Tag "książki"

Powrót na stronę główną
Zwierzęta

Urodzeni ratownicy

Portugalskie psy dowodne

Portugalski pies dowodny to duma Portugalek i Portugalczyków. Nie wynika to jedynie z faktu, że sam Barack Obama publicznie prezentował swoje dwa pupile tej rasy. Okazuje się, że historia tej rasy jest arcyciekawa! W latach 70. te zwierzęta niemal wyginęły, a jedną z przyczyn było zmniejszone zapotrzebowanie na ich pracę. Tak, pracę. Otóż były one wiernymi towarzyszami rybaków. Jak sama nazwa wskazuje, to psy, które (przynajmniej teoretycznie) kochają wodę. Przez wiele lat były członkami załogi łodzi rybackich, aktywnie pomagającymi w połowach. Ale nie tylko! Wedle przekazów historycznych w XVI w. psy tej rasy towarzyszyły portugalskim żeglarzom oraz jednostkom marynarki wojennej. Ich pomoc polegała na wciąganiu sieci, przenoszeniu wiadomości między statkami i łodziami czy nawet na ląd, ale także na ostrzeganiu przed rekinami, które podobno potrafią wyczuć. Ze względu na te umiejętności psy dowodne zabierano także na polowania, co wywindowało je do statusu ulubionego psa arystokracji.

Pod koniec XIX w. król Karol I miał dwa portugale (tak potocznie mówi się na nie w Polsce), nazwane na cześć rzek Tejo i Sado, które towarzyszyły rodzinie królewskiej podczas wakacji na jachcie. Sam król uwieczniony został z psami na wielu fotografiach, które zachowały się do dziś. Także na żaglowcu szkolnym marynarki wojennej „Creoula” zamieszkały psy, które funkcjonowały jako ambasadorowie marynarzy po przybyciu do portu.

Ważną postacią jest tu Vasco Bensaúde, przedsiębiorca z Azorów,

Fragmenty książki Anny Bittner Portugalia. W objęciach oceanu, Wydawnictwo Poznańskie, Poznań 2026

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Promocja

Droższe książki, ten sam budżet. Gdzie szukać najlepszych okazji?

Artykuł sponsorowany Książki mają pewną irytującą cechę – im więcej się czyta, tym więcej chce się kupować. A gdy na rynku pojawia się kilka głośnych premier jednocześnie, domowy budżet szybko przypomina bohatera thrillera psychologicznego:

Kultura

Artyści do przemysłu

Strzemiński i artystyczna szkoła przyszłości

Biblioteka Państwowej Wyższej Szkoły Sztuk Plastycznych to przez długi czas jedynie kilka szaf na korytarzu, które studenci i profesorowie zapełniają własnymi książkami przyniesionymi z domów. Inne pomoce naukowe też są z darów; zdobyczny szkielet ludzki przydatny na zajęciach z anatomii studenci pieszczotliwie nazywają „Stefankiem”. Kto może, dokłada cegiełkę do tej wymarzonej i długo w Łodzi wyczekiwanej akademii.

Plany utworzenia nowoczesnej artystycznej szkoły wyższej były dyskutowane w środowisku łódzkich twórców jeszcze w 20-leciu międzywojennym. Miała być nowoczesna w najlepszym znaczeniu tego słowa, wzorowana na zdobyczach niemieckiego Bauhausu i rosyjskich uczelni artystycznych, zreformowanych po rewolucji. W tych moskiewskich studiowali przecież Katarzyna Kobro i Władysław Strzemiński. Starali się przekazać swoje doświadczenia w programach nauczania dla szkół średnich i zawodowych w Koluszkach i w Łodzi, gdzie pracowali, w rozmowach z dyrektorami tych placówek oświatowych i z innymi twórcami.

Uczyli podstaw: wiedzy o kolorze, fakturach malarskiej i materiałowej, kompozycji, tworzenia monogramów; poruszali bardziej skomplikowane kwestie, jak kompozycja architektoniczna, omawiali formy przedmiotów i figury ludzkiej według zasad kubizmu analitycznego. Praca pedagogiczna była dla obojga Strzemińskich głównym źródłem utrzymania; znajdowali w niej powołanie, a nawet satysfakcję, w każdym razie mieli w dziedzinie edukacji zasługi, wystarczy przywołać pochlebne recenzje z przeglądu szkół zawodowych podczas wystawy wyrobów przemysłu artystycznego i przedmiotów codziennego użytku w Warszawie w 1931 r.

