Tag "Iran"

Powrót na stronę główną
Świat

Gazowy szach-mat

Globalny rynek w cieniu wojny

W środę 18 marca br. irańska agencja Tasnim poinformowała o ataku izraelskich i amerykańskich samolotów na służące wydobyciu gazu ziemnego instalacje w Pars Special Energy Economic Zone w okolicach miejscowości Asaluyeh w prowincji Buszehr nad Zatoką Perską.

Znajduje się tam największe na świecie złoże tego surowca o nazwie South Pars/North Dome, eksploatowane wspólnie przez Irańczyków i Katarczyków. Szacuje się, że zawiera ono ok. 51 bln m sześc. gazu ziemnego i ok. 50 mld baryłek kondensatu gazowego.

Iran ostrzegł Arabię Saudyjską, Katar i Zjednoczone Emiraty Arabskie o planowanym ataku odwetowym na ich instalacje naftowe i gazowe – w tym saudyjską rafinerię Samref i kompleks petrochemiczny w Al-Dżubajl, pole gazowe Al-Hosn w ZEA oraz katarski kompleks petrochemiczny Musajid i największy na świecie zakład produkujący skroplony gaz ziemny Ras Laffan. Na zakłady spadła jedna rakieta balistyczna, która spowodowała pożary i – jak twierdzą władze Kataru – rozległe szkody w kluczowych instalacjach produkcyjnych.

Na szczęście nie było ofiar w ludziach. Prezes QatarEnergy Saad Sherida al-Kaabi powiedział, że atak ten wyeliminował 17% katarskich możliwości eksportu gazu skroplonego, powodując straty szacowane na 20 mld dol. rocznie i zagrażając dostawom do Europy i Azji. Naprawy wstrzymają produkcję 12,8 mln ton LNG rocznie przez okres od trzech do pięciu lat.

Prezydent Donald Trump we wpisie na platformie Truth Social stwierdził, że „Stany Zjednoczone nie miały żadnej wiedzy na temat tego konkretnego ataku, a Katar nie był w żaden sposób z nim powiązany ani nie miał pojęcia, że do niego dojdzie”. Zapewnił następnie, że Izrael nie przeprowadzi więcej żadnych ataków na instalacje pola South Pars, chyba że Iran zaatakuje Katar – wówczas „Stany Zjednoczone Ameryki, z pomocą lub bez zgody Izraela, zniszczą całe pole gazowe South Pars z siłą i mocą, jakiej Iran nigdy wcześniej nie widział”. Wpis wywołał konsternację w Jerozolimie i Waszyngtonie. Nikt się nie spodziewał, że Trump weźmie w pewnym sensie w obronę Teheran. Kontrowersje te pogłębiły się, gdy dziennikarze portalu Axios, powołując się na wysokich rangą urzędników administracji Trumpa, opublikowali informację, że gospodarz Białego Domu wiedział wcześniej o planach ataku. Skąd zatem taka reakcja prezydenta USA?

Gaz jest wszystkim

Przez lata przywykliśmy uważać paliwa kopalne: węgiel kamienny, ropę naftową i gaz ziemny, za zło zagrażające naszej planecie. W rzeczywistości jest inaczej. O tym, jak ważną odgrywają rolę, przypominają nam konflikty zbrojne.

Gdy w roku 2022 Rosja zaatakowała Ukrainę, ceny gazu i ropy naftowej znacząco wzrosły. Tak też się stało po ataku Stanów Zjednoczonych i Izraela na Iran. Przy czym, jeśli w reakcji na wojnę ceny ropy naftowej wzrosły o 30-40%, to ceny gazu, zwłaszcza LNG, poszły w górę nawet o 100%.

Gaz ziemny jest nie tylko paliwem w kuchenkach gazowych, lecz także, jako źródło wodoru, najważniejszym surowcem w produkcji mocznika, będącego podstawowym komponentem w produkcji nawozów azotowych. 90% jego globalnej produkcji zużywa rolnictwo – właśnie w nawozach. Mocznik używany jest do produkcji materiałów wybuchowych, stosowany w przemyśle papierniczym, włókienniczym, farmaceutycznym i kosmetycznym. Jako AdBlue służy do redukcji tlenków azotu w spalinach silników wysokoprężnych i kotłów przemysłowych.

W rejonie Zatoki Perskiej działa kilkadziesiąt zakładów produkujących nawozy azotowe, skupionych w takich krajach jak Arabia Saudyjska, Katar, Oman, Zjednoczone Emiraty Arabskie, Bahrajn, Kuwejt oraz Iran. Łącznie zapewniają one 20% światowej produkcji nawozów sztucznych. Dziś ich eksport jest mocno ograniczony ze względu na blokadę cieśniny Ormuz. Nic dziwnego, że ceny nawozów sztucznych w ostatnich tygodniach bardzo wzrosły.

