Tag "polska polityka"

Powrót na stronę główną
Kraj

Egzamin ekipy Tuska

Po pierwszym roku rządów Koalicji 15 Października poprosiliśmy politologów i komentatorów o podsumowanie. Zapytaliśmy, jak oceniają ostatnie 12 miesięcy w wydaniu ekipy Donalda Tuska, a także o najsłabsze i najmocniejsze ogniwa w koalicyjnym rządzie. Wykładowcy wystawiają oceny. Czy rząd Tuska zda na pięć, czy ledwo zmieści się w trójce?

 

Dr hab. Wojciech Peszyński,
politolog, Uniwersytet Mikołaja Kopernika

Jeżeli miałbym ocenić rok rządów jak nauczyciel akademicki, czyli w skali od dwa (niedostateczny) do pięć (bardzo dobry), to mogę dać solidne cztery. Po pierwsze, nie można było po tej koalicji zbyt wiele się spodziewać, ponieważ jest to tzw. koalicja kordonowa, którą połączył jeden cel: odsunąć PiS od władzy. W rządzie są więc przedstawiciele pięciu partii politycznych z silnym liderem w roli premiera. Oprócz Rady Ministrów mamy jeszcze drugą stronę władzy wykonawczej – prezydenta RP. A ten rządowi niczego nie ułatwia. Mimo takich warunków ekipie Tuska udało się odblokować środki unijne, co jest sprawą fundamentalną. Szczególnie że za wschodnią granicą toczy się wojna. Dlatego kontynuowana jest polityka poprzedniego rządu w kwestii zbrojeń, co wiąże się z ogromnymi kwotami przeznaczanymi na obronność państwa. Koalicja spiera się na wielu polach, ale w końcu polityka to sztuka rozwiązywania konfliktów.

Po drugie, PiS próbowało zasiać wśród wyborców strach, że jak tylko Tusk dojdzie do władzy, odbierze świadczenia socjalne. Tak się nie stało, a nawet doszły kolejne, np. „babciowe”.

Po trzecie, mimo twierdzeń największej dziś partii opozycyjnej, czyli PiS, że media publiczne należą do Tuska, dowiadujemy się z nich, jak również z tzw. liberalnych mediów, o aferach dotyczących obecnego rządu. Porównajmy to z takimi tytułami jak „Do Rzeczy”, „Sieci” czy mediami publicznymi pod rządami PiS – nie dowiadywaliśmy się stamtąd o żadnej aferze związanej z obozem ówczesnej władzy. Warto zwrócić uwagę, że wszelkie afery są zduszane w zarodku. Weźmy ministra dewelopera, który wyleciał ze stanowiska po paru godzinach. W listopadzie zatrzymano też prezydenta Wrocławia Jacka Sutryka i postawiono mu zarzuty. Tymczasem o niejasnościach związanych z Funduszem Sprawiedliwości dowiedzieliśmy się po prawie ośmiu latach i nikt ludzi Ziobry w tym okresie nie ruszył. Szybkie reagowanie na afery to ewidentny plus obecnego gabinetu.

Najmocniejszym elementem tego rządu jest Donald Tusk. Zauważmy, że jest makiawelistą. Premier świetnie czuje politykę i dobrze się porusza w mediach, co widać przy każdym wystąpieniu. Z drugiej strony jego nazwisko nie łączy się z żadnym dużym projektem politycznym, typu piątka Kaczyńskiego, którą ludzie cały czas pamiętają. Należy za to podkreślić, że Tusk wszystko w tym rządzie spaja. Co nie jest zadaniem łatwym, gdy w koalicji mamy pięć partii o często zupełnie różnych poglądach.

Najsłabszym ogniwem jest kierująca Ministerstwem Klimatu i Środowiska Paulina Hennig-Kloska. Zielony Ład i kwestie środowiskowe to tematy, na których łatwo sobie skręcić kark. Prawdopodobnie Donald Tusk specjalnie wstawił do tego resortu Hennig-Kloskę, aby swoim brakiem sprawczości – chodząc po lasach, nie widzi się chociażby zastopowania wycinek – osłabiała pozycję Szymona Hołowni i Polski 2050. Marszałek Sejmu również miał swoje pięć minut, jednak nie wykorzystał dobrze rosnącej popularności.

