Tag "korupcja"
Przypadek pewnej Agencji
Krajowa Administracja Skarbowa i prokuratura szukają 4,5 miliarda zł. Podpowiadamy, gdzie i jak upłynniono 222 mln zł w Agencji Badań Medycznych
W połowie stycznia Krajowa Administracja Skarbowa, która jest częścią Ministerstwa Finansów, przeprowadziła audyt obejmujący 110 podmiotów, w tym ministerstwa, fundacje, stowarzyszenia, urzędy, organy centralne, instytuty kultury, instytuty badawcze i inne podmioty, które w latach 2020-2023 korzystały z publicznych pieniędzy. Wykryte nieprawidłowości opiewały na kwotę 4,5 mld zł. Kontrolę nadzorował podsekretarz stanu w resorcie finansów Zbigniew Stawicki, zajmujący się kontrolą skarbową od ponad 30 lat.
Na specjalnie zorganizowanej konferencji prasowej poinformowano, że złożone zostały doniesienia do prokuratury dotyczące byłych ministrów, urzędników oraz władz fundacji i podmiotów prywatnych. Zbyt wielu pikantnych szczegółów nie podano. Właściwie mówiono o deliktach, które wcześniej były opisywane, także na łamach „Przeglądu”.
W ocenie kontrolerów do największych nieprawidłowości doszło w Głównym Inspektoracie Transportu Drogowego, którego kierownictwo aktywnie przyczyniło się do wygenerowania 1,163 mld zł dodatkowych kosztów poniesionych przez skarb państwa. Poinformowana została o tym prokuratura. W latach 2016-2024 na czele inspektoratu stał Alvin Gajadhur, dziś społeczny doradca prezydenta Andrzeja Dudy.
Na drugim miejscu pod względem nieprawidłowości znalazła się Agencja Badań Medycznych. Tu kwota sięgnęła 222 mln zł. Zarzuty dotyczyły przyznawania dotacji i grantów na badania firmom powiązanym personalnie z kierownictwem agencji, na czele której stał Radosław Sierpiński, przez złych ludzi nazywany pupilem Szumowskiego (Łukasz Szumowski był ministrem zdrowia w latach 2018-2020 – przyp. GR).
Kto ma pieniądze, ten ma władzę
Przywykliśmy, że za wszystkie nieprawidłowości i plagi dręczące polską służbę zdrowia odpowiada minister zdrowia. Tyle że dysponując budżetem na poziomie ok. 28 mld zł w roku 2024 i 37 mld zł w roku 2025, jest on ubogim krewnym prezesa Narodowego Funduszu Zdrowia, który w 2025 r. będzie miał do dyspozycji 197,8 mld zł.
By poprawić swoją pozycję w wyższych kręgach medycznych, w 2018 r. minister Szumowski wpadł na pomysł utworzenia Agencji Badań Medycznych, która początkowo dysponowałaby budżetem w kwocie 500 mln zł. Jako jeden z nielicznych ministrów w rządzie Mateusza Morawieckiego miał on poważne doświadczenie biznesowe i lepiej niż inni rozumiał siłę pieniądza.
Nim zasiadł w gabinecie w pałacyku przy ulicy Miodowej 15, był wspólnikiem w co najmniej dziewięciu spółkach z ograniczoną odpowiedzialnością. Dobrze wiedział, że możliwość dzielenia środków umocni jego autorytet i wpływy.
Nie bez znaczenia był także fakt, że prezesem OncoArendi Therapeutics SA, innowacyjnej firmy biotechnologicznej specjalizującej się w poszukiwaniu, rozwoju i komercjalizacji nowych leków, był jego brat Marcin Szumowski. W naszym kraju takie firmy żyją głównie z grantów
Skarbonka Ziobry
Lasy Państwowe w czasie rządów PiS: złodziejstwo i mowa nienawiści w blasku aureoli Najświętszej Maryi Panny
Prokurator krajowy Dariusz Korneluk powołał w Prokuraturze Regionalnej w Krakowie zespół śledczy do zbadania nadużyć i niegospodarności w Lasach Państwowych za rządów PiS. Wszystko wskazuje na to, że prokuratorzy będą mieli pełne ręce roboty. Do prokuratur w całej Polsce wpłynęło już ok. 50 zawiadomień o podejrzeniu popełnienia przestępstwa przez pisowskich nominatów. Szacuje się, że straty Lasów Państwowych mogły wynieść nawet pół miliarda złotych. To o wiele więcej niż w niesławnym Funduszu Sprawiedliwości.
Choć Lasy Państwowe zawsze padały łupem polityków, jeszcze nigdy się nie zdarzyło, aby ta fachowa służba, zatrudniająca ok. 25 tys. ludzi i mająca uzbrojoną formację o uprawnieniach policyjnych (Straż Leśną), została totalnie podporządkowana partii wyznającej ideologię nienawiści powstałą na bazie religii katolickiej i skrajnego nacjonalizmu.