„Wszyscy znają prace Bauhausu – czytamy w piśmie „Architektura i Budownictwo”. – Mało natomiast wiadomo o trwającej od kilku lat analogicznej pracy w szkole przemysłowej w Koluszkach. Zawdzięczając kierownictwu artystycznemu wybitnego teoretyka i plastyka Władysława Strzemińskiego oraz p. K. Kobro, osiągnięto tam wyniki pod względem plastycznym wyższe niż w Bauhausie, ponieważ oparte o ścisłą naukę formy nowoczesnej, która znalazła swój wyraz w ściśle u nas opracowanym programie”. (…)

W Łodzi Katarzyna Kobro pracowała w liceum gospodarczym i szkole gospodarczej. Awangardowa artystka, twórczyni nowoczesnej koncepcji rzeźby, uczyła estetyki wnętrz dziewczęta przygotowujące się do pracy w hotelarstwie czy do prowadzenia domu. Własne mieszkanie Strzemińskich oryginalnie zakomponowała: „Płaszczyzny ścian, sufitów i podłóg zostały podzielone na kwadraty i prostokąty i pomalowane na biało, szaro, niebiesko, żółto i czarno – wydzielono w ten sposób funkcje poszczególnych części pokoi”.

Z kolei Strzemiński kierował Miejską Dokształcającą Szkołą Zawodową Grafików nr 10, w której nauczał zasad drukarstwa funkcjonalnego. Przeciętna zawodówka dzięki jego staraniom i włączeniu do kadry nauczycielskiej artystów Stefana Wegnera, Karola Hillera i Zenobiusza Poduszki ogromnie zyskała. Do szkoły tej uczęszczała młodzież pracująca – relacjonuje Anna Wegner-Sumień, córka malarza Stefana Wegnera – czeladnicy z różnych zawodów rzemieślniczych: drukarze, introligatorzy, malarze ścienni, grawerzy,

Fragmenty książki Małgorzaty Czyńskiej Pisz do mnie na Łódź! Życie kulturalne i towarzyskie w tymczasowej stolicy, Marginesy, Warszawa 2026

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Felietony Stanisław Filipowicz

Róża Luksemburg i Kalwin

Przerzucam wydane niedawno „Notatniki” Alberta Camusa. Coraz mniej mam cierpliwości do zawiłych wywodów. Prawdziwy talent jest lakoniczny. Zresztą, ile warta jest dzisiejsza „literatura”? W czasach, gdy – dzięki funkcji „kopiuj wklej” i wsparciu AI – już właściwie każdy może zostać autorem „książki”? Tych książek, dodam na marginesie, jest coraz więcej, ale nikt ich nie czyta, bo wszyscy są zajęci pisaniem.

U Camusa w notatkach z 1948 r. odnajdziemy cytat pochodzący z rozprawy „O rewolucji” Róży Luksemburg. Czytamy: „Panowanie szerokich mas ludowych jest całkiem nie do pomyślenia bez wolnej, nieskrępowanej prasy, bez swobodnego życia stowarzyszeń i zgromadzeń”.

Jaką siłę mają nasze marzenia o wolności? Bywa różnie. Niestety, na ich drodze bardzo często staje kult prawdy – gdy dochodzi do głosu, wolność zaczyna przeszkadzać. Tak było w czasach wielkich rewolucji, tak jest dzisiaj, w dobie wojen kulturowych, kiedy liberalną zasadę wolności i wzajemnego uznania obezwładnia pomieszana z nienawiścią pogarda.

W jaki sposób prawda staje się narzędziem przemocy? Dlaczego wolne słowo tak często musi się cofać? Niestety, fanatyzm bez trudu usuwa ze swojej drogi sceptycyzm. Wahanie nie może stać się źródłem siły – sceptycy nigdy nie sięgają po miecz. Przewagi wolności słowa mają kruche podstawy: głód prawdy jest zawsze silniejszy niż szlachetne powątpiewanie. Czy nasza przyszłość należy do fanatyków i demagogów?

