Tag "Kylian Mbappé"

Powrót na stronę główną
Świat

Skrajna prawica wojuje z reprezentacją

Futbol stał się jednym z pól walki o to, czym jest francuska tożsamość

Kiedy Kylian Mbappé krytykuje Marine Le Pen, we Francji wybucha polityczna burza. Nie dlatego, że kapitan reprezentacji po raz pierwszy zabiera głos. Od ponad czterech dekad francuska skrajna prawica pozostaje w konflikcie z drużyną narodową, którą postrzega jako symbol wielokulturowej Francji. Począwszy od ataków Jeana-Marie Le Pena na pokolenie Zinédine’a Zidane’a, a na starciach wywołanych przez Mbappégo skończywszy – futbol stał się jednym z głównych pól walki o to, czym właściwie jest francuska tożsamość.

Mbappé w politycznej grze

W maju br. w wywiadzie udzielonym „Vanity Fair” Kylian Mbappé przyznał, że z niepokojem patrzy na możliwość zwycięstwa Zjednoczenia Narodowego (RN) w wyborach prezydenckich w 2027 r. „Wiem, co oznaczałoby przejęcie władzy przez takich ludzi i jakie mogłoby mieć konsekwencje dla mojego kraju”, mówił. Kapitan francuskiej reprezentacji podkreślił jednocześnie, że piłkarze mają takie samo prawo do zabierania głosu w sprawach publicznych jak wszyscy inni obywatele. Reakcja liderów RN była natychmiastowa. Jordan Bardella zakpił z decyzji Mbappégo o odejściu z Paris Saint-Germain do Realu Madryt tuż przed wygraniem przez paryski klub po raz pierwszy Ligi Mistrzów. W podobnym tonie wypowiedziała się Marine Le Pen.

Sam spór nie był jednak niczym nowym. Mbappé już podczas kampanii przed przyśpieszonymi wyborami parlamentarnymi w 2024 r. ostrzegał przed sukcesem skrajnej prawicy. Mówił wówczas, że nie chce żyć w kraju rządzonym przez polityków, których poglądy stoją w sprzeczności z jego wartościami. Jeszcze ostrzej wypowiedział się jego kolega z reprezentacji Marcus Thuram. Syn mistrza świata Liliana Thurama stwierdził, że przeciwstawienie się zwycięstwu RN jest obywatelskim obowiązkiem. Obaj piłkarze natychmiast znaleźli się w centrum medialnej i politycznej burzy.

Ale nie chodziło wyłącznie o ich poglądy. Dla części francuskiej prawicy Mbappé stał się symbolem współczesnej Francji: wieloetnicznej, wielokulturowej i dumnej ze swojej różnorodności. A właśnie taki obraz kraju od dziesięcioleci budzi sprzeciw skrajnej prawicy.

Napięte relacje między nią a narodową jedenastką nie zaczęły się wraz z Mbappém. Ich źródeł szukać należy w latach 80. i 90. XX w., kiedy Jean-Marie Le Pen uczynił kwestie imigracji i francuskiej tożsamości centralnym elementem swojej polityki. Założyciel Frontu Narodowego wielokrotnie krytykował skład reprezentacji, twierdząc, że nie odzwierciedla ona „prawdziwej Francji”. W 1996 r. narzekał na obecność w niej zawodników pochodzenia afrykańskiego i arabskiego, sugerując, że drużyna została skonstruowana sztucznie.

Ale francuski futbol od dawna był odbiciem historii migracyjnej kraju. Raymond Kopa (wł. Rajmund Kopaszewski),

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Sport

Mundial po fazie grupowej

Radości starszych panów

W fazie grupowej zrobił nam się mundial trzeciego wieku, zresztą nie tylko za sprawą piłkarzy. Dzień po dniu padały kolejne rekordy – Dick Advocaat, holenderski szkoleniowiec reprezentacji Curaçao, we wrześniu skończy 79 lat i pozostanie najstarszym trenerem, który kiedykolwiek prowadził drużynę na mundialu. Karaibscy nowicjusze urwali punkt Ekwadorowi i zdobyli gola w meczu z Niemcami, co kibice najmniejszego kraju w historii piłkarskich mistrzostw świata (liczba ludności na poziomie Gliwic) uznali za sukces. W dodatku miłośnicy antylskiego likieru wreszcie nauczyli się poprawnie wymawiać nazwę tego kraju, która ku powszechnemu zaskoczeniu wcale nie rymuje się dokładnie z kakao.

