Tag "turystyka"
Turysto, nie bój się!
Głuchołazy odbudowują się po powodzi. I zapraszają gości. Oferują trasy spacerowe, noclegi i most, jakiego nie ma w Polsce
– Nikt nie widzi złotych zboczy Gór Opawskich, Parku Zdrojowego w kolorach jesieni, Biskupiej Kopy (wchodzącej w skład Korony Gór Polskich), skąd rozciąga się widok na całe Jesioniki, a przy dobrej widoczności ponoć można dostrzec Sky Tower we Wrocławiu. Nikt nie widzi miasteczka, do którego jeszcze przed wojną zjeżdżały tłumy kuracjuszy pooddychać świeżym luftem, złapać moc promieni słonecznych i poprzechadzać się po łagodnych zboczach gór. To tu przyjeżdżali turyści z Austrii, z Czech i Ślązacy na wypoczynek i rehabilitację. Dlatego jeden z budynków pensjonatowych przy Górnym Stawie otrzymał po wojnie nazwę Górnik vel Wczasy Górnika. Niegdyś zwany Waldesruh, przyciągał turystów położeniem i zaciszem pobliskiego lasu na końcu Parku Zdrojowego powyżej Górnego Stawu. Stoi nadal i czeka na swoją kolej – na Głuchołazy patrzymy oczami Joanny Krawczyk-Gluch z Domu Artysty.
Powoli z krajobrazu miasteczka znikają mundury. Grupa ok. 100 (rotacyjnie) niemieckich żołnierek i żołnierzy zakończyła działania na terenie gminy. Było trochę takich, którzy mieli pewne zastrzeżenia co do obecności Niemców, ale gdy się przekonali, jak sprawnie i dokładnie Bundeswehra wykonywała swoją robotę, wszelkie wątpliwości zniknęły.
– Udało się przekonać ludzi, że to nie są jacyś potencjalni najeźdźcy, ale nasi sojusznicy – mówi burmistrz Głuchołazów dr Paweł Szymkowicz. Żołnierzy pożegnano uroczyście w szkole w bardzo zniszczonym powodzią Bodzanowie. Każdy otrzymał indywidualny dyplom, oficerowie okolicznościowe medale i podziękowania. Podobno dużo wiedzieli o miejscu, do którego dotarli z pomocą, chociaż planowany przewodnicki spacer nie doszedł do skutku. – Zwróciłem im uwagę na biało-błękitne szachownice na ich plakietkach. Takie szachownice możemy zobaczyć u nas w kościele na kartuszu herbowym, to barwy Bawarii, ale również znak królewskiej rodziny Wittelsbach, z której wywodził się bp Franciszek Ludwik von Neuburg, fundator przebudowy tego kościoła. On też ufundował kościół w Bodzanowie, przy którym pracowali żołnierze – wyjaśnia burmistrz, historyk, a zarazem licencjonowany przewodnik nie tylko po regionie, ale i np. po czeskiej Pradze.
Żołnierze z Bawarii pracowali wszędzie, gdzie im wskazano, zaskarbiali sobie sympatię i popularność, w pewnym momencie doszło wręcz do rywalizacji kół gospodyń wiejskich, które ma dla nich gotować. Zdarzyło się, że przywożono obiady z trzech kół, przy trzecim powiedzieli, że już więcej nie zjedzą, chociażby nie wiem jak chcieli. A trzeba wspomnieć, że wszystkie lokalne koła gospodyń gotują znakomicie!
– Nie możemy się nachwalić żołnierzy z Niemiec – słychać od wielu powodzian. Podobnie zresztą mówią o polskich mundurowych, przed którymi otwierały się nie tylko drzwi, ale i serca. Barbara i Andrzej Rajcowie ze starego budynku tuż za Białką, w którym woda sięgnęła sufitów parteru, częstowali żołnierzy kawą z miodem z własnej pasieki. Tyle w tych trudnych warunkach mogli zaproponować.
Przyjdą panowie w suchych butach
– Woda śni mi się co noc, ta woda jest cały czas ze mną, szumi, otacza. Ale to znaczy, że śpię, co też jest dobre – przyznaje burmistrz Szymkowicz.
Rzym w przebudowie
W 2023 r. Włochy odwiedziło 451 mln turystów. Dopiero teraz zaczyna się tu dyskutować o nadmiernej turystyce.
Korespondencja z Rzymu
„Dlaczego nie postawią tu dużych plansz ze zdjęciami zabytków, przy których można robić sobie selfie? – zapytała pewna turystka pod fontanną di Trevi. – Tak robią już w Azji. Zwłaszcza w Tajlandii, bo tam niebo jest zasnute smogiem. Więc jak ktoś sobie cyknie fotkę na fototapecie z niebieskim niebem, przynajmniej nie straci wyjazdu”.