No dobrze, skręciłem w złą stronę, nasunęły się złe skojarzenia. Wracam więc na właściwe tory. Pomówmy o rozumie i tolerancji, pomówmy o tradycji Zachodu. Kalwin, Genewa, rok 1553, czas reformacji, na szali postawiono prawdy otwierające drogę do zbawienia. Kalwin głosi swoje nauki z najgłębszym przekonaniem,

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Książki

Stefan Chwin do czytania z uwagą

„Pan to jakoś tak zawsze na uboczu, jakby nie chciał pan w nic wchodzić głębiej. Ani po jednej stronie, ani po drugiej. Prawda?”, mówił do niego prof. Józef Bachórz, recenzent jego doktoratu. „Miał rację – odpowiada Stefan Chwin – To była moja busola: żyć na uboczu, a nawet w ukryciu, w nic się nie angażować całym sercem, być niewidocznym, robić swoje, żeby sobie zapewnić warunki do pisania, i nic nad to”.

Oto komfort klerka. „Swobodna obojętność na opinie ludzi, którzy będą mnie żegnać”… „Dziennik pisany w Gdańsku” taki właśnie jest. Rzadko nas zabawia, przeważnie kąsa, zmuszając umysł do pracy.

Oto Stefan Chwin!

„Proszę pana, w tym kraju nie chodzi się w kapeluszu”, upominał go na ulicy pewien „prawdziwy Polak”, pilnujący, byśmy nawet ubiorem nie odrywali się od stada. Może więc to nie jest komfort mieć własne zdanie? Przeciwko mitom, które stały się niepodważalną wiarą? I pomnikom, które wystawiliśmy?

Herbert
Jak do paru zdań skondensować długi wywód?

„Napisał jeden z najbardziej bezwzględnych wierszy z gatunku moralistycznych w literaturze polskiej. Wiersz nosił tytuł »Przesłanie Pana Cogito« i potrafił zaczadzić swoim straceńczym urokiem niemałą liczbę polskich inteligentów, którzy osobiście nie kiwnęli nawet palcem w walce z komunizmem, ale chętnie – owładnięci bezpiecznym podziwem dla Gilgamesza, Hektora i Rolanda – wpatrywali się we wzniosły przykład starożytnych niezłomnych.

(…) W wierszu tym budował dyskryminacyjne przeciwstawienie »wyprostowanych« (sam chciał się do nich zaliczać) oraz »odwróconych plecami i obalonych w proch«. Co rozumiał przez »obalonych w proch«, nigdy nie wyjaśnił, pozostając na zawsze przy enigmatyczności tej obraźliwej formuły, która pogardliwie opisywała niemałą liczbę Polaków, żyjących w Polsce pojałtańskiej.

(…) Kochając Polskę, Herbert widział ją jedynie w osobach opozycyjnych straceńców, sam w wierszu »Pan Cogito o postawie wyprostowanej« utożsamiając się z antycznym samobójcą Katonem z miasta Utyka, który – zgodnie z ideą »ocalałeś nie po to, aby żyć« – swoją niezłomność przypłacił życiem, ale ocalił godność i czystość duszy.

(…) Konsekwentnie zamykał oczy na zmiany systemu komunistycznego, które następowały po roku 1956, bo nie tylko nie chciał ich widzieć, ale też wiedział, że jeśli je uwzględni w swoich wierszach, straci cały urok straceńczego emploi, które przyniosło mu sławę. Dobrze zdawał sobie sprawę, że polskim inteligentom smakował przede wszystkim jako katoński straceniec, piszący piękne, czyste »antyczne« wiersze o niezgodzie na Zło. Czuł, że podoba się Polakom właśnie jako poeta niezłomnego sprzeciwu, i chętnie w tej roli występował. Komunistyczne władze pozwalały mu przemieszkiwać raz w kraju, raz na Zachodzie, bo nigdy jednak nie zdecydował się na pełny status poety-emigranta. Jeśli buntował się przeciwko systemowi, buntował się zręcznie, zapewniając sobie obecność swoich książek w spisach lektur.

