Tag "Iran"
Iran: spojrzenie z wewnątrz
Od 47 lat kraj jest obłożony sankcjami. To pogłębia problemy
Juliusz Gojło – wieloletni dyplomata, specjalista od Bliskiego Wschodu, Afryki, krajów Azji Centralnej. W latach 2010-2017 ambasador RP w Iranie. Ekspert Centrum Stosunków Międzynarodowych.
(Ciąg dalszy rozmowy z nr. 18)
Mówił pan, że obecna wojna daje reżimowi w Teheranie drugi mit założycielski. Pierwszym była wojna z Irakiem, wtedy większość ludzi stanęła do obrony ojczyzny. Teraz mamy podobną sytuację: atakują naszą ojczyznę! Jednocześnie wojna zatrzymała ewolucję systemu, który powoli się otwierał. W Polsce o tym w zasadzie się nie mówiło. U nas Iran to państwo ajatollahów.
– Iran generalnie ma bardzo zły PR. Wystarczy przejrzeć polskie gazety. Na pierwszym miejscu czołowe dzienniki oraz tzw. tygodniki opinii, gdzie takie sformułowania jak „archaiczny artefakt historii”, „państwo rządzone przez sfanatyzowane oddziały Strażników Rewolucji” czy „brodatych ajatollahów”, „raj w szponach starców” albo „piekło kobiet” to frazeologizmy i epitety na porządku dziennym. To są autentyczne cytaty.
A przecież, jak mówi chińskie przysłowie, wszystko, co nie jest w pełni prawdą, co jest półprawdziwe, jest całym kłamstwem.
Wyjaśnijmy, na czym polega mit założycielski republiki – nie jest nim obalenie szacha, tylko obrona przed iracką inwazją. Gdy byłem w Teheranie, rzucały się w oczy murale poświęcone bohaterom tamtej wojny.
– Gdy mówię: rewolucja irańska, świadomie używam przymiotnika irańska, a nie islamska, dlatego że ona, jak większość rewolucji, miała dwa etapy. Pierwszy to był etap przeciwko szachowi, czyli przeciw czemuś, a drugi to był etap za czymś. Drugi etap został zdominowany przez duchowieństwo szyickie i przez ideały religijne. Ale w tym pierwszym wszyscy walczyli wspólnie przeciwko szachowi. Wtedy motorem rewolucji byli irańscy intelektualiści, a oni wówczas mocno lewicowali.
I szli razem z mułłami?
– Mieli wspólnego przeciwnika – reżim szacha. Po drugie, ideologia lewicowa pokrywała się z teologicznymi założeniami szyizmu na temat sprawiedliwości społecznej. Dlatego w tej rewolucji lewicujący intelektualiści szli ramię w ramię z duchowieństwem. Takie rzeczy się zdarzają – w Polsce w latach 80. lewicowi intelektualiści też szukali schronienia w salach parafialnych, występowali tam, chrzcili się, modlili. Duchowieństwo było w Iranie tradycyjnie tą grupą, która zawsze w XX w. optowała za zmianami prodemokratycznymi i wolnościowymi. Iran jest pierwszym państwem w Azji, w którym przyjęto konstytucję. A ruch konstytucyjny miał silne poparcie duchowieństwa. Dlatego ideologia rewolucji irańskiej była połączeniem ideałów lewicowych, różnej proweniencji, z koncepcjami szyickimi.
Tak się dało?
– W szyizmie główną koncepcją, która ma wartość dogmatyczną, jest koncepcja Sprawiedliwości. Tak właśnie – przez duże S. Jeżeli świat jest stworzony w sposób doskonały, to jest sprawiedliwy, bo Bóg jest sprawiedliwy. Jeżeli sprawiedliwość jest naruszana, to znaczy,
r.walenciak@tygodnikprzeglad.pl
Wojna futbolowa
Czy Iran zagra na mundialu?
Trump jest maniakiem, coraz wyraźniej daje o tym znać, ostatnio przypisuje sobie mesjańskie moce, prowokuje świat chrześcijański świętokradczymi obrazkami, ma się za Zbawiciela i może nawet w przeciwieństwie do swoich wyznawców dobrze zdaje sobie sprawę (jeśli jeszcze z czegokolwiek ją sobie zdaje), że jedyne zbawienie, jakie jest zdolny światu przynieść, to Sąd Ostateczny przyśpieszony za pomocą kodów atomowych. Aż się rwie do tego, by ich użyć – ma już swoje lata i demencję na karku, została mu połowa kadencji do tego, by wejść w boskie kompetencje; skoro Bóg świat stworzył, to on, pomarańczowe wcielenie Stwórcy, może go unicestwić.