Turyści, którzy w tym roku odwiedzili Rzym, nie byli zadowoleni. Wszędzie remonty, zasłonięte zabytki, w komunikacji wielkie utrudnienia. Największe rozczarowanie przeżyli jednak ci, którzy do Wiecznego Miasta przyjechali w drugim tygodniu października i zobaczyli fontannę di Trevi ogrodzoną plastikowymi panelami. Najsłynniejsza barokowa fontanna jako ostatnia została poddana nadzwyczajnym pracom konserwacyjnym, które potrwają kilka tygodni. W ciągu miesiąca ma powstać specjalna platforma spacerowa, z której będzie można podziwiać zabytek. Wyznaczony zostanie też limit osób przebywających na kładce w tym samym czasie. W ten sposób władze Rzymu mają nadzieję ograniczyć liczbę gości na najbardziej obleganym placu świata. Rozważane jest również wprowadzenie w przyszłości opłaty 2 euro za dostęp do fontanny.
Co jednak z rytuałem wrzucania monet do wody, mającym zapewnić powrót do Wiecznego Miasta? Wymyślił go niemiecki archeolog Wolfgang Helbig, zainspirowany antycznym obrzędem rzucania oboli do źródeł, by zaskarbić sobie przychylność bóstw. W ten sposób fontanna zaprojektowana przez Nicolę Salviego stała się światową celebrytką. Wrzucenie jednej monety gwarantowało powrót do Rzymu, dwóch – miłość, a trzech – rychły ślub. To z tego powodu fontanna di Trevi była zawsze tak oblegana. Wyłowione z niej pieniądze przeznaczano na rzymski Caritas, a w czasach turystyki masowej była to kwota niemała.
Nie wiadomo jeszcze, jak władze Rzymu rozwiążą ten problem. Mówi się o „zamontowaniu specjalnego koszyka”. Czy turyści przyzwyczają się do koszyka i kładki, która szpeci barokowy monument? Rzymska celebrytka może stracić na popularności – a wraz z nią bary i sklepy przy placyku, których właściciele już protestują.
Renowację fontanny di Trevi pozostawiono na sam koniec, aby nie odstraszyć turystów. Od wakacji jednak w remoncie są prawie wszystkie fontanny Rzymu, zwłaszcza te na placu Navona i przy Panteonie. Zasłonięto je rusztowaniami i ogrodzono panelami ze zdjęciami zabytków. Rzucić okiem można na nie przez okienka w ogrodzeniu. Ten sam los spotkał most św. Anioła ozdobiony rzeźbami Berniniego oraz jego uczniów, a wcześniej monumentalny pomnik Wiktora Emanuela II (już powoli odsłaniany), „Pietę” Michała Anioła i baldachim Berniniego w bazylice św. Piotra (prace renowacyjne już zakończono i odsłonięcie tego ostatniego nastąpi 27 października).
Rok Święty ogłoszony przez papieża Bonifacego w 1300 r. i obchodzony co 25 lat był zawsze dla Rzymu okazją do odnawiania monumentów będących jego symbolami, a przede wszystkim budowania nowych. Z okazji roku 1475 zbudowano most Sykstyński, który rozwiązał problemy komunikacyjne średniowiecznego Rzymu, z okazji 1725 r. powstały słynne Schody Hiszpańskie, a w roku 2000 przebudowano Muzea Watykańskie.
Także Jubileusz 2025 ma swoje symbole: przebudowę placu Pia, który stanie się deptakiem i będzie łączył Watykan z Zamkiem św. Anioła, oraz przejazdu pod nim, będącego newralgicznym punktem ruchu drogowego w Rzymie; przebudowę placu del Risorgimento i pobliskiej ulicy Ottaviano; przebudowę placu przed bazyliką św. Jana na Lateranie; przebudowę placu dei Cinquecento przed dworcem kolejowym Termini oraz budowę parkingu pod nim.
Watykan zaniepokojony
„Mamy nadzieję, że widoczne opóźnienia uda się nadrobić w jak najkrótszym czasie”, upomniał niedawno publicznie burmistrza i nadzwyczajnego komisarza Jubileuszu 2025 Roberta Gualtieriego nowy wikariusz diecezji rzymskiej, prałat Baldassarre Reina. „Prace są opóźnione, a niedogodności widoczne dla wszystkich”, powiedział w wywiadzie dla agencji Ansa. Już pod koniec września opóźnieniami zaniepokoił się prałat Rino Fisichella odpowiedzialny za organizację Roku Świętego ze strony Watykanu: „Na placu del Risorgimento nie widzimy żadnych robotników”.
