Tag "Izrael"
Ani wojna, ani pokój, ani triumf, ani zgon
Każdy czas ma tendencję do tego, by się wyróżniać spośród innych, „gorszych” epok. Dzisiaj nie jest inaczej. Czy to schyłek, czy interregnum, czy metamorfoza o kolejnych cyfrowych naklejkach: 1.0, 2.0, 187.0, jak zwał, tak zwał, próbujemy zrozumieć, mając niejednokrotnie wrażenie, że mimo niedostępnych wcześniej mocy technologicznych i powszechnej komunikacji wiemy mniej, niczego nie jesteśmy pewni i co chwilę budzimy się w pajęczej sieci niejasności, pogmatwania i pomylenia pojęć.
Jeśli kluczowymi postaciami świata są rozregulowani etycznie i niestabilni emocjonalnie ignoranci pokroju Trumpa czy Netanjahu – może naprawdę czas przestać się dziwić i mantrować o dobrodziejstwach demokracji, od której niczego lepszego nie wymyślono. Dlaczego nie podejmujemy prób wymyślenia czegoś lepszego? Mamy przecież niezły fundament założycielski – myślę o latach tuż po II wojnie światowej i Powszechnej Deklaracji Praw Człowieka. Jest na czym stawiać nowy gmach świata.
Tymczasem oglądamy spektakl w wykonaniu pomarańczowego szaleńca, dysfunkcyjnego narcyza z monumentalnym bagażem ignorancji. Tysiące lat rozwoju człowieczeństwa, rozumu, nauki, zdolności do autokrytyki i naprawy błędów – którą boczną ścieżką ewolucji to pobłądziło? Odpowiedź może być dużo groźniejsza. Trump i Netanjahu nie są przejawem skrajnej patologii osobowościowej – są zwieńczeniem, symbolem konsekwentnego dojścia do granic tego, czego oczekuje od ludzi, reguł, świata obecny system, rakotwórczy kapitalizm, podparty kolonializmem i imperializmem, dominacją bezwzględnej siły militarnej. Toż oni nie są tylko prorokami późnego kapitalizmu (niektórzy odważają się mówić z nadzieją: schyłkowego). Oni są jego mesjaszami.
Co do ostatnich wydarzeń wokół agresji Izraela i jego marionetki, USA (tu ogon kręci psem, co dla wielu jest zaskoczeniem – dlaczego?), skala pogubienia się jest trudna do wyobrażenia. Wiemy, kto zaczął. Wiemy, jak to przebiegło. Nie wiemy, czym, jeśli w ogóle, się skończy. Politolog Filip Ilkowski z UW,
Pikująca Szozda
Przez Wiedeń nie godzi się przejeżdżać, w Wiedniu należy się zatrzymać. Antek początkowo marudzi, każe przysiąc, że „nie będzie żadnego zwiedzania”, tylko od razu na sznycel, ale drogę do sznycla wyznaczamy tak zmyślnie, żeby wiodła obok Muzeum Leopoldów, gdzie wielkie banery zachęcają do odwiedzenia wystawy Gustave’a Courbeta.
Antek staje jak wryty przed wielkoformatowym „Pochodzeniem świata”, patrzy z niedowierzaniem to na mnie, to na obraz i choć nie jest wychowywany w pruderii, a rodziców paradujących po domu na golasa widywał nierzadko, zdaje się skonsternowany, ale i zaintrygowany bujnie owłosioną waginą. Próbuje dać odpowiednie rzeczy słowo w obecności wujostwa, zachęcam go, żeby się nie bał, odzywa się więc: „Czy to jest ce-i-pe-a?”. Odpowiadam, że w rzeczy samej, jeśli chce, może zobaczyć oryginał, jeśli zgodzi się na niedługie zwiedzanko.
„To jeden z najsłynniejszych obrazów w dziejach”, dopowiadam, potem tłumaczę pokrótce, jak zmienił się świat, od kiedy kolejni czcigodni właściciele tego płótna, najpierw Goncourt, potem Lacan, nawet w prywatnych kolekcjach zamawiali u artystów specjalne kamuflaże (Lacanowi André Masson wypichcił surrealną, nowoczesną karykaturę aktu, ale Goncourt trzymał wizerunek owłosionej waginy pod przykrywką przedstawiającą kościółek w zimowej szacie – to dopiero psychoanalityczny szpryngiel).
„Realista i buntownik” – takim tytułem kuratorzy opatrzyli wielką, monograficzną ekspozycję francuskiego malarza, przy czym wabią skandalem, rzeczonym buntem, ale w muzeum widzimy nade wszystko realistyczne obrazy syna swojej epoki: landszafty, sceny z polowań, mariny (te najlepsze,
Świat zakładnikiem Netanjahu
Skutecznie przekonał Izraelczyków o ich wyjątkowości
Agresywna polityka zagraniczna Beniamina Netanjahu okazuje się kosztowna dla społeczności żydowskich w Europie i USA. Coraz częściej obok wyrazów poparcia dla Palestyńczyków i solidarności z mieszkańcami bombardowanej Strefy Gazy obserwujemy incydenty antysemickie. W dyskusjach internetowych, nawet w Polsce, nietrudno o komentarze, których autorzy sugerują, że „Hitler miał rację”, lub doszukują się odpowiedzialności wszystkich Żydów za działania Izraela. Poza internetem dochodzi do realnych aktów przemocy. W metropolii Toronto w marcu w ciągu kilku dni ostrzelano trzy synagogi. 10 marca francuska policja aresztowała dwóch braci, mających obywatelstwo włoskie i marokańskie, pod zarzutem planowania „morderczego i antysemickiego” ataku, a 23 marca w Londynie podpalono cztery karetki żydowskiej organizacji charytatywnej Hatzola. Rzeczywistość społeczności żydowskich to dziś przede wszystkim funkcjonowanie w lęku.
