Tag "PiS"

Powrót na stronę główną
Kraj

Oddziały szturmowe Prezydenta RP

Kodeks karny nic nie mówi o karze dla głowy państwa znieważającej prezydencki majestat, naród i Polskę

Czułe przywitanie na Jasnej Górze Karola Nawrockiego z nazistowskim kryminalistą Tomaszem P. „Dragonem” wywołało powszechne oburzenie. Widocznie wielu komentatorów i publicystów zapomniało już o przygotowanym dla Jarosława Kaczyńskiego raporcie, który ujrzał światło dzienne w grudniu 2024 r. W dokumencie tym na 72 stronach opisano powiązania Nawrockiego – wówczas prezesa Instytutu Pamięci Narodowej, a wcześniej dyrektora Muzeum II Wojny Światowej – z kryminalistami, neonazistami i neohitlerowcami (pisaliśmy o tym w artykule „Karol z półświatka”, „Przegląd” nr 22/2025). Nawrocki nigdy w przekonujący sposób nie wytłumaczył się ze znajomości z bandytami, a wszyscy ci, którzy naiwnie myśleli, że jako prezydent się ucywilizuje, nie znają gangsterskich reguł. Otóż przynależność do środowiska stadionowych chuliganów jest dożywotnia i nie zrywa się znajomości z kimś tylko dlatego, że siedział w kryminale, zajmuje się działalnością przestępczą i ma nazistowskie tatuaże.

Bandycka elita

Trzeba uczciwie przyznać, że przy Grzegorzu Horodce ps. „Śledziu” „Dragon” to czeladnik – jeśli tego pierwszego uznać za mistrza w bandyckim fachu. 52-letni „Śledziu”, gdański stadionowy druh prezydenta Rzeczypospolitej i jeden z przywódców bojówki Lechii Gdańsk, przesiedział 14 lat w więzieniu za pobicia, udział w bójkach i nielegalne posiadanie broni. Na ramieniu ma wytatuowanego Adolfa Hitlera, a na rękach i plecach swastyki oraz motto SS: Meine Ehre heißt Treue (Moim honorem jest wierność). „Dragon”, 40-latek, szef bojówki Jagiellonii Białystok, ma na koncie wyroki za napaść z użyciem broni lub innego niebezpiecznego przedmiotu na funkcjonariusza publicznego, za podżeganie do napadu, w którym zginęła jedna osoba, i za zastraszanie świadków innego napadu. Uważany jest za zdemoralizowanego, pozbawionego empatii i wyjątkowo bezwzględnego człowieka.

W 2024 r. „Dragon” został skazany na sześć lat więzienia m.in. za kierowanie zorganizowaną grupą przestępczą, udział w bójkach i propagowanie faszyzmu. Wyrok nie jest prawomocny, poza tym, nawet jeśli Tomasz P. zostanie skazany, Nawrocki zapewne nie pozwoli, aby gnił w więzieniu, i go ułaskawi. Panowie znają się bardzo dobrze, a według

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Aktualne Przebłyski

Jak zaczynał Duda

Andrzej Duda kończy tak, jak zaczął. O tym, co było na początku, mówił już w grudniu 2020 r. („Polityka”) Tomasz Krawczyk, były doradca Lecha Kaczyńskiego. Właśnie w jego kancelarii pracował z Dudą. Nie miał złudzeń co do kadr PiS: „Wiadomo, jak to w PiS, ławka nie tyle jest nawet krótka, co w ogóle jej nie ma”. Co do Dudy też nie miał złudzeń: „Kiedy pozwolili mu powiedzieć, że jest uczniem i wykonawcą spuścizny Lecha Kaczyńskiego, dla mnie to był zgrzyt. Zbyt dobrze pamiętałem jego relacje z prezydentem”.

Bardzo wielu pamięta tamte czasy. Może więc staną w prawdzie.

