Tag "IPN"
Nędza antykomunizmu
Czy obecny prezydent RP potrafiłby budować „zgodę narodową”, jak to robili jego poprzednicy z PRL?
Karol Nawrocki nigdy nie przestał być szefem Instytutu Pamięci Narodowej. I nigdy nim być nie przestanie – nawet gdy zostanie powołany kolejny prezes tej instytucji. Bo Nawrocki jest dzieckiem IPN, z którym związał całe dorosłe życie i dzięki któremu zrobił tak zdumiewającą karierę. Dlatego IPN-owski antykomunizm będzie oficjalną ideologią III RP przynajmniej tak długo, jak długo Nawrocki pozostanie głową państwa.
Najnowszym przejawem tej ideologii jest prezydencki projekt Ustawy o ustanowieniu Dnia Działacza Opozycji Antykomunistycznej i Osoby Represjonowanej z Powodów Politycznych ogłoszony przez Nawrockiego 28 czerwca, podczas obchodów 70. rocznicy tragicznych wydarzeń w Poznaniu. Sam tekst projektu nie jest zbyt ambitny, składa się bowiem z trzech jednozdaniowych artykułów, które ustanawiają nowe święto państwowe właśnie na 28 czerwca, ustawa wchodzi w życie z dniem ogłoszenia. Nie miałby to oczywiście być dzień wolny od pracy, więc jego ranga byłaby równa marcowemu świętu „żołnierzy wyklętych”, a w praktyce nawet mniejsza, bo w marcu kult „niezłomnych” można narzucać uczniom w szkołach (co często się robi), zaś koniec czerwca to już wakacje, zatem możliwości szkolnej indoktrynacji będą niewielkie.
Nawrockiemu jednak bardzo zależy na ustanowieniu nowego święta, gdyż ma ono stanowić logiczną ciągłość tego, co IPN-owska propaganda stara się narzucić Polakom 1 marca każdego roku. W uzasadnieniu prezydenckiego projektu czytamy:
„Odniesienie do Czerwca 1956 r. ma swoje uzasadnienie historyczne i symboliczne. Przyjmuje się bowiem, że walka zbrojna Polaków o odzyskanie niepodległości kończyła się właśnie w 1956 r., choć oczywiście pojedyncze przypadki walki z bronią w ręku trwały aż do października 1963 r. Od wystąpień robotniczych w Poznaniu w 1956 r. można datować początek nowej formy walki – już bezorężnej – o wolność, godność i niepodległość i można tym samym przyjąć wydarzenia poznańskie za początek opozycji antykomunistycznej i punkt odniesienia dla kolejnych zrywów wolnościowych w marcu 1968 r., w grudniu 1970 r., w czerwcu 1976 r. i wreszcie w sierpniu 1980 r.
Potrzeba ustanowienia dnia 28 czerwca świętem państwowym wynika z konieczności godnego upamiętnienia osób, które w latach 1956-1989, z narażeniem życia, wolności i mienia podejmowały walkę o suwerenność i niepodległość Ojczyzny. Choć obowiązujące przepisy zapewniają tej grupie opiekę państwa i pomoc materialną, brakuje w kalendarzu państwowym wyraźnego akcentu celebrującego ich heroiczną postawę”.
Zestaw kłamstw
Te dwa krótkie akapity zawierają cały zestaw kłamstw historycznych, na których oparta jest propaganda IPN. Pierwsze kłamstwo zawiera się w tezie o „walce zbrojnej Polaków” aż po rok 1956, a nawet 1963, co jest już kompletną aberracją (chodzi o datę śmierci ostatniego z „wyklętych”, Józefa Franczaka, ukrywającego się przez kilkanaście lat w lasach Lubelszczyzny). Walka zbrojna przeciwko nowej władzy faktycznie skończyła się bowiem po wyborach i amnestii z 1947 r. Później w lasach pozostały już tylko nieliczne grupki najbardziej zdesperowanych, których tragiczny los nie miał przecież żadnego wpływu na losy Polski.