Leśny kaznodzieja
Andrzej Konieczny, dyrektor generalny Lasów Państwowych z lat 2018-2021, podczas pielgrzymki leśników na Jasną Górę we wrześniu 2019 r. zawierzył nadzorowaną przez siebie firmę (LP mają status przedsiębiorstwa państwowego) Najświętszej Maryi Pannie.
„Najlepsza nasza Matko, Pani Częstochowska! (…) Widzimy także, że Polska pozostaje coraz bardziej samotną wyspą na morzu ateizmu, buntu przeciw Bogu i wartościom chrześcijańskim. Widzimy dobrze, że wiele narodów Europy stara się żyć już tak, jakby Boga, prawdy i honoru na świecie nie było. Z lękiem obserwujemy, jak wielu zza granicy rości sobie prawo, aby wtrącać się w nasze sprawy domowe i ojczyźniane, jak wielu chce ingerować i decydować o tym, co ma się dziać w Polsce i na naszej ziemi. Nie godzimy się na to. (…) Jako leśnicy znaleźliśmy się na pierwszej linii walki o niepodległą Rzeczpospolitą. Jako leśnicy pierwsi przekonaliśmy się, że są siły, które chcą nas niepodległości i wolności narodowej pozbawić. (…) Wiemy, że Ty Niewiasto obleczona w słońce, masz moc oślepić naszego przeciwnika i doprowadzić nas do zwycięstwa! Pomnij, Maryjo, że jesteś Królową Korony Polskiej, że patronujesz naszemu Narodowi. Nie zostawiaj nas na pastwę nieprzyjaciół. Uchroń nas od szatana i wszelkich złych duchów!”, mówił Konieczny w obecności polityków, biskupów i kilku tysięcy leśników.
Gdyby w jakimkolwiek kraju Unii Europejskiej urzędnik państwowy wypowiedział tak haniebne słowa, przystające raczej do fanatyka religijnego, natychmiast pożegnałby się z pracą. Ale w państwie PiS, mającym za nic porządek prawny, instytucje europejskie i konstytucję, które gwarantują równe prawa i szacunek także dla niewierzących, wszystkie chwyty były dozwolone.
W 2021 r. Konieczny, gorliwy obrońca ojczyzny i wartości chrześcijańskich, został odwołany ze stanowiska. Stało się to po ujawnieniu przez media, że kupił od Lasów Państwowych z 95-procentową bonifikatą (za niecałe 9,5 tys. zł) posiadłość o powierzchni 110 m kw. w miejscowości Pomorze na Podlasiu, wartą prawie 190 tys. zł, po czym przepisał ją na syna.
Zielony nazizm i obce ideologie
Oficjalna polityka Lasów Państwowych za rządów PiS wytyczana była przez propagandę, wedle której bezbożna Unia Europejska inspirowana przez lewackie, terrorystyczne organizacje ekologiczne chce narzucić Polsce swoją wizję ochrony przyrody, decydując, co w lasach można robić, a czego nie. Dlatego leśnicy niczym rycerze mieli stać na straży niepodległości Polski i bronić chrześcijaństwa. Grabieżczą politykę gospodarczą w lasach przykrywano zaś pseudopatriotycznym bełkotem
Pisowski Indiana Jones
Kim naprawdę jest były szef ABW
Doprowadzenie przez policję Piotra Pogonowskiego do Sejmu otworzyło nowy rozdział w polityce. Jeszcze nigdy bowiem nie zdarzyło się, aby wobec świadka zastosowano podobną procedurę. Wprawdzie Pogonowski podpierał się „wyrokiem” tzw. trybunału Julii Przyłębskiej, który „unieważnił” komisję ds. Pegasusa, ale większość sejmowo-rządowa na szczęście nie przejmuje się tym, co mają do powiedzenia marionetkowi sędziowie Trybunału Konstytucyjnego na usługach PiS.
Jak można było się spodziewać, Pogonowski nie chciał odpowiadać na pytania, zasłaniając się tajemnicą. Siebie zaś przedstawiał jako apolitycznego szefa służby specjalnej. „Służyłem wolnej, sprawiedliwej Polsce. Czuję się związany z prawem, sprawiedliwością, uczciwością, dobrem, prawem i pięknem”, deklarował, co zabrzmiało zabawnie.
Chuligan i naukowiec
Pogonowski to stary druh Mariusza Kamińskiego i Macieja Wąsika. Panowie działali w zadymiarskiej Lidze Republikańskiej. Liga powstała w grudniu 1993 r. w odpowiedzi na „powrót komunistów do władzy”, czyli wygranie przez SLD demokratycznych wyborów parlamentarnych i utworzenie przez lewicę rządu z PSL. Sfrustrowany Kamiński i jego towarzysze nie mogli się pogodzić z wolą suwerena. Działacze Ligi Republikańskiej wszczynali burdy i bijatyki, rozbijając legalne manifestacje i spotkania organizowane przez środowiska lewicowe. Celem chuliganów stały się m.in. pochody i zgromadzenia pierwszomajowe, w których brało udział wiele osób w podeszłym wieku. W uczestników rzucano kamieniami, jajkami i petardami. Petardą trafiony został prof. Krzysztof Dunin-Wąsowicz, jajkami bojówkarze obrzucili też prof. Jerzego Wiatra, ministra edukacji narodowej. I pobili posła Andrzeja Urbańczyka, który wraz z innymi parlamentarzystami SLD, działaczami i sympatykami lewicy chciał złożyć kwiaty pod Krzyżem Katyńskim i pomnikiem Grunwaldzkim w Krakowie. W czasie kampanii prezydenckiej w 1995 r. Kamiński, Wąsik i spółka rozbijali spotkania wyborcze Aleksandra Kwaśniewskiego.