Przesmyk strachu
Znowu druty, zapory, zamknięte granice. Szkoda otwarcia na sąsiadów z Rosji, z Białorusi. Wszystkim to się opłacało
W upalny dzień w końcu sierpnia ambasador USA Mark Brzezinski przy okazji odwiedzin na Suwalszczyźnie wykąpał się w Kanale Augustowskim, niedaleko granicy z Białorusią. Przekaz był oczywisty: tu jest bezpiecznie, nie ma czego się bać, Ameryka jest z wami.
Czy rzeczywiście uspokoił mieszkańców tzw. przesmyku suwalskiego, wąskiego pasa wzdłuż granicy Polski z Litwą? Granica ta ma 104 km. W linii prostej to 65 km. Tyle wystarczyłoby Rosjanom, aby przebić się z Białorusi do obwodu kaliningradzkiego (dziś królewieckiego) i tym samym odciąć Litwę, Łotwę i Estonię od pozostałych krajów NATO.
Strach, który teraz gasi amerykański ambasador, w dużej mierze jest dziełem Amerykanów. Już rok po aneksji Krymu przez Rosjan ówczesny dowódca sił zbrojnych USA w Europie gen. Benjamin Hodges twierdził, że przesmyk suwalski to „jeden z najbardziej zapalnych punktów na mapie świata”. Po napaści Rosji na Ukrainę portal Politico opublikował w czerwcu 2022 r. komentarz w tonie wręcz dramatycznym: „Najgroźniejsze miejsce na Ziemi znajduje się teraz w Polsce”. I dodatkowo postraszył, że USA i inne kraje NATO niekoniecznie zaryzykują globalną wojnę w obronie takiego skrawka.
Przy granicy
Pół wieku z okładem, dokładnie 56 lat, spędził tuż przy granicy z obwodem Andrzej Krajewski, który 44 lata był nadleśniczym, z czego ogromną większość w przygranicznych Żytkiejmach. Gdy byłem u niego przed pięcioma laty, żartował, że rosyjscy pogranicznicy bez trudu mogą sprawdzać, co jego żona podaje na obiad, bo do granicy raptem kilkaset kroków, a okno szerokie, panoramiczne. I choć już wtedy stosunki między Polską a Rosją mocno się schłodziły, przecież rozmawialiśmy nie o wojnie, zasiekach, przesmyku, ale o tym, że państwa Krajewskich odwiedzają łosie, jelenie, sarny, czasami nawet coś wyskubią w ogrodzie, co trudno zwierzakom brać za złe. – Teraz znowu wszystko zamknięte jak dawniej, znowu zapory, zwoje drutu kolczastego, znowu zona… Zwierzyna ginie. Mój wnuczek – już leśniczy – niedawno znalazł martwego łosia. Zaplątał się w drut kolczasty. Tragedia.
A przecież mogło być, już bywało, normalnie. Syn nadleśniczego, Jaromir, oczywiście z wykształcenia leśnik, od wielu już lat jest dyrektorem Parku Krajobrazowego Puszczy Rominckiej. Puszczę, tak jak wszystko tutaj, przecięła granica. – A puszcza to jeden organizm, więc choćby z tego powodu nasze kontakty z kolegami leśnikami z obwodu były intensywne – mówi Jaromir Krajewski. – Ale w ogóle kontakty były bardzo rozbudowane. W obydwie strony udawali się sportowcy, dziennikarze, samorządowcy. Wszystkim to się opłacało, granica, kiedyś tak tajemnicza i groźna, stawała się coraz bardziej oswojona, ludzie nawiązywali kontakty osobiste, rodziły się przyjaźnie.
W przypadku dyrektora Krajewskiego była to ta najważniejsza przyjaźń w życiu, bo w Kaliningradzie poznał żonę, która trafiła tu z dalekiej Syberii. Jej rodzice zostali w Kaliningradzie, więc dziś, po zerwaniu wszelkich kontaktów, trudno im się spotkać z córką i wnukami. – Tragedia – powtarza dziadek z Polski, nadleśniczy Krajewski. – Niby tak blisko, a przecież znowu, jak za radzieckich czasów, bardzo daleko.