Drugie kłamstwo zawiera się w stwierdzeniu, że „można przyjąć wydarzenia poznańskie za początek opozycji antykomunistycznej”. Robotniczy protest w stolicy Wielkopolski był wydarzeniem jednodniowym, krwawo stłumionym przez wojsko i, owszem, mającym ogromny wpływ na dalszy bieg wydarzeń, ale głównie w samej partii rządzącej, gdyż w pełni ujawnił konflikt wewnętrzny w PZPR i skalę niechęci jej licznych działaczy do dalszej podległości Moskwie, co umożliwiło już w październiku 1956 r. przejęcie władzy przez Władysława Gomułkę jako wyraziciela niepodległościowych aspiracji większości społeczeństwa. Niepodległościowych, a nie antykomunistycznych, bo takiego określenia w ogóle nie używano ani wtedy ani później.
Nie używał go także żaden nurt opozycji w PRL, na co w ostatnich latach życia zwracał uwagę jeden z najdłużej więzionych opozycjonistów, Leszek Moczulski (zmarły w 2024 r.). Słusznie zresztą dowodzący, że słowo „komunizm” było tak wieloznaczne, zarówno na gruncie radzieckim
Jerzy Giedroyc i środowisko Instytutu Literackiego w Paryżu o powstaniu warszawskim
Zgodnie z decyzją Senatu 2026 został ustanowiony Rokiem Jerzego Giedroycia. Chociażby z tego powodu warto przyjrzeć się, jak o powstaniu warszawskim pisali jego współpracownicy na łamach „Zeszytów Historycznych”. Było to bowiem czasopismo, które nawet zdaniem IPN, „okazało się trwałym i ważnym dla wiedzy o dziejach Polski w XX w. forum dyskusji i prezentacji naukowej”.
Na początek przywołajmy fragment tekstu Jacka Trznadla „Powstanie warszawskie. Hamlet historii”, opublikowanego w „Zeszytach Historycznych” w 1988 r.:
„Powstanie warszawskie jest jednym z podstawowych zworników najnowszej historii Polski. Jest największą przegraną bitwą w dziejach Polski w ogóle, ostatnim aktem klęski narodu w czasie okupacji hitlerowskiej, klęską zadaną przez upadającego już wroga. Uległo zniszczeniu jedno z największych miast Europy. Warszawa jest też jedyną stolicą zniszczoną całkowicie. Liczba ofiar cywilnych powstania w Warszawie przewyższyła dwukrotnie liczbę ofiar Hiroszimy, a dodana do wcześniejszej liczby ofiar eksterminacji ludności żydowskiej Warszawy, podnosi do 50% zagładę ludności miasta. Zginęła w nim elita młodzieży polskiej, a także elita polskiej inteligencji. Uległy zagładzie archiwa, a w nich bezcenne rękopisy niewydanych utworów literackich, biblioteki, dzieła sztuki, nie mówiąc już o architekturze i substancji miasta”.
Chociaż sam Trznadel nie brał bezpośredniego udziału w powstaniu – jako 14-latek przebywał w tym czasie w Krakowie – samo to wydarzenie wywarło na nim duży wpływ. W odpowiedzi na wybuch powstania Niemcy 6 sierpnia zorganizowali w jego mieście brutalną łapankę. Później nocne niebo nad Wawelem rozświetlały reflektory polujące na alianckie samoloty lecące z pomocą walczącej Warszawie. W kolejnych miesiącach „powstały pierwsze stereotypy, wyrosłe z okrutnej rzeczywistości”, czyli barykady, butelki z benzyną, w końcu też sama „tragedia stolicy”. Z tego powodu, jak pisał autor „Hańby domowej”, „powstanie stało się urazem także dla tych, którzy nie byli wtedy w Warszawie”.
