Tag "PiS"
Siewcy polexitu. Antyunijne fejki są skuteczne
Straszenie Unią pozwala zbijać kapitał polityczny
Unia Europejska nie jest dziś w Polsce krytykowana – jest systematycznie w debacie politycznej obrzydzana. Nie przez poważną rozmowę o reformach, ale przez kpinę, kłamstwo i cyniczne straszenie, które mają jedno zadanie: produkować polityczne zasięgi oparte na emocjach. To nie jest już margines internetu. To zorganizowany strumień przekazów, w którym Unia rzekomo zakazuje gotowania obiadu i odbiera suwerenność, przytwierdzając nakrętkę do butelki. Absurd goni absurd, ale każdy z nich celnie trafia w poczucie zagrożenia.
Dziś polska prawica, w tym duża część PiS, dmie w tę antyunijną trąbę, aby zbijać kapitał polityczny przed wyborami parlamentarnymi w 2027 r. Politycy, którzy zapewniają, że „nie chcą polexitu”, jednocześnie robią wszystko, by oswoić społeczeństwo z myślą, że Unia jest wrogiem. Grają na granicy odpowiedzialności, licząc, że nad ogniem da się zapanować. Brytyjczycy już się poparzyli. Polska może wypaść z Unii nie dlatego, że tego chce, lecz dlatego, że zbyt długo rozum przegrywa z cynizmem, a fakty z algorytmami.
Dziś do wyjścia z Unii, o czym pisał na łamach „Przeglądu” Robert Walenciak, wystarczy zwykła większość parlamentarna.
Rozum uśpiony
– Antyunijną narrację w kontekście dezinformacji można podzielić na kilka kategorii. Pierwsza z nich to reakcja na bieżące decyzje urzędników lub Unii jako całości. W ten sposób narodził się np. fałszywy przekaz o tym, że UE będzie zmuszać obywateli do jedzenia robaków. Wszystko zaczęło się od rozporządzenia wykonawczego Komisji Europejskiej zezwalającego na wprowadzenie na rynek częściowo odtłuszczonego proszku ze świerszcza domowego. Wywołało to dyskusję, że już niedługo będziemy zmuszeni jeść owady, nie wiedząc o tym, co oczywiście było nieprawdą. Unijny dokument wymagał, aby informacja o tego typu dodatkach do żywności znalazła się na etykiecie – mówi „Przeglądowi” Mateusz Cholewa, zastępca redaktora naczelnego portalu Demagog.
Unia pozbawiła już twarzy połowę polskiej prawicy. Można tak wywnioskować, kiedy przejrzy się internetowe wpisy polityków i zwolenników prawicy, którzy wywołali legendarną już burzę po wprowadzeniu dyrektywy Single-Use Plastics, w konsekwencji której, m.in. nie da się oderwać zakrętki od plastikowej butelki. Problem jak z popularnego żartu: „Panie doktorze, mam problem z okiem”. „Jaki?” „Jak piję herbatę to mnie oko boli”. „Proszę przed piciem wyciągać łyżeczkę z kubka”. Butelkę tymczasem wystarczy obrócić.
Można się śmiać, ale to jeden z elementów strategii obrzydzania Unii, który trafia do milionów Polaków jako realny argument. Jednocześnie wielu osobom umyka fakt, że siewcy tych antyunijnych treści są dziś często europosłami.
Można śmiać się z argumentów, ale nawet ta głupkowata w przekazie strategia działa. W miediach społecznościowych poprzez algorytmy, które karmią się polaryzacją społeczną, część baniek informacyjnych, w których są zamknięci prawicowi odbiorcy,
k.wawrzyniak@tygodnikprzeglad.pl
Wiosenne niedzielne przedpołudnie
Choć od kalendarzowej wiosny dzielił nas jeszcze tydzień, pogoda w Krakowie była piękna i ciepła. Pojechałem za miasto, do Tyńca, by z bliska zobaczyć, jak przyroda budzi się po zimie do życia. Sceneria piękna. Siedzę na tarasie kawiarni, piję kawę. Dołem, u stóp skały, na której stoi opactwo, płynie spokojnie Wisła. Przede mną kościół i klasztor najstarszego w Polsce opactwa.