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Felietony Jerzy Domański

Milioner w Budapeszcie

Chciał być szeryfem i zastąpić prezesa Kaczyńskiego. Przez osiem lat Ziobro zbudował w Ministerstwie Sprawiedliwości i prokuraturze system, który miał być dla niego trampoliną do awansu i zapewnić mu jeszcze większą władzę. Jego celem były pełna kontrola nad wymiarem sprawiedliwości, lojalne i posłuszne kadry oraz własne, silne zaplecze finansowe. Szedł do tego po trupach. Dosłownie, bo do dziś nieosądzona jest tragiczna śmierć Barbary Blidy. Ziobro i jego najbliżsi współpracownicy są w tej sprawie kluczowi do wyjaśnienia wszystkich podejrzanych okoliczności. Takich aresztowań o szóstej rano,

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Kraj

Przyjaciółka warta miliony

Za rządów PiS pieniądze wpadały do kieszeni Małgorzaty Raczyńskiej-Weinsberg jak zaczarowane

Ujawniony przez „Newsweek” mechanizm wyprowadzania pieniędzy z banku Pekao i z PZU na tzw. doradców zarządu był wyjątkowo bezczelny. Grupa cwaniaków zarabiała miliony złotych, nie wykonując żadnej pracy. Wśród nich znalazła się Małgorzata Raczyńska-Weinsberg, zaufana Jarosława Kaczyńskiego. Według ustaleń dziennikarzy Raczyńska w Pekao pracowała fikcyjnie od kwietnia 2022 r. do końca 2023 r. i przez ten czas zarobiła gigantyczną kwotę 3,3 mln zł. Natomiast w PZU przez 22 miesiące rzekomej pracy (od 1 lipca 2021 r. do 24 października 2023 r.) udało się jej wyciągnąć ponad 1,6 mln zł. Czyli w sumie Raczyńska obłowiła się na prawie 5 mln zł.

Kradzieżą (bo jak inaczej nazwać taki proceder?) zajmuje się już prokuratura, a trefna „doradczyni” twierdzi, że formułowane wobec niej zarzuty to „bezprecedensowy atak naruszający jej dobre imię” i „bezpodstawne oszczerstwa, których celem może być próba wyeliminowania jej z życia publicznego”. Raczyńska nie wyjaśniła jednak, w jaki sposób mogłaby doradzać prezesom Pekao i PZU. Nie ma bowiem bladego pojęcia o bankowości ani ubezpieczeniach, bo z wykształcenia jest polonistką ze specjalizacją nauczycielską, a dotychczas pracowała w szkole (była nauczycielką języka polskiego w technikum elektrycznym w podwarszawskiej Zielonce) i w mediach jako tzw. dziennikarka, choć jej misja nie była najwyższych lotów.

Może to się wydawać szokujące, ale brak stosownego wykształcenia i doświadczenia nie był też przeszkodą w zatrudnieniu Raczyńskiej w 2020 r. we władzach firmy Lotos Geonafta, litewskiej spółki córki gdańskiego koncernu Lotos, zajmującej się poszukiwaniami i wydobyciem ropy naftowej. Jako pracownica Geonafty Raczyńska dorabiała w Polskim Radiu, gdzie przeprowadzała wywiady dotyczące fuzji Orlenu i Lotosu. Jej rozmówcami byli prezes Lotosu Paweł Majewski, prezes Orlenu Daniel Obajtek i minister aktywów państwowych Jacek Sasin. Taką działalność można uznać za konflikt interesów, bo Raczyńska udawała niezależną dziennikarkę, a jednoczenie pobierała wynagrodzenie z Lotosu.

Talent do wynajdowania protektorów

Małgorzata Raczyńska nie byłaby tym, kim jest, gdyby nie znajomość z Jadwigą Kaczyńską, którą poznała w kościele na warszawskim Żoliborzu. „Przyjaźnię się z panią Jadwigą Kaczyńską. Cieszę się zawsze, kiedy mogę z nią porozmawiać. Każdy, kto poznał panią Jadwigę, wie, o czym mówię. Z sympatią i szacunkiem odnoszę się także do panów Kaczyńskich. (…) Znamy się głównie z kościoła. Z czasów, kiedy byliśmy na marginesie życia politycznego. (…) Spotykaliśmy się w kościele i rozmawialiśmy o bardzo różnych sprawach”, mówiła „Życiu Warszawy” (lipiec 2006).

Według plotek Raczyńska specjalnie jeździła do Kościoła św. Stanisława Kostki, wiedząc, że uczęszcza tam Jadwiga Kaczyńska; klękała obok matki prezesa PiS i w ten sposób panie się zaprzyjaźniły. A jak wiadomo, dla braci Kaczyńskich matka była najważniejszą osobą w życiu i byliby w stanie zrobić dla niej dosłownie wszystko. To pani Jadwiga omawiała z Jarosławem i Lechem ich decyzje, także te polityczne, a jej opinia o ludziach była dla bliźniaków istotna.