Trójstyk nieprzyjaźni
Tuż obok Żytkiejm, które też po części przecięła granica, znajduje się trójstyk, gdzie spotykają się granice Rosji (obwodu), Litwy i Polski. To m.in. stąd, z głębi dziewiczego lasu, może ruszyć w kierunku Białorusi rosyjska nawała, by odciąć kraje bałtyckie od reszty Sojuszu i utorować drogę lądową z obwodu do kraju Łukaszenki. Kiedyś trójstyk przyciągał turystów, stanowił oczywistą atrakcję nie tylko dla miejscowych. Na parkingu pojawiały się autokary z całej Polski, a nawet zagraniczne. Dziś jest tylko jeden samochód osobowy z miejscową rejestracją; kiosk z pamiątkami i lodami nieczynny. I jakaś, znowu nieprzyjazna, cisza. Widok pięknego lasu psują potężne zwoje drutu kolczastego. To granica imperium. Wystarczy podejść kilkaset metrów, by trafić na „zęby smoka”, zaporę, która ma zatrzymać czołgi. – Czy zatrzyma czołgi i żołnierzy, tego nie wiemy – zwraca uwagę dyrektor parku. – Zwierzynę na pewno.
Tu jest najładniej
Ostatnie dni wakacji, droga ekspresowa nr 7, remonty, korki, wszyscy wracają, a my wyruszamy tam, gdzie Polska jest polska najbardziej.
Suwalszczyzna.
Weźmy takie Smolniki. Gmina Rutka-Tartak i piękne widoki. Kościół, cmentarz, a wokół jeziora. Dwa sklepy spożywcze, w tym jeden z sieci, która oplata wsie i miasteczka. Przy nim nieczynna w tym sezonie Gospoda Jaćwing, ławy i stoły.
– To ty od rana tu siedzisz? – pyta kolega kolegę i wkłada skrzynkę tatr do czerwonego, zdezelowanego audi, po czym wsiada i odjeżdża. Kolega zostaje przy ławie z butelką żubra, upija łyk i patrzy przed siebie. A na płocie powiewają płachty z reklamami agroturystyk i w ostrym różu plakat z napisem „Wycinka drzew trudnych”, który błyszczy jak reklama weekendowej dyskoteki. Ale dyskoteki nie ma, tak jak nie ma gospody. W Smolnikach dzień wcześnie się kończy, bo też wcześnie zaczyna.
– Pracuję na budowie, więc wstałem rano, by jechać kłaść fundamenty – mówi mi mężczyzna siedzący przy ławie. Ma jasne spojrzenie; wyciera rękawem usta po żubrze, wstaje od stołu i idziemy razem. – Ale zadzwonili, że mam być dopiero na jedenastą, więc poszedłem na piwo.
I opowiada mi, gdzie mieszka, co robi i że kiedyś była taka wichura, że dach z kościoła zerwało, ale już naprawili, sam pomagał, bo pracuje na budowie, ale nie na stałe, z doskoku, jak jest zlecenie. Ósma rano, rześko, są kozy, są krowy, są robotnicy na terenie cmentarza, zapach pobliskich jezior, a upał wolniej się rozkręca.
Co do Gospody Jaćwing, to Jaćwingowie przybyli z dorzeczy Dniepru na obecnie polskie ziemie jeszcze kawał czasu przed naszą erą. Całkiem długo radzili sobie między Niemnem, Narwią i Wielkimi Jeziorami Mazurskimi, bo aż do XIII w., kiedy ich wybili Krzyżacy. Jednak póki byli, mieszali się z Prusami i Litwinami, parali rolnictwem, hodowlą, rzemiosłem i wymyślali nazwy, takie jak Wigry, Hańcza czy Szurpiły. Budowali grodziska i osady, których rekonstrukcje możemy dziś oglądać po całej Suwalszczyźnie. Choćby we wsi Oszkinie, gdzie w lesie stoją domy z bali, drewniane wieże strażnicze, a między nimi są fosy i łażą turyści.
Osada jest prywatna, bo turystyka w Polsce w ogóle jest prywatna, działa popychana prywatną inicjatywą – gdyby ta upadła, to pewnie już nic by nie było. Odgórny, systemowy plan zarządzania polską turystyką najpewniej nie istnieje, a jeśli istnieje, to gdzieś schowany w szufladzie ministerialnego biurka zamkniętej na kluczyk. Może to i dobrze?
– Cieszę się, że u nas nie ma turystów i jest tak spokojnie – mówi Karol, który jedzie SUV-em z rolkami w bagażniku do Suwałk, by tam na tych rolkach pojeździć. Karol bierze nas na stopa. Mnie, moją towarzyszkę podróży i mojego psa. Nie tylko turystyka w Polsce nie działa, komunikacja publiczna też. Jednak nie dlatego jeździmy po okolicy stopem, po prostu tak jest fajnie.
Są takie miejsca, w których rytm życia wciąż wybijają kościelne dzwony, sklep obwoźny w busie i pogoda. Na budce z lodami tablica głosi: „PN i deszcz – zamknięte”. Wieś Jeleniewo. Żabka w domu z pustaków, stacja benzynowa, biblioteka, NZOZ. I restauracja Pod Jelonkiem, a przed nią żubr z jeleniem przypominają o przyrodzie. W środku zdjęcia oraz stare puszki i butelki przypominają o dawnych czasach. Ponoć mieszkańcy zbudowali ją w ramach czynu społecznego. Wcześniej należała do GS-u, dziś to must see w przewodnikach kulinarnych pod hasłem Podlasie.