Według UNESCO 61% nauczycieli w Unii Europejskiej styka się w swoich klasach z kłamstwem oświęcimskim, a co 10. nauczyciel ma z nim do czynienia często. Nawet w europejskiej polityce antysemityzm jest już narzędziem wykorzystywanym wprost. Pomijając błazenady Grzegorza Brauna, jego partia Konfederacja Korony Polskiej protestowała przeciwko Krajowej Strategii przeciwdziałania antysemityzmowi i wspierania życia żydowskiego na lata 2025-2030, nazywając ją „żydowskim faszyzmem” i przekonując, że antysemityzm to „rdzeń programu supremacji” wprowadzanego przez diasporę żydowską.
Izraelczycy dumni z wojny
Paliwem dla antysemickich postaw i retoryki jest trwająca nieprzerwanie od dwóch i pół roku intensywna wojna prowadzona przez Izrael na kilku frontach. Jej najnowszą odsłoną jest agresja na Iran i Liban. Wojna w Iranie chwilowo zwolniła, gdy Trump triumfalnie ogłosił zawieszenie broni (choć kilka godzin wcześniej groził zniszczeniem całej cywilizacji w Iranie). Teheran odebrał to pozytywnie, bo przedstawiony przez Trumpa 10-punktowy plan zawieszenia broni w istocie jest zwycięstwem Irańczyków i odpowiada ich potrzebom: od gwarancji zakończenia działań zbrojnych, przez obietnice wnoszenia opłat w wysokości 2 mln dol. od statku przeprawiającego się przez cieśninę Ormuz, aż po zdjęcie sankcji. Rzeczniczka prasowa Białego Domu Karoline Leavitt zaznaczyła jednak, że ten plan stanowi jedynie podstawę do negocjacji.
Izraelczycy są niezadowoleni z tego, że Trump zdecydował się na zawieszenie broni. W ich oczach to zdrada. Powszechne poparcie obywateli dla agresywnych wojen i głębokie przekonanie, że wszelkie działania ich żołnierzy są uzasadnione, to pokłosie lat wykorzystywania przez Netanjahu wojennej retoryki. A izraelski premier potrafi skutecznie przekonywać rodaków, że funkcjonują w oblężonej twierdzy, którą tylko on jest w stanie obronić.
Wielki Brat za oceanem
Do realizacji celów w Libanie i w Iranie kluczowe dla Netanjahu jest partnerstwo z Donaldem Trumpem. Lecz osobista sympatia polityków nie jest jedyną odpowiedzią na pytanie, jak Izraelowi udało się wciągnąć Waszyngton w wojnę, której skutki odczuwa cały świat. Odpowiedzią nie są też popularne w internecie spekulacje dotyczące haków, jakie na Trumpa miał zbierać Mosad za pośrednictwem finansisty pedofila Jeffreya Epsteina. Ten ostatni przez lata utrzymywał bliskie relacje z amerykańskim prezydentem, a jednocześnie finansował izraelskie organizacje, w tym wspierające żydowskie osadnictwo na terytoriach okupowanych.
Netanjahu długo budował relacje z wieloma kluczowymi postaciami z bliskiego otoczenia Trumpa. Przyjaźnił się z Charlesem Kushnerem, ojcem Jareda Kushnera, męża najstarszej córki Donalda Trumpa – Ivanki. Charles, prawnik, biznesmen i filantrop wspierający hojnie kampanie prezydenckie Trumpa, został przez Netanjahu w 2007 r. umieszczony na liście, która wyciekła do mediów, a zawierała nazwiska potencjalnych darczyńców. Według Jewish Telegraphic Agency Jared jeszcze jako nastolatek miał użyczyć Netanjahu swojej sypialni, gdy ten zatrzymał się w domu Kushnerów. Być może właśnie ta bliskość sprawiła, że Trump powierzył zięciowi przewodniczenie zespołowi, który w 2020 r. ogłosił plan pokojowy w celu zażegnania konfliktu izraelsko-palestyńskiego,
Na ostrym zakręcie
Weto prezydenta jak czerwone sukno rzucone na rogi byka. Tysiące pełnych emocji komentarzy. Nie ma umiarkowanych, wszystkie pełne gniewu, nawet furii. Obie strony zarzucają sobie zdradę. I są tej zdrady przeciwników pewne. Nienawidzimy siebie już naprawdę serdecznie. Powody weta? Strach Nawrockiego przed prezesem. Wola Trumpa. Fobie wobec Unii. I nienawiść do Tuska i rządu, bo SAFE to wielki sukces premiera. Weto Nawrockiego nie zablokuje funduszy na polską armię, prezydent musiał to wiedzieć, a jak nie wiedział, to ktoś mu powiedział. Zatem to tylko gra polityczna, taniec na pobojowisku, jakim jest nasza scena polityczna. Jedno pewne – będziemy teraz jeszcze bardziej się nie znosić.
Zimna wojna domowa marzy o ogniu. Telewizja Republika rzyga chamskimi hasłami. Biorę oddech, zatykam nos i na kilkanaście sekund zanurzam się w szambie tej stacji. Paski krzyczą: „Szajka zdrajców i folksdojczów próbuje zadłużyć Polaków u Niemców na miliony euro”, „Prezydent zatrzyma przemarsz Niemców przez Polskę”. W jednym okienku mówi Sikorski (musieli to dać, bo transmitują obrady Sejmu), więc „na odtrutkę” w okienku obok maszerują oddziały Bundeswehry z pochodniami (Goebbels serdecznie się uśmiecha). Inne paski wołają: „Folksdojcz atakuje prezydenta Polski”, „Chrońmy prezydenta przed przemysłem pogardy”. Tak, to jest właśnie ta pokraczna gęba, która się kryje za maską PiS. Jeśli chcecie wiedzieć, czym naprawdę jest PiS, oglądajcie Republikę, ale ostrożnie, bo to jak wchodzić do zatrutego fekaliami strumienia.