Małgorzata Raczyńska przedstawia się jako wybitna dziennikarka i

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Opinie

Od Paczkowskiego do Nawrockiego

Warszawski historyk ponosi niemałą część odpowiedzialności za kierunek, w jakim poszedł IPN

Prof. Andrzej Romanowski: „Dopiero w działaniu IPN widać, jakim piekielnym wynalazkiem była ta ustawa. Dzieło trzech profesorów: dwóch prawników, Andrzeja Rzeplińskiego i Witolda Kuleszy, oraz jednego historyka, Andrzeja Paczkowskiego. Żaden z nich nie ma nic wspólnego z PiS, a wszyscy oni sprowadzili PiS na Polskę”.

Zmarły 3 stycznia prof. Andrzej Paczkowski należał do najbardziej znanych polskich historyków. Pozycję zawdzięczał jednak bardziej mediom, które od początku lat 90. traktowały go niemal jak „urzędowego historyka III RP”, niż jakimś wybitnym osiągnięciom dziejopisarskim. Był bowiem jednym z pierwszych przedstawicieli środowiska historycznego, którzy zajęli się dziejami PRL, i konsekwentnie trwał przy tej tematyce, nie kryjąc przy tym swojego antykomunizmu. A przecież im dłużej istnieje III Rzeczpospolita, tym większe zapotrzebowanie na antykomunizm, który stał się właściwie oficjalną doktryną historyczną naszego państwa. Prof. Paczkowski miał w tym swój udział.

Pół rodziny

Urodzony w 1938 r., przeżył cały okres powojennej Polski, był więc równocześnie dziejopisem i świadkiem, a niekiedy nawet uczestnikiem ważnych wydarzeń tej epoki. Tak wspominał młodość w rozmowie z prof. Andrzejem Nowakiem (zamieszczonej w książce „O historii nie dla idiotów”, Kraków 2019): „Szkoła średnia to ZMP, Związek Młodzieży Polskiej, taka normalna »sieczka« – poranne apele, akademie ku czci, marsz żałobny po śmierci Stalina, piosenki o murarzach, traktorach (»hej traktory, rumaki stalowe…«) i mostach, co to są i na prawo, i na lewo. Na kółku recytatorskim, na które chodziłem, uczyliśmy się Majakowskiego (»kto tam znów rusza prawą? Lewa, lewa…«). Zresztą uczył nas Zbigniew Zapasiewicz, który był chyba o trzy klasy wyżej. To był Żoliborz, szkoła RTPD – Robotniczego Towarzystwa Przyjaciół Dzieci, przedwojenna, PPS-owska. Mój ojciec, wyrzucony w 1934 r. z partii komunistycznej za jakieś tam odchylenie, był po wojnie w PPS-ie. Dosyć to było hermetyczne, niewiele docierało. Potem się dowiedziałem, że ojciec nie został zweryfikowany do PZPR-u, że był kilkakrotnie wzywany do UB…”.

Pytany przez Andrzeja Nowaka o wspomnienia na temat „żołnierzy wyklętych” Paczkowski wyjaśniał: „Moi rodzice byli urzędnikami niższego czy średnio­niższego szczebla w Powszechnym Zakładzie Ubezpieczeń Wzajemnych. W niczym nie uczestniczyli. Moja mama była Żydówką, a więc niejako miałem pół rodziny, bo druga połowa nie istniała, nic nie było wiadomo o nich. W istniejącej aryjskiej połówce nie było nikogo, kto po wojnie konspirował, chociaż dwóch moich braci stryjecznych było w AK. Jeden był ranny w Powstaniu Warszawskim, drugi był ranny w Skierniewicach, gdzie mieszkał. Obaj studiowali i chyba po wojnie w niczym nie uczestniczyli. Jeden z nich zapisał się nawet do ZWM-u, czyli Związku Walki Młodych – komunistycznej organizacji młodzieżowej. W sumie miałem jakąś wiedzę o AK, o Powstaniu, też rzecz jasna o Legionach i Piłsudskim, ale o powojennej partyzantce niepodległościowej, czyli o »reakcyjnych bandach«, nic nie wiedziałem”.