W 2023 r. Katar wyeksportował łącznie ok. 79,8 mln ton gazu skroplonego, z czego 15,1 mln ton (ok. 19%) trafiło do Europy – odpowiada to ok. 20-21 mld m sześc. gazu. Reszta popłynęła głównie do Azji. Zamknięcie cieśniny Ormuz oraz wstrzymanie produkcji w Katarze i Zjednoczonych Emiratach Arabskich wyłączyło z rynku ok. 20% globalnej podaży LNG – czyli ok. 355 mln m sześc. dziennie. 20 marca cena LNG w Indiach była o 50-70% wyższa niż przed wybuchem konfliktu. I wiadomo, że to nie jest koniec podwyżek. By podtrzymać produkcję, rząd w Delhi na razie gwarantuje producentom nawozów sztucznych dostawy na poziomie 70% średniego zużycia gazu. Lecz nie wiadomo, czy da się ten stan utrzymać, jeśli wojna potrwa dłużej. W Indiach najbardziej widocznym objawem problemów są ogromne kolejki ludzi czekających na możliwość wymiany butli gazowych. Cała gastronomia i większość gospodarstw domowych korzysta z kuchenek na gaz. Bez niego nie można gotować posiłków. Podobnie jest w Pakistanie i Bangladeszu.

Na Tajwanie, gdzie 40% energii elektrycznej pochodzi z elektrowni opalanych importowanym gazem, rząd podjął działania awaryjne. Zwiększono zakupy gazu w USA i zaczęto planować redukcję zapotrzebowania przemysłu, gdyby wojna się przeciągnęła. Na świecie rozpoczęła się ostra rywalizacja o gaz.

Dwa tygodnie temu osiem gazowców płynących z ładunkiem LNG ze Stanów Zjednoczonych do Europy zmieniło kierunek i popłynęło do Azji. Tamtejsi kupcy zaoferowali wyższe ceny niż Europejczycy. Takie zdarzenia będą w przyszłości miały miejsce częściej. A to nie koniec problemów.

Produktem ubocznym przerobu gazu ziemnego na LNG jest hel – gaz stosowany w medycynie, przemysłach lotniczym i metalowym, elektronice i przy produkcji układów scalonych. Katarskie zakłady Ras Laffan zapewniały rocznie ok. 30% światowej produkcji tego gazu. Dziś są zamknięte. Dlatego największy producent procesorów na Tajwanie,

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Opinie

Amerykańsko-izraelska wojna z Iranem a MAGA 

W zeszłym roku prezydent Donald Trump wypowiedział słowa, które miały skłonić przedstawicieli Komitetu Noblowskiego do przyznania mu Pokojowej Nagrody Nobla: „Oni mówili: »On będzie wszczynał wojny«. Nie zamierzam wszczynać wojen. Zamierzam je kończyć”. Niestety, bliżej nieokreśleni „oni” mieli całkowitą rację. I rację miał Komitet Noblowski, nic sobie nie robiąc z presji wywieranej przez amerykańską administrację, aby uhonorować jej zwierzchnika. Druga kadencja Trumpa to prezydentura ekspansjonistyczna i niezwykle agresywna. Prezydentura niemająca prawie nic wspólnego z hasłami skoncentrowania się na wielorakich problemach wewnętrznych Ameryki, powstrzymania się od interwencjonizmu, od mieszania się w sprawy innych państw, szczególnie gdy Stanów nie wiążą z nimi istotne interesy.  

A właśnie te hasła konstytuują, jak wiadomo, konserwatywny ruch MAGA, który wyniósł Donalda Trumpa do władzy. Intelektualni orędownicy ruchu MAGA siedzieli cicho po awanturze wenezuelskiej, bo była krótka i jak na razie przyniosła sukces. Nie chcą jednak dalej siedzieć cicho, gdy prezydent wywołał kolejną wojnę – tym razem bardzo niebezpieczną dla samych Amerykanów i dla reszty świata. To z tego obozu słyszymy już, że prezydent Trump „działa w sposób bezczelny w imieniu obcego rządu, sprzeniewierzając się tym samym swoim obowiązkom wobec narodu amerykańskiego zapisanym w Konstytucji Stanów Zjednoczonych, która nie upoważnia prezydenta do przemierzania świata i bombardowania – wedle swej woli – innych państw” (Doug Bandow). 

Można było się domyślać, że obrońcy działań prezydenta USA, nie chcąc go poróżnić z ruchem MAGA, będą przedstawiali jego decyzję nie jako wywołanie nowej wojny, ale zakończenie starej. Ściślej rzecz biorąc, trwającej 47 lat wojny irańsko-amerykańskiej.  

Skąd liczba 47? Oddam tu głos prezydentowi Trumpowi: „Od 47 lat irański reżim wykrzykiwał »śmierć Ameryce« i uruchomił niekończącą się kampanię rozlewu krwi i masowych mordów, biorąc na cel Stany Zjednoczone, nasze oddziały i niewinnych ludzi w wielu, wielu krajach”. Przywódca Ameryki odniósł się w ten sposób do wydarzeń z roku 1979 i słynnego kryzysu związanego z wzięciem przez Iran amerykańskich zakładników. Wszystko to działo się za prezydentury Jimmy’ego Cartera i z pierwszoplanowym, niedającym powodów do dumy z racji finału sprawy, udziałem „naszego” Zbigniewa Brzezińskiego. Następnie Trump wymienił rok 1983 i śmierć 241 amerykańskich żołnierzy w zamachu na bejruckie koszary, za którym stał Iran. Działo się to za prezydentury Ronalda Reagana, który w reakcji na tę tragedię postanowił wycofać z Bejrutu amerykańskich żołnierzy. Potem Trump przywołał rok 2000, stwierdzając, że Iran „wiedział i prawdopodobnie był zaangażowany w atak na USS Cole” (było to za prezydentury Billa Clintona). Zakończył zaś odwołaniem do 7 października 2023 r. i ataku Hamasu na Izrael, którego ofiarami byli także amerykańscy obywatele. Rządził wtedy Joe Biden. Warto podkreślić, że żaden z wymienionych prezydentów nie zdecydował się na rozpoczęcie wojny z Iranem, choć miał casus belli.  