Obecny prezydent USA tym samym przegadałby Boga, wszak ważne jest, kto ma ostatnie zdanie. Na razie nieliczni najwyżsi stopniem wojskowi robią wszystko, żeby tego szaleńca powstrzymać przed „całkowitym zniszczeniem cywilizacji” perskiej (to słowa Trumpa) lub cofnięciem Iranu do epoki kamiennej. Potrzeba spuszczenia bomby atomowej na Teheran jest zarówno u Trumpa, jak i Netanjahu przemożna, zwłaszcza że „Epicka Furia” okazała się kolejnym nieudanym blitzkriegiem. Ilekroć jakiś imperator w ostatnich latach zwiastuje błyskawiczne zwycięstwo, tylekroć okazuje się ono oddalać w czasie i rozwlekać na lata bezsensownej wojny.
Od kiedy Rosja napadła na Ukrainę, została wykluczona z rozgrywek sportowych, są niechlubne wyjątki, ale w przypadku najważniejszych imprez sportowych, czyli mistrzostw piłkarskich, igrzysk olimpijskich, być ich nie może. Przypomnę na marginesie, że m.in. temu zawdzięczamy udział w katarskim mundialu, bo mecz barażowy w Rosji wygraliśmy walkowerem. Tej logiki, że najeźdźca, który gwałci prawo międzynarodowe i napada na niepodległe państwo, musi zostać wykluczony z międzynarodowej zabawy świata pokoju, jaką jest sport, nikt nie podważał. Dopóki nie okazało się, że Izrael, państwo dokonujące ludobójstwa w odwecie za zamach terrorystyczny, może wysyłać swoich sportowców, gdzie chce. Na szczęście piłkarzy ma tak nieudacznych, że sami się eliminują z rozgrywek, więc nie ma problemu – bilety na mundial przegrali w starciach z Włochami i Norwegią.
Od kiedy jednak USA dokonały napaści na Iran, a wcześniej wycieczki zbrojnej w Wenezueli, problem jest podwójny. Po pierwsze, Gianni Infantino, przewodniczący FIFA, jest sprzedajnym lizusem Trumpa, więc nawet mu się nie śniło, aby na gospodarzy najbliższego mundialu nałożyć jakieś sankcje, nie mówiąc o wykluczeniu. Po drugie, do mistrzostw świata zakwalifikowała się reprezentacja Iranu i jak dotąd, pomimo nacisków i skandalicznych sugestii zewnętrznych, nie zamierza z imprezy się wycofać. Wykluczyć jej dyscyplinarnie nie można, to byłoby jednak zbyt grube nadużycie, w końcu nie Iran jest agresorem w tym konflikcie. Bez względu na to, czy rządy ajatollahów komuś się podobają, czy nie, Iran jest obiektem napaści zbrojnej i karać go za to nie można – równie dobrze, a raczej równie źle, można by wtedy przywrócić do rozgrywek Rosjan kosztem Ukraińców.
Trump szantażuje oficjalnie Irańczyków, że co prawda ich drużynę wpuści, ale nie będzie mógł zagwarantować jej bezpieczeństwa, poza tym kibiców już wpuszczać nie zamierza, a i członków sztabu szkoleniowego, działaczy oraz dziennikarzy może zawrócić z lotniska, jeśli zostaną uznani za indywidua podejrzane o terroryzm. Iran wystosował prośbę o przeniesienie swoich meczów na terytorium współgospodarza mistrzostw, czyli do Meksyku, ale spotkał się z odmową. Czyli obecnie sytuacja ma się tak: możecie przyjechać sobie pokopać, ale atmosfera jest,
Iran ma dziś więcej kart
Wojna wzmocniła pozycję Teheranu
Juliusz Gojło – wieloletni dyplomata, specjalista od Bliskiego Wschodu, Afryki, krajów Azji Centralnej. W latach 2010-2017 ambasador RP w Iranie. Ekspert Centrum Stosunków Międzynarodowych.
Zaskoczyła pana reakcja Iranu na atak USA i Izraela? I wszystko, co później się wydarzyło?
– Nie zaskoczyła mnie ta reakcja ani nie zaskakuje mnie to, co obecnie się dzieje. Ten scenariusz przedstawiałem jeszcze przed wojną, w „Res Humana”. Może pan sprawdzić.
Skąd brała się pańska pewność?
– Było dla mnie oczywiste, że atak na Iran jest absolutnie kontrproduktywny i niczego nie przyniesie. Do dziś nie wiemy, jakie są cele Stanów Zjednoczonych. Stąd konkluzja: jedynym krajem, który na pewno chciał tej wojny, nie są Stany Zjednoczone, tylko Izrael.