Z punktu widzenia nacjonalistycznej prawicy, która dziś w Polsce dominuje, Andrzej Paczkowski pochodził więc nie tylko z żoliborskiej inteligencji, ale wręcz z „żydokomuny”. I przez wiele lat jego droga życiowa była typowa dla środowiska,

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Aktualne Przebłyski

Szefernaker – skromny milioner

Jak wygląda dekada Pawła Szefernakera? Zaczął od sukcesu w polityce, bo w 2015 r. został posłem PiS. I od skromnych 15 tys. zł oszczędności. Tyle przynajmniej wtedy zadeklarował. Po 10 latach ten oszczędny polityk wpisał do deklaracji w 2025 r. 1,33 mln zł. Szefernaker może powiedzieć, że w jego partii, czyli PiS, były nie takie kariery finansowe. To prawda. Na szczycie piramidy są Daniel Obajtek, były wójt Pcimia, i Mateusz Morawiecki. Gdzie tam do nich Szefernakerowi z mieszkaniem za 1,195 mln zł plus miejscem garażowym za 40 tys. zł.

Już nie jest posłem, ale szefem gabinetu Nawrockiego. Większa kasa za więcej kłamstw. I większy wstyd.

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Felietony Tomasz Jastrun

Coś się kończy

Oddala się od nas rok i jak wielki, zardzewiały okręt znika w mgłach przeszłości. Co nam zostawił? Już pewne, że zmiany klimatyczne nabierają tempa, a dzieje się to szybciej, niż przewidywali najbardziej pesymistyczni fizycy atmosfery. Wszyscy są jednego zdania: zmierzamy do katastrofy. Prawicowi politycy w to nie wierzą lub udają, że nie wierzą. To zapewne największy dramat naszej planety, powszechnie przeoczany, bo rozciągnięty w czasie. Wszystkie inne bledną. Chyba że w końcu zostanie użyty arsenał atomowy, wtedy szlag nas trafi o wiele wcześniej. Siedzimy na tym arsenale jak kura na jajku i grzejemy termojądrowe jajo. Broń atomowa trafia już do państw szalonych jak Korea Północna.

Prezydentem kraju, który do tej pory był strażnikiem demokracji w świecie, czasami pokracznym, został klaun, narcyz i podły człowiek. Bardzo go lubi i ceni nasz prezydent i chlubi się, że ten do niego czasami dzwoni. To, że Nawrocki, pełen strasznych wad, nacjonalista, został naszym prezydentem, jest tylko lokalną katastrofą, Trump jest katastrofą globalną.

Już widać, że Nawrocki urwał się PiS i jest prezydentem Konfederacji. Braun dla niego też jest w porządku, tylko chłop trochę przesadza, ma rację, ale zachowuje się niepolitycznie. Jak to możliwe, że grubo ponad milion Polaków za swojego idola i autorytet uważa faszystę, a może nawet nazistę? W kraju, gdzie doszło do największej zbrodni w historii naszej planety, właśnie z powodu ideologii, która Braunowi jest bliska. On i milion jego wyznawców pomagają nam zrozumieć to, co zdaje się niepojęte – jak Niemcy tak masowo mogli poprzeć nazizm.

Nie był to więc dobry rok ani dla nas, ani globalnie. Z drugiej strony nasza gospodarka świetnie pracuje. Polska wskoczyła do klubu 20 najbogatszych krajów świata. Jaka niespodzianka! Sami jesteśmy zaskoczeni. Przecież my, bałaganiarze, mało punktualni, trochę niechlujni, nie możemy powiedzieć, że organizacja i przestrzeganie reguł gry są naszą mocną stroną. A jednak udało się! Nasza narodowa prawica tymczasem uważa, że rządy liberalne rujnują kraj i że zagrażają nam Niemcy. Przyjaźni nam po raz pierwszy w historii. O Rosji prawica lubi milczeć. A przecież za naszą granicą trwa straszna wojna, Ukraińcy giną też za nas. Wedle prawicy jesteśmy jak w latach 30. wzięci w dwa ognie.

Okropna sytuacja,

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Kraj

Centralny Bank Rozrywki

Politycy PiS skompromitowali nawet tak powszechnie szanowaną instytucję jak Narodowy Bank Polski

Narodowy Bank Polski to filar bezpieczeństwa ekonomicznego kraju. Przysługuje mu wyłączne prawo ustalania i realizowania polityki pieniężnej. Podstawowym celem jego działalności jest utrzymanie stabilnego poziomu cen, odpowiada też za wartość narodowej waluty i za wspieranie polityki gospodarczej rządu (w granicach prawa). Choć prezesami NBP byli politycy różnych opcji, to na ogół nie wzbudzali kontrowersji, a opinia publiczna nie interesowała się tym, co się działo w murach banku przy ulicy Świętokrzyskiej w Warszawie.