Inna refleksja: bardzo jednak boli, że wydajemy i będziemy wydawać takie pieniądze na mnożenie narzędzi zabijania, zamiast przeznaczać je na zdrowie, na edukację, na piękne budowle. Cały ten kosmiczny sprzęt pewnie nigdy nie będzie użyty. Czy jest jednak inne wyjście? Nie ma – i to boli. I trudno nie mieć obaw, że cały nasz świat zmierza do samozagłady.
Przywódcy Iranu obiecują, że zamordują Netanjahu. Nawet nie wiedzą, jaką przysługę oddaliby Izraelowi i narodowi żydowskiemu. Ten człowiek bardziej zaszkodził Izraelowi niż wszyscy jego śmiertelni wrogowie. Stanowią z Trumpem niezwykły duet. Ale tu też jest paradoks,
Gazowy szach-mat
Globalny rynek w cieniu wojny
W środę 18 marca br. irańska agencja Tasnim poinformowała o ataku izraelskich i amerykańskich samolotów na służące wydobyciu gazu ziemnego instalacje w Pars Special Energy Economic Zone w okolicach miejscowości Asaluyeh w prowincji Buszehr nad Zatoką Perską.
Znajduje się tam największe na świecie złoże tego surowca o nazwie South Pars/North Dome, eksploatowane wspólnie przez Irańczyków i Katarczyków. Szacuje się, że zawiera ono ok. 51 bln m sześc. gazu ziemnego i ok. 50 mld baryłek kondensatu gazowego.
Iran ostrzegł Arabię Saudyjską, Katar i Zjednoczone Emiraty Arabskie o planowanym ataku odwetowym na ich instalacje naftowe i gazowe – w tym saudyjską rafinerię Samref i kompleks petrochemiczny w Al-Dżubajl, pole gazowe Al-Hosn w ZEA oraz katarski kompleks petrochemiczny Musajid i największy na świecie zakład produkujący skroplony gaz ziemny Ras Laffan. Na zakłady spadła jedna rakieta balistyczna, która spowodowała pożary i – jak twierdzą władze Kataru – rozległe szkody w kluczowych instalacjach produkcyjnych.
Na szczęście nie było ofiar w ludziach. Prezes QatarEnergy Saad Sherida al-Kaabi powiedział, że atak ten wyeliminował 17% katarskich możliwości eksportu gazu skroplonego, powodując straty szacowane na 20 mld dol. rocznie i zagrażając dostawom do Europy i Azji. Naprawy wstrzymają produkcję 12,8 mln ton LNG rocznie przez okres od trzech do pięciu lat.
Prezydent Donald Trump we wpisie na platformie Truth Social stwierdził, że „Stany Zjednoczone nie miały żadnej wiedzy na temat tego konkretnego ataku, a Katar nie był w żaden sposób z nim powiązany ani nie miał pojęcia, że do niego dojdzie”. Zapewnił następnie, że Izrael nie przeprowadzi więcej żadnych ataków na instalacje pola South Pars, chyba że Iran zaatakuje Katar – wówczas „Stany Zjednoczone Ameryki, z pomocą lub bez zgody Izraela, zniszczą całe pole gazowe South Pars z siłą i mocą, jakiej Iran nigdy wcześniej nie widział”. Wpis wywołał konsternację w Jerozolimie i Waszyngtonie. Nikt się nie spodziewał, że Trump weźmie w pewnym sensie w obronę Teheran. Kontrowersje te pogłębiły się, gdy dziennikarze portalu Axios, powołując się na wysokich rangą urzędników administracji Trumpa, opublikowali informację, że gospodarz Białego Domu wiedział wcześniej o planach ataku. Skąd zatem taka reakcja prezydenta USA?
Gaz jest wszystkim
Przez lata przywykliśmy uważać paliwa kopalne: węgiel kamienny, ropę naftową i gaz ziemny, za zło zagrażające naszej planecie. W rzeczywistości jest inaczej. O tym, jak ważną odgrywają rolę, przypominają nam konflikty zbrojne.
Gdy w roku 2022 Rosja zaatakowała Ukrainę, ceny gazu i ropy naftowej znacząco wzrosły. Tak też się stało po ataku Stanów Zjednoczonych i Izraela na Iran. Przy czym, jeśli w reakcji na wojnę ceny ropy naftowej wzrosły o 30-40%, to ceny gazu, zwłaszcza LNG, poszły w górę nawet o 100%.
Gaz ziemny jest nie tylko paliwem w kuchenkach gazowych, lecz także, jako źródło wodoru, najważniejszym surowcem w produkcji mocznika, będącego podstawowym komponentem w produkcji nawozów azotowych. 90% jego globalnej produkcji zużywa rolnictwo – właśnie w nawozach. Mocznik używany jest do produkcji materiałów wybuchowych, stosowany w przemyśle papierniczym, włókienniczym, farmaceutycznym i kosmetycznym. Jako AdBlue służy do redukcji tlenków azotu w spalinach silników wysokoprężnych i kotłów przemysłowych.