Benedyktynów do Polski sprowadzono w XI w. z Włoch. Wtedy nie było jeszcze ONR, PiS ani Konfederacji i nikt nie twierdził, że Polska jest tylko dla Polaków, nikt więc ich nie wyganiał. Osiedliwszy się zatem na polskiej ziemi, benedyktyni – a w ślad za nimi ich młodsi bracia cystersi – sprowadzali nad Wisłę Europę, a więc sztukę pisania, uniwersalną wówczas łacinę, sztukę uprawy roślin, nowoczesne jak na tamte czasy zielarstwo. Zakładali młyny, winnice, apteki. Benedyktyni przepisywali księgi… Oczywiście poseł Kownacki zapewne uważa, że było zgoła odwrotnie. Włoscy benedyktyni, a tym bardziej niemieccy cystersi dopiero tu, nad Wisłą, od miejscowych kmieci uczyli się łaciny, a potem zaczęli przepisywać znalezione pod ich strzechami księgi. Nie spierajmy się z nim, bo jeszcze nie daj Boże Suskiego powoła na arbitra i dopiero będzie!
Siedzę więc na słoneczku, popijam kawę, zerkam to na Wisłę, to na opactwo. Jest miło, czas jakby też płynął wolniej niż w pobliskim Krakowie. I nagle coś mnie podkusiło. Tak, podkusiło. Zajrzałem do Facebooka. A tam dyskusja o prezydenckim wecie do ustawy o SAFE. Czytam i oczom nie wierzę! Jakaś paniusia stwierdza krótko, że „prezydent dobrze zrobił, wetując, bo jest patriotą i dba o bezpieczeństwo Polski”. Jak paniusia sobie wyobraża to bezpieczeństwo przy niedozbrojonej armii, już nie pisze. Ktoś tam nieśmiało z paniusią próbuje dyskutować, ale bez skutku. Paniusia już wszystko, co wiedziała, napisała. A na odsiecz paniusi rusza cały legion mędrków.
Jeden z nich, jakiś jegomość dumny zapewne ze swojej mądrości i przenikliwości, wali w oponentkę paniusi jak husarskim obuchem. Ha, pożyczka miała być nie w złotówkach, ale w obcej walucie! A jak się wychodzi na kredytach w obcych walutach i co one są warte, to już się przekonali ci, którzy wzięli kredyty frankowe. Jegomość najwyraźniej jest przekonany, że za amerykańskie i koreańskie samoloty, czołgi, rakiety i haubice pisowski rząd Morawieckiego płacił gotówką i żadnych kredytów do spłacania nie mamy, a jak już brał kredyty, to zapewne w Banku Spółdzielczym w Limanowej, no i oczywiście w złotówkach. A może wierzy, że premier Morawiecki, kierując się typowym dla pisowców patriotyzmem, dorzucił coś ze swojego majątku, który, jak wiadomo,
Na ostrym zakręcie
Weto prezydenta jak czerwone sukno rzucone na rogi byka. Tysiące pełnych emocji komentarzy. Nie ma umiarkowanych, wszystkie pełne gniewu, nawet furii. Obie strony zarzucają sobie zdradę. I są tej zdrady przeciwników pewne. Nienawidzimy siebie już naprawdę serdecznie. Powody weta? Strach Nawrockiego przed prezesem. Wola Trumpa. Fobie wobec Unii. I nienawiść do Tuska i rządu, bo SAFE to wielki sukces premiera. Weto Nawrockiego nie zablokuje funduszy na polską armię, prezydent musiał to wiedzieć, a jak nie wiedział, to ktoś mu powiedział. Zatem to tylko gra polityczna, taniec na pobojowisku, jakim jest nasza scena polityczna. Jedno pewne – będziemy teraz jeszcze bardziej się nie znosić.