Zatrzymuje się starszy pan w dwudrzwiowym starym coupé.
– W Krakowie i w Warszawie to mieszka dużo ludzi – mówi. – Tam tłumy. Tu nie, tutaj mało.
– Wyjeżdżają? – pytam.
– Tak. Mało ludzi tu zostaje. Nie tak jak w miastach, gdzie są tłumy. Może dlatego miastowi się tu przeprowadzają, bo jest cisza, spokój i mało ludzi. A w miastach tłumy.
Zatrzymuje się kobieta w kombi, z dzieckiem w foteliku na przednim siedzeniu i książkami o Róży Luksemburg na tylnym. Tłumaczy, że sama taką książkę napisała. Kiedyś kobiety omijały nas samochodami i wzrokiem tak bardzo, że prawie wypadały z drogi po jej drugiej stronie. Dziś stają, solidarność, czas kobiet, jak głoszą reklamy i hasła promujące festiwale teatralne. Tego lata jechałam stopem z większą liczbą kobiet niż przez całe życie.
Kolejny ranek. W radiu zapowiadają 33 st., temperatura chrystusowa, dobrze się składa, bo mieszkamy w pokojach przy parafii. Tak, wciąż tak można. Przed gospodą toczy się życie, jest pan, który popija tatrę, jest pan, co popala pall malla, inny pan przyjeżdża na rowerze. Koniec wakacji, wszyscy wracają, a my wyruszamy dalej.
Wakacje koło domu
Kiedy parlament ma przerwę, a większość polityków rzadziej pokazuje się publicznie, to po igrzyskach olimpijskich tematem nr 1 staje się wakacyjny wypoczynek. Choć wakacje jeszcze się nie zakończyły, już można mówić o pewnych zjawiskach związanych z letnim urlopowaniem. Badania sondażowe pokazują, a agencje turystyczne potwierdzają, że poza domem wypoczywa tego lata niewiele ponad 50% Polaków. To niepokojąco niski odsetek.
Polacy najchętniej wypoczywają w kraju. Prawie połowa z nich wybiera miejsca nad Bałtykiem. Mniejszą popularnością cieszą się Mazury (12%), a w Bieszczady, Tatry, Beskidy czy Sudety jedzie 32%. Polacy chcą wypoczywać w coraz lepszych warunkach, dlatego w okresach feryjnych w popularnych miejscowościach turystycznych w pierwszej kolejności wykupywane są droższe hotele i pensjonaty, pokoje o podwyższonym standardzie. To dowodzi bogacenia się społeczeństwa, ale jeszcze bardziej jego rozwarstwiania. Ten proces, lekko zahamowany w środkowym okresie rządów PiS, postępuje i będzie miał odzwierciedlenie również w turystyce.
Około 30% Polaków spędziło lub zamierza jeszcze spędzić wakacje poza krajem, kierując się głównie nad Morze Śródziemne, bo dość powszechne jest przekonanie, że 14-dniowy pobyt w krajach tego regionu jest tańszy niż 11-dniowy nad Bałtykiem. Jeżeli utrzyma się trend odpływu Polaków do miejsc wypoczynku poza granicami kraju, to zacznie się proces degradacji polskiej bazy turystycznej. Może powinny wrócić bony turystyczne do wykorzystania w rodzimej bazie? Owszem, to wydatek z budżetu, ale i podwójna korzyść, bo pieniądze zostaną w kraju, a i kontrola finansowa owej bazy będzie większa.
Jeżeli porówna się miliony dzieci i młodzieży objętych wypoczynkiem organizowanym przez różne instytucje w PRL z obecną skalą, widać różnicę, nie tylko ilościową. Indywidualizacja życia społecznego w III RP wpłynęła na mniejsze zainteresowanie młodych Polaków z rodzin lepiej uposażonych wypoczynkiem poza gronem rodzinnym. Ubyło też organizatorów takiego wypoczynku. ZHP nie ma już możliwości finansowych ani kadrowych, a młodzież nie za bardzo chce uczestniczyć w bogoojczyźnianych wyjazdach organizowanych przez ZHR. Nawet Kościół, dysponujący niemałymi funduszami, stał się mniej aktywny na tym odcinku. Nie spada natomiast odsetek dzieci, które całe wakacje spędzą w pobliżu domu i zagrody. I to jest poważny problem społeczny, którego nie można lekceważyć.