W rejonie Zatoki Perskiej działa kilkadziesiąt zakładów produkujących nawozy azotowe, skupionych w takich krajach jak Arabia Saudyjska, Katar, Oman, Zjednoczone Emiraty Arabskie, Bahrajn, Kuwejt oraz Iran. Łącznie zapewniają one 20% światowej produkcji nawozów sztucznych. Dziś ich eksport jest mocno ograniczony ze względu na blokadę cieśniny Ormuz. Nic dziwnego, że ceny nawozów sztucznych w ostatnich tygodniach bardzo wzrosły.
W 2023 r. Katar wyeksportował łącznie ok. 79,8 mln ton gazu skroplonego, z czego 15,1 mln ton (ok. 19%) trafiło do Europy – odpowiada to ok. 20-21 mld m sześc. gazu. Reszta popłynęła głównie do Azji. Zamknięcie cieśniny Ormuz oraz wstrzymanie produkcji w Katarze i Zjednoczonych Emiratach Arabskich wyłączyło z rynku ok. 20% globalnej podaży LNG – czyli ok. 355 mln m sześc. dziennie. 20 marca cena LNG w Indiach była o 50-70% wyższa niż przed wybuchem konfliktu. I wiadomo, że to nie jest koniec podwyżek. By podtrzymać produkcję, rząd w Delhi na razie gwarantuje producentom nawozów sztucznych dostawy na poziomie 70% średniego zużycia gazu. Lecz nie wiadomo, czy da się ten stan utrzymać, jeśli wojna potrwa dłużej. W Indiach najbardziej widocznym objawem problemów są ogromne kolejki ludzi czekających na możliwość wymiany butli gazowych. Cała gastronomia i większość gospodarstw domowych korzysta z kuchenek na gaz. Bez niego nie można gotować posiłków. Podobnie jest w Pakistanie i Bangladeszu.
Na Tajwanie, gdzie 40% energii elektrycznej pochodzi z elektrowni opalanych importowanym gazem, rząd podjął działania awaryjne. Zwiększono zakupy gazu w USA i zaczęto planować redukcję zapotrzebowania przemysłu, gdyby wojna się przeciągnęła. Na świecie rozpoczęła się ostra rywalizacja o gaz.
Dwa tygodnie temu osiem gazowców płynących z ładunkiem LNG ze Stanów Zjednoczonych do Europy zmieniło kierunek i popłynęło do Azji. Tamtejsi kupcy zaoferowali wyższe ceny niż Europejczycy. Takie zdarzenia będą w przyszłości miały miejsce częściej. A to nie koniec problemów.
Produktem ubocznym przerobu gazu ziemnego na LNG jest hel – gaz stosowany w medycynie, przemysłach lotniczym i metalowym, elektronice i przy produkcji układów scalonych. Katarskie zakłady Ras Laffan zapewniały rocznie ok. 30% światowej produkcji tego gazu. Dziś są zamknięte. Dlatego największy producent procesorów na Tajwanie,
Amerykańsko-izraelska wojna z Iranem a MAGA
W zeszłym roku prezydent Donald Trump wypowiedział słowa, które miały skłonić przedstawicieli Komitetu Noblowskiego do przyznania mu Pokojowej Nagrody Nobla: „Oni mówili: »On będzie wszczynał wojny«. Nie zamierzam wszczynać wojen. Zamierzam je kończyć”. Niestety, bliżej nieokreśleni „oni” mieli całkowitą rację. I rację miał Komitet Noblowski, nic sobie nie robiąc z presji wywieranej przez amerykańską administrację, aby uhonorować jej zwierzchnika. Druga kadencja Trumpa to prezydentura ekspansjonistyczna i niezwykle agresywna. Prezydentura niemająca prawie nic wspólnego z hasłami skoncentrowania się na wielorakich problemach wewnętrznych Ameryki, powstrzymania się od interwencjonizmu, od mieszania się w sprawy innych państw, szczególnie gdy Stanów nie wiążą z nimi istotne interesy.
A właśnie te hasła konstytuują, jak wiadomo, konserwatywny ruch MAGA, który wyniósł Donalda Trumpa do władzy. Intelektualni orędownicy ruchu MAGA siedzieli cicho po awanturze wenezuelskiej, bo była krótka i jak na razie przyniosła sukces. Nie chcą jednak dalej siedzieć cicho, gdy prezydent wywołał kolejną wojnę – tym razem bardzo niebezpieczną dla samych Amerykanów i dla reszty świata. To z tego obozu słyszymy już, że prezydent Trump „działa w sposób bezczelny w imieniu obcego rządu, sprzeniewierzając się tym samym swoim obowiązkom wobec narodu amerykańskiego zapisanym w Konstytucji Stanów Zjednoczonych, która nie upoważnia prezydenta do przemierzania świata i bombardowania – wedle swej woli – innych państw” (Doug Bandow).
Można było się domyślać, że obrońcy działań prezydenta USA, nie chcąc go poróżnić z ruchem MAGA, będą przedstawiali jego decyzję nie jako wywołanie nowej wojny, ale zakończenie starej. Ściślej rzecz biorąc, trwającej 47 lat wojny irańsko-amerykańskiej.