Z ulicznego chuligana Pogonowski przeistoczył się w katolickiego naukowca. Na KUL skończył studia prawnicze i historyczne
Collegium aferzystów
Tej afery by nie było, gdyby rząd PiS nie zmienił zasad naboru do rad nadzorczych spółek skarbu państwa i nie wspierał oszusta od lewych dyplomów MBA
Do 2016 r., aby zasiadać w radzie nadzorczej spółki skarbu państwa, trzeba było legitymować się odpowiednią wiedzą i wykształceniem. Taką rękojmię dawały: zdany egzamin państwowy organizowany przez ministra skarbu państwa, stopień doktora nauk prawnych lub ekonomicznych, wpis na listę adwokatów i radców prawnych, biegłych rewidentów lub doradców inwestycyjnych.
Przepustka do stanowisk
W listopadzie 2016 r. premier Beata Szydło skierowała do Sejmu projekt ustawy o zasadach zarządzania mieniem państwowym. W dokumencie, który miał uporządkować zarządzanie spółkami skarbu państwa po likwidacji Ministerstwa Skarbu Państwa zapisano, że członkami rad nadzorczych będą mogły zostać również osoby, które mają dyplomy MBA (Master of Business Administration).
W Polsce kilkadziesiąt uczelni organizuje studia MBA. Ich jakość jest zróżnicowana, a państwo nie kontroluje poziomu kształcenia. Niektóre szkoły zwęszyły niezły interes w masowej produkcji absolwentów MBA. Wystarczy zapłacić za kurs, który odbywa się zdalnie i trwa zaledwie kilka miesięcy. Tymczasem na renomowanych uczelniach, aby w ogóle dostać się na studia MBA, trzeba przejść selekcję. Przyjmowane są tylko osoby z minimalnym trzyletnim doświadczeniem zawodowym na stanowisku kierowniczym i biegle znające język angielski, które pomyślnie rozwiązały test kompetencyjny i zaliczyły rozmowę kwalifikacyjną. Prawdziwe studia MBA powinny trwać dwa lata i obejmować kilkaset godzin zajęć.
Otwierając drogę do rad nadzorczych posiadaczom dyplomów MBA, Beata Szydło w uzasadnieniu projektu ustawy napisała, że w ten sposób zostaną „podwyższone standardy nadzoru właścicielskiego, zarówno w obszarze doboru kadr, jak i formułowania oczekiwań wobec reprezentantów Skarbu Państwa”, co było jawną kpiną. Jak wiadomo, intratne posady w spółkach dostało wielu nominatów partyjnych mających o zarządzaniu blade pojęcie.
PiS przepchnęło przez parlament ustawę „o zasadach zarządzania mieniem państwowym” w ciągu zaledwie trzech tygodni. Było to tempo szaleńcze
Czy za rządów PiS pacjenci mieli lepiej?
Największe problemy są dopiero przed nami. Tak widzę sytuację po prawie roku sprawowania władzy przez Koalicję 15 października. Po czasie jeszcze lepiej widać, jak szeroko rozlane jest bagno, które zostawiła po sobie partia Kaczyńskiego. Jeśli ktoś nie miał przez osiem lat opaski na oczach, musiał widzieć to powszechne złodziejstwo rozmaitych nieudaczników tworzących mniejsze i większe grupy przestępcze. Kręcili swoje interesy za przyzwoleniem prezesa partii, który widział w tym sposób na tworzenie nowych elit, oddanych partii. Elit pieniądza i, jakkolwiek śmiesznie by to brzmiało, także elit intelektualnych. Ukraść wiele milionów potrafili, ale jak słychać, nieszczególnie chętnie dzielą się z partią. Eksperyment z budową takich elit nie mógł się skończyć inaczej niż katastrofą. Przede wszystkim katastrofą dla perspektyw rozwojowych kraju. Tego zmarnowanego czasu najbardziej żal. Niczego ważnego przez dwie kadencje rządów PiS nie zbudowano. Zostawili
Polakom bilion złotych długu. Władza raz zdobyta miała nigdy nie wypaść im z rąk. Przegrali i wiedzą, że jeśli nie obronią prezydentury, to mimo krzyków zostaną skutecznie wyrwani z finansowych kokonów. Metoda „to nie moja ręka” będzie stałą formą obrony przed udokumentowanymi zarzutami. Widzieliśmy to ostatnio w czasie debaty nad wnioskiem PiS o odwołanie minister Leszczyny.