Zimna wojna domowa marzy o ogniu. Telewizja Republika rzyga chamskimi hasłami. Biorę oddech, zatykam nos i na kilkanaście sekund zanurzam się w szambie tej stacji. Paski krzyczą: „Szajka zdrajców i folksdojczów próbuje zadłużyć Polaków u Niemców na miliony euro”, „Prezydent zatrzyma przemarsz Niemców przez Polskę”. W jednym okienku mówi Sikorski (musieli to dać, bo transmitują obrady Sejmu), więc „na odtrutkę” w okienku obok maszerują oddziały Bundeswehry z pochodniami (Goebbels serdecznie się uśmiecha). Inne paski wołają: „Folksdojcz atakuje prezydenta Polski”, „Chrońmy prezydenta przed przemysłem pogardy”. Tak, to jest właśnie ta pokraczna gęba, która się kryje za maską PiS. Jeśli chcecie wiedzieć, czym naprawdę jest PiS, oglądajcie Republikę, ale ostrożnie, bo to jak wchodzić do zatrutego fekaliami strumienia.
Inna refleksja: bardzo jednak boli, że wydajemy i będziemy wydawać takie pieniądze na mnożenie narzędzi zabijania, zamiast przeznaczać je na zdrowie, na edukację, na piękne budowle. Cały ten kosmiczny sprzęt pewnie nigdy nie będzie użyty. Czy jest jednak inne wyjście? Nie ma – i to boli. I trudno nie mieć obaw, że cały nasz świat zmierza do samozagłady.
Przywódcy Iranu obiecują, że zamordują Netanjahu. Nawet nie wiedzą, jaką przysługę oddaliby Izraelowi i narodowi żydowskiemu. Ten człowiek bardziej zaszkodził Izraelowi niż wszyscy jego śmiertelni wrogowie. Stanowią z Trumpem niezwykły duet. Ale tu też jest paradoks,
Premierzy Kaczyńskiego: od Mazowieckiego do Czarnka
Czy następnym szefem rządu zostanie Przemysław Czarnek? Ogłoszenie jego kandydatury półtora roku przed wyborami parlamentarnymi tylko pozornie wydaje się przedwczesne. W istocie Jarosław Kaczyński kolejny raz postanowił przejąć inicjatywę, narzucając polskiej scenie politycznej kierunek rozwoju w wymiarze tyleż ideologicznym, co przede wszystkim personalnym.
Nie ma w dziejach III RP drugiego tak skutecznego polityka. Po raz pierwszy swoją sprawczość pokazał już 37 lat temu, latem 1989 r., gdy wraz z bratem (obaj byli świeżo wybranymi senatorami z listy Solidarności) otrzymał od Lecha Wałęsy misję utworzenia koalicji rządowej Obywatelskiego Klubu Parlamentarnego ze Zjednoczonym Stronnictwem Ludowym i Stronnictwem Demokratycznym. To „odwrócenie przymierzy” przez dotychczasowych satelitów PZPR uniemożliwiło powołanie rządu z gen. Czesławem Kiszczakiem na czele (pod patronatem nowo wybranego prezydenta Wojciecha Jaruzelskiego), a w rezultacie na czele nowego gabinetu stanął bliski doradca Wałęsy Tadeusz Mazowiecki.
Mazowiecki i początek „przyśpieszenia”
Wybór Mazowieckiego nie był przypadkowy. Sam lider Solidarności nie miał ochoty zostawać premierem, w grę wchodzili zatem trzej opozycjoniści o największym autorytecie: Jacek Kuroń, Bronisław Geremek i właśnie Mazowiecki. Spośród nich jedynie ten ostatni był praktykującym katolikiem, a nawet znanym dziennikarzem katolickim, tylko on też nie należał w przeszłości do PZPR, choć w czasach stalinowskich był aktywnym działaczem PAX, a potem wieloletnim posłem na Sejm PRL z ramienia koła Znak.