Inna konkluzja: jeżeli przyjrzymy się regionowi, zobaczymy, że wszystkie kraje, z wyjątkiem Iranu, są państwami albo upadłymi, albo pod kontrolą reżimów przyjaznych wobec Izraela lub Stanów Zjednoczonych, albo jedno i drugie. Tę tezę można rozwinąć: doprowadzenie do porozumienia jądrowego z Iranem absolutnie nie było w interesie Izraela.
Czyli Izrael był przeciwny negocjacjom w Genewie, które szły w dobrym kierunku. Chciał wojny i zniszczenia Iranu.
– Przypomnę rok 2018. Wtedy Donald Trump wycofał Stany Zjednoczone z porozumienia jądrowego z Iranem. A mimo to Iran przez rok od złamania tego porozumienia przestrzegał jego warunków. I w zasadzie wszyscy poważni eksperci, łącznie z szefem Międzynarodowej Agencji Energii Atomowej, ba, łącznie z tzw. środowiskami wywiadowczymi Stanów Zjednoczonych i byłym szefem Izraelskiej Agencji Jądrowej, są zgodni, że Iran nie prowadził daleko posuniętych prac nad bronią jądrową. Tak, wzbogacał uran, tu nie ma co dyskutować, a wiadomo, że powyżej pewnego poziomu wzbogacenia uran ma zastosowanie tylko wojskowe. Nadal jednak traktat o nieproliferacji broni jądrowej, czyli NPT, którego Iran jest sygnatariuszem, nie narzuca jakiegokolwiek pułapu wzbogacania materiałów rozszczepialnych. Iran korzysta z tego prawa, a przy tym poddaje się inspekcjom. W Teheranie z uwagą śledzone są losy Ukrainy, która wyrzekła się broni jądrowej w zamian za gwarancje swojej suwerenności i integralności terytorialnej. Po czym jeden z „gwarantów” na nią napadł, a pozostali, z USA na czele, nie są w stanie lub nie chcą się wywiązać z podjętych zobowiązań. Dla Iranu program jądrowy to polisa ubezpieczeniowa. O tyle ważna, że od 47 lat kolejne administracje w Białym Domu mówią, że wobec Iranu „wszystkie opcje są na stole, z militarną włącznie”. Takie sformułowanie padło nawet z ust laureata Pokojowej Nagrody Nobla, prezydenta Baracka Obamy.
Pytanie, jak daleko był Iran do osiągnięcia tego poziomu.
– Premier Izraela Netanjahu od 30 lat powtarzał, że to jest imminent threat. A jak to tłumaczyć? Natychmiast, niebawem, w najbliższej przyszłości? Jeżeli pomyślimy, jakie były cele tej wojny, to na pewno w Stanach Zjednoczonych te cele nie zostały zdefiniowane. Zdefiniował je premier Netanjahu.
Teraz mamy zawieszenie broni i negocjacje. Dzieje się to dlatego, że Iran wybrał bardzo skuteczną metodę wojny – zablokował cieśninę Ormuz. Jest też pewne, że jemeńscy Huti, sprzymierzeńcy Iranu, są w stanie zablokować cieśninę Bab al-Mandab.
– To, że Iran zablokuje cieśninę Ormuz,
Za tydzień druga część rozmowy z ambasadorem Juliuszem Gojłą:
• Co legitymizuje reżim?
• Kto obalił szacha?
• Jak głęboko sięga islam?
• Tajemnice styczniowych demonstracji.
• Jaka jest rola kobiet w Iranie?
r.walenciak@tygodnikprzeglad.pl
Ani wojna, ani pokój, ani triumf, ani zgon
Każdy czas ma tendencję do tego, by się wyróżniać spośród innych, „gorszych” epok. Dzisiaj nie jest inaczej. Czy to schyłek, czy interregnum, czy metamorfoza o kolejnych cyfrowych naklejkach: 1.0, 2.0, 187.0, jak zwał, tak zwał, próbujemy zrozumieć, mając niejednokrotnie wrażenie, że mimo niedostępnych wcześniej mocy technologicznych i powszechnej komunikacji wiemy mniej, niczego nie jesteśmy pewni i co chwilę budzimy się w pajęczej sieci niejasności, pogmatwania i pomylenia pojęć.
Jeśli kluczowymi postaciami świata są rozregulowani etycznie i niestabilni emocjonalnie ignoranci pokroju Trumpa czy Netanjahu – może naprawdę czas przestać się dziwić i mantrować o dobrodziejstwach demokracji, od której niczego lepszego nie wymyślono. Dlaczego nie podejmujemy prób wymyślenia czegoś lepszego? Mamy przecież niezły fundament założycielski – myślę o latach tuż po II wojnie światowej i Powszechnej Deklaracji Praw Człowieka. Jest na czym stawiać nowy gmach świata.