Jeśli mówimy o słabościach rządu, warto wspomnieć jeszcze o dużej liczbie zatrzymań. Trzeba jednak zapytać, co z tego wynika. W wielu wypadkach postępowania prowadzone są za długo, a podejrzanym nie stawia się zarzutów. Jedyny zaś sukces to na razie sprawa Kamińskiego i Wąsika. Być może prokuratorzy czekają na rozstrzygnięcie wyborów prezydenckich, co odblokuje część działań prokuratury. Ale można wziąć pod uwagę inną ewentualność. Zatrzymania mają karmić tzw. fanatyczny elektorat Platformy, który po prostu oczekiwał takich efektownych działań pod hasłem jak najszybszych rozliczeń.

 

Prof. Robert Alberski,
politolog, Uniwersytet Wrocławski

Ocena rządu musi uwzględniać kontekst, w którym ten rząd działa.

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Kraj

Pisowski Indiana Jones

Kim naprawdę jest były szef ABW

Doprowadzenie przez policję Piotra Pogonowskiego do Sejmu otworzyło nowy rozdział w polityce. Jeszcze nigdy bowiem nie zdarzyło się, aby wobec świadka zastosowano podobną procedurę. Wprawdzie Pogonowski podpierał się „wyrokiem” tzw. trybunału Julii Przyłębskiej, który „unieważnił” komisję ds. Pegasusa, ale większość sejmowo-rządowa na szczęście nie przejmuje się tym, co mają do powiedzenia marionetkowi sędziowie Trybunału Konstytucyjnego na usługach PiS.

Jak można było się spodziewać, Pogonowski nie chciał odpowiadać na pytania, zasłaniając się tajemnicą. Siebie zaś przedstawiał jako apolitycznego szefa służby specjalnej. „Służyłem wolnej, sprawiedliwej Polsce. Czuję się związany z prawem, sprawiedliwością, uczciwością, dobrem, prawem i pięknem”, deklarował, co zabrzmiało zabawnie.

Chuligan i naukowiec

Pogonowski to stary druh Mariusza Kamińskiego i Macieja Wąsika. Panowie działali w zadymiarskiej Lidze Republikańskiej. Liga powstała w grudniu 1993 r. w odpowiedzi na „powrót komunistów do władzy”, czyli wygranie przez SLD demokratycznych wyborów parlamentarnych i utworzenie przez lewicę rządu z PSL. Sfrustrowany Kamiński i jego towarzysze nie mogli się pogodzić z wolą suwerena. Działacze Ligi Republikańskiej wszczynali burdy i bijatyki, rozbijając legalne manifestacje i spotkania organizowane przez środowiska lewicowe. Celem chuliganów stały się m.in. pochody i zgromadzenia pierwszomajowe, w których brało udział wiele osób w podeszłym wieku. W uczestników rzucano kamieniami, jajkami i petardami. Petardą trafiony został prof. Krzysztof Dunin-Wąsowicz, jajkami bojówkarze obrzucili też prof. Jerzego Wiatra, ministra edukacji narodowej. I pobili posła Andrzeja Urbańczyka, który wraz z innymi parlamentarzystami SLD, działaczami i sympatykami lewicy chciał złożyć kwiaty pod Krzyżem Katyńskim i pomnikiem Grunwaldzkim w Krakowie. W czasie kampanii prezydenckiej w 1995 r. Kamiński, Wąsik i spółka rozbijali spotkania wyborcze Aleksandra Kwaśniewskiego.