To zresztą znamienne dla solidarnościowej opozycji, że większość jej czołowych postaci miała w życiorysach dłuższą lub krótszą aktywność w oficjalnych strukturach PRL. Wtedy to Kaczyńskiemu nie przeszkadzało – i prawdę mówiąc, nie przeszkadzało mu nigdy w przypadku ludzi, którzy stali po jego stronie. Co innego przeciwnicy polityczni – tym zawsze potrafił wypomnieć „niewłaściwą” przeszłość, choć sam do 1989 r. wiódł dosyć spokojny żywot żoliborskiego inteligenta pochodzącego z rodziny dobrze ustawionej w tamtym ustroju.
Tadeusz Mazowiecki był więc pierwszym premierem wykreowanym przez Jarosława Kaczyńskiego. Oczywiście trzeba pamiętać, że nagły i niespodziewany awans 40-letniego zaledwie senatora Kaczyńskiego możliwy był tylko dzięki Wałęsie, który pod koniec lat 80. poszukiwał nowych współpracowników i znalazł ich w bliźniakach wywodzących się co prawda z przedsierpniowej opozycji, ale zajmujących tam znacznie niższą pozycję niż ludzie otaczający Wałęsę w początkach Solidarności.
Nie powinno zatem dziwić, że dla żadnego z braci Kaczyńskich nie znalazło się miejsce w pierwszym rządzie solidarnościowym, co zwłaszcza Jarosław musiał odebrać jako osobiste upokorzenie (Lech Kaczyński był wtedy zastępcą Wałęsy w NSZZ Solidarność i faktycznie kierował strukturami związku). Sam zresztą po latach wspominał: „Gdyby Mazowiecki dał mi wtedy sekretarza stanu, to bym się cieszył. Ale nic nie chciał dać”.
Pewną satysfakcją dla młodego, ambitnego polityka mogło być powierzenie mu przez Wałęsę jesienią 1989 r. funkcji redaktora naczelnego „Tygodnika Solidarność”, którą wcześniej pełnił Mazowiecki. Spowodowało to bunt i odejście większości zespołu redakcyjnego, ale dzięki temu Kaczyński mógł uczynić z oficjalnego pisma związku własny organ polityczny i ośrodek budowania przyszłej partii.
Partią tą stało się Porozumienie Centrum, utworzone w maju 1990 r., początkowo jako szeroki sojusz prawicowych środowisk popierających kandydaturę Lecha Wałęsy na prezydenta RP. Bo to właśnie prezydenckie ambicje gdańskiego noblisty postanowili wykorzystać bracia Kaczyńscy jako trampolinę do władzy i dominacji na scenie politycznej. A właściwie głównie Jarosław, który po latach wspominał: „Mój brat był zdecydowanie przeciwko wysuwaniu Wałęsy na prezydenta, bo znał go lepiej niż ja. Tę sprawę ja forsowałem. (…) Kalkulowałem na zimno, że trzeba wykorzystać dynamikę Wałęsy do stworzenia nowej siły politycznej”.
Na nieszczęście dla dalszych losów Polski przeciwnicy PC i Wałęsy przeforsowali koncepcję powszechnych wyborów prezydenckich, licząc na osobistą popularność ich kandydata – premiera Mazowieckiego. Sam Kaczyński był początkowo zwolennikiem wyboru Wałęsy przez Zgromadzenie Narodowe, ale gdy rozpoczęła się kampania wyborcza, szybko zrozumiał, jak świetnym polem dla demagogii i populizmu są powszechne wybory prezydenckie – i lekcji tej nie zapomniał do dzisiaj. To bowiem Kaczyński był ojcem demagogicznej i populistycznej polityki w III RP, rzucając już wiosną 1990 r. hasło „przyśpieszenia”, stanowiące krytykę rzekomej zbytniej powolności i zachowawczości rządu Mazowieckiego. Sam później tak definiował owo „przyśpieszenie”: „Należało przystąpić do zdecydowanych działań: zdelegalizować PZPR i
Jaka toczy nas choroba?