Tymczasem oglądamy spektakl w wykonaniu pomarańczowego szaleńca, dysfunkcyjnego narcyza z monumentalnym bagażem ignorancji. Tysiące lat rozwoju człowieczeństwa, rozumu, nauki, zdolności do autokrytyki i naprawy błędów – którą boczną ścieżką ewolucji to pobłądziło? Odpowiedź może być dużo groźniejsza. Trump i Netanjahu nie są przejawem skrajnej patologii osobowościowej – są zwieńczeniem, symbolem konsekwentnego dojścia do granic tego, czego oczekuje od ludzi, reguł, świata obecny system, rakotwórczy kapitalizm, podparty kolonializmem i imperializmem, dominacją bezwzględnej siły militarnej. Toż oni nie są tylko prorokami późnego kapitalizmu (niektórzy odważają się mówić z nadzieją: schyłkowego). Oni są jego mesjaszami.
Co do ostatnich wydarzeń wokół agresji Izraela i jego marionetki, USA (tu ogon kręci psem, co dla wielu jest zaskoczeniem – dlaczego?), skala pogubienia się jest trudna do wyobrażenia. Wiemy, kto zaczął. Wiemy, jak to przebiegło. Nie wiemy, czym, jeśli w ogóle, się skończy. Politolog Filip Ilkowski z UW,
Polska Partia Wojny. Zrobią wszystko, co Donald Trump każe
Polacy a Ameryka Trumpa
W sondażu IBRiS dla „Rzeczpospolitej” z marca 2026 r. zapytano, czy polscy żołnierze powinni wziąć udział w konflikcie na Bliskim Wschodzie, jeśli poprosiłyby o to Stany Zjednoczone. 84,7% badanych odpowiedziało „nie”, 11% było za, a 4,4% nie miało zdania.
Natomiast w sondażu United Surveys by IBRiS dla Wirtualnej Polski, przeprowadzonym w dniach 27-29 marca 2026 r., zadano pytanie: „Czy uważasz Stany Zjednoczone za stabilnego i wiarygodnego gwaranta bezpieczeństwa dla Polski?”. Z tą opinią zgodziło się 40,6% Polaków (9,4% było o tym zdecydowanie przekonanych). Przeciwnego zdania było 54,5% badanych. 4,9% respondentów nie miało zaś w tej sprawie opinii.
Co interesujące, w grupie wyborców koalicji rządzącej aż 77% respondentów nie ufa USA. Zupełnie inne stanowisko zajmują wyborcy PiS. Aż 87% uważa Stany Zjednoczone za wiarygodnego partnera.
W przypadku sympatyków Konfederacji i Konfederacji Korony Polskiej Grzegorza Brauna – 58% nie widzi w USA stabilnego gwaranta bezpieczeństwa, przeciwnego zdania jest 42% respondentów.
„Ludzie Prawa i Sprawiedliwości oraz Karola Nawrockiego chcą wplątać Polskę w wojnę na Bliskim Wschodzie. Nie pozwolę na to. Przydałby się wam, nie tylko dziś, kubeł zimnej wody na głowę”, napisał w lany poniedziałek Donald Tusk. No i internet się zapalił: czy Tusk nie przesadził, czy znów jedzie kijem po klatce z lwem, czy też coś jest na rzeczy.
Tusk nie przesadził. Mamy partię wojny. PiS i ośrodek prezydenta Nawrockiego uciekają od tego określenia, wołają, że to nie oni, ale fakty są nieubłagane. PiS i Nawrocki byli gotowi wciągnąć Polskę w wojnę z Iranem. I o tym mówili.
Najgłośniej mówił Marcin Przydacz, szef prezydenckiego Biura Polityki Międzynarodowej, który w niedzielę wielkanocną zachęcał do pomocy Ameryce. Przekonywał w Polsat News, że europejscy sojusznicy z NATO powinni wesprzeć Stany Zjednoczone. Między innymi poprzez ewentualny udział w misji odblokowania zamkniętej przez Iran cieśniny Ormuz.
Zdaniem Przydacza część sojuszników zachodnich, „zwłaszcza tych, którzy mają odpowiednią flotę i odpowiedni sprzęt”, powinna „w ramach jakiejś działalności koalicyjnej wesprzeć Amerykanów”, z jednej strony w imię własnego interesu – w tym obniżenia cen energii – z drugiej w imię euroatlantyckiej solidarności. „Ja do tego ich bardzo mocno namawiam”, podkreślał. A to, że atak na Iran był autorskim pomysłem Trumpa i Netanjahu i sojusznicy o tym nie zostali poinformowani? Że Trump raz nawoływał Europę,
r.walenciak@tygodnikprzeglad.pl
Co tam, panie, w Teheranie?