Trznadel był jednym z tych historyków, którzy krytykowali powstanie, a jednocześnie nie powielali narracji narzucanej przez władze PRL. Jak sam przyznawał, „zaczęła we mnie wtedy powoli narastać myśl, że ocena powstania jako błędu – pozornie po myśli komunistycznej propagandy – może być właśnie skierowana przeciw historiografii i myśli politycznej historyków realnego socjalizmu. Że mianowicie unikając powstania, można było ocalić wiele sił także do walki z komunizmem”. Podobny realizm przyświecał wielu osobom z kręgu Giedroycia.
Realizm w ocenie
Naturalnie na łamach „Zeszytów Historycznych” (a także „Kultury”) pojawiały się głosy odmienne, podobne do obecnie dominujących w krajowej debacie o powstaniu. Jednak i te wypowiedzi nie negowały ogromu strat ludzkich i materialnych wynikających na równi z brutalnej pacyfikacji zrywu przez Niemców, jak i z nieprzemyślanej decyzji o jego wywołaniu.
Jako ilustracja takiego stanowiska może posłużyć tekst Władysława Bartoszewskiego, opublikowany w „Zeszytach Historycznych” z 1984 r. Mimo podkreślenia bohaterstwa powstańców i ludności cywilnej autor zdawał sobie sprawę z konsekwencji druzgocącej porażki konfrontacji z Niemcami. Bartoszewski sprzeciwiał się także porównywaniu powstania warszawskiego z próbami wyzwolenia Paryża czy Pragi, które to stolice znajdowały się wówczas w zupełnie odmiennej sytuacji geostrategicznej:
„Tak więc nie zagadnienie prawa czy bezprawia decydowania o własnym losie czy walki własnymi siłami o własną stolicę, ale zagadnienie innych konfiguracji dużo bardziej skomplikowanej natury jedynie może tłumaczyć przykładanie innej miary do naszych praw, a innej miary do praw innych walczących w innych krajach w gruncie rzeczy o te same swobody decyzji”. Tymczasem wielu rodzimych apologetów powstania zapominało – i nadal to robi – o tej istotnej różnicy.
W 1964 r., z okazji 20. rocznicy wybuchu powstania warszawskiego,
Małżeństwo à la Nawrocki
Gdy Kaczyński wyciągnął go z kapelusza i poprowadził do prezydentury, obiecał, że jego najważniejszym celem, a wręcz misją, będzie obalenie rządu Tuska. I tego zobowiązania Nawrocki konsekwentnie dotrzymuje. Ponad 40 wet prezydenta ma jeden cel. Paraliżowanie prac rządu i doprowadzenie do zmiany władzy w przyszłym roku. Jest oczywiste, że Nawrocki z destrukcją na tak wielką skalę mocno będzie wpływać na osłabienie skuteczności rządu. I tych planów władzy, które miały być realizacją obietnic wyborczych. Jak można szybko maszerować, gdy ktoś cały czas z premedytacją kopie doły na trasie? Knucie i blokowanie rządu to codzienny program Kancelarii Prezydenta. Za setki milionów złotych dostajemy popisy ludzi, których celem jest zbudowanie wokół Nawrockiego nowego obozu politycznego. Trzeba im to wybijać z głowy i sprowadzać ich na ziemię, póki jeszcze są słabi.
Nadszedł już czas,
Prawda sama się nie obroni
Choć ta data jest w pamięci kilku pokoleń Polaków, to nawet skromnych uroczystości z okazji 22 lipca nie ma co się spodziewać. Wręcz odwrotnie. Paranoicy z puchnącego od kasy IPN i rozmaite byty powołane za rządów PiS, obdarowane milionami z ministerstw i spółek skarbu państwa, znowu wyleją cysterny czarnej farby na PRL. I na wszystko, co było w Polsce do 1989 r. Coraz częściej czarną farbą malują kolejne lata. Te, w których pełnej władzy nie sprawował Jarosław Kaczyński. Z dekoracjami: Andrzejem Dudą i Mateuszem Morawieckim. Jeden już jest na marginesie. A drugi zrobił woltę i z ukochanego synusia prezesa wszedł w rolę Brutusa. Zobaczymy, czy skutecznie. I czy na Morawieckim skończy się bardzo długa polityczna saga Kaczyńskiego. Z niezwykłą skutecznością w zdobywaniu i poszerzaniu osobistej władzy. Władzy, która służyła mu do utrwalenia monopolu rządów prawicy. Ten etap dobiega końca. Jeszcze raz czy dwa prezes może się wymknąć młodszym wilkom. Chyba nie ma pomysłu na sukcesję zaakceptowaną przez większość walczących ze sobą liderów PiS.