Zdrowie jest dla wszystkich znanych mi ludzi sprawą najważniejszą. O nie pytamy w każdej rozmowie z rodziną, przyjaciółmi, współpracownikami. Pytam więc i ja naszych Czytelników. Czy za rządów PiS w służbie zdrowia działo się lepiej? Czy był to czas bez kolejek do specjalistów? Bez zapisów na wizyty z długimi terminami? A może pacjent był w centrum uwagi? Można by te pytania mnożyć, ale nie ma to większego sensu. Było przecież bardzo źle, wręcz fatalnie. I choć nadal jest źle, to nie widzę takiego obszaru, w którym teraz jest gorzej. Zobaczymy, jak minister Leszczyna poradzi sobie ze sprzątaniem tego, co zastała. PiS nie ma żadnych merytorycznych argumentów na obronę tego, co zrobiło ze służbą zdrowia. Zlikwidowanie finansowania in vitro w kraju z takim spadkiem dzietności to nie występek, ale zbrodnia. Rację ma premier Tusk, który zarzucił rządom PiS kręcenie brudnych interesów przez grupę cwaniaków i kombinatorów. Mieli czas na handlowanie maseczkami, respiratorami czy też robienie interesów na tzw. szpitalach tymczasowych. Długa, czarna lista i zero samokrytyki. A powinni przeprosić i oddać, co zagrabione.
Drodzy Czytelnicy, zdrowia życzę.
Biznesmeni i złodzieje
Afera w Rządowej Agencji Rezerw Strategicznych zatacza coraz szersze kręgi, ale nie dzięki zeznaniom twórcy marki Red is Bad
Sprowadzenie do Polski Pawła Szopy wywołało emocje wśród komentatorów wydarzeń politycznych, którzy przewidywali, że prawicowy biznesmen pójdzie na współpracę z prokuraturą i zacznie sypać swoich mocodawców. Oznaką tego miała być rezygnacja z usług adwokatów – Krzysztofa Wąsowskiego i Bartosza Lewandowskiego. Obrońcą Szopy został Jacek Dubois. Mecenas reprezentuje również Tomasza Mraza, byłego dyrektora Funduszu Sprawiedliwości. Urzędnik ten, licząc na łagodny wyrok, ujawnił nadużycia, w których brał udział.
Nie ma jednak co liczyć na to, że mec. Jacek Dubois namówi Szopę do zawarcia układu z prokuraturą. Prawnik u boku kontrowersyjnego biznesmena nie pojawił się nagle, według moich informacji Szopa korzystał z jego usług już wcześniej. Należy też pamiętać, że przebiegły Mraz, który był w centrum układu przestępczego, zawczasu wiedział, co się święci, i potajemnie nagrywał uczestników nielegalnego procederu. Sytuacja Szopy jest zgoła odmienna, gdyż był „tylko” dostawcą towarów dla Rządowej Agencji Rezerw Strategicznych. Nie miał mocy decyzyjnej. To prezes RARS Michał Kuczmierowski rozdawał karty, tj. intratne zlecenia. I to on ponosi główną odpowiedzialność.
Do zadań RARS należy zakup i magazynowanie rezerw strategicznych na wypadek wojny czy innego kryzysu. Chodzi m.in. o paliwa, wyroby medyczne i sprzęt techniczny. W tym celu agencja powinna organizować przetargi, zlecając dostarczenie towarów pośrednikom, lub zaopatrywać się bezpośrednio u producentów. Jednak za prezesury Michała Kuczmierowskiego dysponująca wielomiliardowym budżetem RARS stała się maszynką do wyprowadzania pieniędzy do ludzi powiązanych z politykami PiS.
Ustosunkowany biznesmen
Moi informatorzy twierdzą, że choć Szopa składa obszerne zeznania w katowickiej prokuraturze, nie przyznaje się do zarzutów. A chodzi o udział w zorganizowanej grupie przestępczej, współdziałanie w przekroczeniu uprawnień przez funkcjonariuszy publicznych reprezentujących RARS oraz pranie brudnych pieniędzy. Według ustaleń prokuratury dzięki układom politycznym Szopa dostawał lukratywne zlecenia z RARS, m.in. na zakup agregatów prądotwórczych, które miały trafić do ogarniętej wojną Ukrainy. Biznesmen dostał z RARS ok. 312 mln zł na agregaty, choć zapłacił za nie w Chinach niecałe 70 mln zł. Na czysto zarobił więc co najmniej 240 mln zł.
