Tag "mizoginia"

Powrót na stronę główną
Świat

Zabita, bo była kobietą

We Włoszech kobietobójstwo stało się odrębnym przestępstwem zagrożonym karą dożywocia.

Korespondencja z Rzymu

25 listopada, w Międzynarodowym Dniu Eliminacji Przemocy wobec Kobiet, parlament dokonał historycznego aktu: Izba Deputowanych jednogłośnie zatwierdziła art. 577 bis Kodeksu karnego. Przepis ten uznaje, że zabójstwo kobiety motywowane dyskryminacją, z nienawiści, z potrzeby kontroli czy chęci dominacji albo w celu „ukarania” kobiety za odmowę, zakończenie relacji czy próbę odzyskania wolności nie jest już zwykłym zabójstwem, lecz zbrodnią o jednoznacznie zdefiniowanym charakterze.

W ten sposób państwo przyznaje, że część aktów przemocy to nie przypadkowe tragedie, lecz brutalny wyraz uprzedzeń i nierówności, wymagają więc stanowczej odpowiedzi prawnej i społecznej. Jeszcze dekadę temu termin femminicidio funkcjonował głównie w środowiskach akademickich i w języku organizacji walczących o prawa kobiet. Dziś stał się nie tylko pojęciem medialnym, lecz także kategorią prawną, zmieniającą sposób postrzegania przemocy ze względu na płeć.

Dotychczas sprawca zabijający kobietę dlatego, że jest ona kobietą, odpowiadał wyłącznie za zabójstwo – motywacja płciowa pozostawała w tle. Nowe przepisy zmieniają ten paradygmat: oprócz faktu odebrania życia podkreślają społeczne i genderowe źródła zbrodni. Definicja zaczerpnięta z Enciclopedia Treccani, włoskiej encyklopedii powszechnej, brzmi: „zabójstwo kobiety ze względu na to, że jest kobietą”. To sformułowanie znalazło odzwierciedlenie w tekście ustawy.

„Oczywiście próba znalezienia odpowiedzi na rzeź, której jesteśmy świadkami – na życie odbierane poprzez tortury, pobicia czy stalking – to krok naprzód, który może dawać nadzieję. Ale tej drogi nie da się pokonać, opierając się wyłącznie na często nieskutecznej represji. Trzeba ją przejść wspólnie, z udziałem organizacji i stowarzyszeń, by naprawdę zrozumieć problem, od środka – napisała na blogu Roberta Bruzzone, psycholożka sądowa i kryminolożka, jako komentarz do decyzji parlamentu. – Kobiety potrzebują moralnej zmiany: stałej edukacji, zaczynającej się już w dzieciństwie, od szkoły, od budowania sieci wsparcia i solidarności, od świadomości zakorzenionej w zbiorowej mentalności, że zbrodnia przeciw kobiecie nie jest przestępstwem »drugiej kategorii« i nie można jej bagatelizować słowami: sama tego chciała”.

Ustanowienie przestępstwa kobietobójstwa to symboliczne potwierdzenie tego, o czym organizacje kobiece mówią od lat. Nadanie mu rangi prawnej podkreśla wagę problemu i zobowiązuje państwo do prowadzenia spójnej polityki ochrony. W tle pozostaje jednak pytanie, które coraz częściej wybrzmiewa we włoskim społeczeństwie: dlaczego – mimo rosnącej świadomości i zaostrzania prawa – kobiety nadal giną z rąk tych, którzy powinni je chronić? Czyli byłych lub obecnych mężów, partnerów i narzeczonych.

Dramatyczna plaga

Po dwóch głośnych kobietobójstwach – śmierci Giulii Cecchettin i Giulii Tramontano – które na długie miesiące wstrząsnęły Włochami i wywołały falę protestów, wydawało się, że wreszcie coś się zmieni.

22-letnia Giulia Cecchettin zniknęła w nocy 11 listopada 2023 r., po wyjściu do centrum handlowego z byłym chłopakiem. Jej ciało owinięte w foliowe worki odnaleziono tydzień później, na dnie jaru. Filippo Turetta przyznał się do zbrodni. Motywem była zemsta za zerwanie. W grudniu 2024 r. sąd skazał go na dożywocie, a w październiku 2025 r., po wycofaniu apelacji, wyrok stał się prawomocny.