Piszę tyle o Kaczyńskim, bo to jego w największym stopniu obciążają lata odwracania kota ogonem i budowania mitu o PRL jako jakiejś „czarnej dziurze” w naszej historii. Robił to skutecznie rękoma polityków o lotności furmanki. Wystarczy spojrzeć na ekipę, która siedzi w IPN, i powołanego
Otruty snusami
Zaczęło się lato i w mediach sezon ogórkowy. Tak było, ale odkąd do Belwederu trafił Nawrocki, zamiast ogórków mamy snusy. Nie wiem, czy producenci tej nikotynowej używki jakoś nagradzają człowieka, który jest dla nich chodzącym słupem reklamowym. Naśladowców i konsumentów tego badziewia z pewnością przybyło. Zwłaszcza wśród młodzieży. Bo skoro tak robi wybraniec narodu, to oni też mogą. Choć nie powinni, bo sięgając po nikotynę w jakiejkolwiek postaci, robią głupio i szkodzą nie tylko sobie.
Jak paskudny jest to nałóg i co może robić z człowiekiem, widzimy u Nawrockiego. Prawie codziennie jako „my, naród” dokłada kolejnymi wetami swoją cegłę do paraliżowania państwa. Jest przeciw rządowi prawie we wszystkim. Ktoś mu powiedział, wiadomo nawet kto, że na tym polega praca prezydenta u Kaczyńskiego. Interesy PiS są w jego kancelarii skutecznie realizowane. Pozwalają Nawrockiemu na małe odstępstwa od tej wiernej służby w sprawach bez większego znaczenia. Na razie, póki prezes trwa. Co może się zmienić,
Przed PiS była AWS
Najtrwalszym „osiągnięciem” rządów Akcji Wyborczej Solidarność okazał się IPN
To było 30 lat temu: 8 czerwca 1996 r. dokonało się zjednoczenie polskiej prawicy. Tego dnia podczas spotkania w Warszawie utworzono Akcję Wyborczą Solidarność. Spotkanie zostało zorganizowane z inicjatywy NSZZ Solidarność, którego lider Marian Krzaklewski zaprosił przedstawicieli ponad 20 ugrupowań prawicowych do stworzenia wspólnego bloku na wybory parlamentarne. Grono to szybko się rozszerzało i rok później AWS skupiała już prawie 40 podmiotów. Niemal całą postsolidarnościową część sceny politycznej.
Poza AWS zostały jedynie Unia Wolności, uważana na prawicy za formację „różową”, więc z definicji podejrzaną, i Ruch Odbudowy Polski, którego przywódca Jan Olszewski liczył na skupienie wokół siebie wszystkich „prawdziwych patriotów”. Do takiego optymizmu skłaniał go prawie siedmioprocentowy wynik w wyborach prezydenckich z listopada 1995 r. Olszewski zajął wtedy czwarte miejsce, ale w sondażach z pierwszych miesięcy 1996 r. jego nowo utworzona partia zaczęła iść w górę, osiągając nawet kilkunastoprocentowe poparcie. Na tle potęgi ROP cała reszta ugrupowań prawicowych wyglądała mizernie, toteż nic dziwnego, że wszyscy skorzystali z oferty Krzaklewskiego, który proponował im bardziej partnerskie traktowanie niż wodzowska formacja byłego premiera, w dodatku ze skrajnie podejrzliwym Antonim Macierewiczem jako prawą ręką Olszewskiego.