Wiemy, że obecny prezydent Stanów Zjednoczonych od czasów pierwszej kadencji popadł w spór z obiektywną prawdą. Nie było jednak wiadomo, że jest również na bakier z matematyką. Powinien przecież zacząć swoje obliczenia nie od roku 1979, lecz od 1953,

Prof. Piotr Kimla jest pracownikiem Katedry Stosunków Międzynarodowych i Polityki Zagranicznej Instytutu Nauk Politycznych i Stosunków Międzynarodowych Wydziału Studiów Międzynarodowych i Politycznych Uniwersytetu Jagiellońskiego 

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Świat

Mundurowi zastąpią duchownych?

Modżtaba Chamenei obejmujący stanowisko najwyższego przywódcy jest dowodem umacniania się pozycji Korpusu Strażników Rewolucji Islamskiej

Ataki dekapitacyjne, jak media i analitycy określają w ostatnich tygodniach izraelsko-amerykański ostrzał wymierzony w najważniejsze postacie irańskiej polityki, przynoszą przynajmniej częściowe efekty. Zabicie Alego Chameneiego, najwyższego przywódcy Republiki Islamskiej, nie obaliło być może całego systemu (choć według deklaracji z początku wojny do tego właśnie dążyli Netanjahu i Trump), ale przyśpieszyło wymianę władzy.

Trudno powiedzieć, czy taki skutek chcieli osiągnąć Izraelczycy i Amerykanie, ale Zgromadzenie Ekspertów, 88-osobowe ciało legislacyjne, stery kraju powierzyło Modżtabie Chameneiemu, sprawiając tym, że Republika Islamska nabiera bardziej dynastycznego charakteru i pała jeszcze większą chęcią zemsty na Izraelu i Stanach Zjednoczonych.

Syn zabitego przywódcy rewolucję islamską pamięta, bo rozpoczęła się, gdy miał dziesięć lat. Jego ojciec przed 1979 r. był sześciokrotnie aresztowany przez służby bezpieczeństwa za kazania podburzające Irańczyków przeciwko reżimowi Pahlawich. Kiedy szach uciekł z Iranu po gwałtownych protestach z 1978 r., Ali Chamenei uczestniczył w budowie Republiki Islamskiej i struktur Korpusu Strażników Rewolucji, ściśle współpracując z Ruhollahem Chomeinim, pierwszym najwyższym przywódcą.

Żołnierz świętej wojny?

Modżtaba miał okazję wykazać się patriotyzmem i wiernością ideałom nowego reżimu podczas wojny irańsko-irackiej, która zaczęła się we wrześniu 1980 r., krótko po rewolucji, od inwazji wojsk Saddama Husajna na osłabiony i pogrążony w porewolucyjnym chaosie Iran. W ostatnich dwóch latach krwawego konfliktu, w którym zginęło od 200 do 600 tys. Irańczyków, Modżtaba wstąpił w szeregi Korpusu Strażników Rewolucji Islamskiej. Niewiele wiadomo o okresie jego służby, oprócz tego, że był to moment, gdy nawiązał istotne kontakty z wojskowymi i paramilitarnymi bojówkami Basidż, które wspierają Korpus.

Po zakończeniu wojny Chamenei dołączył do renomowanej hawzy, seminarium duchownego w Kom, idąc w ślady ojca i dziadka, by zostać szyickim duchownym. Na krótko zmienił hawzę, przenosząc się do Teheranu, ostatecznie jednak kontynuował edukację w Kom. Zaangażował się też w nauczanie w seminarium i jako hodżdżatoleslam przez kilkanaście lat wykładał interpretację prawa muzułmańskiego. Nigdy jednak nie został ajatollahem (choć bywa tak tytułowany – przyp. red.), co w oczach krytyków Republiki Islamskiej nie świadczy dobrze o jego legitymacji do rządzenia krajem opartym, przynajmniej w założeniu, na regułach islamu.

Szara eminencja Iranu

Oficjalnie Modżtaba Chamenei nie zajmował żadnego stanowiska rządowego, pozostając przez większość życia zawodowego wyłącznie nauczycielem w seminarium. Jego bliskie relacje z postaciami związanymi z wojskiem i służbami bezpieczeństwa Iranu,

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Felietony Tomasz Jastrun

Ciemniak

Czytam, a właściwie słucham książki Wojciecha Lady o Berezie. Wstrząsająca. Przypominam, bo młodzi mogą nie wiedzieć: Bereza Kartuska to polski obóz odosobnienia, a prawdę mówiąc obóz koncentracyjny. Powstał w 1934 r., gdy pogłębiały się chaos polityczny i walki partyjne. Pomysłodawcą był premier Leon Kozłowski (kolaborował potem z hitlerowcami, AK wydała na niego wyrok śmierci), a kształt obozowi nadał słynny sadysta, zwany „Wieszatielem”, Wacław Kostek-Biernacki. Obóz przeznaczono dla przeciwników sanacji, a też dla tych, którzy uchodzili za niebezpiecznych dla państwa. Załapywali się więc jednako oenerowcy, jak i komuniści. Sąd nie był potrzebny, wsadzano wedle uznania.