Wiele się mówi o kryzysie, wręcz o upadku lewicy. Dopóki Polakom będzie ona się kojarzyła nie ze staraniami, by jak najwięcej dzieci i młodzieży spędziło wakacje poza domem, a jedynie z walką o prawa środowisk LGBT, to będzie miała takie poparcie, jakie ma. Albo jeszcze mniejsze.
U Madziarów na Żytniej Wyspie
W poszukiwaniu utraconej węgierskości.
Korespondencja ze Słowacji
Lato u Madziarów jest naprawdę ciepłe, a słoneczna i upalna pogoda czynią z węgierskich kurortów namiastkę krajów śródziemnomorskich. Ale część turystów, nie tylko znad Wisły, od jakiegoś czasu omija Węgry z powodów polityczno-finansowo-moralnych. Zdarza się, że kluczową rolę w wyborze „jechać czy nie jechać” odgrywa polityka i wizja świata Viktora Orbána, którą trudno zaakceptować. Mimo że Budapeszt kusi akcjami promocyjnymi, niechęć przed zostawianiem na Węgrzech pieniędzy okazuje się dla części z nas na tyle silna, by – przynajmniej na jakiś czas – bratanków nie odwiedzać.
Kierunek węgierski zastępujemy więc innymi, w stronę krajów o podobnym klimacie i zbliżonych walorach turystycznych. A te znajdziemy m.in. na Słowacji, konkretnie na Żytniej Wyspie. W rejonie, który wbrew pozorom nie jest miejscem styku kultury słowackiej i węgierskiej. To praktycznie węgierska wyspa, gdzie silne tradycje macierzy mogą zadziwiać.
Między Dunajami.
Słowacja jest bardzo urozmaicona krajobrazowo. Wysokie Tatry i górzysta północ kontrastują z południem i Niziną Naddunajską. Nad największą, międzynarodową rzeką Europy czekają na nas takie same widoki i klimat jak na Węgrzech czy na pograniczu rumuńsko-bułgarskim. Bezkresne pola słoneczników, przeplatane winnicami oraz coraz częstszymi figowcami każą sądzić, że Csallóköz, czyli Żytnia Wyspa, to niemal południe Europy.
Wyspa leży pomiędzy Małym (na północy) a Wielkim Dunajem, stanowiącym granicę z Węgrami. Ta największa rzeczna wyspa w Europie z północy na południe ma 15-30 km szerokości i ciągnie się przez 84 km. Nie brakuje tam kanałów, rzecznych odnóg i jezior przyciągających wiele gatunków ptaków.
Tessék albo prosím.
Całe niemal południe Słowacji, od Bratysławy po Koszyce, zamieszkiwane jest przez Węgrów – najliczniejszą tam mniejszość narodową. Według ostatniego spisu powszechnego (2021) język węgierski jako ojczysty zadeklarowało 456 154 obywateli Słowacji (7,75%). Nowość – 34 tys. mieszkańców stwierdziło, że „czują się mieszanką narodowości węgierskiej i innej”, czyli zapewne romskiej.
Na Żytniej Wyspie znacznie częściej słyszymy węgierski niż słowacki. Dotyczy to zarówno osób starszych, jak i młodych. Dziś ten obszar Słowacji może stanowić wzór, jak skutecznie i bezkonfliktowo realizować potrzeby dwujęzyczności. Tym bardziej że w niektórych miejscowościach na wyspie musimy mówić o potężnej węgierskiej… większości. W Gabcikowie (Bős) odsetek osób uznających się za Węgrów przekracza 90%. W Wielkim Mederze (Nagymegyer) – 85%, a w Dunajskiej Stredzie (Dunaszerdahely) – 80%. Choć wydawać by się mogło, że Bratysława realizuje potrzeby Węgrów, ci i tak od lat domagają się poprawy finansowania węgierskiego szkolnictwa (w regionie działają dziesiątki szkół z węgierskim językiem wykładowym), kultury, związków zawodowych i ugrupowań politycznych.
Od 2012 r. na Żytniej Wyspie i całym niemal południu Słowacji obowiązują dwujęzyczne tablice. Muszą się pojawić, gdy dana miejscowość zamieszkiwana jest przez ponad 20-procentową mniejszość. Gdy w 2012 r. podjęto decyzję o wprowadzeniu dwujęzycznych tablic drogowych, te w języku węgierskim miały mniejsze wymiary od słowackich. Protesty mniejszości węgierskiej uwzględniono w roku 2018, ujednolicając wielkość tablic.
Warto jednak pamiętać, że mniejszość węgierska bywała zarzewiem sporów między władzami Węgier i Słowacji. W roku 2006 dochodziło do utarczek słownych między politykami obu państw i do odwoływania wzajemnych wizyt. A w związku z obawami o węgierski separatyzm rząd Roberta Ficy postanowił nie uznawać Kosowa. Stałym problemem jest kwestia podręczników do geografii, które – wskazują Węgrzy – nie zawsze zawierają nazwy węgierskie.