To plaga naszych lat – polityka staje się coraz bardziej knajacka. To w zasadzie wbrew logice, przecież świat jest coraz bardziej skomplikowany, zarządzanie jakimikolwiek procesami wymaga coraz większej wiedzy, poza tym rośnie grupa ludzi wykształconych. I co? I pojawia się Przemysław Czarnek, który woła: OZE-sroze, węgiel, węgiel! I to jest pomysł PiS na odzyskanie władzy.
Co ciekawe, szybko się okazało, że Czarnek zamontował na swoim domu panele fotowoltaiczne. Korzystając, a jakże, z unijnych dopłat, które zorganizowała gmina. Za panele i montaż instalacji zapłacił niewielką część kosztów, ledwie 8,1 tys. zł. A jego rachunki za energię spadły o ponad 1 tys. zł rocznie. Ale co tam! „Natychmiast, jak tylko minie okres trwałości projektu i spłaci mi się to wszystko, zdemontuję to świństwo!”, woła Czarnek.
My też wołamy: Premierze (in spe), odwagi! Wykaż się sprawczością! Teraz ściągaj panele! A my, dziennikarze, te 2 tys. zł, których ci brakuje do spłaty – dołożymy! To przecież będzie piękna transmisja, patrzeć na durnia, który wyrzuca z dachu fotowoltaikę! Ludzie będą to oglądać!
Koniec, panie Czarnek,
O co chodzi w wojnie Nawrockiego z rządem?
Walczy z Tuskiem i marzy o Rzeczypospolitej prezydenckiej
To widzimy: istniejący w Polsce system władzy Karolowi Nawrockiemu nie wystarcza, rozpycha się więc w nim, uzurpując sobie coraz więcej kompetencji.
„Prezydentowi Nawrockiemu wyraźnie uwiera gorset nałożony przez Konstytucję. Chciałby być rządem, sądem i prokuratorem”, komentował te starania na platformie X szef MSWiA Marcin Kierwiński. I nie są to zarzuty na wyrost.
Nawrocki chciałby być nad-rządem. Pilnować premiera, narzucać mu program działania i go rozliczać. Temu służyły zwoływane przez niego rady: Rada Gabinetowa i Rada Bezpieczeństwa Narodowego. Skończyły się dla prezydenta klapą. 27 sierpnia, podczas pierwszej (i ostatniej) Rady Gabinetowej, w zderzeniu z Donaldem Tuskiem Nawrocki poległ. Próbował rozliczać rząd, ale szybko mu przypomniano, jakie ma uprawnienia. Dyscyplinowaniu rządu i koalicji miała też służyć Rada Bezpieczeństwa Narodowego. Ostatnia miała miejsce 11 lutego. I jeżeli ją pamiętamy, to z awantury między Nawrockim a marszałkiem Sejmu Włodzimierzem Czarzastym.
Nawrocki chciał też kierować armią i służbami specjalnymi. Wzywał więc do Pałacu Prezydenckiego szefów służb. To też skończyło się klapą, szefowie na spotkanie nie przyszli. W rewanżu Nawrocki odmówił podpisania nominacji na pierwszy stopień oficerski 136 funkcjonariuszom ABW i Służby Kontrwywiadu Wojskowego.
Ostatecznie doszło do spotkania szefów służb z prezydentem, ale zaproszono na nie również ministra obrony i ministra koordynatora ds. służb specjalnych. A co do nominacji oficerskich, prezydent zapowiedział, że każdy wniosek będzie rozpatrywał „indywidualnie”.
Karol Nawrocki ingeruje także w obszar trzeciej władzy. Odmówił podpisania nominacji sędziowskich 46 sędziom. Chce mieć władzę nad sędziami, by się pilnowali, czy ich orzeczenia spodobają się prezydentowi, czy nie.
W tym kontekście jego weto do ustawy o KRS można uznać za detal. Natomiast detalem na pewno nie będzie to, czego się spodziewamy w związku z wyborem przez Sejm sześciu sędziów Trybunału Konstytucyjnego. A spodziewamy się – mówią o tym politycy PiS – że prezydent odmówi przyjęcia ich ślubowania. To będzie oznaczało, że konflikt wokół Trybunału Konstytucyjnego eskaluje i że Nawrocki jest tej eskalacji głównym winowajcą.