Skąd liczba 47? Oddam tu głos prezydentowi Trumpowi: „Od 47 lat irański reżim wykrzykiwał »śmierć Ameryce« i uruchomił niekończącą się kampanię rozlewu krwi i masowych mordów, biorąc na cel Stany Zjednoczone, nasze oddziały i niewinnych ludzi w wielu, wielu krajach”. Przywódca Ameryki odniósł się w ten sposób do wydarzeń z roku 1979 i słynnego kryzysu związanego z wzięciem przez Iran amerykańskich zakładników. Wszystko to działo się za prezydentury Jimmy’ego Cartera i z pierwszoplanowym, niedającym powodów do dumy z racji finału sprawy, udziałem „naszego” Zbigniewa Brzezińskiego. Następnie Trump wymienił rok 1983 i śmierć 241 amerykańskich żołnierzy w zamachu na bejruckie koszary, za którym stał Iran. Działo się to za prezydentury Ronalda Reagana, który w reakcji na tę tragedię postanowił wycofać z Bejrutu amerykańskich żołnierzy. Potem Trump przywołał rok 2000, stwierdzając, że Iran „wiedział i prawdopodobnie był zaangażowany w atak na USS Cole” (było to za prezydentury Billa Clintona). Zakończył zaś odwołaniem do 7 października 2023 r. i ataku Hamasu na Izrael, którego ofiarami byli także amerykańscy obywatele. Rządził wtedy Joe Biden. Warto podkreślić, że żaden z wymienionych prezydentów nie zdecydował się na rozpoczęcie wojny z Iranem, choć miał casus belli.
Wiemy, że obecny prezydent Stanów Zjednoczonych od czasów pierwszej kadencji popadł w spór z obiektywną prawdą. Nie było jednak wiadomo, że jest również na bakier z matematyką. Powinien przecież zacząć swoje obliczenia nie od roku 1979, lecz od 1953,
Prof. Piotr Kimla jest pracownikiem Katedry Stosunków Międzynarodowych i Polityki Zagranicznej Instytutu Nauk Politycznych i Stosunków Międzynarodowych Wydziału Studiów Międzynarodowych i Politycznych Uniwersytetu Jagiellońskiego
Mundurowi zastąpią duchownych?
Modżtaba Chamenei obejmujący stanowisko najwyższego przywódcy jest dowodem umacniania się pozycji Korpusu Strażników Rewolucji Islamskiej
Ataki dekapitacyjne, jak media i analitycy określają w ostatnich tygodniach izraelsko-amerykański ostrzał wymierzony w najważniejsze postacie irańskiej polityki, przynoszą przynajmniej częściowe efekty. Zabicie Alego Chameneiego, najwyższego przywódcy Republiki Islamskiej, nie obaliło być może całego systemu (choć według deklaracji z początku wojny do tego właśnie dążyli Netanjahu i Trump), ale przyśpieszyło wymianę władzy.
Trudno powiedzieć, czy taki skutek chcieli osiągnąć Izraelczycy i Amerykanie, ale Zgromadzenie Ekspertów, 88-osobowe ciało legislacyjne, stery kraju powierzyło Modżtabie Chameneiemu, sprawiając tym, że Republika Islamska nabiera bardziej dynastycznego charakteru i pała jeszcze większą chęcią zemsty na Izraelu i Stanach Zjednoczonych.
Syn zabitego przywódcy rewolucję islamską pamięta, bo rozpoczęła się, gdy miał dziesięć lat. Jego ojciec przed 1979 r. był sześciokrotnie aresztowany przez służby bezpieczeństwa za kazania podburzające Irańczyków przeciwko reżimowi Pahlawich. Kiedy szach uciekł z Iranu po gwałtownych protestach z 1978 r., Ali Chamenei uczestniczył w budowie Republiki Islamskiej i struktur Korpusu Strażników Rewolucji, ściśle współpracując z Ruhollahem Chomeinim, pierwszym najwyższym przywódcą.
Żołnierz świętej wojny?
Modżtaba miał okazję wykazać się patriotyzmem i wiernością ideałom nowego reżimu podczas wojny irańsko-irackiej, która zaczęła się we wrześniu 1980 r., krótko po rewolucji, od inwazji wojsk Saddama Husajna na osłabiony i pogrążony w porewolucyjnym chaosie Iran. W ostatnich dwóch latach krwawego konfliktu, w którym zginęło od 200 do 600 tys. Irańczyków, Modżtaba wstąpił w szeregi Korpusu Strażników Rewolucji Islamskiej. Niewiele wiadomo o okresie jego służby, oprócz tego, że był to moment, gdy nawiązał istotne kontakty z wojskowymi i paramilitarnymi bojówkami Basidż, które wspierają Korpus.
Po zakończeniu wojny Chamenei dołączył do renomowanej hawzy, seminarium duchownego w Kom, idąc w ślady ojca i dziadka, by zostać szyickim duchownym. Na krótko zmienił hawzę, przenosząc się do Teheranu, ostatecznie jednak kontynuował edukację w Kom. Zaangażował się też w nauczanie w seminarium i jako hodżdżatoleslam przez kilkanaście lat wykładał interpretację prawa muzułmańskiego. Nigdy jednak nie został ajatollahem (choć bywa tak tytułowany – przyp. red.), co w oczach krytyków Republiki Islamskiej nie świadczy dobrze o jego legitymacji do rządzenia krajem opartym, przynajmniej w założeniu, na regułach islamu.
Szara eminencja Iranu
Oficjalnie Modżtaba Chamenei nie zajmował żadnego stanowiska rządowego, pozostając przez większość życia zawodowego wyłącznie nauczycielem w seminarium. Jego bliskie relacje z postaciami związanymi z wojskiem i służbami bezpieczeństwa Iranu,
Mamy akt brutalizacji, prymitywnej i barbarzyńskiej
Trump udziela licencji na zabijanie
Prof. Roman Kuźniar – politolog, profesor nauk humanistycznych, dyplomata, w latach 2005-2007 dyrektor Polskiego Instytutu Spraw Międzynarodowych.
Panie profesorze, jak atak Stanów Zjednoczonych i Izraela na Iran zmienił świat?
– Myślę, że wojna w Iranie jedynie potwierdziła to, co już o świecie wiedzieliśmy od ponad roku. Jest przecież egzemplifikacją władzy Donalda Trumpa, egzemplifikacją jego polityki. Tego się spodziewaliśmy po Trumpie. I po jego najbliższym sojuszniku, który właściwie go w tę wojnę wciągnął.