Szopa broni się w prokuraturze, twierdząc, że wszystko odbyło się legalnie, a zlecenie z RARS było uzasadnione tym, że miał rozległe kontakty biznesowe na całym świecie i już od kilku lat współpracował z rządową agencją, dostarczając m.in. środki ochrony osobistej, kołdry, poduszki, pościel. Sytuacja z agregatami była nadzwyczajna, bo po wybuchu wojny w Ukrainie trudno było kupić taki sprzęt w Europie. W umowie z RARS Szopa zobowiązał się do zapewnienia ewentualnych napraw gwarancyjnych na swój koszt. Ze swoich pieniędzy musiał też opłacić transport agregatów z Chin do Polski, co kosztowało go kilkadziesiąt milionów złotych. Poza tym nie można winić biznesmena za to, że agencja podległa premierowi Mateuszowi Morawieckiemu dawała mu zlecenia, z których sumiennie się wywiązywał. A że ceny towarów, które dostarczał do RARS, były powyżej rynkowych? To nie jest przestępstwem. Niech się tłumaczy Kuczmierowski… Ten jednak siedzi w londyńskim areszcie, czekając na ekstradycję do Polski.
Tak z grubsza wygląda linia obrony Pawła Szopy. Jednak śledczy dysponują m.in. zeznaniami Justyny G., byłej dyrektorki Biura Zakupów w RARS. Otóż prezes RARS wydawał podwładnej polecenia zamawiania towarów u Szopy „na karteczkach, w trakcie rozmów na osobności”. Podczas przesłuchania Justyna G. powiedziała: „To były małe, białe karteczki z kostki lub karteczki żółte, samoprzylepne. Jak zapis na karteczce odczytałam, to Kuczmierowski wkładał je do niszczarki, która stała w jego gabinecie. Kilka karteczek wzięłam do swojego notatnika, później je niszczyłam. Brałam je po to, że jak było więcej danych, bo nie byłam w stanie zapamiętać wszystkich szczegółów”.
Inna urzędniczka zeznała: „Było powiedziane, że zapytania muszą iść tylko do firm i osób wskazanych przez kierownictwo. Nie można wysyłać
Kraj jałowych wyborów
W Bułgarii w siłę rosną ugrupowania antyeuropejskie
Przedterminowe wybory parlamentarne w Bułgarii wygrała koalicja GERB-SDS (Obywatele na rzecz Europejskiego Rozwoju Bułgarii-Związek Sił Demokratycznych). Na te proeuropejskie, centroprawicowe ugrupowania głosowało ponad 26% wyborców. Drugie miejsce zajęła inna proeuropejska i centroprawicowa koalicja, PP-DB (Kontynuujemy Zmianę-Demokratyczna Bułgaria), uzyskując 14,3%. Na trzecim uplasowała się prorosyjska i antyzachodnia formacja Wyzrażdane (Odrodzenie) – 13,4%. Zmiana w porównaniu z ostatnimi wyborami to nowa partia tajemniczego Deljana Peewskiego. Jego DPS Nowo Naczało (Nowy Początek) powstała na skutek podziału partii tureckiej i dostała ponad 11%. Bezbarwni socjaliści zadowolili się tym, co zwykle – nieco ponad 7%.
Łącznie do parlamentu dostało się dziewięć partii. Sporo, co nie wróży niczego dobrego. Połowa to ugrupowania populistyczne, prorosyjskie (czy bardziej antyukraińskie) i antysystemowe. Frekwencja wyniosła 37,5% i była drugą najgorszą w historii Bułgarii.
Warto zaznaczyć, że poprzednio Bułgarzy udali się do urn… 9 czerwca br. Może dlatego teraz mało ich interesowało w powyborczy poniedziałek, kto wygrał. Wszystkich bardziej zajmowało sprawdzanie, czy i jak wyniki z 27 października różnią się od tych z czerwca. Bo im więcej zmian, tym większe szanse na coś trwałego. Tymczasem korekt jest niewiele, a te, które się pojawiły, nie przyniosą pozytywnych efektów.
Ludzi interesuje, czy uda się sklecić koalicję, która będzie w stanie rządzić dłużej niż trzy miesiące. Posłanka Lena Borisławowa, absolwentka Harvardu, 35-letnia polityczka partii Kontynuujemy Zmianę (nr 2 w parlamencie), idzie jeszcze dalej. Jej zdaniem nie chodzi wyłącznie o stałego premiera i rząd, kraj potrzebuje parlamentarnej większości antykorupcyjnej. „Nie chcę prorokować, co się stanie, jeśli takiej nie znajdziemy”, przestrzega deputowana.
Wszyscy przeciwko wszystkim
Dlaczego od trzech lat w Bułgarii nie można stworzyć stabilnego rządu? Bo wszyscy są przeciwko wszystkim i każdemu zależy na szukaniu kompromitujących materiałów na konkurencję. Bułgarzy z zazdrością spoglądają więc na sytuację nad Wisłą. Dla nich Polska pod wieloma względami pozostaje niedoścignionym wzorem państwa sukcesu, które po zeszłorocznych październikowych wyborach zbudowało trwałą koalicję, choć partie wchodzące w jej skład tak dużo dzieli. Bułgarskie media mówią wręcz o „polskim syndromie odpowiedzialności za kraj”. To zjawisko w Bułgarii kompletnie nieznane.