Prezydent chce też rządzić polityką zagraniczną. Nie podpisuje nominacji ambasadorskich i żąda uzgadniania z nim nazwisk ambasadorów. Do tego deklaruje, że niektórym nominacji nigdy nie podpisze. Próbuje kształtować polską politykę zagraniczną, zarówno jeśli chodzi o stosunki ze Stanami Zjednoczonymi, jak i w ramach Unii Europejskiej. Pałac Prezydencki wciąż usiłuje zmonopolizować kontakty z USA i z Donaldem Trumpem. Wmawiając nam przy tym, że Karol Nawrocki ma znakomite relacje z amerykańskim prezydentem. To oczywista bujda, ale służy do rozpychania się.
Jeśli chodzi o Unię Europejską, prezydent już wiele razy dał się poznać jako jej przeciwnik i polityk podgrzewający antyunijne nastroje. Podczas wizyty w Czechach, w listopadzie, wygłosił na Uniwersytecie Karola referat na temat przyszłości UE. Krytykował w nim obecną Unię za zbytnią „centralizację” i m.in. opowiadał się za zniesieniem stanowiska przewodniczącego Rady Europejskiej i za zmianą w systemie głosowania w Radzie UE. To była ta powtarzająca się fraza o Unii jako luźnym związku,
r.walenciak@tygodnikprzeglad.pl
Kapłan złomny
Ksiądz prałat gen. bryg. Sławomir Żarski ma pecha – padł ofiarą pomówień, a może wcale nie jest nieskazitelny
5 lutego 2025 r. agenci Centralnego Biura Antykorupcyjnego na polecenie prokuratury zatrzymali ks. Sławomira Żarskiego. Razem z duchownym zatrzymany został Ryszard Walczak, zaufany człowiek Antoniego Macierewicza, ulokowany za rządów PiS na stanowisku kierowniczym w nadzorowanym przez Ministerstwo Obrony Narodowej Wojskowym Instytucie Technicznym Uzbrojenia. Walczak nigdy nie powinien trafić do WITU, który prowadzi badania naukowe i prace rozwojowe dotyczące sprzętu wojskowego, bo nie ma stosownego wykształcenia (jedynie maturę) ani w ogóle pojęcia o broni. Ale wystarczyło, że był kolegą Macierewicza, działaczem PiS oraz inicjatorem budowy różnych pomników patriotycznych, m.in. Romana Dmowskiego w Warszawie przy Placu Na Rozdrożu, ks. Ignacego Skorupki w Ossowie oraz kard. Stefana Wyszyńskiego i ks. Jerzego Popiełuszki w podwarszawskich Ząbkach.
Ciężarówki za łapówkę
Prokuratura nie była zbyt wylewna w informowaniu opinii publicznej o kulisach sprawy. Z lakonicznego komunikatu wynikało, że Żarski z Walczakiem, „powołując się na wpływy”, mieli przyjąć łapówkę w zamian za pośrednictwo w dostarczeniu samochodów dla jednostek Wojska Polskiego. Pieniądze zostały zalegalizowane jako darowizna na cele kultu religijnego dla jednej z parafii. Natomiast w komunikacie CBA podano, że „zatrzymani mieli się powoływać w latach 2021-2022 na wpływy w instytucjach państwowych i podejmować się pośrednictwa, w zamian za korzyść majątkową albo jej obietnicę, w załatwieniu spraw związanych ze sprzedażą pojazdów ciężarowych dla WOT”. Agenci CBA „przeszukali 10 lokalizacji na terenie trzech województw, w tym siedziby kilku instytucji publicznych oraz miejsca zamieszkania zatrzymanych”, zabezpieczając dokumentację i nośniki pamięci.