Z ulicznego chuligana Pogonowski przeistoczył się w katolickiego naukowca. Na KUL skończył studia prawnicze i historyczne

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Felietony Tomasz Jastrun

Wojna o koniec wojny

Przez najbliższe miesiące będziemy oglądać, jak Kaczyński z Nawrockim kończą wojnę polsko-polską. Prezes to kończenie zapowiedział, a słowo prezesa jest święte. Czeka nas niezwykły okres krwawych bitew w ramach wojny o koniec wojny. Przypomina mi się, jak w czasach imperium sowieckiego w Moskwie i w koloniach walczono o pokój. Była nawet zajmująca się tym organizacja, wszędzie wisiały hasła: „Walczymy o pokój”. Symbolizował tę wojnę biały gołąbek pokoju. Nawet radziecka broń termojądrowa walczyła o pokój. Walczyli, tłumiąc powstanie węgierskie i pacyfikując Czechosłowację, o pokój też walczyli w Afganistanie. Teraz będzie u nas wojna, by zakończyć wojnę polsko-polską. A ja się dowiedziałem od prezesa, że nie mam genu polskości. Pocieszam się, że to dotyczy kilkunastu milionów Polaków. Ewentualnie mają ten gen, ale zostali oszukani przez tych bez genu.

Moja znajoma dyrektorka szkoły mówi, że na szczęście bardzo się poprawiła sytuacja materialna nauczycieli. A większym problemem niż uczniowie są rodzice. Rozsypały się zasady wychowawcze i między rodzicami wybuchają nieustanne konflikty, na co zezwalać, a czego zakazywać. To również istotny powód rozwodów. Największy problem jest z dziewczynkami, co zresztą obserwuję u znajomych. Obliczyłem, że dotyczy to co najmniej czterech rodzin, z którymi jesteśmy blisko. Rozpadł się model grzecznej dziewczynki, a nie ma nowej formy.

Krytykowałem w poprzednim felietonie naszą policję, że taka opieszała. W Warszawie i w jej okolicach grasowały gangi dekarzy

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Felietony Roman Kurkiewicz

Figuranci demokracji

Zaczęło się. Musiało się zacząć. Tak to już jest z wyścigami. Zawsze mają start, przeważnie metę, wynik, rezultat, sukces lub porażkę, swoich pewniaków i farciaków, faworytów i niedoszacowanych, zasłużonych i przypadkowych. Problem polega na tym, że demokracja nie jest dyscypliną sportową. A może już jest? Właściwie zasadne wydaje się nawet pytanie, czy wybory prezydenta w kraju takim jak Polska są jeszcze zjawiskiem politycznym, czy już wyłącznie marketingowo-sprzedażowym. Jak w USA, tylko wciąż taniej niż tam.

Znamy już nazwiska kandydatów dwóch głównych sił polityczno-partyjnych. Żaden z nich nie jest liderem politycznym własnej formacji. Bliskie prawdy absolutnej jest stwierdzenie, że raczej obrazują antypody swoich liderów, choć bardziej zdecydowanie uwaga ta dotyczy pisowskiego pomazańca, Nawrockiego. Gdyby zrobić test wzrokowy, jak w niektórych zabawach określających inteligencję, i postawić w jednym rzędzie Jarosława Kaczyńskiego, Przemysława Czarnka, Mariusza Błaszczaka, Beatę Szydło i Karola Nawrockiego, a potem zapytać, który element nie pasuje, nie byłoby żadnej wątpliwości, że to obecny szef IPN. Im bardziej się różni od liderów albo ich akolitów, tym lepiej. I jeszcze nazwanie go przez najbardziej partyjniacką polską partię polityczną kandydatem obywatelskim! Wilk jest owcą! Złodziej sędzią! Maluda wielkoludem!

Murarz piekarzem! Doktor nauk robotnikiem!