Podobnie jak w czerwcu wybory z 27 października wygrały partie proeuropejskie. Elementów wspólnych dla koalicji GERB-SDS i PP-DB znajdziemy sporo. Ale tak naprawdę partie te, które teoretycznie nie powinny mieć problemów z dobraniem sobie trzeciego koalicjanta, ponoszą największą odpowiedzialność za trwający już 36 miesięcy kryzys polityczny.
Królowie życia i destrukcji
Nie ma lepszej pracy niż członkostwo w Krajowej Radzie Sądownictwa
Wśród polityków Koalicji 15 Października krąży pomysł, aby „zagłodzić” nielegalną Krajową Radę Sądownictwa. W utworzonej w 2018 r. instytucji PiS ulokowało swoich nominatów udających apolitycznych, niezależnych i niezawisłych sędziów, którzy (wspólnie z Andrzejem Dudą) „wyprodukowali” ponad 2 tys. neosędziów. Ci neosędziowie, często bez stosownych kompetencji, zarówno merytorycznych, jak i etycznych, rozpierzchli się po wszystkich sądach w Polsce, paraliżując wymiar sprawiedliwości.
Jednym z takich neosędziów jest Tomasz Wierzchowiec z Opola, który w sześć lat z szeregowego sędziego sądu rejonowego, orzekającego w sprawach rodzinnych i z zakresu prawa pracy, został sędzią Naczelnego Sądu Administracyjnego. W normalnych warunkach taki awans zająłby co najmniej 20 lat, ale dla PiS nie ma rzeczy niemożliwych. Wierzchowiec nie jest przypadkową osobą. Dzięki Zbigniewowi Ziobrze został prezesem Sądu Rejonowego w Kluczborku, a dzięki Mariuszowi Kamińskiemu komisarzem wyborczym na Opolszczyźnie (Państwowa Komisja Wyborcza powołuje komisarzy na wniosek szefa MSWiA). Wierzchowiec przysłużył się PiS m.in. tym, że podpisywał listy poparcia dla kandydatów do neo-KRS, w tym owianemu złą sławą Łukaszowi Piebiakowi, zamieszanemu w aferę hejterską. Takich „sędziów” jak Wierzchowiec, którzy zrobili błyskawiczne kariery dzięki neo-KRS, są setki.
„Zagłodzenie” upolitycznionej Krajowej Rady Sądownictwa miałoby polegać na obcięciu jej budżetu lub wręcz wstrzymaniu jej finansowania. Taki pomysł poparł prof. Krystian Markiewicz, prezes stowarzyszenia sędziowskiego Iustitia i szef Komisji Kodyfikacyjnej Ustroju Sądownictwa i Prokuratury. Według niego „to krok w dobrym kierunku”, „w ten sposób władze państwa postąpią nie tylko zgodnie z uchwałą Sejmu, ale przede wszystkim zgodnie z orzeczeniami Sądu Najwyższego i Naczelnego Sądu Administracyjnego, z których wynika, że funkcjonująca obecnie neo-KRS nie jest organem opisanym w konstytucji”.
Oczywiście przeciwna temu rozwiązaniu jest przewodnicząca neo-KRS Dagmara Pawełczyk-Woicka, która stwierdziła, że Sejm może co prawda ograniczyć część budżetu, ale nie na tzw. wydatki sztywne, czyli diety członków, zwrot środków za dojazd na posiedzenia czy za zakwaterowanie. Jak widać, szkolna koleżanka Zbigniewa Ziobry martwi się nie o warunki pracy członków neo-KRS, ale o zasobność ich kieszeni. A chodzi o gigantyczne pieniądze za nicnierobienie – poza demolowaniem i ośmieszaniem wymiaru sprawiedliwości.
Hojne diety
Jakie bowiem dokonania ma neo-KRS? 20 września br. uznała, że rząd Donalda Tuska „nie jest organem tożsamym do Rady Ministrów, o jakiej stanowi Konstytucja”, a to dlatego, że trzy ministry, składając przysięgę przed prezydentem, użyły feminatywów, czego nie przewiduje rota ślubowania.
Robił, co chciał
Jarosław Kaczyński absolutnie świadomie zbudował system, w którym państwem kierowała partia. A partią kierował on
Zorganizowana grupa przestępcza? Państwo mafijne? Kaczyński jako ojciec chrzestny? Dziś to są publicystyczne określenia. Ale przecież nie wyssane z palca. System, który mieliśmy za władzy PiS, rządził się swoją logiką, miał swoje siły napędowe. I miał wodza, który o wszystkim decydował. Dlaczego więc mamy szarpać płotki, jakieś urzędniczki, a ten, który za wszystko odpowiadał, udaje, że go przy tym nie było?
Przyjrzyjmy się, jak ten system wyglądał. Po pierwsze, co szczególnie razi szarego Kowalskiego, państwo PiS cuchnęło złodziejstwem i korupcją.