Mężczyźni usłyszeli zarzuty w związku z art. 230 par. 1 Kodeksu karnego (płatna protekcja bierna). Za to przestępstwo grozi kara więzienia od sześciu miesięcy do ośmiu lat. Mimo podejrzenia popełnienia poważnego czynu zagrożonego wysoką karą Żarski i Walczak nie trafili do aresztu. Wobec duchownego zastosowano środek zapobiegawczy w postaci dozoru policji, a wobec działacza PiS dozór policji i zakaz opuszczania kraju. Ba, ks. Żarski nie został odwołany z funkcji proboszcza Parafii św. Apostołów Piotra i Pawła w Dębem Wielkim, gdzie od 2017 r. pełni posługę. Dlaczego bp Romuald Kamiński okazał taką łaskawość wobec podpadniętego kapłana, tego nie zdradził mi ks. Dawid Sychowski, rzecznik Diecezji Warszawsko-Praskiej, informując, że „do czasu wyjaśnienia sprawy przez kompetentne organy wymiaru sprawiedliwości powstrzymujemy się od udzielania informacji”.
Choć od zatrzymania i postawienia zarzutów minął rok, śledztwa nie zakończono. „Na chwilę obecną nie sposób wskazać przypuszczalnej daty zakończenia postępowania. Nie udzielamy również informacji o szczegółach poczynionych dotychczas ustaleń”,
Czy taki deal interesuje Nawrockiego?
Wojna o ambasadorów, jeżeli się skończy, zaowocuje jakimś dealem. Jakimś mniej lub bardziej formalnym podziałem, który pozwoli prezydentowi mieć kilku „swoich”.
Tak to wygląda. Do tej pory funkcjonuje w polskiej dyplomacji kilku ambasadorów wyznaczonych przez Andrzeja Dudę. Mówił o tym zresztą otwartym tekstem minister Sikorski: „W Pekinie, w Watykanie, w Kanadzie, w Rumunii nadal mamy ambasadorów prezydenta Dudy, w tym sensie, że prosił, żeby ich zostawić”. Dodalibyśmy do tego Krzysztofa Szczerskiego, ambasadora przy ONZ.
Ale wróćmy do wymienionej przez Sikorskiego czwórki. Czy w jakiś sposób polską dyplomację wzmacniają, czy nie za bardzo?
Najbardziej znany jest Jakub Kumoch, ambasador w Pekinie, doktorant Szczerskiego. Do MSZ dostał się poprzez pracę w Narodowej Radzie Rozwoju przy Prezydencie RP, i to od razu na stanowisko ambasadora w Szwajcarii. A tam wylansował się, nagłaśniając odkrycie polskich dziennikarzy na temat tzw. grupy Ładosia,
Ciemniak
Czytam, a właściwie słucham książki Wojciecha Lady o Berezie. Wstrząsająca. Przypominam, bo młodzi mogą nie wiedzieć: Bereza Kartuska to polski obóz odosobnienia, a prawdę mówiąc obóz koncentracyjny. Powstał w 1934 r., gdy pogłębiały się chaos polityczny i walki partyjne. Pomysłodawcą był premier Leon Kozłowski (kolaborował potem z hitlerowcami, AK wydała na niego wyrok śmierci), a kształt obozowi nadał słynny sadysta, zwany „Wieszatielem”, Wacław Kostek-Biernacki. Obóz przeznaczono dla przeciwników sanacji, a też dla tych, którzy uchodzili za niebezpiecznych dla państwa. Załapywali się więc jednako oenerowcy, jak i komuniści. Sąd nie był potrzebny, wsadzano wedle uznania.