(…) Z zastanawiającym uporem »realny socjalizm« w Polsce i po-chruszczowowską Rosję uważał za niezmiennego »potwora Pana Cogito«, tego samego, który przeprowadzał krwawe czystki w latach trzydziestych i strzelał w tył głowy oficerom polskim w Katyniu. Tak myślał o »realnym socjalizmie« nawet w epoce Gierka, udając przy

Stefan Chwin,
Dziennik pisany w Gdańsku,
Wydawnictwo Tytuł, Gdańsk 2025

r.walenciak@tygodnikprzeglad.pl

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Obserwacje

Nomadzi z przymusu

Co roku 5 mln Amerykanów traci dom z powodów eksmisji, podatków czy niespłaconych kredytów

– Jesteście imigrantami? – spytała siwiejąca brunetka, wpatrując się w dwóch śniadych mężczyzn.

Poczekalnia autobusowa w Burlington w stanie Iowa była prawie pusta, nie licząc 10 osób, z którymi podróżowałam z okolic Chicago. Spotkałam dotychczas dwie Niemki jadące do Milwaukee. Im głębiej w serce Ameryki, tym więcej Amerykanów wszystkich identyfikacji etnicznych, z bagażami składającymi się z ogromnych, wymęczonych walizek, kraciastych toreb, widywanych w Polsce w latach 90., i dużych foliowych worków. Te przeważają.

Większość tych osób śpi na dworcowych bądź przystankowych ławkach, czekają na przesiadki. Z Burlington można jechać we wszystkie strony świata. Zdarza się, że na autobus trzeba czekać nawet do 10 godzin. Poczekalnia staje się więc tymczasowym domem. Można tu się umyć, zjeść, podgrzać jedzenie w kuchence mikrofalowej.

Ponieważ sama od jakiegoś czasu nie mam domu, próbuję zrozumieć koncepcję domu oraz różne potrzeby z nim związane, szczególnie gdy ktoś nam go odbiera. Co roku 5 mln Amerykanów traci dom z powodów ekonomicznych: eksmisji, podatków czy niespłaconych kredytów. Prowadzi to do poszukiwania pracy nawet bardzo daleko od wcześniejszego miejsca zamieszkania. Przyglądam się również ruchomym domom – takim, które człowiek nosi ze sobą i zatrzymuje w miejscu uznanym akurat za przyjazne, m.in. z powodu dostępu do pracy czy braku uprzedzeń. (…)

Sama przemierzyłam już trasę Nowy Jork-Chicago-Manitowoc w Wisconsin-Duluth w Minnesocie-Galesburg w Illinois-Burlington – łącznie ponad 2,2 tys. km, głównie autobusami, moja walizka zdążyła więc stracić jedno kółko i jest odrapana tak bardzo, jakby dorwał się do niej rzeźbiący odpowiednik Jacksona Pollocka. (…)

Wybieram autobusy, ponieważ do mniejszych miejscowości nie ma zwyczajnie czym dojechać. Poza tym w środkowych stanach USA, w odróżnieniu od hubów obu wybrzeży – Nowego Jorku, Los Angeles i San Francisco – są one znacznie tańsze niż samoloty i pociągi. Nie wszędzie się też doleci. Odległości między portem lotniczym w stolicy danego stanu a miejscem docelowym bywają tak duże,

Fragmenty książki Izy Klementowskiej Nomadzi. Długa podróż do domu, Marginesy, Warszawa 2025

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Andrzej Romanowski Felietony

Wybudować grób

„Wybudować grób. To się tylko tak mówi”. „Było, jak mówię. Zawadził o laskę”. „Przyszedł pan fasoli kupić? Do mnie?”. Z różnych powieści Wiesława Myśliwskiego przypominam sobie te pierwsze zdania. „Gdy mam pierwsze zdanie – mówił – mam książkę, choć jeszcze niczego o niej nie wiem”. Dowiadywał się w trakcie pisania. „Z przywłaszczenia sobie chłopskiego losu wzięła się moja twórczość”, powiedział po napisaniu „Kamienia na kamieniu”.

Wieś Myśliwskiego to nie tylko przenikliwie przedstawiona rzeczywistość – to także wielka metafora. Chłopski los. W dramacie „Drzewo” stary Duda siedzi „wysoko na konarze, przywarty do pnia”: nie pozwala ściąć domowego drzewa, nie chce na wsi nowych porządków. Tymczasem wieś Myśliwskiego tkwi w codziennym bytowaniu, w odwiecznym rytmie czynności gospodarskich – takich właśnie jak łuskanie fasoli. Ale też żyje w cieniu „końca wsi”, „kresu kultury chłopskiej”. Czy również kresu dotychczasowych form życia?