Ale na Żytniej Wyspie z dwujęzycznością mamy do czynienia na każdym kroku. Gdy wchodzimy do sklepu czy pytamy o drogę, nasz rozmówca zagadnie nas po węgiersku, czyli tessék, albo słowacku – prosím. Dla większości miejscowych forma węgierska jest łatwiejsza. I bliższa ich sercu.
Tygrysie wdowy
Tygrys potrzebuje terytorium. Człowiek potrzebuje ziemi. Tego konfliktu nie udaje się rozstrzygnąć od dziesięcioleci.
Sundarbans. Wypowiadam tę nazwę nie po raz pierwszy. Ale pierwszy raz zastanawiam się, do czego odsyła. Sundarbany – mówię głośno, nie mając pewności co do wymowy. Znam tylko pisownię i aurę dziwności oraz grozy, która spowija ten rejon w powieściach „Żarłoczny przypływ” Amitava Ghosha i „Dzieci północy” Salmana Rushdiego. W tej ostatniej dżungla jest niezależnym bytem, który odbiera bohaterom oddech, więzi ciała i zasnuwa umysły fantasmagoriami. Na miejscu usłyszę, że las jest pełen demonów i duchów, które potrafią wywołać nagłą burzę, trząść rybacką łodzią i zmieniać kierunki świata. A jednym z najpotężniejszych demonów jest tygrys. (…)
Największe na świecie lasy namorzynowe. Największa zatoka świata. Druga pod względem wielkości delta rzeczna na Ziemi. Najbiedniejszy i najgęściej zaludniony region Azji Południowej. Najszybciej postępujące zmiany klimatyczne. Największe zagęszczenie naturalnych katastrof, w tym najpotężniejszych cyklonów. Największe na Ziemi skupisko dzikich tygrysów. To ostatnie, choć nagminnie powtarzane nawet w prasie naukowej, nie okaże się prawdą.
Prawdę stanowi jednak fakt, że Sundarbany są ostatnim na świecie miejscem, w którym dominującym gatunkiem i drapieżnikiem szczytowym nie jest człowiek, tylko tygrys bengalski. (…)
Sundarbany to ostatnie na planecie tak rozległe lasy namorzynowe rozpościerające się przy ujściu trzech siostrzanych rzek: Gangi, Brahmaputry i Meghny, które tworzą tu drugą pod względem wielkości deltę na Ziemi. To one zbudowały tutejsze błotniste równiny, niosąc tysiące kilometrów osady ze swoich himalajskich dopływów. Stworzyły tereny zalewane i obnażane przez pływy, pajęczynę cieków, korzeniową plątaninę mangrowców, archipelag znikających i powracających wysp. Niby-ląd. Żywioł, którego nie udało się okiełznać brytyjskim kolonizatorom. Dziś to ginąca wyspa bioróżnorodności i dom endemicznych gatunków rozciągający się na przeszło 10 tys. km kw. Ta naturalna jednia została w 1971 r. podzielona przez ludzi polityczną granicą na część Indii i część Bangladeszu. Tej linii nie uznają jednak migrujące z wyspy na wyspę zwierzęta. (…)
Obecnie dziki tygrys to rzadkość. Na całej planecie zostało ich mniej niż 4 tys. (…)
Tygrys to już nie zwierzę, ale idea, pręgowany wzór sprzedający wszelkiej maści produkty. Im dłużej będę podróżować śladem tygrysa, tym częściej będzie się okazywać, że jego legendarna agresja, przebiegłość i krwiożerczość również są konstruktem kulturowym. (…)
Wpisuję w wyszukiwarkę słowa kojarzące się ze zdjęciem z indyjskiej gazety. Masks boat tiger. I oto moim oczom ukazują się kadry z postaciami w tajemniczych maskach oraz podpisy: „Maulies, biedni zbieracze miodu w krainie tygrysa ludojada, zostawiają po sobie »tygrysie wdowy«”. I kolejny: „Sundarbany: rybacy w maskach chroniących przed atakiem tygrysów. Tygrys zawsze atakuje od tyłu, maska z widocznymi oczami ma go zmylić”. I jeszcze to: „Sundarbany: w niektórych wioskach zostały już tylko kobiety, bo ich mężowie zostali zjedzeni przez tygrysa. Prawdopodobnie niektórzy z tych rybaków też już nie żyją”.
Fragmenty książki Marty Sawickiej-Danielak Oko tygrysa. O bestii, którą stworzył człowiek. Marginesy, Warszawa 2024
To nie turystyka, to inwazja
Airbnb i inne portale turystyczne pod lupą.