Wiedziałem o Berezie, że była haniebna, ale wiedziałem niewiele. Nie przyszło mi do głowy, że ten istniejący do września 1939 r. obóz był aż tak podobny do hitlerowskich. Więziono tam setki, potem tysiące ludzi. Zamordowano niewielu więźniów, bo katowano umiejętnie, ale były samobójstwa i popadanie w obłęd. Ciągłe bicie pałkami, upokarzanie najrozmaitszymi torturami, najstraszniejszą był braku snu. Jak wiadomo,
NBP – prywatny folwark Glapińskiego
Przytulisko dla polityków i działaczy powiązanych z PiS
„Prezydencki projekt ustawy o Polskim Funduszu Inwestycji Obronnych realizujący Polski SAFE 0%” zgłoszony przez Karola Nawrockiego w kontrze do popieranego przez rząd Donalda Tuska „europejskiego” SAFE zakłada, że prawie 200 mld zł przeznaczone na modernizację Wojska Polskiego zostanie wygenerowane przez NBP. Prezes banku, Adam Glapiński, niegdyś wpływowy polityk Porozumienia Centrum oraz Prawa i Sprawiedliwości, stoi dziś u boku prezydenta i przekonuje, że źródłem pieniędzy na wojsko mogą być rezerwy walutowe NBP oraz rezerwy złota, którego, jak się okazuje, mamy 570 ton. A zyski i straty banku pojawią się, kiedy ON chce!
11 marca br. w trakcie specjalnej konferencji prasowej Glapiński stwierdził: „Zarząd NBP jest uprawniony do gospodarowania aktywami rezerwowymi i nie musi nikogo pytać o zgodę. To zasób narodowy, ale w zarządzie niezależnego banku centralnego. To zachodni standard. My mamy pełną autonomię. Nie Rada Polityki Pieniężnej”. Po czym dodał: „W ramach naszych uprawnień zarządzamy rezerwami. Możemy całkowicie sprzedać złoto i kupić dolary”.
Prezes Glapiński nie mógł dobitniej powiedzieć, że robi, co chce i kiedy chce.
Korzenie niezależności
2 kwietnia 1997 r. Zgromadzenie Narodowe, uchwalając Konstytucję RP, popełniło błąd. W art. 227, w którym zapisano kluczowe kompetencje NBP, zagwarantowano mu całkowitą niezależność. Podobne zapisy znalazły się w przyjętej przez Sejm 29 sierpnia 1997 r. ustawie o NBP. Później wielokrotnie na ten temat wypowiadał się Trybunał Konstytucyjny.
Dziś, mimo że kierownictwo NBP – mające ogromny wpływ na inflację, wzrost bezrobocia, sytuację finansową przedsiębiorstw i obywateli – ma słabą legitymację demokratyczną, gdyż nie pochodzi z wyborów powszechnych, w dziedzinie finansów może robić, co zechce. I nie ma sposobu, by postawić je, przynajmniej symbolicznie, przed jakimkolwiek trybunałem.
Jak do tego doszło? Gwarantowana konstytucyjnie niezależność banku centralnego wynika ze strachu. Jest wspomnieniem galopującej inflacji z drugiej połowy lat 80. XX w. oraz przykrych konsekwencji transformacji ustrojowej z początku lat 90. W końcu 1989 r. PRL była zadłużona za granicą na 42,3 mld dol. Były to tzw. długi gierkowskie. Zadłużenie wewnętrzne w PRL było relatywnie niskie, szacowane na kilka procent PKB rocznie. Rząd likwidował je, zaciągając nieoprocentowane, bez harmonogramu spłat, kredyty w NBP. W praktyce drukowano pieniądze w Polskiej Wytwórni Papierów Wartościowych. Ale realna wartość owych kredytów była zjadana przez inflację. Pojęcia długu publicznego i deficytu budżetowego nie istniały. Za to Polacy nauczyli się trzymać oszczędności w złocie i dolarach.
W pierwszych latach realizacji planu Balcerowicza także nie było słodko. W 1990 r. inflacja sięgnęła 249,3%, w roku 1991 – 60,4%, a w 1992 – 44,3%. W połowie lat 90. ekonomiści, dziennikarze, liderzy partii politycznych i część posłów, obawiając się dojścia do władzy populistów, którzy wrócą do dodruku pieniądza i ręcznego sterowania polityką NBP, zaczęli lansować hasło niezależności banku centralnego. Rozumiano, że gdy obywatele przestają wierzyć, że państwo dba o wartość pieniądza, gospodarka może wpaść w spiralę hiperinflacji,