Wiedziałem o Berezie, że była haniebna, ale wiedziałem niewiele. Nie przyszło mi do głowy, że ten istniejący do września 1939 r. obóz był aż tak podobny do hitlerowskich. Więziono tam setki, potem tysiące ludzi. Zamordowano niewielu więźniów, bo katowano umiejętnie, ale były samobójstwa i popadanie w obłęd. Ciągłe bicie pałkami, upokarzanie najrozmaitszymi torturami, najstraszniejszą był braku snu. Jak wiadomo,

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Świat Wywiady

Mamy akt brutalizacji, prymitywnej i barbarzyńskiej

Trump udziela licencji na zabijanie

Prof. Roman Kuźniar – politolog,  profesor nauk humanistycznych, dyplomata, w latach 2005-2007 dyrektor Polskiego Instytutu Spraw Międzynarodowych.

Panie profesorze, jak atak Stanów Zjednoczonych i Izraela na Iran zmienił świat?
– Myślę, że wojna w Iranie jedynie potwierdziła to, co już o świecie wiedzieliśmy od ponad roku. Jest przecież egzemplifikacją władzy Donalda Trumpa, egzemplifikacją jego polityki. Tego się spodziewaliśmy po Trumpie. I po jego najbliższym sojuszniku, który właściwie go w tę wojnę wciągnął.

Spodziewaliśmy się?
– Jej wybuch był zapowiedziany w tej, jak ją nazwałem, „strategii predatora” ogłoszonej przez Stany Zjednoczone w grudniu 2025 r. – Strategii Bezpieczeństwa Narodowego USA. Tam jest ta cała ideologia. Kto czytał ten dokument dokładnie, wiedział, czego możemy się spodziewać.

Jaki interes ma Ameryka w tej wojnie?
– A nie, my nie mówimy o interesach Ameryki. To był interes samego Trumpa. Owszem, Ameryka jest, można powiedzieć, współwinowajczynią w tej wojnie. Jest w jakimś spisku ze swoim prezydentem. Ale to jest wojna zdecydowanie bardzo osobista, bo taka jest ta prezydentura. Trump uwolnił się od ograniczeń republiki – mówię o trójpodziale władzy, o opozycji, która jest bardzo słabiutka, mam też na myśli wolę poddanych, bo już nie można powiedzieć o Amerykanach, że są obywatelami, oni to poczucie obywatelskości stracili. Stali się w dużym stopniu zniewolonymi konsumentami, zarówno dóbr materialnych, jak i tej papki, którą im serwuje Donald Trump. On i jego klan, jego obóz, łącznie z big techem, który obsługuje interesy klanu Trumpa. Nie jest to zatem wojna w interesie Ameryki, na pewno.

Więc?
– To przede wszystkim wojna Izraela. Agresję na Iran rozpoczął Izrael, potem dołączyły siły USA. Myślę, że to była świadoma decyzja Netanjahu, widział wahania Trumpa, ponieważ toczyły się rozmowy amerykańsko-irańskie, które mogły przynieść dobry rezultat, bo takie mieliśmy oświadczenia. Umówili się na kolejną turę, po Genewie miał być Wiedeń. I nagle, ni stąd, ni zowąd…

Wojna!
– Dosyć symptomatycznie nazywa się „Epicka Furia”. Furia, jak wiadomo, nie jest aktem racjonalnym, nie ma nic wspólnego z interesami furiata, a Trump występuje w niej przecież trochę w tej roli. Został do wojny wciągnięty przez przebiegłego premiera Izraela. Tak że ja tutaj nie widzę interesu Ameryki, widzę za to interes Trumpa, również taki, że chciałby w jakiś sposób uciec od coraz bardziej niewygodnej dla niego afery Epsteina. No i swój interes wyczuł wielki biznes…

Wielki biznes zarobi.
– Wielki biznes na tej wojnie skorzysta, mam na myśli przede wszystkim koncerny zbrojeniowe. Oczywiście część tego klanu, która żyje z tej prezydentury, skrajny odłam Partii Republikańskiej, nawet nie MAGA, ale ludzie o gangsterskiej mentalności, którzy są także w establishmencie amerykańskim – też skorzystają.

A jakie Izrael ma interesy w tej wojnie?
– Na pewno klarowny interes ma Netanjahu. On wojny potrzebuje, żeby przedłużać swoją władzę. Bo tak długo, jak jest premierem, pozostaje poza zasięgiem wymiaru sprawiedliwości. To przypadek podobny trochę do przypadku Trumpa, który, gdyby nie został prezydentem, pewnie trafiłby do więzienia, przynajmniej za to, co się stało 6 stycznia. To pokazuje, z jakimi ludźmi mamy do czynienia. Jeden jest słusznie oskarżony o zbrodnie wojenne przez Międzynarodowy Trybunał Karny, mam tu na myśli Gazę. Drugi też ma dorobek bardzo zaszargany. Natomiast, jeżeli mówimy o jakimś interesie Izraela… Izrael wyhodował sobie wroga, tak on to przynajmniej postrzega, w postaci Iranu, który był wsparciem dla palestyńskich grup terrorystycznych działających w otoczeniu Izraela.