Dziś trudno już zliczyć regularnie ujawniane afery. W sferze zainteresowań prokuratury są i Kancelaria Prezesa Rady Ministrów, łącznie z Rządowym Centrum Legislacji (!), i Ministerstwo Sprawiedliwości, i spółki skarbu państwa… Instytucje teoretycznie najwyższego zaufania były miejscem, gdzie rwano bez zahamowań. Przekazywano miliony nieuprawnionym spółkom i fundacjom, kupowano od dziwnych podmiotów za cenę wielokrotnie przekraczającą ich wartość a to maseczki, a to generatory, podpisywano warte setki milionów kontrakty, których potem nie zrealizowano, zatrudniano polecone osoby na fikcyjnych etatach, za pensje przekraczające wyobrażenie zwykłych zjadaczy chleba. Jakby w przeświadczeniu, że tak być powinno.
Po drugie, państwo PiS było zainfekowane wirusem autorytaryzmu, a rozszerzał się on z miesiąca na miesiąc.
Gdy w roku 2015 PiS zdobyło urząd prezydenta, a potem większość w parlamencie, ruszyło na podbój władzy sądowniczej. Najpierw podporządkowało sobie Trybunał Konstytucyjny. W sposób absolutnie nielegalny – uchwałą Sejmu uznano, że niedawny wybór pięciu sędziów TK był niewłaściwy i jest nieobowiązujący, w ich miejsce zatem powołano swoich. A gdy Trybunał próbował się bronić, stwierdzając, że działania PiS są niezgodne z konstytucją, szefowa kancelarii premiera Beata Kempa nie wydrukowała tych orzeczeń. Prawa do tego nie miała. Ale co można było jej zrobić? W ten sposób PiS zdobyło Trybunał Konstytucyjny, a właściwie nie zdobyło, tylko zniszczyło, bo ten pisowski organ nie jest uznawany przez obecną większość sejmową.
Kolejnym krokiem była nowa, pisowska Krajowa Rada Sądownictwa. Uchwalono nową ustawę o KRS, niezgodną z konstytucją, tworząc nowe ciało, nazywane dziś neo-KRS.
Potem rozpoczęła się wojna o Sąd Najwyższy i o podporządkowanie sędziów. PiS jej nie skończyło, można rzec, walki trwają.
Partia rządząca w wielkim stopniu podporządkowała sobie również gospodarkę. W roku 2016 prezesem NBP został Adam Glapiński, którego w 2022 r. wybrano na drugą, sześcioletnią kadencję.
PiS wybrało także swojego szefa Komisji Nadzoru Finansowego, więc poprzez KNF i NBP mogło kontrolować system bankowy. Jak? Przekonać się o tym mogliśmy dzięki taśmom Leszka Czarneckiego, właściciela Getin Banku, i rozmowie zarejestrowanej w gabinecie szefa KNF. Pamiętają Państwo? To rozmowa z marca 2018 r., w której szef KNF Marek Chrzanowski proponował Czarneckiemu pomoc w rozwiązaniu kłopotów Getin Banku, m.in. poprzez zatrudnienie wskazanego przez niego prawnika. Za 40 mln zł.
A później poszli razem do Adama Glapińskiego.
Poprzez spółki skarbu państwa rozciągnięto też kontrolę nad znaczną częścią gospodarki.
O propagandzie, czyli przejęciu TVP i Polskiego Radia, niszczeniu mediów niezależnych i wspieraniu swoich w zasadzie nie ma co mówić… Wszystko skupiło się w rękach partii. A konkretnie – w rękach szefa partii.
Jarosław Kaczyński zbudował system, w którym zdemontowany został trójpodział władzy i w którym Sejm, rząd, urząd prezydenta, Trybunał Konstytucyjny, Sąd Najwyższy, KRS, media publiczne, NBP, spółki skarbu państwa – wszystko to znalazło się pod jego kontrolą. Uczynił to najzupełniej świadomie.
Jest opowieść prof. Wojciecha Sadurskiego, który zna Lecha i Jarosława Kaczyńskich jeszcze z czasów studiów na Wydziale Prawa Uniwersytetu Warszawskiego. I z seminariów u prof. Stanisława Ehrlicha. Sadurski opowiadał tę historię w Radiu Rebeliant, warto ją przypomnieć: „Uczestniczyliśmy w prywatnym seminarium u prof. Ehrlicha. I prof. Ehrlich, były marksista, ale rozczarowany do marksizmu i do systemu PRL-owskiego, postanowił spotykać się raz na jakiś czas i dyskutować rozmaite teksty ze studentami, doktorantami… To było międzypokoleniowe przedsięwzięcie. I m.in. Leszek i Jarek Kaczyńscy tam byli. (…)
r.walenciak@tygodnikprzeglad.pl
Bardzo drodzy patrioci
Ponad 100 mln zł PiS wyprowadziło z Funduszu Patriotycznego do organizacji skrajnie prawicowych i kościelnych.
Fundusz Patriotyczny, utworzony w marcu 2021 r., jest projektem ideologicznym, którego głównym zadaniem miała być „realizacja polityki pamięci w zakresie historii i dziedzictwa Polski, w tym dorobku polskiej myśli społeczno-politycznej, ze szczególnym uwzględnieniem myśli narodowej, katolicko-społecznej i konserwatywnej”.