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Kraj

Karol – rozwalacz pomników

Przekaz IPN jest prosty: okupację hitlerowską zastąpiła okupacja sowiecka

Wybór Karola Nawrockiego na prezesa Instytutu Pamięci Narodowej nie budził żadnych wątpliwości. Nie tylko dlatego, że w latach 2013-2017 Nawrocki był naczelnikiem Oddziałowego Biura Edukacji Publicznej IPN w Gdańsku, a potem nominatem wicepremiera Piotra Glińskiego, czyli PiS, na dyrektora Muzeum II Wojny Światowej. Sprawdził się na tym stanowisku wręcz znakomicie, zwolnił, kogo trzeba, tj. ludzi niewygodnych dla prawicy, i zmienił ekspozycję. W wyborze na prezesa IPN miał poparcie kolegium instytutu, w którym prym wiedli dobrzy znajomi z muzeum. Sławomir Cenckiewicz, Tadeusz Wolsza i Andrzej Nowak zasiadali jednocześnie w radzie muzeum. Trzeba też pamiętać, że do konkursu nie stanęli ludzie z odpowiednim dorobkiem i doświadczeniem, bo wiedzieli, że wszystko jest ustawione. A czterech kontrkandydatów Nawrockiego wywoływało bardziej uśmiech niż poważanie. Na uwagę zasługuje i to, że kolegium (całkowicie opanowane przez nominatów prawicy) jednogłośnie opowiedziało się za Nawrockim, choć np. jego poprzednicy, Janusz Kurtyka czy Łukasz Kamiński, w głosowaniach zwyciężali przewagą zaledwie jednego głosu.

Nie dziwi zatem, że 248 posłów poprzedniego Sejmu zagłosowało za kandydaturą Nawrockiego (198 było przeciw), a Senat (23 lipca 2021 r.) stosunkiem głosów 52 do 47 zaakceptował wybór. Jeszcze tego samego dnia Sejm przyjął od Nawrockiego ślubowanie.

Gdy promowany był na prezesa IPN

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Kraj

Nawrocki w pakiecie Kaczyńskiego

Karol Nawrocki – nowy pupil prezesa

Czy Karol Nawrocki uratuje PiS? Od tygodnia jest oficjalnym kandydatem Jarosława Kaczyńskiego na prezydenta, ma wygrać z Rafałem Trzaskowskim. Kogo tym razem prezes chce Polakom sprezentować?

PiS przekonuje, że Karol Nawrocki to Andrzej Duda 2.0. Odważna teza. Po pierwsze, Andrzej Duda mimo wszystko jakimś politycznym CV mógł się legitymować. Był w karierze wiceministrem sprawiedliwości, europosłem, rzecznikiem klubu PiS, kandydatem PiS na prezydenta Krakowa i ministrem w Kancelarii Prezydenta. Karol Nawrocki może sobie zapisać w życiorysie tylko trzy pozycje: był szefem IPN w Gdańsku, potem dyrektorem Muzeum II Wojny Światowej, które to stanowisko obejmował w atmosferze pisowskiego zamachu, no i prezesem IPN, którym jest do dziś. Doświadczenie, jeśli chodzi o funkcjonowanie państwa, o politykę międzynarodową i gospodarkę, ma praktycznie zerowe.

Ale machina PiS już ruszyła. Przedstawiają nam Nawrockiego jako patriotę, a on sam woła, że chce jednoczyć Polaków i że żyje skromnie.

Tyle że to bajki.

Opowieść o sowieckiej kolonii

Przede wszystkim Nawrocki nie zamierza nikogo jednoczyć. Posłuchajmy go. Prezentuje prymitywny antykomunizm, typowy dla kibola, zaskakujący w ustach historyka. Ma się wrażenie, że przemawia jakiś wiecowy zapiewajło. Pełen patosu, odmieniający przez przypadki miłość do ojczyzny, służbę narodowi, obronę Polski itd. I nie jest to błąd systemu czy spin doktorów, którzy kazali mu tak mówić. Jeśli posłuchamy jego wcześniejszych wystąpień, okaże się, że właśnie taki jest.

Traktuje antykomunizm religijnie, nie interesują go powody, dla których tysiące ludzi stawało pod czerwonym sztandarem, nie ma naturalnej dla historyka ochoty, by pewne procesy i decyzje analizować, wszystko ocenia zero-jedynkowo. Zachowuje się jak kibic wobec przeciwnej drużyny.