Lider Solidarności wybrał właściwy moment na zjednoczenie prawicy. Pół roku po wyborczej klęsce Lecha Wałęsy z Aleksandrem Kwaśniewskim i w sytuacji, gdy zwycięska lewica otrząsnęła się po wewnętrznym kryzysie wywołanym oskarżeniem premiera Józefa Oleksego o szpiegostwo na rzecz Rosji. Nowy rząd Włodzimierza Cimoszewicza miał stabilne poparcie koalicji SLD-PSL, która w dodatku zmierzała do uchwalenia nowej ustawy zasadniczej w ramach „koalicji konstytucyjnej” z Unią Wolności i Unią Pracy. Dla wszystkich było oczywiste, że jeśli siły prawicowe nie zjednoczą się, to wybory parlamentarne jesienią 1997 r. przyniosą kolejny sukces lewicy. Wszak SLD i PSL zawdzięczały triumf wyborczy z 1993 r. skrajnemu rozbiciu ugrupowań wywodzących się z Solidarności, z których większość nawet nie przekroczyła pięcioprocentowego progu wprowadzonego do nowej ordynacji.
Żadne ugrupowanie z tych, które 8 czerwca 1996 r. wraz z Solidarnością podpisały deklarację założycielską AWS, nie przetrwało do dzisiaj. Dominowały zresztą wśród nich partie niewielkie, zwane kanapowymi, których potencjału nie sposób było zweryfikować. Marian Krzaklewski podjął jednak taką próbę i stworzył specjalny program komputerowy (co wówczas dla większości społeczeństwa brzmiało jak czarna magia), by przydzielić poszczególnym członkom sojuszu pozycję w Radzie Krajowej AWS. Najwyżej – na 12 pkt – „wyceniono” Porozumienie Centrum i Zjednoczenie Chrześcijańsko-Narodowe, 10 pkt dostała Konfederacja Polski Niepodległej – Obóz Patriotyczny Adama Słomki, 9 pkt – Polska Federacja Stowarzyszeń Rodzin Katolickich, po 8 pkt – Ruch Stu i Stronnictwo Konserwatywno-Ludowe, 7 pkt – Konfederacja Polski Niepodległej Leszka Moczulskiego, 6 – PSL-Porozumienie Ludowe, po 5 – Partia Chrześcijańskich Demokratów i Liga Krajowa, po 4 – Ruch dla Rzeczypospolitej – Obóz Patriotyczny,
Jałowy spór o fotel prezesa IPN
Niebawem minie rok, odkąd prezes Instytutu Pamięci Narodowej Karol Nawrocki złożył przysięgę w Sejmie jako prezydent RP. Instytucja nie ma więc szefa, co nie znaczy, że nie funkcjonuje. Na miarę umiejętności, pracowitości i intelektu zatrudnionych w niej osób.
Jak ważną osobą w państwie jest prezes IPN, mogliśmy się przekonać w czasie wyborów prezydenckich. Instytucja wykreowana w celu zwalczania Polski Ludowej, lewicy i jej ludzi, deprecjonowania ich dokonań, okazała się znakomitą trampoliną do władzy. O wyborze Nawrockiego nie zdecydowała jego kibolska osobowość, zaważyły potęga i wpływy instytucji, którą kierował. Nade wszystko jednak polityka historyczna realizowana przez IPN za setki milionów złotych rocznie.
Sejm już raz głosował nad kandydaturą Karola Polejowskiego, bliskiego współpracownika Nawrockiego. I ją odrzucił. Od wielu tygodni trwa proces wyłaniania następnego kandydata. Jest nim kolejny współpracownik prezydenta – Mateusz Szpytma. Ta kandydatura dzieli koalicję,
Zakłamana polityka historyczna
UPA w Ukrainie, NSZ w Polsce
Jeżeli w Polsce faszyści, zbrodniarze i hitlerowscy kolaboranci otoczeni są czcią, to nie powinniśmy mieć pretensji do Ukraińców, którzy postępują podobnie.