Pisaliśmy tydzień temu, że w MSZ brakuje fachowców, którzy znaliby się na Iranie, potrafili podpowiadać, jak sytuacja się rozwinie. No bo na kogo, oprócz Barbary Ćwioro, można liczyć?
Owszem, jest Maciej Fałkowski. Wprawdzie nie zna perskiego, raczej jest specjalistą od rozbrojenia niż od Bliskiego Wschodu, ale był w Iranie pięć lat, w latach 2019-2024, więc wiedzy mu nie brakuje. Kłopot w tym, że obciążony jest zadaniami administracyjnymi, może nie ponad miarę, ale na pewno ponad zdrowy rozsądek. Oto bowiem w MSZ wymyślono nowy departament, którego Fałkowski został dyrektorem. Tą nową jednostką jest Departament Afryki, Bliskiego Wschodu i Ameryki Łacińskiej. A jeżeli ktoś miałby wątpliwości, że coś takiego może powstać i działać, to dodajmy do tego opis ze strony MSZ: „Departament Afryki, Bliskiego Wschodu i Ameryki Łacińskiej formułuje i realizuje cele polskiej polityki zagranicznej wobec państw Afryki, Bliskiego Wschodu, Ameryki Łacińskiej i Karaibów”.
Karaibów… Kuba w jednym worku z Iranem, Izraelem, Nigerią… Pół świata, półkula wschodnia i zachodnia w jednym, trudno o coś równie kuriozalnego. No i tym wszystkim kieruje Maciej Fałkowski, mając do pomocy czterech zastępców. I aż prosi się zapytać: skoro nasze MSZ tak pięknie dzieli świat, gdzie zakwalifikowało Grenlandię – do Europy czy do Ameryki Północnej?
No dobrze, wróćmy do Iranu. Poprzednik Fałkowskiego w Teheranie, Jarosław Domański, był tam tylko rok, wrócił przed czasem, dziś jest poza MSZ. Jego odwołaniu towarzyszyło wiele komentarzy, pomińmy je.
Poza MSZ jest też Juliusz Gojło,
Arabowie wolą uniknąć destabilizacji
Dla monarchii naftowych Półwyspu Arabskiego Izrael wcale nie jest alternatywą wobec Iranu
Choć konflikt między Iranem a Stanami Zjednoczonymi i Izraelem daje się we znaki monarchiom naftowym Zatoki, wciąż nie zdecydowały się włączyć bezpośrednio do walki ze swoim regionalnym rywalem. Prezydent Donald Trump zdawał się liczyć na to, że wojna rozpoczęta przez niego i Beniamina Netanjahu wymusi na Europie i partnerach z Bliskiego Wschodu zaangażowanie w otwartą walkę z Iranem. Ale mimo że irańskie rakiety i drony trafiają w cele w Bahrajnie, Katarze, Zjednoczonych Emiratach Arabskich, Kuwejcie i Arabii Saudyjskiej, nie udało się skłonić arabskich partnerów do udziału w konflikcie.
Gdy pod koniec lutego rozpoczęła się wojna, Iran zareagował tak, jak można było się spodziewać – wziął na cel amerykańskie zasoby w regionie. To o tyle istotne, że w bezpośrednim sąsiedztwie Iranu znajduje się amerykańska infrastruktura wojskowa. Bahrajn gości kwaterę główną amerykańskiej Piątej Floty, a Katar największą amerykańską bazę na Bliskim Wschodzie, w której skoszarowano ok. 10 tys. żołnierzy.
To nie koniec listy, bo w Kuwejcie także znajduje się kilka wojskowych obiektów amerykańskich. Największy to obóz Arifjan, wysunięty przyczółek logistyczny obsługiwany przez 9 tys. żołnierzy. Siły powietrzne Zjednoczonych Emiratów Arabskich dzielą swój port lotniczy Al-Dhafra z amerykańskimi lotnikami, a w porcie morskim Jebel Ali w Dubaju często cumują amerykańskie okręty. Amerykańskich mundurowych można znaleźć również w bazach w Iraku, Arabii Saudyjskiej i Jordanii.
Ogon macha psem
W założeniu miała to być gwarancja bezpieczeństwa przed zewnętrzną agresją. W ostatnich tygodniach, a nawet latach okazuje się jednak, że bezpieczeństwo zapewniane przez amerykańskich wojskowych jest raczej iluzoryczne. Izraelczycy wiedzieli o tym już wcześniej – amerykańska obecność nie uchroniła katarskiej stolicy przed ich atakiem 9 września 2025 r. Zginęło w nim kilku członków palestyńskiego Hamasu mających wziąć udział w negocjacjach rozejmowych. Ucierpieli też przedstawiciele służb bezpieczeństwa Kataru.