Spodziewaliśmy się?
– Jej wybuch był zapowiedziany w tej, jak ją nazwałem, „strategii predatora” ogłoszonej przez Stany Zjednoczone w grudniu 2025 r. – Strategii Bezpieczeństwa Narodowego USA. Tam jest ta cała ideologia. Kto czytał ten dokument dokładnie, wiedział, czego możemy się spodziewać.
Jaki interes ma Ameryka w tej wojnie?
– A nie, my nie mówimy o interesach Ameryki. To był interes samego Trumpa. Owszem, Ameryka jest, można powiedzieć, współwinowajczynią w tej wojnie. Jest w jakimś spisku ze swoim prezydentem. Ale to jest wojna zdecydowanie bardzo osobista, bo taka jest ta prezydentura. Trump uwolnił się od ograniczeń republiki – mówię o trójpodziale władzy, o opozycji, która jest bardzo słabiutka, mam też na myśli wolę poddanych, bo już nie można powiedzieć o Amerykanach, że są obywatelami, oni to poczucie obywatelskości stracili. Stali się w dużym stopniu zniewolonymi konsumentami, zarówno dóbr materialnych, jak i tej papki, którą im serwuje Donald Trump. On i jego klan, jego obóz, łącznie z big techem, który obsługuje interesy klanu Trumpa. Nie jest to zatem wojna w interesie Ameryki, na pewno.
Więc?
– To przede wszystkim wojna Izraela. Agresję na Iran rozpoczął Izrael, potem dołączyły siły USA. Myślę, że to była świadoma decyzja Netanjahu, widział wahania Trumpa, ponieważ toczyły się rozmowy amerykańsko-irańskie, które mogły przynieść dobry rezultat, bo takie mieliśmy oświadczenia. Umówili się na kolejną turę, po Genewie miał być Wiedeń. I nagle, ni stąd, ni zowąd…
Wojna!
– Dosyć symptomatycznie nazywa się „Epicka Furia”. Furia, jak wiadomo, nie jest aktem racjonalnym, nie ma nic wspólnego z interesami furiata, a Trump występuje w niej przecież trochę w tej roli. Został do wojny wciągnięty przez przebiegłego premiera Izraela. Tak że ja tutaj nie widzę interesu Ameryki, widzę za to interes Trumpa, również taki, że chciałby w jakiś sposób uciec od coraz bardziej niewygodnej dla niego afery Epsteina. No i swój interes wyczuł wielki biznes…
Wielki biznes zarobi.
– Wielki biznes na tej wojnie skorzysta, mam na myśli przede wszystkim koncerny zbrojeniowe. Oczywiście część tego klanu, która żyje z tej prezydentury, skrajny odłam Partii Republikańskiej, nawet nie MAGA, ale ludzie o gangsterskiej mentalności, którzy są także w establishmencie amerykańskim – też skorzystają.
A jakie Izrael ma interesy w tej wojnie?
– Na pewno klarowny interes ma Netanjahu. On wojny potrzebuje, żeby przedłużać swoją władzę. Bo tak długo, jak jest premierem, pozostaje poza zasięgiem wymiaru sprawiedliwości. To przypadek podobny trochę do przypadku Trumpa, który, gdyby nie został prezydentem, pewnie trafiłby do więzienia, przynajmniej za to, co się stało 6 stycznia. To pokazuje, z jakimi ludźmi mamy do czynienia. Jeden jest słusznie oskarżony o zbrodnie wojenne przez Międzynarodowy Trybunał Karny, mam tu na myśli Gazę. Drugi też ma dorobek bardzo zaszargany. Natomiast, jeżeli mówimy o jakimś interesie Izraela… Izrael wyhodował sobie wroga, tak on to przynajmniej postrzega, w postaci Iranu, który był wsparciem dla palestyńskich grup terrorystycznych działających w otoczeniu Izraela.
Netanjahu ma takie podejście, że po co szukać sprawiedliwego rozwiązania problemu palestyńskiego, problemu dwóch państw, skoro można po prostu zrobić z Iranu drugą Gazę. Zamienić go w morze ruin i przynajmniej na jakiś czas osłabić jego zdolności do udzielania pomocy wrogom Izraela. Bo oczywiście bezpośredni atak Iranu na Izrael nie wchodził w grę. To, co mówili Izraelczycy w pierwszych godzinach wojny, że jest to preemptive strike, było zwykłym kłamstwem.
Uderzenie wyprzedzające…
– I proszę nie mylić tego z prewencją, co czasem pada w polskich mediach. To są dwie różne sytuacje. Otóż absolutnie nie ma potwierdzenia, nawet najmniejszego, że atak na Iran mógłby być uderzeniem wyprzedzającym. Gdyby tak było, Izrael musiałby przedstawić dowody tego w Radzie Bezpieczeństwa.
Nie przedstawił nic.
– Mówienie więc o preemptive strike było kłamstwem. Podobnie jak kłamstwem było to, co mówiła administracja amerykańska, że chodzi o potencjał nuklearny Iranu. On nie istniał. Słuchałem dłuższej rozmowy z szefem Międzynarodowej Agencji Energii Atomowej, który absolutnie to wykluczał. A przedstawiciele MAEA w Iranie byli, robili badania. Zwłaszcza po atakach w ubiegłym roku. No to po co one były? Ale i wcześniej nie wyglądało na to, aby Iran prowadził prace, które mogłyby go doprowadzić do broni nuklearnej. Gdyby coś miało być, to zarówno wywiad izraelski, jak i agencja wiedeńska, i nie tylko one, o tym by wiedziały. A nie ma takich dowodów.
