod uwagę to, jak ją wytworzyć, z czego i gdzie znaleźć paliwo do jej wytworzenia. Obecny kryzys wykazał ponad wszelką wątpliwość, że najsłabszą stroną zaopatrzenia w energię jest transport. Teraz przecież to transport zawodzi, abstrahując od ekonomii, która na skutek blokad transportowych zupełnie rozmija się z ekonomią planowaną w czasie, kiedy decydowano się na takie, a nie inne paliwo. Mało kto zdaje sobie sprawę, ile złego stałoby się w gospodarce światowej, gdyby rzeczywiście doszło do apokaliptycznego zniszczenia cywilizacji w Iranie, co zapowiadał prezydent Trump. Byłoby to przede wszystkim wyeliminowanie irańskiego gazu z rynku, co spowodowałoby globalny wzrost cen tego surowca. A następnie wzrost cen wszystkiego, do czego potrzebny jest gaz.

Już dziś w Polsce ma on 18-procentowy udział w wytwarzaniu energii. A przecież gaz w 80% odpowiada za koszty produkcji nawozów sztucznych. Te są niezbędne do upraw, czyli mają wpływ na ceny żywności. Idąc dalej, gaz wykorzystujemy do produkcji aluminium i stali, w koksownictwie. Obecny kryzys to wielka lekcja. Bylibyśmy skończonymi idiotami,

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Kraj

Czym ogrzać Polskę?

Za odejście od ogrzewania węglem Polacy słono płacą. Za chwilę mogą za to zapłacić polskie lasy

Przez całe lata rządzący namawiali miliony obywateli do rezygnacji z węgla. Miała go zastąpić „zielona energia”. Surowa zima, która nadeszła po kilku łagodniejszych, pokazała prawdę o tym, czym jest transformacja ekologiczna w polskim wydaniu.

W styczniu br. w województwie śląskim oraz na Podkarpaciu zaczął obowiązywać zakaz stosowania kolejnych „kopciuchów” czyli starych kotłów grzewczych, „pozaklasowych”. W różnych miejscach kraju obowiązują regulacje mające w niedalekiej przyszłości sprawić, że w domach nie będzie się ogrzewać węglem. Gdzieniegdzie zakazy idą znacznie dalej. W Krakowie od jesieni 2019 r. obowiązuje całkowity zakaz stosowania paliw stałych do ogrzewania mieszkań oraz domów. Dotyczy on nie tylko węgla, ale nawet drewna czy wytwarzanego z trocin pelletu. Za użycie tego zakazanego paliwa grozi mandat do 500 zł i 5 tys. zł kary, jeśli sprawa znajdzie się w sądzie.

Gdzie indziej jednak pellet jest traktowany jako ekologiczna alternatywa dla węgla na opał. Rząd wręcz zachęcał ludzi do wymiany kotłów grzewczych na te przystosowane do spalania pelletu. Niemal 1,3 mln rodzin dało się namówić na udział we flagowym programie państwa „Czyste powietrze”. Można szacować, że pół miliona z nich wybrało ogrzewanie pelletem. Na początku tego roku (czego statystyki nie obejmują) ta liczba miała znacząco wzrosnąć. Ludzie otrzymali dotacje i wymienili kotły węglowe na opalane pelletem. A teraz płaczą, a niektórzy być może złorzeczą.

Bitwa o trociny

Gdzie jest pellet? – pytają. I dlaczego jest horrendalnie drogi? Jego cena na początku tego roku dosłownie wystrzeliła. W dodatku go zabrakło. W marketach budowlanych, takich jak Castorama, OBI czy Leroy Merlin, które jeszcze niedawno kusiły promocjami na „ekoopał”, dziś pellet drzewny stał się towarem niemal mitycznym. Sprzedaż internetowa praktycznie zamarła – strony e-sklepów straszą czerwonymi komunikatami o braku towaru w magazynach.

Ci, którzy nie zrobili zapasów jesienią, biorą dziś udział w upokarzającej bitwie o każdy kilogram. W składach opałowych tworzą się listy społeczne, a nowe dostawy – o ile w ogóle dotrą – znikają w ciągu zaledwie dwóch godzin. Sklepy stacjonarne wprowadziły drastyczną reglamentację. „Pięć worków na rękę” to w wielu regionach norma. A przecież to zaledwie 75 kg – ilość, która przy mroźnej nocy w średniej wielkości domu wystarczy na dobę, może półtorej.

Cena? Czyste szaleństwo. Nawet trzy razy wyższa niż przed mrozami. Za jedną tonę pelletu w workach trzeba dziś zapłacić od 3 tys. do ponad 5 tys. zł. Zwykły worek ważący 15 kg, który jeszcze rok temu kosztował kilkanaście złotych, dziś wyceniany jest na 50 zł. Ludzie, którzy zaufali państwu, czują się zwyczajnie oszukani.

Ich gorycz może być tym większa, że

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.