Netanjahu ma takie podejście, że po co szukać sprawiedliwego rozwiązania problemu palestyńskiego, problemu dwóch państw, skoro można po prostu zrobić z Iranu drugą Gazę. Zamienić go w morze ruin i przynajmniej na jakiś czas osłabić jego zdolności do udzielania pomocy wrogom Izraela. Bo oczywiście bezpośredni atak Iranu na Izrael nie wchodził w grę. To, co mówili Izraelczycy w pierwszych godzinach wojny, że jest to preemptive strike, było zwykłym kłamstwem.

Uderzenie wyprzedzające…
– I proszę nie mylić tego z prewencją, co czasem pada w polskich mediach. To są dwie różne sytuacje. Otóż absolutnie nie ma potwierdzenia, nawet najmniejszego, że atak na Iran mógłby być uderzeniem wyprzedzającym. Gdyby tak było, Izrael musiałby przedstawić dowody tego w Radzie Bezpieczeństwa.

Nie przedstawił nic.
– Mówienie więc o preemptive strike było kłamstwem. Podobnie jak kłamstwem było to, co mówiła administracja amerykańska, że chodzi o potencjał nuklearny Iranu. On nie istniał. Słuchałem dłuższej rozmowy z szefem Międzynarodowej Agencji Energii Atomowej, który absolutnie to wykluczał. A przedstawiciele MAEA w Iranie byli, robili badania. Zwłaszcza po atakach w ubiegłym roku. No to po co one były? Ale i wcześniej nie wyglądało na to, aby Iran prowadził prace, które mogłyby go doprowadzić do broni nuklearnej. Gdyby coś miało być, to zarówno wywiad izraelski, jak i agencja wiedeńska, i nie tylko one, o tym by wiedziały. A nie ma takich dowodów.

Interesujące jest zachowanie państw arabskich, które – chociaż są atakowane – wyraźnie nie chcą wejść do tej wojny.
– Państwa Zatoki to państwa, w których rządzi pieniądz. Są całkowicie bez zasad czy poczucia solidarności, jakiejś lokalnej troski o bezpieczeństwo w regionie. To ich zupełnie nie obchodzi. Tu się zdają na Stany Zjednoczone. Natomiast rzeczywiście nie wchodzą w wojnę, mimo że są prowokowane przez Iran. Ale trudno to uznać za prowokacje, ponieważ jeżeli Iran jest atakowany z terytorium tych krajów, z baz amerykańskich, to państwa te stają się uczestnikiem wojny…

A Europa? Czy Europa da się wciągnąć w tę wojnę?
– Europa początkowo zachowała się bardzo nie w porządku. Język europejski w odniesieniu do Trumpa był przed wojną taki, że my jesteśmy po stronie porządku międzynarodowego. Pamiętamy te słynne polemiki z Davos, Monachium. A kiedy wojna się zaczęła, to wypowiedzi przywódców europejskich, Macrona czy Ursuli von der Leyen, były wobec Iranu bardzo napastliwe. Za to, że Iran się broni. Jakby nie wiedzieli, kto tę wojnę rozpoczął. Dopiero po jakimś czasie nastąpiło w Europie wyrównanie kursu,

r.walenciak@tygodnikprzeglad.pl

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Kraj Wywiady

Wojny zupełnie innego świata

Czołg w walce z dronem nie ma szans

Wojciech Łuczak – analityk obronności, ekspert ds. wojskowości

 

Czy już wiemy, jak zginął duchowy przywódca Iranu Ali Chamenei? Jaką rakietą zniszczony został schron, do którego się udał?
– Tak samo jak w Caracas w przypadku Alego Chameneiego podstawą udanego ataku musiało być doskonałe rozpoznanie. Wywiady izraelski i amerykański od miesięcy śledziły szlaki jego i jego sztabu. Uderzenie nastąpiło, gdy zebrali się w jednym miejscu, pewnie dość sekretnie wybranym. Skończyło się zrzuceniem ładunku precyzyjnego, który trafił dokładnie w środek. Można domniemywać, że był to dużego wagomiaru ładunek termobaryczny, czyli paliwowo-powietrzny, który działa w ten sposób, że rujnuje wszystko w promieniu 500 m i nawet jeśli ktoś przeżył pierwsze uderzenie, to i tak zginął na skutek rozpadu płuc.

 

Przebiją wszystko

 

No ale oni podobno byli w jakimś schronie, więc…
– Nie ma to dzisiaj żadnego znaczenia. Są pociski, które docierają 8 m w głąb podłoża. Każdego – skalistego, nieskalistego. Nie chcę się wgłębiać w szczegóły techniczne, ale te pociski mają przyśpieszacze rakietowe, które pozwalają dotrzeć bardzo głęboko, drążyć coś, co jest ukryte w skałach. Nad tym pracują wszyscy. Niedawno Chińczycy przeprowadzali doświadczenia na pustyni Gobi, jak głęboko dotrze zrzucony prawie z kosmosu rdzeń penetrujący bez ładunku wybuchowego. Lej był imponującej głębokości.

Po co robiono ten eksperyment?
– Jesteśmy w tej chwili świadkami zaostrzonego wyścigu zbrojeń, którego cel to uzyskanie broni hiperdźwiękowej, kinetycznej. Wyobraźmy sobie: kawałek metalu, który spada z prędkością ponad 10 Ma (czyli ponad 10 razy prędkość dźwięku). Wystarczy masę pocisku pomnożyć przez jego prędkość do kwadratu i podzielić na połowę, a otrzymamy kinetyczną energię niszczącą. Znamy jej skutki. Pół roku temu, w czasie wojny 12-dniowej, takie irańskie pociski spadły na Izraelczyków, co najmniej jeden trafił w okolicy Hajfy. Wiem z bezpośrednich relacji, że spustoszenia były straszne. Irańczykom udało się zbudować dość prymitywny manewrujący pocisk szybujący, taki erzac broni kinetycznej. Ale zrobił wrażenie nawet na Izraelczykach.