Interesujące jest zachowanie państw arabskich, które – chociaż są atakowane – wyraźnie nie chcą wejść do tej wojny.
– Państwa Zatoki to państwa, w których rządzi pieniądz. Są całkowicie bez zasad czy poczucia solidarności, jakiejś lokalnej troski o bezpieczeństwo w regionie. To ich zupełnie nie obchodzi. Tu się zdają na Stany Zjednoczone. Natomiast rzeczywiście nie wchodzą w wojnę, mimo że są prowokowane przez Iran. Ale trudno to uznać za prowokacje, ponieważ jeżeli Iran jest atakowany z terytorium tych krajów, z baz amerykańskich, to państwa te stają się uczestnikiem wojny…
A Europa? Czy Europa da się wciągnąć w tę wojnę?
– Europa początkowo zachowała się bardzo nie w porządku. Język europejski w odniesieniu do Trumpa był przed wojną taki, że my jesteśmy po stronie porządku międzynarodowego. Pamiętamy te słynne polemiki z Davos, Monachium. A kiedy wojna się zaczęła, to wypowiedzi przywódców europejskich, Macrona czy Ursuli von der Leyen, były wobec Iranu bardzo napastliwe. Za to, że Iran się broni. Jakby nie wiedzieli, kto tę wojnę rozpoczął. Dopiero po jakimś czasie nastąpiło w Europie wyrównanie kursu,
r.walenciak@tygodnikprzeglad.pl
Wojny zupełnie innego świata
Czołg w walce z dronem nie ma szans
Wojciech Łuczak – analityk obronności, ekspert ds. wojskowości
Czy już wiemy, jak zginął duchowy przywódca Iranu Ali Chamenei? Jaką rakietą zniszczony został schron, do którego się udał?
– Tak samo jak w Caracas w przypadku Alego Chameneiego podstawą udanego ataku musiało być doskonałe rozpoznanie. Wywiady izraelski i amerykański od miesięcy śledziły szlaki jego i jego sztabu. Uderzenie nastąpiło, gdy zebrali się w jednym miejscu, pewnie dość sekretnie wybranym. Skończyło się zrzuceniem ładunku precyzyjnego, który trafił dokładnie w środek. Można domniemywać, że był to dużego wagomiaru ładunek termobaryczny, czyli paliwowo-powietrzny, który działa w ten sposób, że rujnuje wszystko w promieniu 500 m i nawet jeśli ktoś przeżył pierwsze uderzenie, to i tak zginął na skutek rozpadu płuc.
Przebiją wszystko
No ale oni podobno byli w jakimś schronie, więc…
– Nie ma to dzisiaj żadnego znaczenia. Są pociski, które docierają 8 m w głąb podłoża. Każdego – skalistego, nieskalistego. Nie chcę się wgłębiać w szczegóły techniczne, ale te pociski mają przyśpieszacze rakietowe, które pozwalają dotrzeć bardzo głęboko, drążyć coś, co jest ukryte w skałach. Nad tym pracują wszyscy. Niedawno Chińczycy przeprowadzali doświadczenia na pustyni Gobi, jak głęboko dotrze zrzucony prawie z kosmosu rdzeń penetrujący bez ładunku wybuchowego. Lej był imponującej głębokości.
Po co robiono ten eksperyment?
– Jesteśmy w tej chwili świadkami zaostrzonego wyścigu zbrojeń, którego cel to uzyskanie broni hiperdźwiękowej, kinetycznej. Wyobraźmy sobie: kawałek metalu, który spada z prędkością ponad 10 Ma (czyli ponad 10 razy prędkość dźwięku). Wystarczy masę pocisku pomnożyć przez jego prędkość do kwadratu i podzielić na połowę, a otrzymamy kinetyczną energię niszczącą. Znamy jej skutki. Pół roku temu, w czasie wojny 12-dniowej, takie irańskie pociski spadły na Izraelczyków, co najmniej jeden trafił w okolicy Hajfy. Wiem z bezpośrednich relacji, że spustoszenia były straszne. Irańczykom udało się zbudować dość prymitywny manewrujący pocisk szybujący, taki erzac broni kinetycznej. Ale zrobił wrażenie nawet na Izraelczykach.
Chodzi o to, żeby coś przemieszczało się z prędkością do tej pory niedostępną, żeby przeciwnik, nawet na drugim końcu świata, nie miał czasu na reakcję i obronę.
Prezydent Putin chwali się bronią hipersoniczną.
– Rosjanie dwukrotnie użyli podobnej broni przeciw Ukrainie. Był to system znany jako Oriesznik, czyli „leszczynowa witka” do chłostania opornych. Ale odpalali także ich zdaniem hiperdźwiękowe Kindżały i Cyrkony. W przypadku tych dwóch obrońcy udowodnili, że potrafią sobie z nimi jakoś poradzić. Na Oriesznika nie ma na razie antidotum. Chyba że wynoszącą go rakietę zniszczymy we wstępnej fazie lotu lub podczas przygotowania do startu, na wyrzutni. Rosjanie w 2024 r. zaatakowali Oriesznikiem zakłady w Dnipro, a drugi raz użyli go w styczniu br. w odpowiedzi na rzekomy atak dronów na rezydencję Putina; zaatakowali wtedy lotnicze zakłady remontowe we Lwowie. I w jednym, i w drugim przypadku z nieba spadło 36 głowic, kawałków metalu o masie kilkudziesięciu kilogramów. Bez materiałów wybuchowych – a mogły zawierać miniaturowe ładunki jądrowe. Był to więc pokaz siły. Ale i tak z uwagi na ogromną prędkość zderzenia z ziemią możemy sobie wyobrazić zniszczenia. Ukraińcy skrzętnie unikają publikacji oceny strat spowodowanych przez te dwa Orieszniki.
