Tag "polskie prawo"

Powrót na stronę główną
Opinie

Praca bez końca

Dlaczego 1 Maja wciąż jest ważny 

Jeszcze jest ciemno, kiedy pod halę podjeżdżają pierwsze autobusy pracownicze. Na obrzeżach miasta magazyn wygląda jak osobny organizm: ma własne światło, własny rytm, własny porządek. W środku wszystko już czeka. Bramki, skanery, taśmy, regały, terminale. Pracownik odbija kartę, bierze urządzenie i wchodzi w układ, który od pierwszej minuty wyznacza tempo. Każdy ruch zostanie zapisany, każda przerwa zauważona, każda zwłoka przeliczona. To nie człowiek ustala rytm pracy. To rytm pracy ustawia człowieka. 

Za obietnicą wygody, szybkości i natychmiastowej dostawy stoi nie abstrakcyjny algorytm, lecz czyjś czas, ciało i uwaga. 

Święto odzyskane 

Święto Pracy nie wyrosło z propagandy. Jego źródłem było doświadczenie XIX w., który bardzo szybko ujawnił ciemną stronę kapitalizmu przemysłowego. Długie dni pracy, skromne płace, brak zabezpieczeń, lęk przed chorobą, wypadkiem i nędzą. Fabryka nie była wyłącznie miejscem zatrudnienia. W praktyce organizowała całe życie. Właśnie z tego świata wyrósł postulat ośmiogodzinnego dnia pracy, a wraz z nim przekonanie, że człowiek nie może należeć do pracy bez reszty. 

W tym sensie 1 Maja upamiętnia nie samą pracę, lecz opór wobec jej bezgraniczności. Jest przypomnieniem chwili, w której robotnicy zaczęli się domagać nie tylko wyższej płacy, ale również czasu, bezpieczeństwa i prawa do wspólnego działania. 

Nie tylko zarobek 

Praca nie jest zwykłym towarem. Za każdą stawką i każdą normą wydajności stoi konkretne życie. Zdrowie, dom, dzieci, starość, zmęczenie, lęk o jutro. Kiedy mówi się o cenie pracy, mówi się zarazem o kosztach czyjegoś istnienia, choć gospodarka najchętniej opisuje to językiem wskaźników i efektywności. 

Robotnicy i socjaliści XIX w. rozumieli to dobrze. Ich postulaty nie sprowadzały się do poprawienia bilansu ekonomicznego. Chodziło również o ograniczenie czasu pracy,

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Kraj

Obywatele kontra słuszna idea

Na Dolnym Śląsku narasta konflikt wokół planów budowy farm fotowoltaicznych

– Nie jesteśmy przeciw fotowoltaice. Proszę zobaczyć, na dachach ilu domów są panele – mówią rozżaleni mieszkańcy Strugi, niewielkiej wsi na Dolnym Śląsku – ale czy rozwój zielonej energii ma oznaczać zniszczenie naszej miejscowości?

Od dawna mieszkańcy sąsiednich miast odkrywali walory gminy Stare Bogaczowice w powiecie wałbrzyskim. Choćby korzystny dojazd. Do Wałbrzycha samochodem jedzie się kilkanaście minut; no, może nieco więcej. W inne strony, do Świebodzic lub Kamiennej Góry, jest dalej, ale i tak są chętni na codzienne dojazdy do pracy. Wrocław? I ten kierunek dla niektórych bywa do przyjęcia. Do tego firmy transportowe uruchamiają kolejne połączenia autobusowe.

Cóż jednak dogodność komunikacyjna w porównaniu z niezwykłą urodą tych miejsc! To obszar Natura 2000. Wiodą tędy znane turystom szlaki. Można wędrować z Wałbrzycha przez Strugę do Zamku Cisy i dalej do Książa. Inna popularna trasa prowadzi ze Szczawna-Zdroju na Trójgarb, wzniesienie górujące nad Starymi Bogaczowicami – największą wsią, gdzie mieści się siedziba gminy. Na miłośników historii czekają pola dawnych bitew. W 1762 r., w czasie wojny siedmioletniej, starły się tu wojska austriackie i pruskie, chodziło o dominację nad Śląskiem. Więcej sentymentu mamy do następnej bitwy, z 1807 r., kiedy to lansjerzy Legii Polsko-Włoskiej roznieśli wrogów Napoleona. Ich zwycięstwo opisał w „Popiołach” Stefan Żeromski. Dziś na miejscu zmagań stoi pomnik i każdego roku 15 maja odbywają się uroczystości patriotyczne.