Ten świat, osadzony w konkretnym czasie i miejscu, a przy tym pełen reminiscencji, zapewnia trwałość także naszemu światu. Zatrzymuje go jak na starej fotografii. Proza, pozornie prosta, utrzymana w nurcie mowy potocznej, więc stroniąca od ornamentyki, jest jednak gęsta od znaczeń, a w odbiorze okazuje się niełatwa,

a.romanowski@tygodnikprzeglad.pl

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Kultura

Wtedy i na zawsze…

Znawca ludzkich losów, psychiki, pragnień i namiętności. Myśliciel. Humanista. Mędrzec

Wiesław Myśliwski (1932-2026)

Ponad 45 lat znajomości. Chciałbym móc nazywać to latami przyjaźni, ale mnie, młodszemu o dwie dekady, w obliczu śmierci nie wypada tak nazywać naszej znajomości, tak bliskiej niemal od jej początku, której nigdy nie nazywaliśmy. Nie było takiej potrzeby. To, co wiadome, nie musi być etykietowane.

Wiesław Myśliwski był wiceprzewodniczącym Narodowej Rady Kultury, więc poznaliśmy się jesienią 1983 r., gdy zacząłem pracować w biurze NRK. Znałem już Jego nazwisko z adaptacji prozy, w pamięć zapadł mi do dziś film „Klucznik”. Książkę „Kamień na kamieniu” przeczytałem zaraz po jej ukazaniu się w 1984 r. i już wiedziałem, że Myśliwski to nie tylko wielki pisarz, ale też znawca ludzkich losów, psychiki, pragnień i namiętności. Myśliciel. Humanista. Mędrzec.

Twórca osobny

Tym, co mnie urzekło w tej powieści, a później w kolejnych Jego książkach, jest odmienność od tego, co czytałem dotychczas. Myśliwski na nikim się nie wzorował, nie był niczyim kontynuatorem, nie wyszedł z niczyjej szkoły literackiej, nie przynależał do żadnej formacji twórczej. Był twórcą osobnym, w jakimś sensie samotnikiem tworzącym literaturę wedle własnych, oryginalnych recept. Stworzył własny język i styl narracji. Stworzył własną postać narratora, może nie tyle „czułego”, ile wrażliwego na te wartości i te prawdy, obok których tak często przechodzimy, nie zauważając ich. Myśliwski – narrator – każe nam nad nimi się zastanowić, odnieść do nich. Ocenić, w jakiej relacji z nimi jesteśmy.

Pisano i pewnie pisać się będzie, że Jego twórczość osadzona jest i wywodzi się z literatury wiejskiej, chłopskiej. Nie zgadzam się z tym. Osadzenie akcji w wiejskich realiach, obsadzenie w roli bohaterów mieszkańców wsi nie świadczy w przypadku Myśliwskiego o charakterze Jego prozy, nie daje podstawy do takiej kwalifikacji. Te wiejskie realia to świadomy zamysł, metoda, by człowieka i jego życie opisać wyraźniej, jaśniej, bardziej dla czytelnika zrozumiale. Zaliczanie Myśliwskiego do nurtu literatury chłopskiej to niedojrzałość i nietrafność w odczytywaniu Jego prozy.

Tematem każdej powieści jest przeszłość. Przeszłość świata i człowieka. Myśliwski uświadamia nam, że przeszłość można rozważać, analizować ją, wyciągać wnioski, uczyć się na błędach, tęsknić za nią, opowiadać, ale powrócić do niej już nie można. Minęła. Myśliwski nie dawał jednoznacznej odpowiedzi na pytania o wątki autobiograficzne w swej twórczości. Ale im nie zaprzeczał. Pisząc o nas, o Polsce i Polakach, pisał przecież o sobie, o swoich odczuciach, przemyśleniach, refleksjach. „Za dużo pamiętam (…). Nie powinno się tyle pamiętać…” („Traktat o łuskaniu fasoli”).