Europejscy trenerzy chętnie przerywają emeryturę dla krajów cokolwiek egzotycznych piłkarsko – Belg Hugo Broos wiosną świętował 74. urodziny i futbol wciąż go bawi, Republika Południowej Afryki pod jego wodzą wyszła z drugiego miejsca w grupie, choć przypisać to należy raczej słabości rywali, zwłaszcza naszych południowych sąsiadów. Starszy od Broosa Miroslav Koubek przywiózł na mundial słabiutką kadrę Czech, która z każdym meczem grała gorzej, by na pożegnanie imprezy przegrać trzema golami z Meksykiem. W Afryce odnalazł się także 73-letni Carlos Queiroz, trenerski obieżyświat z Portugalii, który tuż przed mundialem przejął kadrę Ghany. Afrykanie mogli sprawić największy szpryngiel drugiej serii gier grupowych, ale zostali skrzywdzeni przez sędziego, z Anglią uzyskali zatem tylko niespodziewany remis zamiast sensacyjnego zwycięstwa.

O ile życie selekcjonerskie po siedemdziesiątce ma się całkiem nieźle, o tyle życie piłkarskie po czterdziestce nigdy nie miało się tak dobrze. Na tym mundialu wystąpiło co najmniej siedmiu zawodników urodzonych przed czterema dekadami. Cristiano Ronaldo na tle kiepskich Uzbeków wyglądał całkiem żwawo i został najstarszym w historii autorem mundialowego dubletu. Luka Modrić wychodzi na boisko jako kapitan Chorwatów, Edin Džeko powiódł Bośnię i Hercegowinę do zwycięstwa z Katarem i awansu z grupy, do tego występy zaliczyli aż czterej bramkarze w wieku inżyniera Karwowskiego. Manuel Neuer w bramce niemieckiej, Fernando Muslera jako golkiper Urugwaju, Vozinha między słupkami Republiki Zielonego Przylądka i wreszcie Guillermo Ochoa, któremu trener Meksykanów pozwolił zaliczyć występ na szóstym mundialu.

Wszyscy oni jednak są w cieniu młokosa z Argentyny – Leo Messi jest jak bohater „Ciekawego przypadku Benjamina Buttona”, zamiast się starzeć, młodnieje, właśnie skończył 19 lat, nie żadne tam 39, władował pięć goli w dwóch meczach, a powinien siedem, gdyby lekko nie spalił z Algierią i trafił z jedenastki przeciw Austrii. To,

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Sport

Bawarskie arcydzieło

Fantastyczne ćwierćfinały Ligi Mistrzów

Dla takich widowisk stworzono Champions League. Znam fanatycznych przeciwników wielkich pieniędzy w wielkiej piłce, którzy namiętnie podróżują na boiska A-klasowe, aby do swojej korony stadionów świata dołączać obiekty małe i najmniejsze. Ogłaszają w mediach społecznościowych swoją obecność na derbach LZS Kogutkowo Dolne z Kurnikiem Kogutkowo Wyżne, a oficjalnie bojkotują Ligę Mistrzów, bo to dla nich rozgrywki bez duszy, sprzedanej za hajs. Współczułbym im, gdybym im wierzył – prawdziwy kibic poczuje bowiem zapach futbolowego arcydzieła nawet przez wyłączony telewizor, nawet gdyby zablokował we wtorkowe i środowe wieczory telefon, żeby go nie nękano wiadomościami o tym, co właśnie traci. Można się zżymać na horrendalną komercjalizację sportu, można być szalikowcem ruchu AMF (Against Modern Football), ale nawet najbardziej zbuntowany miłośnik piłki nożnej musi ulec sile meczu doskonałego, choćby go śledził kątem oka, z udawanym obrzydzeniem.

Takim dziełem sztuki futbolu było rewanżowe spotkanie Bayernu z Realem, zwłaszcza pierwsza jego połowa, po której obie drużyny wyszły na drugą jakby nieco oszołomione tym, czego dokonały. Doskonałość nie wynika z bezbłędności, nie jest li tylko półtoragodzinnym pokazem fajerwerków, to byłoby nudne, choć taki piłkarski wrestling też jest w cenie (w weekend zabieram synka na Stadion Śląski, żeby na własne oczy zobaczył żywe legendy, takie jak Ronaldinho, Totti, Davids i Saviola – przednia zabawa dla oldboyów, a dla dzieciaków okazja zobaczenia mistrzów, którymi jarali się ich rodzice).

Na mecz doskonały w moim przekonaniu składa się kilka czynników niezbędnych: oprócz najwyższych umiejętności obu drużyn i liczby goli majstersztyków kluczowe są stawka i dramaturgia. Owóż, w Monachium stanęli naprzeciw siebie klubowi giganci, nastrzelali siedem bramek w ćwierćfinale najważniejszego pucharu Europy, każda zmiana wyniku oznaczała także zmianę w kwestii awansu, w dodatku języczkiem u wagi okazały się kardynalne błędy – czynnik ludzki, niedoskonałość, rysa na wizerunku tytana, a w przypadku pomyłki sędziowskiej goryczkowy posmak niesprawiedliwości.