Najdroższy stand-uper

Wszystko zmieniło się, gdy w czerwcu 2016 r. prezesem NBP został Adam Glapiński, zwany „Glapą”, stary druh Jarosława Kaczyńskiego, były polityk Porozumienia Centrum, którego nazwisko przewija się w licznych aferach (pisaliśmy o tym w artykule „Dziwne przypadki Glapińskiego”, „Przegląd” nr 29/2024).

Glapiński zna się na pieniądzach, bo organizował zaplecze finansowe PC. Jest również profesorem ekonomii, ale mało kompetentnym. Wielokrotnie mylił się w swoich prognozach, np. wiosną 2020 r., gdy ostrzegał przed deflacją, choć na horyzoncie widać już było inflację.

Jego wystąpienia publiczne nie mają waloru profesjonalizmu i merytoryczności, przypominają mądrości głoszone przez babcie handlujące pietruszką na straganach. Szef banku centralnego mówił np., że „gdy odczuwamy brak miłości, a nie ma w pobliżu kogoś, komu moglibyśmy zaufać”, to trzeba sobie kupić psa albo kota, bo „działają uspokajająco”. Radził też, by „nakierować swój sposób myślenia na dobre elementy”. Innym razem dywagował, że chleb jest drogi, bo ludzie zamiast kupować „skromny chleb baltonowski”, wybierają „taki z pestkami lub bezglutenowy”, i przypomniał, że „zastrzyk penicyliny w pupę boli”. Rosnącą inflację podsumował słowami: „Zejdźmy do tych 6 czy 7% na koniec roku, będziemy bardzo happy i to wtedy jest naprawdę inny świat. Chociaż media zawsze mogą podgrzać: wczoraj cebula przekroczyła wszelkie pułapy, tam chleb gdzieś tam w piekarni ktoś zapłacił tyle, pani Ania poszła i jej koszyk coś tam”.

Pleceniem takich andronów szef polskiego banku centralnego zapracował sobie na opinię komika, klauna, gawędziarza i najdroższego stand-upera (chodzi o gigantyczne zarobki Glapińskiego, o czym za moment). A że stracił kontakt z rzeczywistością, ośmiesza nie tylko siebie, ale i NBP. Siedzibę banku obkleił wielgachnymi banerami zachwalającymi swoje dokonania. Między innymi: „Wszystkie działania NBP są zgodne z prawem i spełniają najwyższe standardy międzynarodowe”, „Stopy procentowe NBP precyzyjnie i zawsze trafnie”, „Narodowy Bank Polski jako jeden z pierwszych rozpoczął walkę z inflacją”, „Dzięki NBP Polska jest na dobrej drodze, już od 4 miesięcy ceny prawie się nie zmieniły!” czy „Obciążanie NBP i rządu [PiS] za wysoką inflację to narracja Kremla”.

Zamachowcy Kaczyńskiego

Żenująca jest nie tylko retoryka Adama Glapińskiego. Niesmak budzą również wewnętrzne rozgrywki personalne. 11 listopada 2025 r. NBP wydał dementi do newsa Radia Zet o buncie w zarządzie banku przeciwko prezesowi. „Według mnie jest to dezinformacja w czystej postaci, a najlepszym tego dowodem są absurdalne nagłówki kreowane w mediach na bazie tego artykułu”, stwierdził Maciej Antes, rzecznik NBP. Temat podchwycił propisowski portal wPolityce, ale powielając narrację NBP o rzekomych kłamstwach Radia Zet.