Na pewno byłem ciekaw tego pisarza jako człowieka. Wydawał mi się bardzo niedostępny. Zwracał uwagę Jego spokój, pewność wypowiedzi bez zawahań, świadcząca o poprzedzającej je analizie, przekonanie o zasadności osądu w tej czy innej sprawie, celność wygłaszanej racji. Może nawet wyczuwałem w Nim pewien chłód,

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Kultura

Nieprzeciętne poczucie humoru

Rola kaowca w „Rejsie” była dla Stanisława Tyma legitymacją do kręcenia kolejnych filmów

W filmie Marka Piwowskiego „Rejs” w kultowej scenie „Gra w salonowca” fałszywy kaowiec, czyli Stanisław, leje po dupie filozofa, czyli krytyka literackiego, felietonistę, aktora nieprofesjonalnego Andrzeja Dobosza, i prowadzą ze sobą następujący dialog:

Filozof: Malarze holenderscy malowali ludzi starych i pokurczonych. Nie ukrywali brzydoty swoich modeli, ale pokazywali ich piękno, bo mieli dystans do swego tworzywa. W naszej piramidzie jesteśmy zarazem tworzywem i twórcami. Otóż, gdyby ktoś był niedoskonały fizycznie, nie wiedziałby, gdzie kończy się i gdzie zaczyna się jego brzydota. I nie sposób, żeby miał właściwy dystans do samego siebie. To jest powód, dla którego sądzę, że osobiście nie mogę już dłużej brać udziału w tej gimnastyce. Nie umiem znaleźć dystansu.

Fałszywy kaowiec: Dlaczego?

Filozof: Nie mogę być równocześnie twórcą i tworzywem. Mam chyba prawo wyboru.

Fałszywy kaowiec: Oczywiście. Proszę”.

Po czym mężczyźni na górnym pokładzie statku wymierzają sobie na zmianę klapsy. Chodzi o to, aby ten, któremu są wymierzane klapsy, zorientował się, kto mu je wymierza. Gdy fałszywy kaowiec leje po tyłku filozofa, ten wskazuje na kaowca, który z pewnością w głosie odpowiada mu: „Nie ja”.

Kiedy kaowiec leje filozofa ponownie, ten zdezorientowany mówi: „To ja! Bo jeśli nie pan, to widocznie ja”.

Na co kaowiec odpowiada przecząco i w najlepsze nadal pierze po tyłku kompletnie już zbitego z tropu filozofa.

W scenariuszu filmu wątek ten osadza pisarz, Janusz Głowacki. Jednak błędnie przypisuje się mu wymyślenie zabawy. W dupnika lub salonowca bawią się już kilka lat wcześniej aktorzy Studenckiego Teatru Satyryków. Jak mówi Ryszard Pracz:

– Dzisiaj aktorzy uciekają po spektaklach z teatrów jak do pożaru. A myśmy się nie mogli rozstać, więc kombinowaliśmy, co by tu jeszcze wymyślić, żeby ze sobą spędzać czas. Gra w dupnika była świetna, ale do tego trzeba było dłoni jak bochen chleba, a taką

Fragmenty książki Katarzyny Stoparczyk Tym. Człowiek szczery na trzy litery, Wydawnictwo Otwarte, Kraków 2025

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Felietony Jerzy Domański

Człowieczy los Myśliwskiego

Mówił, że „poza miłością nie ma nic, tylko śmierć”.

Wiesław Myśliwski zakończył swoją wędrówkę na ziemi. Miłością jego życia była żona, Wacława, którą poznał jako 17-latek. I z którą przeżył ponad siedem dekad. Spełniony w miłości. I spełniony jako pisarz. Mędrzec. Mistrz, który uwodził nas słowem.

Najważniejszy dla niego był człowiek. Szukał prawdy o ludziach i ich losach. Pisał w sposób wyjątkowy. Proza Myśliwskiego jest niepodrabialna. Mówił, że najważniejsza w tym, co i jak pisze, jest „prostota, prostota i jeszcze raz prostota. Kiedy siadam do pisania, chciałbym zapomnieć o wszystkich książkach, jakie przeczytałem, całej tej literaturze”. I pisał tak, że każda z jego książek była wydarzeniem. Nie ulegał literackim modom i obowiązującym ideom.

Mówił też celnie, rozważnie i uważnie. Był konsekwentny w wyborach życiowych i

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.