Zbiorowa histeria i fala antyukraińskości ogarnęła polską klasę polityczną, ale też licznych komentatorów, dziennikarzy i publicystów, po tym jak Wołodymyr Zełenski nadał jednej z jednostek wojskowych imię Bohaterów UPA. Prezydent Nawrocki odebrał mu Order Orła Białego, pojawiły się też pomysły innych działań odwetowych, m.in. uznania Zełenskiego za persona non grata, deportacji uchodźców, zablokowania akcesji Ukrainy do Unii Europejskiej, a nawet wstrzymania pomocy wojskowej i humanitarnej. Co bardziej zapiekli arcypatrioci o lustracyjnym zacięciu, tacy jak Przemysław Czarnek, Janusz Kowalski i Dorota Gawryluk, zaczęli się domagać oczyszczenia polskiego rządu i administracji z banderowskiej agentury. Padło na wiceministra nauki Andrzeja Szeptyckiego, którego praprababka, jak zauważyli Jan Widacki i Stanisław Brejdygant, była wnuczką Aleksandra Fredry, „a kuzyni, dziadkowie ministra – pisał Brejdygant – to m.in. Stanisław Szeptycki, polski generał dowodzący armią w wojnie polsko-bolszewickiej, w 1920 r., i wkraczający na czele polskich wojsk na odzyskany Śląsk w 1922 r., a także uważany za »ojca narodu ukraińskiego« abp Andrzej Szeptycki oraz »Sprawiedliwy wśród narodów świata«, błogosławiony Ojciec Klemens (Kazimierz Szeptycki), zakonnik ukraiński, który uratował w klasztorze rzeszę żydowskich dzieci, wśród nich Adama Rotfelda, naszego, w swoim czasie, ministra spraw zagranicznych”.
Na Szeptyckiego wylała się fala hejtu, wkrótce zapewne wskazani i napiętnowani zostaną kolejni „banderowcy”. Tylko czekać, aż dojdzie do samosądów. Przeciwko narastającej antyukraińskiej fali zaprotestował PEN Club.
Rację ma Bohdan Piętka, piszący, że państwowa polityka historyczna Ukrainy została oparta na kłamstwie („Z UPA na piedestale”, nr 24/2026). Jednak na kłamstwie oparta jest też polska polityka historyczna. To kłamstwo, forsowane przez krzykliwą prawicę od początku lat 90., zostało oficjalnie zatwierdzone przez tzw. środowiska liberalne i lewicowe 2 lutego 2011 r., gdy Sejm (rządziła wtedy koalicja PO-PSL, a prezydentem był Bronisław Komorowski) ustanowił 1 marca Narodowym Dniem Pamięci „Żołnierzy Wyklętych”, którzy, jak napisano w ustawie, walczyli o prawo do samostanowienia społeczeństwa polskiego i demokrację (sic!). Za nowym świętem państwowym głosowało 30 posłów ówczesnego SLD.
Podobieństwa i różnice
Politycy od prawicy po lewicę przekonują, że nigdy nie zgodzą się na relatywizowanie historii i tolerowanie kultu zbrodniarzy z UPA. Ale ta wrażliwość historyczna ma jednostronny wymiar, skoro państwo polskie czci żołnierzy Narodowych Sił Zbrojnych, partyjne wojsko przedwojennego faszystowskiego Obozu Narodowo-Radykalnego.