Cała izraelska operacja okazała się klęską, gdyż obrani za cel liderzy Hamasu, w tym Chalid Maszal, wyszli z niej bez szwanku. Premier Muhammad ibn Abd ar-Rahman as-Sani nazwał izraelski atak tchórzliwym pogwałceniem prawa międzynarodowego, a prezydent Donald Trump przyłączył się do jego potępienia, zapewniając, że został powiadomiony zbyt późno, by go powstrzymać.
Brak amerykańskich działań i niezbyt zaangażowana krytyka pokazały jednak, że to Tel Awiw pociąga za sznurki, do tego partnerzy w regionie wyraźnie są podzieleni na priorytetowych i mniej ważnych.
Obecność amerykańskich instalacji wojskowych spowodowała ataki Iranu na państwa Zatoki – wymierzone również w infrastrukturę krytyczną, np. w katarski terminal Ras Laffan. Według doniesień z Dohy ma to wpłynąć na katarskie zdolności eksportu gazu do takich krajów jak Belgia, Włochy, Chiny i Korea – nawet w okresie pięciu lat. Teheran liczy na to, że
Jaka toczy nas choroba?
To plaga naszych lat – polityka staje się coraz bardziej knajacka. To w zasadzie wbrew logice, przecież świat jest coraz bardziej skomplikowany, zarządzanie jakimikolwiek procesami wymaga coraz większej wiedzy, poza tym rośnie grupa ludzi wykształconych. I co? I pojawia się Przemysław Czarnek, który woła: OZE-sroze, węgiel, węgiel! I to jest pomysł PiS na odzyskanie władzy.
Co ciekawe, szybko się okazało, że Czarnek zamontował na swoim domu panele fotowoltaiczne. Korzystając, a jakże, z unijnych dopłat, które zorganizowała gmina. Za panele i montaż instalacji zapłacił niewielką część kosztów, ledwie 8,1 tys. zł. A jego rachunki za energię spadły o ponad 1 tys. zł rocznie. Ale co tam! „Natychmiast, jak tylko minie okres trwałości projektu i spłaci mi się to wszystko, zdemontuję to świństwo!”, woła Czarnek.
My też wołamy: Premierze (in spe), odwagi! Wykaż się sprawczością! Teraz ściągaj panele! A my, dziennikarze, te 2 tys. zł, których ci brakuje do spłaty – dołożymy! To przecież będzie piękna transmisja, patrzeć na durnia, który wyrzuca z dachu fotowoltaikę! Ludzie będą to oglądać!
Koniec, panie Czarnek,
Gazowy szach-mat
Globalny rynek w cieniu wojny
W środę 18 marca br. irańska agencja Tasnim poinformowała o ataku izraelskich i amerykańskich samolotów na służące wydobyciu gazu ziemnego instalacje w Pars Special Energy Economic Zone w okolicach miejscowości Asaluyeh w prowincji Buszehr nad Zatoką Perską.
Znajduje się tam największe na świecie złoże tego surowca o nazwie South Pars/North Dome, eksploatowane wspólnie przez Irańczyków i Katarczyków. Szacuje się, że zawiera ono ok. 51 bln m sześc. gazu ziemnego i ok. 50 mld baryłek kondensatu gazowego.
Iran ostrzegł Arabię Saudyjską, Katar i Zjednoczone Emiraty Arabskie o planowanym ataku odwetowym na ich instalacje naftowe i gazowe – w tym saudyjską rafinerię Samref i kompleks petrochemiczny w Al-Dżubajl, pole gazowe Al-Hosn w ZEA oraz katarski kompleks petrochemiczny Musajid i największy na świecie zakład produkujący skroplony gaz ziemny Ras Laffan. Na zakłady spadła jedna rakieta balistyczna, która spowodowała pożary i – jak twierdzą władze Kataru – rozległe szkody w kluczowych instalacjach produkcyjnych.
Na szczęście nie było ofiar w ludziach. Prezes QatarEnergy Saad Sherida al-Kaabi powiedział, że atak ten wyeliminował 17% katarskich możliwości eksportu gazu skroplonego, powodując straty szacowane na 20 mld dol. rocznie i zagrażając dostawom do Europy i Azji. Naprawy wstrzymają produkcję 12,8 mln ton LNG rocznie przez okres od trzech do pięciu lat.