Nie mniej wstrząsająca była historia 29-letniej Giulii Tramontano, będącej w siódmym miesiącu ciąży. 27 maja 2023 r. w jej mieszkaniu pod Mediolanem partner

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Felietony Wojciech Kuczok

Wybawienie od przewlekłej mizoginii

Eryś może i byłby się zerwał na równe nogi ku Żylicy, by zmyć w rzece cały ten zgiełk żądz zgubnych; może i byłby zachował się intuicyjnie wedle tajnych instruktaży, dzięki którym panowie obleśnicy, gdy przyszła im ochota, chadzali na huldry (można było z demonkami sobie pozwolić na najdziksze swawole, byle w oczy im nie spojrzeć), ale miał w sobie jeszcze świeże odrzucenie Ali Markówny, sądowy zakaz zbliżania. I tak mu się dobrze zrobiło w tej nagłej a niespodziewanej bliskości, tak mu się czule zaległo biodro w biodro z tą kobiecą postacią specjalnie dla niego przybraną przez leśne dziwadło, że przegapił moment na ucieczkę.

Przyjrzał się Eryś baczniej huldrze, w jej oczach się przejrzał i przepadł, bo ona, jak to niemowa, spojrzenie miała wymowne: „Jestem już stara, kora mi się marszczy, konary mi usychają”, patrzyła do niego, „Jesteś moją ostatnią szansą na lepsze życie”, dopatrzała błagalnie. „Kochaj mnie” – to ostatnie wyspojrzała w trybie rozkazu-zaklęcia.

Eryś kręcił głową, ale odmowy w gardle mu stanęły. No bo cóż miał odpowiedzieć, kiedy jeszcze mu zimne słowa sztylety Ali po głowie się obijały („To nawet nie był oenes”), a teraz miałby je sam powtórzyć tej istocie? Uszła prześladowcom zza morza, nie miała sił wędrować dalej. „Weź mnie ze sobą”, mówiła do niego w języku swoich spojrzeń tak donośnie, że się nie mógł sprzeciwić. No i przecież zamiast w śmierć pochopną wpadł w jej sieć sprężystą, był jej winien swoje życie. „Żaden to cyrograf”, myślał sobie, patrząc na tę krasawicę. „Mogło być gorzej”, myślał dalej, spoglądając na jej kształtność pierwszorzędną. Huldry bowiem przepoczwarzały się na podobieństwo summy wszystkich fantazmatów nordyckich chłopów, zatem i ta była urody, by tak rzec, niedyskretnej. Jeśliby szukać w niej jakichś uchybień, jeśli kto zachwycić się potrafi dopiero wtedy, gdy znajdzie jakąś zadrę w doskonałości, miałby tu niejaki kłopot, mężczyźni Północy bowiem wymyślili sobie taki ideał: wysokopienna blondyna, zwierzęco wierna i niema. Nie ma takich kobiet, w zakutych łbach wikingów się wydumały, potem przetrwały w wizerunkach komiksowych heroin, ale Eryś, Głupi Eryś, który na pierwszej swojej przygodzie miłosnej z Alą potłukł się boleśnie, zaiste nie mógł narzekać – to huldrze wybawienie być może uchroniło go od przewlekłej a mstliwej mizoginii, zwanej tu i ówdzie incelstwem. Skinął więc głową, co wystarczyło huldrze za ludzkie „i że cię nie opuszczę”, bo rzuciła mu się w ramiona, a potem odtańczyła swoją radość w diabelskim pląsie, aż zaczęła się kręcić, wirować po derwiszowsku coraz to szybciej, póki nie oderwał się jej ogon i nie uleciał gdzieś między buki jak zrzut jeleni. Wtedy dopiero stanęła w uniesieniu, zdyszana i uczłowieczona, już nie pani leśna, tylko Erysiowa.

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Kraj

Koniec dziadocenu

Reakcje na tekst Marcina Kąckiego i konsekwencje tej publikacji pokazują, że na przemoc i pobłażanie jej sprawcom nie ma już miejsca Kiedy 5 stycznia br. w internetowym serwisie „Gazety Wyborczej” ukazało się „Moje dziennikarstwo – alkohol, nieudane terapie, kobiety źle kochane, zaniedbane córki i strach przed świtem” autorstwa cenionego reportera, autora książek i wykładowcy Polskiej Szkoły Reportażu Marcina Kąckiego, w komentarzach początkowo dominował zachwyt. Tekst miał być – i tak był reklamowany – „spowiedzią” autora i jego

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Świat

Bunt prawiczków

Incele, czyli wspólnota mężczyzn uwięzionych w mimowolnym celibacie, z roku na rok się powiększa i radykalizuje 23 maja 2014 r., kampus uniwersytecki w Isla Vista. 22-letni Elliot Rodger chwyta nóż i zabija trójkę współlokatorów. W pobliżu żeńskiego akademika strzela do dwóch studentek. Następnie wsiada do samochodu, ostrzeliwuje kawiarnię i sklep spożywczy, uśmiercając studenta. W sumie morduje sześć osób. Na koniec popełnia samobójstwo. W tym czasie w serwisie YouTube pojawia się wideo zatytułowane „Zemsta”, w którym Rodger tłumaczy

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.