Tag "polscy sportowcy"

Powrót na stronę główną
Sport

Zostaliśmy na lodzie

Medalowe szanse Polski na igrzyskach Mediolan-Cortina 2026

Igrzyska olimpijskie wracają w Dolomity. To właśnie w Cortinie d’Ampezzo pierwszy medal zimowy wykombinował dla nas Franciszek Gąsienica-Groń, kombinator norweski, choć polski, a ściślej – zakopiański. Połączył udane występy na skoczni i w biegu na 15 km dokładnie 70 lat temu.

Przywykliśmy do tego, że za polskie sukcesy olimpijskie zimą odpowiada narciarstwo: sportowcy skaczący i biegający przywieźli aż 17 z 23 naszych medali igrzysk rozgrywanych na śniegu i lodzie. W ostatnim ćwierćwieczu najbardziej regularni byli skoczkowie, którzy stawali na podium każdych igrzysk oprócz Turynu. O nich było najgłośniej, byliśmy wszak potęgą jako drużyna. Polska szkoła skoków triumfowała w zawodach pucharowych, mistrzowskich i olimpijskich zarówno indywidualnie, jak i drużynowo. Małyszomania przeszła płynnie w stochomanię, a potem żyłomanię, kubackomanię, mieliśmy bowiem deszcz zwycięstw zapewniany przez złotą generację tej dyscypliny.

Niestety, starzy mistrzowie, choć dzielnie zmagają się z peselozą, nie są już w stanie walczyć o najwyższe cele, a wśród następców na razie nie widać zawodnika gotowego do walki o coś więcej niż miejsce w pierwszej dziesiątce. Kamil Stoch jedzie do Mediolanu jako chorąży polskiej reprezentacji, legendarny olimpijczyk, dla którego będą to już szóste igrzyska, ale na skocznię do Predazzo pojedzie już tylko po to, by ze skokami honorowo się pożegnać. Jedynym podium, jakie w tym sezonie udało się zaliczyć Polakom w pucharze świata, było trzecie miejsce w słabo obsadzonych zawodach duetów w Zakopanem. Wyskakali nam je Dawid Kubacki, który na igrzyska w ogóle nie pojechał, i nastolatek Kacper Tomasiak, nasza nadzieja na przyszłość, lider kadry narodowej, obecnie regularnie meldujący się w pierwszej piętnastce skoczków, ale smaku seniorskiego podium wciąż nieznający.

Próżno pokładać wiarę w szczęśliwe wiatry, które przed z górą półwieczem porwały Wojciecha Fortunę w Sapporo i dały mu złoty medal, bo w dobie precyzyjnych przeliczników punktowych fuksiarskich zwycięzców już prawie nie ma.

Skoki w tym roku zdominowała bezprzykładnie słoweńska rodzina Prevców – wśród pań Nika, wśród panów Domen, młodszy brat niegdysiejszego medalisty Petera, przeskakuje skocznie bez względu na ich rozmiar, w pucharze świata wypracował już sobie rekordową przewagę i jest murowanym faworytem do złota na dużej skoczni, a także jako lider reprezentacji Słowenii w konkursie drużynowym. Domen to miłośnik skoczni mamucich, wygrywa idealną pozycją w locie, kładzie się na nartach najodważniej, ale siła wybicia, która decyduje o sukcesach na skoczni normalnej, nie jest jego najmocniejszą stroną.

Teoretycznie to właśnie na obiekcie K-107 jesteśmy najbliżej miejsc medalowych, w czwartkowych treningach Tomasiak był piątym skoczkiem po podsumowaniu trzech serii, ale nadal do podium brakuje sporo; szanse medalowe na skoczniach mamy zatem iluzoryczne.

Nasza najdłuższa przerwa medalowa trwała aż 30 lat, od Fortuny ’72 do Małysza ’02, potem nasi sportowcy stali się gwiazdami światowego formatu również w dyscyplinach biegowych (niezapomniana Justyna Kowalczyk, multimedalistka z Turynu, Vancouver i Soczi) oraz łyżwiarskich (sensacyjne mistrzostwo Zbigniewa Bródki na dystansie 1500 m w Soczi) i trudno nam sobie wyobrazić kolejną imprezę, z której nie przywozimy ani jednego krążka.

Najpewniej z naszymi ambicjami medalowymi zostaniemy na lodzie, co jednak wcale nas z szans na triumfy nie odziera, przeciwnie, to wśród panczenistów mamy najsilniejsze ogniwa naszej kadry olimpijskiej. Lodowi sprinterzy, zarówno Damian Żurek, jak i Kaja Ziomek-Nogal, to aktualni wiceliderzy pucharu świata,

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.