Wlecą w dowolne okno
Te pociski są kierowane?
– I Rosjanie, i Irańczycy twierdzą, że udało im się przeskoczyć niesłychanie trudny problem kierowania pierwszymi, ich zdaniem, pociskami hiperdźwiękowymi. Ja w to nie wierzę. Tak zwany autobus Oriesznika, czyli ta część, która niesie te 36 kawałków metalu czy imitacje głowic, ma możliwość niewielkiej korekty toru lotu, ale nie jest to definicja swobodnego manewrowania wypuszczonymi już głowicami, tak żeby zmyliły obronę antyrakietową. Chińczycy na defiladach pokazują swoje pociski, deklaratywnie hiperdźwiękowe, do zwalczania amerykańskich lotniskowców. Szybująca z ogromną prędkością część atakująca ich systemu ma podobno zdolność manewrowania i dezorientowania obrony. Podobno. Amerykanie są w tej materii na początku drogi rozwojowej. Natomiast inne rodzaje broni rakietowej użyte przeciwko Iranowi – nieosiągające prędkości hiperdźwiękowych – mają możliwość precyzyjnego sterowania torem ich lotu. Chciałbym przypomnieć, że w pierwszej wymianie ciosów między Izraelem a Iranem, w wojnie 12-dniowej, doszło do trafienia człowieka, który wyszedł do toalety. W taki sposób, że został zabity precyzyjnym trafieniem w tę część ściany budynku, za którą była ta toaleta. Dziura w ścianie, a budynek jak nieruszony.
To jest trend światowy? Rosjanie też tak działają?
– Rosjanie w Ukrainie przeszli etap od zrzucania kawałków metalu wypełnionych dużą ilością materiału wybuchowego do broni, która szybuje i jest zrzucana kilkadziesiąt kilometrów od linii frontu, z odległości, która wyklucza obronę przeciwlotniczą. Bomby są uwalniane z samolotu,
r.walenciak@tygodnikprzeglad.pl
Cypr nie chce być trampoliną do wojny
Atak drona podważył wizerunek wyspy jako bezpiecznej przystani
7 marca kilkadziesiąt osób zebrało się przed ogrodzeniem brytyjskiej bazy Akrotiri na południu Cypru. Protest odbył się kilka dni po incydencie z 2 marca, gdy irański dron – prawdopodobnie typu Shahed – uderzył w pas startowy bazy RAF. Protestujący wzywali do zamknięcia baz wojskowych i skandowali hasła przeciwko wciąganiu wyspy w konflikty na Bliskim Wschodzie. Podobna manifestacja rozpoczęła się tego samego dnia o godz. 15.30 pod budynkiem głównej siedziby związku zawodowego pracowników sektora publicznego w Nikozji i zakończyła się półtorej godziny później przed Pałacem Prezydenckim. Według organizatorów wzięło w niej udział ok. 500 osób.
Dla części Cypryjczyków obecność brytyjskich instalacji wojskowych, które od dekad funkcjonują na wyspie, staje się powodem do niepokoju. „Narracja, że sojusz z Brytyjczykami zapewnia naszym ludziom ochronę, jest podobna do sposobu, w jaki zorganizowana przestępczość sprzedaje ochronę przed zagrożeniami, które sama stwarza”, napisali w oświadczeniu organizatorzy protestu. „Nie pozwolimy, by Cypr był wykorzystywany jako baza wypadowa do wojny”. „Brytyjczycy, nie możecie się ukryć, popieracie ludobójstwo”, skandował tłum, a ludzie wyrażali obawy, że instalacje wojskowe zamieniły wyspę w „trampolinę do wojny”. Demonstranci argumentowali, że obecność brytyjskiego wojska, a także doniesienia o przyznaniu Stanom Zjednoczonym przez rząd premiera Keira Starmera dostępu do baz w celu prowadzenia operacji przeciwko Iranowi, sprawiły, że Republika Cypru może się stać celem ataków odwetowych.
Dron nad Akrotiri
Dyskusja o przyszłości brytyjskich baz nasiliła się po incydencie z irańskim dronem. Był to pierwszy atak na bazę od 1986 r. Władze zarządziły ewakuację pobliskiej wioski Akrotiri, a na wyspę skierowano dodatkowe europejskie i brytyjskie siły morskie oraz powietrzne. Dla wielu cypryjskich aktywistów i części lokalnych mediów wydarzenie to nie było zaskoczeniem. Od lat ostrzegano, że brytyjskie bazy mogą ściągnąć na wyspę zagrożenie w przypadku eskalacji konfliktów na Bliskim Wschodzie.
Przypominano również ostrzeżenie nieżyjącego już przywódcy Hezbollahu Hassana Nasrallaha, który mówił, że jeśli Cypr udostępni Izraelowi infrastrukturę do operacji przeciwko Iranowi, może się stać celem ataku. Incydent wywołał napięcia dyplomatyczne. Cypryjski wysoki komisarz w Wielkiej Brytanii Kyriakos Kouros stwierdził, że Nikozja była „rozczarowana”, iż Londyn nie ostrzegł mieszkańców wyspy przed zagrożeniem.
Po ataku drona pojawiły się pytania o przyszłość brytyjskiej obecności wojskowej. Minister spraw zagranicznych Cypru Constantinos Kombos przyznał, że temat wymaga debaty. „W tej chwili na wyspie znajdują się brytyjskie bazy. Są pytania. Są problemy. Są obawy”,