Gdy był przesłuchiwany w Sejmie jako kandydat na prezesa IPN, deklarował, że szanuje wszystkie ugrupowania przedwojenne – z wyjątkiem KPP, bo to rosyjska agentura. Odmawia jej zatem prawa do czegokolwiek. Polska Ludowa? Mówi o niej wprost: była komunistyczną kolonią sowiecką. Wojciech Jaruzelski zaś to komunistyczny zbrodniarz.

A Unia Europejska? Według Nawrockiego chce ograniczyć naszą suwerenność. Zwłaszcza Niemcy.

Wszystko jest więc złe, poza skrajną prawicą, która jest dobra. Krzyże, Dmowski, niepodległość, Polska skrzywdzona i cierpiąca, patrioci kontra agenci – w takim obszarze pojęciowym Nawrocki funkcjonuje, trudno wobec tego wyobrazić sobie, by mógł jednoczyć. Chyba że grupy kibicowskie.

Opowieść o skromności

Drugą bajką Nawrockiego jest ta przedstawiająca go jako człowieka z ludu. Nie jest zmyślona – Nawrocki wywodzi się z robotniczej dzielnicy Gdańska – ale została zmanipulowana. Manipulację zaczął Jarosław Kaczyński, który ogłosił, że Nawrocki jest kandydatem obywatelskim i niezależnym, popieranym przez PiS. Jakby chciał powiedzieć, że w hali Sokoła w Krakowie akurat odbywała się prezentacja kandydata, a on przechodził,

r.walenciak@tygodnikprzeglad.pl

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Felietony Jan Widacki

Mamy kandydatów na prezydenta

No to wszystko już jasne. Poza Lewicą wszystkie partie pokazały już swoich kandydatów na prezydenta Rzeczypospolitej, którego wybierać będziemy w maju.

W Koalicji Obywatelskiej od pięciu lat niekwestionowanym kandydatem na prezydenta był Rafał Trzaskowski. W ostatnich tygodniach jednak ogłoszono partyjne prawybory, w których obok Trzaskowskiego kandydował Radosław Sikorski. Zachodzili w głowę różni spece od polityki i komentatorzy, po co te prawybory. Złośliwi mówili, że po to, aby spuścić trochę powietrza z nadętego ambicją Sikorskiego, z obawy, aby go nie rozerwało. Aczkolwiek troska o całość cielesnej powłoki ministra spraw zagranicznych nie wydaje się wystarczającym powodem do organizowania prawyborów. Inni (też w sumie złośliwi) mówili, że Donald Tusk chciał w ten sposób upokorzyć Sikorskiego, dać mu lekko po nosie, aby go nie zadzierał i poznał swoje miejsce w szeregu.

Tak czy inaczej Rafał Trzaskowski z miażdżącą przewagą prawybory wygrał i znów, po krótkiej przerwie, jest kandydatem na prezydenta. Aby było dziwniej, przed wyborami kandydaturę Sikorskiego poparł… Aleksander Kwaśniewski, który z jakichś powodów wolał prawicowego Sikorskiego niż centrolewicowego Trzaskowskiego. Wszystko jedno, przynajmniej to mamy już za sobą.

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Felietony Tomasz Jastrun

Kura i jajko

Do Trzebini przez Kraków. Mało ładnego w Trzebini, ale kończy się budowa przeszklonej biblioteki. Śpię w dworze Zieleniewskich, gdzie znajduje się centrum kultury. Mam tam dwa spotkania z uczniami ze szkół w Trzebini i w Chrzanowie. Wykłady, powiedzmy – warsztaty dla uczniów o tym, jak gromadzić materiał do tekstów i jak pisać. Mają brać udział w konkursie na pracę o ofiarach Holokaustu w Trzebini i w pobliskim Chrzanowie. Nie wiem, co z tego wyjdzie, skoro już prawie nie ma świadków. Pytam uczniów, czy są wśród nich antysemici. Dwóch chłopców z liceum w Chrzanowie śmiało podnosi rękę. Nie zapytałem, dlaczego tak o sobie myślą. Miałem chyba poczucie, że to intymne zwierzenie, jakby mieli mówić o wstydliwej chorobie. Teraz żałuję. Druga klasa, wojskowa, była z Trzebini, przyszli w gustownych mundurach. Okazali się wolni od uprzedzeń, ale czy byli szczerzy? Tak się porobiło, że trochę wstyd mieć uprzedzenia rasowe. Nauczycielka podeszła potem do mnie i, potwierdzając moje podejrzenia, powiedziała, że sprawa nie jest taka prosta.

