Tag "Papua Zachodnia"
Korowajowie
Domy zawieszone nad przepaścią czasu
Do Papui Zachodniej jechałem z uczuciem, że spóźniam się na ostatnie przedstawienie świata, którego za chwilę nie będzie. Nie była to zwykła podróż do egzotycznego plemienia ani kolejna wyprawa po obrazek, który można oprawić w ramkę i pokazywać znajomym przy kolacji. Jechałem raczej z niepokojem świadka, który wie, że dotyka czegoś kruchego i przejściowego. Takich miejsc na ziemi zostało niewiele. Przez całe życie szukałem nie tylko geograficznych krańców, lecz także tych ostatnich szczelin, w których człowiek nie został jeszcze zupełnie zmieniony przez cywilizację. U Janomamów nad Orinoko czułem podobny skurcz serca. Na Andamanach, gdzie Jarawa przez lata bronili swojej samotności strzałami z łuków, również miałem świadomość, że patrzę na resztki dawnego porządku. Teraz ten sam cień wisiał nad Korowajami.
Papua Zachodnia jest jednym z tych miejsc, gdzie sama przyroda długo broniła dostępu do kraju. Dżungla nie potrzebuje drutu kolczastego. Ma bagna, malarię, rzeki bez mostów, wilgoć oblepiającą płuca, ścieżki ginące po kilku krokach, owady, pijawki, upał, mrok i strach. Człowiek przybyły z zewnątrz szybko rozumie, że jego zegarek, mapa, buty trekkingowe, aparat satelitarny i zachodnia pewność siebie są tu tylko dekoracją. Prawdziwym panem pozostaje las. To on decyduje, czy pozwoli przejść, czy zatrzyma cię po kolana w błocie, powali gorączką albo zamieni drogę w zielony labirynt bez wyjścia.
W takim świecie Korowajowie mogli żyć poza naszym widzeniem. Nie znali wielkiej historii, granic państwowych, giełd, parlamentów, wojen religijnych Europy ani naszych ideologii. Żyli w małych klanach, rozrzuceni pośród lasu, w świecie sagowców, duchów, zemsty rodowej, łuków, świń, dzieci, ognia i lęku przed nocą. Ich domy, rumah tingi, zawieszone wysoko w koronach drzew, wyglądają jak gniazda olbrzymich ptaków.
Przez lata Korowajowie istnieli w naszej wyobraźni bardziej jako legenda. Mieszkańcy drzew, wojownicy, kanibale, ostatni ludzie epoki kamiennej – tak łatwo Zachód produkuje etykietki. Potrzebuje ich, aby świat był prostszy i atrakcyjniejszy. Turysta chce „dzikości”, ale podanej bezpiecznie, z biletem powrotnym, przewodnikiem i możliwością zrobienia zdjęcia. Tymczasem Korowajowie nie są rekwizytem. Są wspólnotą ludzi, którzy znaleźli się wobec wyboru właściwie niemożliwego: zostać w lesie albo wejść w naszą cywilizację i niemal na pewno utracić siebie.
Historia Nowej Gwinei znała jednak ludzi, którzy próbowali patrzeć na Papuasów inaczej. Nikołaj Mikłucho-Makłaj, rosyjski badacz z XIX w., nie przybył tu jak właściciel świata. Żył wśród miejscowych, obserwował ich z szacunkiem, próbował zrozumieć ich sposób myślenia, zanim europejska antropologia zdążyła spisać własne zasady. W epoce kolonialnej pychy było to coś niezwykłego. Chciał nawet ochronić Papuasów przed niemiecką ekspansją, proponując rodzaj niezależności pod rosyjskim patronatem. Historia miała inne plany. Miejscowych nikt nie pytał o zgodę. Ale pamięć o Makłaju przetrwała, bo ludzie rozpoznają różnicę między tym, kto przychodzi ich zrozumieć, a tym, kto chce ich urządzić po swojemu.
Jest też w tej części świata polski cień – Jan Stanisław Kubary,
Jacek Pałkiewicz, reporter, odkrywca źródła Amazonki, survivalowy guru, uczył kosmonautów i jednostki antyterrorystyczne strategii przetrwania w nieprzyjaznych środowiskach