Oenerowcy, którzy stosowali przemoc i podważali podstawy prawne II RP, zostali zdelegalizowani, a wielu przywódców trafiło do obozu w Berezie Kartuskiej. Narodowcy chcieli stworzyć wyznaniowe państwo autorytarne – Wielką Polskę Katolicką. Najważniejsze stanowiska w państwie mogliby obejmować wyłącznie członkowie ścisłego kierownictwa partii potrafiący udowodnić czysto polskie, w sensie rasowym, pochodzenie cztery pokolenia wstecz. Oni mieli decydować o selekcji ludzi na wyższe stanowiska i tworzeniu z nich elitarnej hierarchii. W przyszłym państwie nie było mowy o uznawaniu jakiejkolwiek partii,
Prymas Polski Ludowej
Nigdy nie przyszło mu do głowy negować państwo, jego sytuację geopolityczną i ustrój społeczno-gospodarczy
„Dziś pogrzeb prymasa Polski, kard. Stefana Wyszyńskiego. Uroczystości żałobne rozpoczęły się o godzinie 16. Delegacji państwowej przewodniczy Henryk Jabłoński. W składzie delegacji: współprzewodniczący Komisji Wspólnej Rządu i Episkopatu Kazimierz Barcikowski, marszałek Sejmu Stanisław Gucwa, wicepremierzy Jerzy Ozdowski i ja, minister spraw zagranicznych Józef Czyrek, kierownik Urzędu ds. Wyznań Jerzy Kuberski i przewodniczący Zespołu ds. Stałych Kontaktów Roboczych ze Stolicą Apostolską Kazimierz Szablewski. Delegacji FJN przewodniczył Jan Szczepański. Uroczystość zaczęła się w prezbiterium katedry św. Jana. Po wyniesieniu trumny uformował się kondukt, który przez Krakowskie Przedmieście i ulicę Królewską dotarł na Plac Zwycięstwa. O 17 rozpoczęła się msza. Po wystąpieniu kard. Agostina Casarolego, który reprezentuje papieża, homilię papieską odczytał kard. Franciszek Macharski. Po mszy wyruszyliśmy do katedry. Trumna została wniesiona do XVII-wiecznej krypty. Przeszliśmy przed nią i na tym zakończył się ten szczególny dzień”. Tak opisał ten iście królewski pogrzeb Mieczysław Rakowski w swoim dzienniku 31 maja 1981 r.
Śmierć kard. Wyszyńskiego, która nastąpiła trzy dni wcześniej, przypadła na szczególny okres w najnowszej historii Polski. Na dobre trwał wówczas „karnawał Solidarności”, czyli kilkanaście miesięcy między sierpniem 1980 r. a 13 grudnia 1981 r., które cechowała faktyczna dwuwładza: z jednej strony oficjalne rządy PZPR i jej sojuszników, a z drugiej nieformalny wpływ NSZZ Solidarność na wszystko, co w PRL wtedy się działo. Owa dwuwładza coraz bardziej nosiła cechy anarchii, tak fatalnie zapisanej w dziejach szlacheckiej Rzeczypospolitej albo w historii Rosji pomiędzy rewolucją lutową a październikową 1917 r. W tak krytycznym momencie zabrakło człowieka, który bez wątpienia stanowił największy autorytet moralny – ale i polityczny – dla zdecydowanej większości Polaków, po obu stronach ówczesnej barykady.
W dominującej dziś IPN-owskiej, czyli antykomunistyczno-klerykalnej wersji historii prymas Wyszyński przedstawiany jest jako przywódca narodu walczącego przez cały okres powojenny z komunistycznym totalitaryzmem. Trudno o bardziej kłamliwą wizję naszej przeszłości, bo ani Polska Ludowa nie była państwem totalitarnym (zwłaszcza po 1956 r.), ani cały naród nie kwestionował tamtego państwa i panującego w nim systemu, ani sam kardynał nie aspirował do roli lidera walki z tym systemem i władzami PRL.
Dwie ściany
Jeszcze dwa miesiące przed śmiercią, 25 marca 1981 r., w Natolinie prymas spotkał się z gen. Wojciechem Jaruzelskim, wtedy świeżo powołanym szefem rządu. Jak generał relacjonował Rakowskiemu, Wyszyński powiedział, że Solidarność „powinna iść po linii społeczno-zawodowej, a napięcia, które się pojawiają, są wręcz irracjonalne. Ludziom trudno zrozumieć, o co chodzi”. Samą Solidarność określił jako „romantyczno-renesansowy prąd”, ale dodał, że obecnie „następuje infiltracja, żeby uczynić z niej ruch polityczny. To jest obce, narzucane z zewnątrz. Wałęsa to rozumie. To człowiek dobrej woli, ale wpływy z zewnątrz, zwłaszcza korowskie, popychają go niekiedy do niefortunnych posunięć”.