Ktoś przecież ostatecznie musi przegrać, a

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Sport

Trubin bohaterem Lizbony

Anatolij Trubin, bramkarz reprezentacji Ukrainy, w dzień powszedni golkiper Benfiki Lizbona, od zeszłej środy jest na językach wszystkich kibiców piłkarskich, nadworni rymotwórcy piszą o nim ody, dłuciarze wykuwają pomniki, pędzlimoczki dopieszczają monidła. Nic mi nie wiadomo o piłkarskich pasjach Fernanda Pessoi, ale największy poeta znad Tagu miał tyle heteronimów, że jeden z nich spokojnie mógłby bohaterowi ostatniej akcji meczu Benfika-Real poświęcić cykl wierszy, gdyby oczywiście dzięki zakrzywieniu czasoprzestrzeni mógł go zobaczyć.

Fadistas o Trubinie zaśpiewać nie mogą, bo jego wyczyn był ekstatycznym zaprzeczeniem narracji melancholijnej, radosnym przełamaniem fatum, by nie rzec – oszukaniem przeznaczenia. Kiedy gra Benfica z Realem, wytrawny kibic zawsze jest przygotowany na widowisko co niemiara, wszak legendą najlepszego meczu w historii klubowego futbolu owiany jest finał Pucharu Europejskich Mistrzów Krajowych z 1962 r.

Zwłaszcza dla polskiego pokolenia dzisiejszych 70-latków to musiało być przeżycie mistyczne – ten mecz był pierwszą w historii TVP transmisją live z Zachodu. Pewnie nawet marudny remis zapamiętaliby jako jedno z futbolowych wydarzeń swojego życia, tymczasem Eusébio, Di Stéfano, Puskás i pozostałe gwiazdy z Półwyspu Iberyjskiego postarały się na stadionie olimpijskim w Amsterdamie o spektakl najwyższej próby. Padło osiem goli, Benfica dwukrotnie odwracała losy meczu (Czesława 711 Michniewicza nie było jeszcze na świecie, a już się sprawdzała jego maksyma, że 2:0 to niebezpieczny wynik), by ostatecznie wygrać 5:3. 20-latek z Mozambiku został obwołany „Czarną Perłą” i zdetronizował leciwych mistrzów z Realu (Puskás i Di Stéfano byli już po 35. urodzinach, co wtedy stanowiło dla graczy z pola wiek matuzalemowy). Ilekroć zatem As Águias pojedynkują się z Los Blancos, piłkarze obu drużyn powinni mieć świadomość, że mierzą się z mitem nad mitami, przejść do historii w takim meczu jest szalenie trudno. Ci, którzy pamiętają 1962, zawsze pokręcą głową i orzekną: „Nieźle, całkiem, całkiem, ale to nie to, co wtedy”.

W środowy wieczór Liga Mistrzów kończyła grupową fazę rozgrywek, miłośnicy permanentnej dystrakcji mieli swoje godziny rozkoszy – multiliga oferowała transmisję z 18 meczów jednocześnie, wyświetlając tabelę, która nieustannie się zmieniała razem z aktualnymi rezultatami spotkań: jedni awansowali do rajskiej ósemki, drudzy doczołgiwali się do strefy baraży, jeszcze inni spadali w otchłań niebytu, obsuwając się poniżej ostatniego premiowanego miejsca. Jeśli kto miał wątpliwości, czy ta 36-klubowa formuła ma sens, środowe cuda definitywnie rozwiały tę niepewność. Chodzi przecież o to, żeby nikt nie miał spokoju do samego końca, żeby uniknąć meczów o pietruszkę, aby wszyscy do końca grali na serio w tych najbardziej prestiżowych i najlepiej opłacanych rozgrywkach na świecie.

Wszystkie mecze zaczęły się o tej samej porze, ale ten lizboński trwał najdłużej,

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Sport

Messi – Mbappé– Marciniak

Spotkanie Polski z Meksykiem zostało uznane za najgorszy mecz na mundialu Spełniło się największe marzenie jednego z najlepszych piłkarzy w historii – Leo Messiego. Jego Argentyna po 36 latach znów wywalczyła tytuł czempiona globu, a on swoją przebogatą kolekcję uzupełnił ostatnim brakującym trofeum. Finałowe spotkanie z Francją było potwierdzeniem maksymy: koniec wieńczy dzieło. Zapierające dech w piersiach widowisko zapisało się jako najznakomitszy finał w historii. Po dogrywce 3:3 – w rzutach karnych 4:2

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.