Dysponentem funduszu był Instytut Dziedzictwa Myśli Narodowej im. Romana Dmowskiego i Ignacego Jana Paderewskiego, którego dyrektorem został jeden z głównych architektów polityki historycznej PiS, prof. Jan Żaryn, słynący m.in. z gloryfikowania przedwojennych polskich faszystów z Obozu Narodowo-Radykalnego oraz bronienia mordercy i terrorysty Janusza Walusia powiązanego z rasistowskim i neonazistowskim Afrykanerskim Ruchem Oporu. Zastępcą Żaryna w randze wicedyrektora, odpowiedzialnym za Fundusz Patriotyczny, został Andrzej Turkowski, zaufany człowiek nieformalnego lidera środowisk skrajnie prawicowych, Roberta Bąkiewicza.
Korupcja polityczna.
Z mejli wykradzionych ze skrzynki Michała Dworczyka, ministra w kancelarii premiera Mateusza Morawieckiego, które publikowała strona Poufna Rozmowa, wiadomo, że Turkowski dostał dyrektorski stołek w wyniku tajnego porozumienia między środowiskami neofaszystowskimi skupionymi wokół Bąkiewicza a PiS. Wszystko rozegrało się w czerwcu 2020 r., przed drugą turą wyborów prezydenta RP. W zamian za poparcie Andrzeja Dudy przez skrajną prawicę Bąkiewicz zażądał od Dworczyka spełnienia sześciu warunków, wśród których była posada dyrektorska dla jego człowieka w nowo tworzonym Instytucie Dziedzictwa Myśli Narodowej im. Romana Dmowskiego i Ignacego Jana Paderewskiego, którego powstanie premier Morawiecki ogłosił dokładnie 5 lipca 2020 r., a więc siedem dni przed drugą turą wyborów prezydenckich.
Tak też się stało, skrajna prawica poparła Dudę, Turkowski przejął kontrolę nad Funduszem Patriotycznym, a do organizacji związanych z Bąkiewiczem zaczęły płynąć szerokim strumieniem pieniądze. W sumie ok. 13 mln zł. Za taki numer, który był ordynarną korupcją polityczną, Dworczyk z Turkowskim powinni odpowiedzieć karnie, ale włos im z głowy nie spadł.
Fundacja Instytut Dziedzictwa Europejskiego Andegavenum powstała w 2020 r., a na jej czele w randze prezesa zarządu stanął Wojciech Golonka (rocznik 1984), kandydat Konfederacji w wyborach do Sejmu w 2019 r. i kandydat Komitetu Wyborczego Wyborców Kukiz‘15 w wyborach do sejmiku województwa małopolskiego w 2018 r. Golonka to zatwardziały nacjonalista i lefebrysta, członek skrajnego odłamu katolicyzmu Bractwa Kapłańskiego Świętego Piusa X.
Andegavenum dostało 560 tys. zł z Funduszu Patriotycznego na dwa projekty: „Katolicka myśl społeczna: pomniki, przykłady, kierunki rozwoju dla Polski” i „Tradycja katolicka dla wszystkich: pomniki myśli i żywe przykłady”. Za otrzymane pieniądze fundacja wydała (m.in. przetłumaczone na język polski) dziewięć książek i trzy komiksy oraz udostępniła nagrania wykładów na swoim kanale w mediach społecznościowych. Przekręt polegał na tym, że obrotny Golonka zlecił sam sobie (jako prezes Andegavenum osobie fizycznej prowadzącej działalność gospodarczą) wykonanie części usług, dzięki czemu zainkasował prawie 80 tys. zł. Najwyższa Izba Kontroli, która badała dotacje przyznane Andegavenum, stwierdziła, że było to niezgodne z art. 108 Kodeksu cywilnego, z którego wynika, że prezes zarządu, dokonując czynności prawnej w imieniu fundacji, nie może równocześnie występować jako druga strona tej czynności prawnej (reprezentując usługodawcę). Zdaniem NIK „sytuacja, w której warunki umowy określa ta sama osoba – działająca jako organ podmiotu i jednocześnie jako wykonawca umowy – jest niedopuszczalna, nie zapewnia bowiem transparentności podejmowanych działań i może prowadzić do powstania szkody majątkowej”.
Inne organizacje powiązane z Bąkiewiczem, które dostały pieniądze z Funduszu Patriotycznego, to m.in.: Stowarzyszenie Straż Narodowa (prawie 2,5 mln zł), Stowarzyszenie Marsz Niepodległości (1,7 mln zł), Stowarzyszenie Roty Marszu Niepodległości (ponad 680 tys. zł), Stowarzyszenie Patriotyczne Siedlce (910 tys. zł), Fundacja Advocata Nostra (840 tys. zł), Fundacja Milites Invictissimi (prawie 550 tys. zł), Stowarzyszenie Wiara i Tradycja (430 tys. zł), Stowarzyszenie Marsz Zwycięstwa (ponad 400 tys. zł), Media Narodowe (prawie 200 tys. zł), Fundacja Zabuże (160 tys. zł).