Chodzi o to, żeby coś przemieszczało się z prędkością do tej pory niedostępną, żeby przeciwnik, nawet na drugim końcu świata, nie miał czasu na reakcję i obronę.

Prezydent Putin chwali się bronią hipersoniczną.
– Rosjanie dwukrotnie użyli podobnej broni przeciw Ukrainie. Był to system znany jako Oriesznik, czyli „leszczynowa witka” do chłostania opornych. Ale odpalali także ich zdaniem hiperdźwiękowe Kindżały i Cyrkony. W przypadku tych dwóch obrońcy udowodnili, że potrafią sobie z nimi jakoś poradzić. Na Oriesznika nie ma na razie antidotum. Chyba że wynoszącą go rakietę zniszczymy we wstępnej fazie lotu lub podczas przygotowania do startu, na wyrzutni. Rosjanie w 2024 r. zaatakowali Oriesznikiem zakłady w Dnipro, a drugi raz użyli go w styczniu br. w odpowiedzi na rzekomy atak dronów na rezydencję Putina; zaatakowali wtedy lotnicze zakłady remontowe we Lwowie. I w jednym, i w drugim przypadku z nieba spadło 36 głowic, kawałków metalu o masie kilkudziesięciu kilogramów. Bez materiałów wybuchowych – a mogły zawierać miniaturowe ładunki jądrowe. Był to więc pokaz siły. Ale i tak z uwagi na ogromną prędkość zderzenia z ziemią możemy sobie wyobrazić zniszczenia. Ukraińcy skrzętnie unikają publikacji oceny strat spowodowanych przez te dwa Orieszniki.

 

Wlecą w dowolne okno

 

Te pociski są kierowane?
– I Rosjanie, i Irańczycy twierdzą, że udało im się przeskoczyć niesłychanie trudny problem kierowania pierwszymi, ich zdaniem, pociskami hiperdźwiękowymi. Ja w to nie wierzę. Tak zwany autobus Oriesznika, czyli ta część, która niesie te 36 kawałków metalu czy imitacje głowic, ma możliwość niewielkiej korekty toru lotu, ale nie jest to definicja swobodnego manewrowania wypuszczonymi już głowicami, tak żeby zmyliły obronę antyrakietową. Chińczycy na defiladach pokazują swoje pociski, deklaratywnie hiperdźwiękowe, do zwalczania amerykańskich lotniskowców. Szybująca z ogromną prędkością część atakująca ich systemu ma podobno zdolność manewrowania i dezorientowania obrony. Podobno. Amerykanie są w tej materii na początku drogi rozwojowej. Natomiast inne rodzaje broni rakietowej użyte przeciwko Iranowi – nieosiągające prędkości hiperdźwiękowych – mają możliwość precyzyjnego sterowania torem ich lotu. Chciałbym przypomnieć, że w pierwszej wymianie ciosów między Izraelem a Iranem, w wojnie 12-dniowej, doszło do trafienia człowieka, który wyszedł do toalety. W taki sposób, że został zabity precyzyjnym trafieniem w tę część ściany budynku, za którą była ta toaleta. Dziura w ścianie, a budynek jak nieruszony.

To jest trend światowy? Rosjanie też tak działają?
– Rosjanie w Ukrainie przeszli etap od zrzucania kawałków metalu wypełnionych dużą ilością materiału wybuchowego do broni, która szybuje i jest zrzucana kilkadziesiąt kilometrów od linii frontu, z odległości, która wyklucza obronę przeciwlotniczą. Bomby są uwalniane z samolotu,

r.walenciak@tygodnikprzeglad.pl

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Felietony Roman Kurkiewicz

Śmierć irańskich dziewczynek

Mówienie o potworności wojny, każdej wojny, i jej ofiarach „ubocznych”, czyli o większości realnych ofiar, niezaangażowanych w działania wojenne – nie ma dobrej prasy, nie ma dobrego czasu. Wzmożenie prowojenne już nie tylko niesie oswojenie się z możliwą pożogą, wchodzi bezszelestnie w nasz język, w słowa, ale też jakby niezauważalnie demontuje nam ludzkie, naturalne odruchy etyczne. Akceptacja scenariuszy wojennych (ponoć koniecznych i nieuniknionych) staje się akceptacją wydarzeń, zbrodni, przemocy, na które w innej, codziennej skali nie dajemy przyzwolenia. Żywo reagujemy na doniesienia np. o śmierci czy poranieniu dziecka w wypadku drogowym. Pojedyncze utonięcia zasługują na obecność w obiegu informacji. Ujawniane akty przemocy wobec dzieci w przestrzeni domowej wzbudzają wciąż żywe emocje, oburzenie i niezgodę.