Spotkania zorganizowała Agnieszka Kostuch, z którą znamy się od dawna, pochodzi z małego Trzemeszna. Jest sporo młodsza ode mnie. Ma pasję do literatury i wiele innych. Jej ostatnie zainteresowania to dawna społeczność żydowska i Holokaust. W Trzemesznie wskrzesiła zniszczony przez czas i ludzi cmentarz żydowski, wciągnęła w to grupkę osób. A w Trzebini, gdzie teraz mieszka, powołała Stowarzyszenie Kehila Trzebinia, które walczy o uratowanie zrujnowanej synagogi w tym mieście i organizuje spotkania. Wspaniale, że są tacy ludzie, rozsiani po małych miasteczkach jak drogocenne kamienie.

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Kraj

Zasłużeni dla PiS

Komu prezydent Andrzej Duda przyznaje najważniejsze odznaczenie państwowe

Order Orła Białego jest najstarszym i najwyższym polskim odznaczeniem. Powinien być nadawany najwybitniejszym Polakom, ludziom o nieposzlakowanej opinii, a także zasłużonym dla Polski najwyższym rangą przedstawicielom państw obcych. I tak też było za prezydentury Lecha Wałęsy, Aleksandra Kwaśniewskiego i Bronisława Komorowskiego. Odznaczeni zostali wtedy m.in.: gen. Stanisław Maczek, Witold Lutosławski, Czesław Miłosz, Karol Modzelewski, Bronisław Geremek, Stanisław Lem, Leszek Kołakowski, Jacek Kuroń, Marek Edelman, Gustaw Herling-Grudziński, Wiesław Chrzanowski.

Prezydent Andrzej Duda przyznał 101 Orderów Orła Białego, z czego 36 pośmiertnie. Poza nielicznymi wyjątkami (jak Franciszek Pieczka,  prof. Ryszard Gryglewski czy prof. Henryk Skarżyński) odznaczenie to było przyznawane po linii politycznej i ideologicznej.

Naukowcy

Z okazji Narodowego Święta Niepodległości Orderem Orła Białego odznaczony został były minister edukacji, senator i europoseł PiS Ryszard Legutko. Jak poinformowała Kancelaria Prezydenta, polityk dostał order „w uznaniu znamienitych zasług dla Rzeczypospolitej Polskiej, za osiągnięcia w działalności naukowej, za zaangażowanie na rzecz kształtowania społeczeństwa obywatelskiego i działalność publiczną”. Czy aby na pewno te zasługi są znamienite?

Jeśli chodzi o dokonania naukowe, to są one raczej przeciętne, choć jeszcze 30 lat temu Legutko był postrzegany jako specjalista od filozofii starożytnej, a jego tłumaczenia i komentarze dialogów Platona były lekturą obowiązkową studentów na zajęciach z historii filozofii i historii myśli politycznej. Zamiast nauką Legutko wolał jednak zająć się polityką. Reprezentował najtwardsze, betonowe skrzydło partii Jarosława Kaczyńskiego. Popierał lustrację na uniwersytetach, zamach na niezależność sądownictwa, podporządkowanie edukacji oraz nauki partyjnej ideologii PiS, zwalczał środowiska LGBT, ekologów, liberałów i lewaków. Unię Europejską uważał za twór neomarksistowski i komunistyczny. Usprawiedliwiał lub bagatelizował najgorsze świństwa

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Kraj

Dosyć wojny z PRL!