Podczas spotkania z premierem rządu PRL padły jeszcze dwie ciekawe uwagi prymasa, natury bardziej ogólnej. Pierwsza: „Jeżeli człowiek stoi w jakimś pomieszczeniu, to nie może jednocześnie opierać się o dwie przeciwległe ściany. Kraj nasz znajduje się jak gdyby między dwiema ścianami – germańską i słowiańską. Polska w tej sytuacji powinna opierać się o ścianę słowiańską”. I druga, dotycząca rewolucji październikowej, o której prymas powiedział, że „elementy wspólnotowe, komunistyczne i egalitarne tej rewolucji stanowią trwały wkład do dorobku kultury ogólnoludzkiej. Wzbogaciły jej rozwój, dały pożyteczne impulsy”.
Rakowski dodał, że to samo usłyszał od Wyszyńskiego w nieco wcześniejszej rozmowie Stanisław Kania, ówczesny I sekretarz KC PZPR. Na koniec zaś autor dziennika zanotował: „Generał był bardzo zadowolony z rozmowy z prymasem i z tego, co od niego usłyszał”. Z kolei Kania – według Rakowskiego – uznał, że „prymas ocenia Solidarność podobnie jak my. Analizuje Solidarność tak, jakby był marksistą”.
Oczywiście kardynał marksistą nie był, lecz niewątpliwie znał marksizm, i to znacznie
Jan Józef Lipski
„Patriotyzm jest z miłości i do miłości ma prowadzić”. Czy wyobrażacie sobie któregoś z dzisiejszych polityków, jak wychodzi do Polaków z takim przesłaniem? Ja niestety nie widzę nikogo formatu Jana Józefa Lipskiego, autora tych słów.
Tym cenniejsza jest mądra inicjatywa Senatu i Urzędu ds. Kombatantów i Osób Represjonowanych, które 25 maja, w 100-lecie jego urodzin, zorganizowały poświęconą mu konferencję. Byłem tam. Warto było zobaczyć w jednym miejscu tylu mądrych ludzi. Byli kombatanci o lewicowych korzeniach, ale też sporo młodzieży. Dla nich życie Lipskiego może być inspiracją i punktem odniesienia. Jakże dziś potrzebnym. Społeczeństwo, od lat zasypywane łgarstwami Instytutu Pamięci Narodowej, którego szczególnie topornym reprezentantem jest były prezes, a dziś prezydent RP, potrzebuje prawdy o tak wybitnych postaciach lewicy jak Jan Józef Lipski. Jego historia jest przemilczana, bo IPN niczego złego nie może znaleźć w jego teczkach. A budowanie pomnika temu wybitnemu człowiekowi lewicy i wręcz modelowemu polskiemu inteligentowi jest sprzeczne z ich polityką. Trzeba o tym wiedzieć, ale nie warto lamentować. Wystarczy, że kolejne rządy dodają do budżetu IPN coraz więcej milionów złotych. Na kłamstwa, propagandę prawicową i apologię bandytów, którzy zamordowali po wojnie tysiące ludzi.
Dobrze, że Senat RP nie zapomniał o kimś, kto potrafił łączyć ludzi o bardzo różnych poglądach. Kto miał umiejętność budowania pomostów między różnymi środowiskami i pokoleniami. Lipski przez całe życie budował społeczną solidarność. Po to, by ponad wszelkimi podziałami i różnicami rozwiązywać problemy.
Za tydzień opublikujemy poświęcony tej konferencji artykuł Michała Syski „Demokrata, socjalista, patriota”. Tak też sobie wyobrażam wypełnianie misji przez współczesną lewicę. Biorąc na sztandary te trzy słowa, ma ona bardzo wiarygodnego patrona, który całym swoim życiem dowiódł głębokiego sensu tych zasad.