I nagle, kiedy w taki pejzaż wkracza taka zbrodnia jak zbombardowanie (najpewniej przez USA, równie dobrze Izrael – bo tę wojnę wywołali i prowadzą ramię w ramię, bomba w bombę) irańskiej szkoły, gdzie uczyły się dziewczynki, a liczba ofiar sięgnęła 150 osób – zapada cisza, wzrok odwraca się gdzie indziej, usta milczą, zwykły odruch i zareagowanie rozpływają się w ciszy i milczeniu. W polskiej przestrzeni komentariackiej pojawiły się nawet głosy, „że tak już jest na wojnie”.

Język amerykańskich przywódców dawno przekroczył wszystkie etyczne i racjonalne granice. Trump mówi, że miał intuicję, że Iran go „oszukuje”, i wojna jest jedyną możliwą reakcją. Sekretarz obrony (chociaż ichnie Ministerstwo Obrony zostało przemianowane dziwnie trafnie na Ministerstwo Wojny) Pete Hegseth chwalił się, że

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Świat

Wojna jako biznes

Donald Trump wciągnął USA w wojnę z Iranem mimo deklarowanej niechęci do angażowania się w sprawy Bliskiego Wschodu

Korespondencja z USA

„Jak na razie słyszeliśmy, że choć wybiliśmy irański reżim, to nie jest wojna mająca na celu obalenie reżimu. Choć wcześniej zmietliśmy z powierzchni ziemi ich program nuklearny, musieliśmy iść na tę wojnę… właśnie z powodu tego programu. Choć Iran nie planował żadnych ataków na USA, mógł je planować – zależy, kogo pytamy. I choć nie jest to wojna, by wyzwolić irański naród,

to ten naród właśnie stał się wolny albo będzie wolny – w zależności od tego, kto przejmie władzę, z tym że my tego nie wiemy. Przekaz w sprawie tej wojny jest, mówiąc delikatnie, chaotyczny!”. Gdyby szukać najlepszego opisu odczuć, jakie tydzień od rozpoczęcia wojny w Iranie targają Amerykanami, wypowiedź Matta Walsha (wpis z jego konta na X) wydaje się trafiać w sedno. Rzecz jest znamienna, bo Walsh to gwiazda prawicy, publicysta występujący na platformie The Daily Wire, z którą współpracują także Ben Shapiro, Michael Knowles oraz Andrew Klavan.

Niedoinformowani czy oszukiwani?

Choć większość konserwatywnej Ameryki poparła ataki (55% CBS/YouGov, 2 marca 2026), Amerykanie jako społeczeństwo czują się przede wszystkim niedoinformowani, a nawet oszukiwani, zwłaszcza jeśli chodzi o przyczyny wojny. Głównie dlatego, że argumenty wysuwane przez Biały Dom w pierwszych dniach przypominały ruchome piaski. Przechodziły od tezy o konieczności „ucięcia głowy reżimowi” – co w dzień ataku usłyszała Ameryka z ust Donalda Trumpa – przez konieczność zniszczenia arsenału irańskiej broni rakietowej i programu nuklearnego – to słowa sekretarza wojny Pete’a Hegsetha z jego pierwszego briefingu o wojnie – po „przyjacielską” przysługę, jaką USA po prostu oddały Izraelowi, który „potrzebował” zaatakować Iran, zanim Iran go zaatakuje – tak z kolei przedstawił sprawę sekretarz stanu Marco Rubio przed briefingiem dla kongresmenów w poniedziałek 2 marca.

A że wypowiedź Rubia wywołała gigantyczną falę oburzenia, i to po obu stronach, we wtorek 3 marca do akcji znów wkroczył Trump ze sprostowaniem, że to Izrael podpiął się pod Amerykę, a nie na odwrót. Mimo braku potwierdzenia ze strony wywiadów z innych części świata Trump każe Amerykanom wierzyć, że Iran szykował się do zmasowanych ataków rakietowych na amerykańskie cele na Bliskim Wschodzie.

Bombardowanie Iranu było dla zdecydowanej większości Amerykanów dużym zaskoczeniem. Nie każdy śledzi codzienne wiadomości, a doniesienia o tym, że USA wysłały w ostatnim czasie na Bliski Wschód niemal jedną trzecią swojej floty wojennej, ustępowały miejsca rewelacjom o upublicznionej ostatnio najnowszej transzy akt Epsteina.

Tuż przed atakiem, w czwartek i w piątek, media serwowały odbiorcom głównie smaczki na temat kongresowych przesłuchań Clintonów w tej właśnie sprawie, wciąż żywe były też echa wtorkowego orędzia Trumpa o stanie państwa. Choć prezydent przemawiał niemal dwie godziny, Iranowi poświęcił ledwie trzy minuty, czym zwiódł nawet ekspertów. Dotąd prezydenci wykorzystywali tę okazję, aby informować naród o najważniejszych planach i celach swojej polityki, zwłaszcza jeśli chcieli rozpocząć działania wojenne.