Pożytki płynące z funkcjonowania IPN w obecnej postaci są nader wątpliwe

Mimo obietnic złożonych w kampanii wyborczej wydatki na opływający w dostatki propagandowy Instytut Pamięci Narodowej nie zostały jeszcze obniżone. W tym samym czasie inne placówki historyczne nadal biedują. Jak donosi raport Najwyższej Izby Kontroli, w latach rządów PiS następował coroczny szokujący wzrost budżetu na funkcjonowanie IPN. Najpierw z 396 mln zł w 2020 r. do 434 mln zł w 2022 r., następnie w 2023 r. budżet został zwiększony do 539 mln zł – w porównaniu z rokiem poprzednim urósł aż o 105 mln zł. Działo się to mimo fatalnej sytuacji finansów państwa z powodu pandemii oraz sankcji gospodarczych wobec Rosji. NIK oceniła też negatywnie realizację budżetu na rok 2023. Co czwarta złotówka miała być wydatkowana niegospodarnie. Instytucja stała się molochem zatrudniającym 2,4 tys. osób, które nie wiadomo co robią. Tymczasem, jak podaje „Gazeta Wyborcza”, budżet IPN na 2024 r. przekroczył 600 mln zł, a wydatki tej instytucji na rok  2025   ustalono na 652 mln zł. Minister finansów Andrzej Domański obiecał, że budżet IPN na 2025 r. zostanie  zmniejszony o 56 mln. Z kolei posłanka Katarzyna Ueberhan zapewniała w Polskim Radiu 24: „Jako Nowa Lewica będziemy wnioskowali o ograniczenie finansowania takich instytucji jak Instytut Pamięci Narodowej czy Rada Mediów Narodowych. One są w ogóle do likwidacji. Póki co nie możemy tego zrobić, bo pewnie nie doczekamy się podpisu prezydenta”.

PiS jest przekonane o oszałamiających sukcesach IPN, ale pożytki płynące z funkcjonowania tej instytucji w obecnej postaci są nader wątpliwe. Mnóstwo pieniędzy wydaje się tam na powielanie do znudzenia jednostronnego, czarnego i antypolskiego wizerunku dorobku naszych ojców, dziadów i pradziadów z czasów Polski Ludowej. IPN doszukuje się wszędzie i na siłę komunizmu i ateizmu tam, gdzie w rzeczywistości panował mieszczański i zwykle osadzony w kulturowym katolicyzmie porządek życia. Można odnieść wrażenie, że według instytutu dwaj najwięksi obecnie wrogowie III RP to Rosja i PRL. Tę drugą atakuje się bezpardonowo, bo już nie odda.

Kryminalizacja przeszłości

Pamięć historyczna społeczności skupia się na wydarzeniach przeżywanych przez ostatnie pokolenia: własne, rodziców i dziadków, tymczasem IPN tę pamięć kryminalizuje. Działalność ta jest sprzeczna z polskim interesem. Po 35 latach funkcjonowania III RP obok licznych sukcesów mamy równie duży bagaż  trudności, klęsk i kompromitacji, jak to w dziejach każdego narodu. Najpierw Powszechny Program Prywatyzacji, w którym z podziału majątku narodowego dostaliśmy po 100 zł, potem kredyty we frankach szwajcarskich, wreszcie niewypał OFE. Porażką jest bilans polityki mieszkaniowej wobec większości. Tej części nasz kraj nie ma nic do zaproponowania. Jakieś protezy w rodzaju TBS mogą pełnić funkcję dekoracyjną w wiadomościach telewizyjnych. W ślad za tym doszło do katastrofy demograficznej – mamy w kraju jedną trzecią urodzeń w porównaniu z latami 80. Pieniądze rządu przeznaczone na wsparcie reprodukcji jedynie spowalniają krach, który zaczął się w okresie transformacji ustrojowej. Zatem było lepiej czy gorzej, ale w tym kontekście wypada łagodniej i bez takiego nadęcia wypowiadać się o zbrodniach i zasługach Polaków z czasów Polski Ludowej.

IPN nie może i nie powinien więc być tylko twórcą czarnego tła dla czasów III RP oraz legitymizacji za pomocą historii. Opowiada

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.