Prezydent Donald Trump we wpisie na platformie Truth Social stwierdził, że „Stany Zjednoczone nie miały żadnej wiedzy na temat tego konkretnego ataku, a Katar nie był w żaden sposób z nim powiązany ani nie miał pojęcia, że do niego dojdzie”. Zapewnił następnie, że Izrael nie przeprowadzi więcej żadnych ataków na instalacje pola South Pars, chyba że Iran zaatakuje Katar – wówczas „Stany Zjednoczone Ameryki, z pomocą lub bez zgody Izraela, zniszczą całe pole gazowe South Pars z siłą i mocą, jakiej Iran nigdy wcześniej nie widział”. Wpis wywołał konsternację w Jerozolimie i Waszyngtonie. Nikt się nie spodziewał, że Trump weźmie w pewnym sensie w obronę Teheran. Kontrowersje te pogłębiły się, gdy dziennikarze portalu Axios, powołując się na wysokich rangą urzędników administracji Trumpa, opublikowali informację, że gospodarz Białego Domu wiedział wcześniej o planach ataku. Skąd zatem taka reakcja prezydenta USA?
Gaz jest wszystkim
Przez lata przywykliśmy uważać paliwa kopalne: węgiel kamienny, ropę naftową i gaz ziemny, za zło zagrażające naszej planecie. W rzeczywistości jest inaczej. O tym, jak ważną odgrywają rolę, przypominają nam konflikty zbrojne.
Gdy w roku 2022 Rosja zaatakowała Ukrainę, ceny gazu i ropy naftowej znacząco wzrosły. Tak też się stało po ataku Stanów Zjednoczonych i Izraela na Iran. Przy czym, jeśli w reakcji na wojnę ceny ropy naftowej wzrosły o 30-40%, to ceny gazu, zwłaszcza LNG, poszły w górę nawet o 100%.
Gaz ziemny jest nie tylko paliwem w kuchenkach gazowych, lecz także, jako źródło wodoru, najważniejszym surowcem w produkcji mocznika, będącego podstawowym komponentem w produkcji nawozów azotowych. 90% jego globalnej produkcji zużywa rolnictwo – właśnie w nawozach. Mocznik używany jest do produkcji materiałów wybuchowych, stosowany w przemyśle papierniczym, włókienniczym, farmaceutycznym i kosmetycznym. Jako AdBlue służy do redukcji tlenków azotu w spalinach silników wysokoprężnych i kotłów przemysłowych.
W rejonie Zatoki Perskiej działa kilkadziesiąt zakładów produkujących nawozy azotowe, skupionych w takich krajach jak Arabia Saudyjska, Katar, Oman, Zjednoczone Emiraty Arabskie, Bahrajn, Kuwejt oraz Iran. Łącznie zapewniają one 20% światowej produkcji nawozów sztucznych. Dziś ich eksport jest mocno ograniczony ze względu na blokadę cieśniny Ormuz. Nic dziwnego, że ceny nawozów sztucznych w ostatnich tygodniach bardzo wzrosły.
W 2023 r. Katar wyeksportował łącznie ok. 79,8 mln ton gazu skroplonego, z czego 15,1 mln ton (ok. 19%) trafiło do Europy – odpowiada to ok. 20-21 mld m sześc. gazu. Reszta popłynęła głównie do Azji. Zamknięcie cieśniny Ormuz oraz wstrzymanie produkcji w Katarze i Zjednoczonych Emiratach Arabskich wyłączyło z rynku ok. 20% globalnej podaży LNG – czyli ok. 355 mln m sześc. dziennie. 20 marca cena LNG w Indiach była o 50-70% wyższa niż przed wybuchem konfliktu. I wiadomo, że to nie jest koniec podwyżek. By podtrzymać produkcję, rząd w Delhi na razie gwarantuje producentom nawozów sztucznych dostawy na poziomie 70% średniego zużycia gazu. Lecz nie wiadomo, czy da się ten stan utrzymać, jeśli wojna potrwa dłużej. W Indiach najbardziej widocznym objawem problemów są ogromne kolejki ludzi czekających na możliwość wymiany butli gazowych. Cała gastronomia i większość gospodarstw domowych korzysta z kuchenek na gaz. Bez niego nie można gotować posiłków. Podobnie jest w Pakistanie i Bangladeszu.
Na Tajwanie, gdzie 40% energii elektrycznej pochodzi z elektrowni opalanych importowanym gazem, rząd podjął działania awaryjne. Zwiększono zakupy gazu w USA i zaczęto planować redukcję zapotrzebowania przemysłu, gdyby wojna się przeciągnęła. Na świecie rozpoczęła się ostra rywalizacja o gaz.
Dwa tygodnie temu osiem gazowców płynących z ładunkiem LNG ze Stanów Zjednoczonych do Europy zmieniło kierunek i popłynęło do Azji. Tamtejsi kupcy zaoferowali wyższe ceny niż Europejczycy. Takie zdarzenia będą w przyszłości miały miejsce częściej. A to nie koniec problemów.