Mnie wiadomość o zbombardowanym Iranie zastała w ośrodku narciarskim. O skali szoku, w jakim znaleźli się Amerykanie, najlepiej chyba świadczy to, jak często wpadały mi w uszy słowa „Trump”, „wojna” oraz „Iran”, gdy stałam w długich kolejkach do wyciągów (w Góry Skaliste zima przyszła dopiero dwa tygodnie temu!). Nie miałam także wątpliwości

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Felietony Jerzy Domański

Prawda ich dogoni

Jeszcze w środę byłem pewien, że napiszę o kolejnej wojnie rozpętanej przez Donalda Trumpa stojącego na czele powołanej przez siebie Rady Pokoju. I o historii licznych wojen, które Amerykanie wywoływali po 1945 r. Wojen, które kończyły się ich klęską. Jak ta w Wietnamie. Paniczną ucieczką, jak z Afganistanu. Zrujnowanymi krajami, jak Irak i Syria, gdzie zginęły miliony osób. Zadziwiające jest, że amerykańskie elity nie wyciągnęły z tych historii żadnych wniosków. Tysiące Amerykanów, którzy wrócili do domów w trumnach, i zero refleksji ze strony rządzących. Choć wielu zwykłych Amerykanów ostro protestowało przeciwko takiej polityce, to przeważał argument, że znowu kolejny kraj stanowi zagrożenie dla narodu amerykańskiego. I że trzeba tam interweniować zbrojnie.

Nowe technologie i liczne kamery pozwalają nam te wojny oglądać prawie na żywo. Jak w panoramicznym kinie. Nowym technologiom towarzyszy też nowy język. Już nie ma wojen. Są operacje specjalne. Z egzotycznymi nazwami: „Ryczący Lew” i „Epicka Furia” – rodem z gier komputerowych. A jak nie ma wojny, to i nie ma zamordowanych ludzi. Są wyeliminowane cele. Tak wymordowanych Irańczyków nazywali pracownicy polskich mediów. Z TVP na czele. Z kolei eksperci wojskowi z półki generalskiej zaczęli w TVN mówić o dekapitacji przywódców. Ktoś im podpowiedział, że nie można urazić nowego Wielkiego Brata sugestią, że kogoś zamordował. Z historii wiemy, czym się kończy takie odhumanizowanie narodów, ras, grup społecznych. Paranoja polityczna, oszukańczy język i totalne kłamstwa.

Z kolei próbkę łgarstwa na polską modłę pokazali Nawrocki i Glapiński. Nie podaję ich funkcji ani tytułów, bo jeśli ktoś tak traktuje swoich rodaków, traci zdolności honorowe.

Wszyscy znamy powiedzenie, że nie ma darmowych obiadów. I drugie – że w polityce są tylko interesy. Dobrze to pokazuje zachowanie Karola Nawrockiego w stosunku do Donalda Trumpa. Za to, że zostanie od czasu do czasu poklepany po plecach, nie płaci on. Płaci Polska. Płaci w zakupach, nie tylko broni, za setki miliardów dolarów. Tak dotąd było. I tak ma być dalej. Amerykański apetyt na tak dobre interesy jest nieograniczony. A nasza rola jasno określona. Mamy robić kolejne bardzo kosztowne i gorsze od ofert europejskich zakupy. Tym, co nas różni od cywilizowanych państw, jest to, że w Polsce na straży amerykańskich interesów gospodarczych i finansowych stoją prezydent i największa partia opozycyjna. Bez wstydu, bez żenady. Bo co im można zrobić? Na razie niewiele. Przyjdzie jednak czas, że prawda ich dogoni.

Oby tylko nie zdążyli wciągnąć Polski w wojnę.

Od kilku lat próbuje to zrobić prezydent Zełenski, a teraz Amerykanie.

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Felietony Roman Kurkiewicz

Wojny zwane ambicjami

Przywykamy. Przyzwyczajamy się. Przestajemy się dziwić. Nie w głowie nam głos protestu. Tak już jest, bo tak było, tak musi być. Wojna rodzi się z zagłady słów, potem giną ludzie. Metafora słonia w pokoju nie wyczerpuje już paradoksu oswojenia się z wojennym językiem, wojną jako nieuniknioną koniecznością, jedyną dopuszczalną, akceptowalną i wyczekiwaną metodą rozwiązywania wcześniej wywołanych „konfliktów” albo po prostu poszerzania pola władzy, dominacji i imperializmu. Technika wojenna i opowieść o jej wykwitach wypiera opisy technologii, które życie ułatwiają, umożliwiają i ocalają. Wojna rozgaszcza się w naszych głowach, kwitnie w słowach, promienieje w brawach tłumów. Niepostrzeżenie staje się marzeniem. Marzeniem tych, którzy na niej wyjdą najgorzej, którzy będą cierpieć, ginąć, których domy zostaną zburzone, a życie naznaczone na zawsze. W opowieściach o II wojnie światowej, czy też Wojnie Światowej XX w., dominowało przekonanie, że to wojna przemysłowa, że zabijanie było przemysłowe, że Zagłada była zorganizowana na modłę taśmy w fabryce wytwarzającej masową śmierć.

Dzisiaj wszechpanujący imperialistyczny kapitalizm, który nie zatrzyma się przed wywołaniem, prowadzeniem wojny i zarabianiem na przemocy, narzucił nam swój nowy język, który jak zawsze jest kamuflażem, ukryciem pod słowami i pojęciami innych znaczeń. Wojna jawi się jako coś, co przypominać ma raczej pewien projekt biznesowy. To nie pożoga, zniszczenie, śmierć, głód – to operacja. Komandosi to operatorzy. Ginący ludzie to cele do wyeliminowania, nigdy ludzie. Media siejące i kulminujące klimat koniecznej do zaakceptowania i oswojenia grozy to wszechobecna operacja PR-owa, częściowo świadomie wygenerowana, niekiedy, wcale nie tak rzadko, samoistnie się wzbudzająca.

Stary Orwell ze swoimi przestrogami i

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.