Wędrówkę można zakończyć np. piknikiem przy ruinach wspomnianego Zamku Cisy albo zdobyciem któregoś ze wzgórz, skąd rozciąga się zachwycający widok. Nie brakuje też chętnych do odpoczynku na dobrze zagospodarowanym zalewie w Starych Bogaczowicach. Od niedawna funkcjonują jeszcze obiekty sportowe: boiska, siłownie plenerowe czy nowoczesne place zabaw z ruchomymi kładkami.

Turyści muszą tu się wybrać specjalnie,

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Kraj

Niewidzialne dziecko

Oprawców Kamilka skazano. Instytucje pozostały bez winy

3 kwietnia 2023 r. nad Górnośląskim Centrum Zdrowia Dziecka w Katowicach pojawił się śmigłowiec Lotniczego Pogotowia Ratunkowego. Na pokładzie był ośmioletni chłopiec z Częstochowy, Kamilek. Śmigłowiec osiadł na lądowisku ostrożnie. Każde szarpnięcie, każde drgnięcie noszy mogło spowodować nowe obrażenia. Gdyby Kamilek był przytomny, oznaczałyby też dla dziecka ból trudny do wyobrażenia. Chłopiec miał rozległe, nieleczone rany oparzeniowe. W wielu miejscach odsłonięta była żywa tkanka. W niektórych ranach rozwijało się zakażenie, w innych już była martwica. Do Katowic przywieziono dziecko w stanie skrajnie ciężkim. Nie po wypadku czy nagłym nieszczęściu. Po dniach cierpienia, którego nikt w porę nie przerwał.

Za Kamilka oddychał respirator. Lekarze wprowadzili chłopca w śpiączkę farmakologiczną, by ograniczyć ból i móc rozpocząć leczenie ran. Usuwano tkanki martwicze, wykonywano przeszczepy skóry, walczono z chorobą oparzeniową, niewydolnością oddechową i zakażeniem całego organizmu. Na ostatnim etapie pobytu w szpitalu konieczne było użycie ECMO, czyli aparatury do pozaustrojowego natleniania krwi i wspomagania krążenia.

Kamilek zmarł 8 maja 2023 r., po 35 dniach walki o życie. Miał poparzone 25% powierzchni ciała. Oparzenia obejmowały głowę, tułów i kończyny. Lekarze stwierdzili także złamania kończyn, w tym starsze obrażenia.

Bezpośrednią przyczyną śmierci była niewydolność wielonarządowa spowodowana chorobą oparzeniową i ciężkim zakażeniem organizmu. Ale medyczny opis śmierci nie wyjaśnia najważniejszego – dlaczego dziecko, już wcześniej maltretowane w okrutny sposób, nie otrzymało pomocy. I dlaczego nie zostało ochronione przed kolejnymi aktami sadyzmu.

Pod okiem urzędników i służb

Rodzina Kamilka była znana instytucjom socjalnym. W czerwcu 2022 r., czyli rok przed przewiezieniem nieprzytomnego Kamilka do Katowic, MOPS w Częstochowie skierował do sądu pismo z wnioskiem o zabezpieczenie dzieci w pieczy zastępczej. Sprawą zajmował się również sąd w Olkuszu, bo rodzina przemieszczała się między gminami i powiatami. Były ucieczki dziecka z domu, wagary i sygnały ze szkoły, że w tej rodzinie nie dzieje się dobrze. Już wcześniej zauważono poważne obrażenia. Była ręka w gipsie i ślady przemocy, a także tłumaczenia dorosłych i brak właściwej reakcji. Krótkie życie nauczyło Kamilka, że nie powinien się skarżyć, bo to nic nie da, a potem będzie gorzej.

Rodzina zmieniała miejsca zamieszkania: Częstochowa,

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.