Chyba coś jednak było na rzeczy, bo już 3 grudnia 2025 r. sześciu z dziewięciu członków Rady Polityki Pieniężnej pod przewodnictwem Adama Glapińskiego opublikowało dramatyczne stanowisko w „sprawie sytuacji w Zarządzie NBP”. Napisano w nim:

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Felietony Tomasz Jastrun

I już nowy rok

To zdążyło oddalić się w czasie, ale poczucie obrzydzenia pozostało. Nawrocki zażądał od Zełenskiego, stojąc tuż przy nim, wyrazów wdzięczności za naszą dla nich pomoc. W tym samym czasie Mentzen demonstrował, by nie pomagać Ukrainie. Na tle hasła: „Zełenski oddaj nam nasze 100 mld”. Potem pisał: „Nie jesteśmy sługami narodu ukraińskiego! (…) Chcemy, by Ukraina obroniła się przed rosyjską agresją, ale nie chcemy być frajerami, którzy dają się ogrywać. Przede wszystkim polskie interesy!”. Jacy łaskawi, chcą, by Ukraina się obroniła, Braun tego nie chce. Konfederację zaczynamy bliżej poznawać dopiero teraz. Jeszcze nie czujemy do tych ludzi takiego samego obrzydzenia jak do PiS, bo nie dali się nam dokładnie obwąchać, nie obnażyła ich władza.

A ściek internetu wlewa się do głów młodych ludzi. Widzę, jak przejmują wiele z tej ruskiej propagandy. Mój 15-latek zaczął nie znosić Ukraińców. On jest jeszcze kochany głupek, chwalony w szkole za inteligencję i że taki fajny chłopak, ale to umysł nieukształtowany. Jeśli większość Polaków jest choćby na jego obecnym naiwnym poziomie, to nie dziwota, że kupują prawicowe nacjonalistyczne głupoty. W sieci można znaleźć logiczne argumenty na każdą podłość i na każdy nonsens. Trzeba mieć sprawny aparat umysłowy,

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Andrzej Romanowski Felietony

Miszmasz

Miałem bodaj osiem lat, gdy w znalezionej w domu encyklopedii ujrzałem hasło „polsko-radziecka wojna”. Zdumiałem się. O wojnie takiej nigdy nie słyszałem, a pojęcia „Polska” i „Związek Radziecki” znajdowały się po jasnej stronie mego szkolnego widzenia. Od razu jednak przeleciało mi przez myśl, że w opowieść o takiej wojnie musi być wmontowany konflikt narodowej lojalności. Tymczasem nieznany autor opowiadał się jednoznacznie po stronie ZSRR.

Nieraz potem przypominałem sobie te moje dziecięce dylematy. Dobro narodu czy dobro hegemona? Prymat racji stanu czy prymat ideologii? W PRL nie zawsze było to jasne. Nie tylko polityka historyczna, lecz także polityka zagraniczna (nie mówiąc już o polityce wewnętrznej) nie była automatycznie zgodna z polską racją stanu – taki był los państwa zależnego. A jednak różne fakty mogły też służyć tezom z gruntu odmiennym. W październiku 1956 r. PZPR upomniała się wobec „radzieckich” o polską suwerenność. Plan Rapackiego i plan Gomułki służyły również polskiemu państwu. A układ PRL-RFN z grudnia 1970 r. w ogóle nie był konieczny z perspektywy Bloku (istniał już układ RFN-ZSRR) – był konieczny z perspektywy Warszawy. Stanisław Stomma powiedział mi kiedyś w wywiadzie: „PRL realizowała polską rację stanu do granic swych możliwości”.

Dlaczego to wszystko piszę? Dlatego że jest PiS. A od niedawna istnieje też pisowska emanacja: Pan Karol. W kręgach pisowskich pojęcie racji stanu stało się abstrakcją. Natomiast nie jest abstrakcją pisowski hegemon: Stany Zjednoczone. Oczywiście nie ma jeszcze mowy o tamtej, radzieckiej zależności. Zważmy jednak: Władysław Gomułka, trzymając kiedyś Nikitę Chruszczowa za guzik marynarki, potrafił mu przy świadkach zrobić awanturę za chwilową radziecką nielojalność wobec polskiej granicy zachodniej. Pan Karol na pytanie Donalda Trumpa, czy nazwisko „Nawrocki” wymawia się „Nouroki”, odpowiedział z radością twierdząco: nawet w takiej sprawie nie potrafił się hegemonowi przeciwstawić. Oczywiście są to drobiazgi, czy jest jednak drobiazgiem nieustanne walenie w polski rząd? Dystansowanie się od Ukrainy? Kwestionowanie jurysdykcji Unii Europejskiej? Jak kiedyś dla naszych propagandystów Związek Radziecki był ważniejszy niż Polska, tak dziś ważniejsza od racji stanu jest polsko-amerykańska wspólnota ideologiczna. Tylko czy państwo polskie ma w niej jakiś interes?

Hegemon radziecki,

a.romanowski@tygodnikprzeglad.pl

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.