Produktem ubocznym przerobu gazu ziemnego na LNG jest hel – gaz stosowany w medycynie, przemysłach lotniczym i metalowym, elektronice i przy produkcji układów scalonych. Katarskie zakłady Ras Laffan zapewniały rocznie ok. 30% światowej produkcji tego gazu. Dziś są zamknięte. Dlatego największy producent procesorów na Tajwanie,
Amerykańsko-izraelska wojna z Iranem a MAGA
W zeszłym roku prezydent Donald Trump wypowiedział słowa, które miały skłonić przedstawicieli Komitetu Noblowskiego do przyznania mu Pokojowej Nagrody Nobla: „Oni mówili: »On będzie wszczynał wojny«. Nie zamierzam wszczynać wojen. Zamierzam je kończyć”. Niestety, bliżej nieokreśleni „oni” mieli całkowitą rację. I rację miał Komitet Noblowski, nic sobie nie robiąc z presji wywieranej przez amerykańską administrację, aby uhonorować jej zwierzchnika. Druga kadencja Trumpa to prezydentura ekspansjonistyczna i niezwykle agresywna. Prezydentura niemająca prawie nic wspólnego z hasłami skoncentrowania się na wielorakich problemach wewnętrznych Ameryki, powstrzymania się od interwencjonizmu, od mieszania się w sprawy innych państw, szczególnie gdy Stanów nie wiążą z nimi istotne interesy.
A właśnie te hasła konstytuują, jak wiadomo, konserwatywny ruch MAGA, który wyniósł Donalda Trumpa do władzy. Intelektualni orędownicy ruchu MAGA siedzieli cicho po awanturze wenezuelskiej, bo była krótka i jak na razie przyniosła sukces. Nie chcą jednak dalej siedzieć cicho, gdy prezydent wywołał kolejną wojnę – tym razem bardzo niebezpieczną dla samych Amerykanów i dla reszty świata. To z tego obozu słyszymy już, że prezydent Trump „działa w sposób bezczelny w imieniu obcego rządu, sprzeniewierzając się tym samym swoim obowiązkom wobec narodu amerykańskiego zapisanym w Konstytucji Stanów Zjednoczonych, która nie upoważnia prezydenta do przemierzania świata i bombardowania – wedle swej woli – innych państw” (Doug Bandow).
Można było się domyślać, że obrońcy działań prezydenta USA, nie chcąc go poróżnić z ruchem MAGA, będą przedstawiali jego decyzję nie jako wywołanie nowej wojny, ale zakończenie starej. Ściślej rzecz biorąc, trwającej 47 lat wojny irańsko-amerykańskiej.
Skąd liczba 47? Oddam tu głos prezydentowi Trumpowi: „Od 47 lat irański reżim wykrzykiwał »śmierć Ameryce« i uruchomił niekończącą się kampanię rozlewu krwi i masowych mordów, biorąc na cel Stany Zjednoczone, nasze oddziały i niewinnych ludzi w wielu, wielu krajach”. Przywódca Ameryki odniósł się w ten sposób do wydarzeń z roku 1979 i słynnego kryzysu związanego z wzięciem przez Iran amerykańskich zakładników. Wszystko to działo się za prezydentury Jimmy’ego Cartera i z pierwszoplanowym, niedającym powodów do dumy z racji finału sprawy, udziałem „naszego” Zbigniewa Brzezińskiego. Następnie Trump wymienił rok 1983 i śmierć 241 amerykańskich żołnierzy w zamachu na bejruckie koszary, za którym stał Iran. Działo się to za prezydentury Ronalda Reagana, który w reakcji na tę tragedię postanowił wycofać z Bejrutu amerykańskich żołnierzy. Potem Trump przywołał rok 2000, stwierdzając, że Iran „wiedział i prawdopodobnie był zaangażowany w atak na USS Cole” (było to za prezydentury Billa Clintona). Zakończył zaś odwołaniem do 7 października 2023 r. i ataku Hamasu na Izrael, którego ofiarami byli także amerykańscy obywatele. Rządził wtedy Joe Biden. Warto podkreślić, że żaden z wymienionych prezydentów nie zdecydował się na rozpoczęcie wojny z Iranem, choć miał casus belli.
Wiemy, że obecny prezydent Stanów Zjednoczonych od czasów pierwszej kadencji popadł w spór z obiektywną prawdą. Nie było jednak wiadomo, że jest również na bakier z matematyką. Powinien przecież zacząć swoje obliczenia nie od roku 1979, lecz od 1953,
Prof. Piotr Kimla jest pracownikiem Katedry Stosunków Międzynarodowych i Polityki Zagranicznej Instytutu Nauk Politycznych i Stosunków Międzynarodowych Wydziału Studiów Międzynarodowych i Politycznych Uniwersytetu Jagiellońskiego