Dla turystów przesiadujących w knajpach na barcelońskim deptaku Las Ramblas pierwsza sobota lipca okazała się niezbyt przyjemna – mieszkańcy opryskiwali ich z pistoletów na wodę. Można się spierać, czy protestujący przeciw masowej turystyce barcelończycy posunęli się za daleko, należy jednak pamiętać, że przez niespełna dwumilionowe miasto przewija się rocznie 30 mln gości.
W tym roku znów będziemy bić rekordy – według prognoz Światowej Rady ds. Podróży i Turystyki (WTTC) globalny wkład gospodarczy sektora podróży i turystyki osiągnie najwyższy w historii poziom 11,1 bln dol. Światowe atrakcje najedzie armia korzystających z portalu wynajmu wakacyjnych mieszkań Airbnb – w ubiegłym roku było to 1,5 mld osób. Można się spodziewać, że i ten rekord zostanie pobity, zanim protestujący cokolwiek zdziałają. Zareagować musiała UE, która właśnie dostarczyła europejskim miastom amunicji do „ucywilizowania” zasad najmu krótkoterminowego.
Miasta walczą.
Hiszpania szczególnie odczuwa zmiany wywołane turystyką. Olbrzymie dochody z branży i wiele miejsc pracy przestają cieszyć, gdy dochodzi do zniszczenia przestrzeni miejskiej, a przede wszystkim rynku mieszkaniowego. Szczególnie boleśnie doświadcza tych zjawisk stolica Katalonii. Władze ciężko pracowały, by z podupadłego miasta portowego uczynić godnego gospodarza igrzysk olimpijskich w 1992 r., a później nie zaprzepaścić sukcesu. Nacisk na promocję bez żadnych regulacji okazał się jednak zgubny dla mieszkańców, do tego kryzys finansowy z 2008 r. sprawił, że 400 tys. osób wylądowało na bruku. W ciągu ostatniej dekady czynsze wzrosły o 70%. Zarabiający 1 tys. euro miesięcznie barcelończyk jest bez szans w starciu z klientem Airbnb. Musi też mierzyć się z renomą miasta jako centrum technologicznego, do którego ciągną rzesze zagranicznych, dobrze zarabiających pracowników. Burmistrz Barcelony ma plan wyeliminowania najmu krótkoterminowego – nie zamierza odnawiać żadnej z 10 tys. licencji turystycznych na wynajem, które wygasną do końca 2028 r. Z nowo utworzonego ministerstwa ds. mieszkalnictwa również płyną zapowiedzi interwencji na rynku mieszkaniowym w zależności od regionu, by nie zaburzyć dynamiki branży turystycznej.
W Portugalii pakiet ratowania mieszkalnictwa wart 900 mln euro ogłosił premier António Costa. W przypadku zamiany nieruchomości w lokal dla miejscowych, jej właściciel może liczyć na korzyści podatkowe lub może wynająć ją państwu na okres pięciu lat. Wydawanie nowych licencji na lokale Airbnb ograniczono do mniej zaludnionych obszarów wiejskich. Zakończono także program „złotych wiz” dla obywateli spoza UE, który od 2012 r. przyciągnął 6,8 mld euro inwestycji, głównie w sektorze nieruchomości. Mieszkania w Lizbonie wykupili bogaci Chińczycy. Czynsze w stolicy wzrosły średnio o 37%, tymczasem Agencja Reutera wyliczyła, że w 2022 r. ponad połowa zatrudnionych w Portugalii zarabiała mniej niż 1 tys. euro miesięcznie.
Biskupia Górka – miejskie laboratorium
Gdańska dzielnica tkwi w zawieszeniu. Niektóre odnowione budynki są puste od ponad dwóch lat.
By dostać się z gdańskiego Dworca Głównego na Biskupią Górkę, wystarczy kilkuminutowa podróż tramwajem. Dzielnica w paradoksalny sposób łączy w sobie wszystkie cechy małej wspólnoty i obszaru poddawanego coraz intensywniejszej eksploracji turystycznej.
Kilka lat przed tragiczną śmiercią prezydent Paweł Adamowicz zapewniał dziennikarzy i inwestorów, że Biskupia Górka niedługo przeobrazi się z leżącego na uboczu, biednego, zapomnianego przez miejskich urzędników przedmieścia Głównego Miasta w „perłę w koronie”. Obecnie Biskupia Górka przypomina laboratorium. I choć aparatura jest jeszcze w fazie instalacji, już wiadomo, że celem procesów, w które zainwestowano dziesiątki milionów złotych, będzie stworzenie zupełnie nowej dzielnicy. Dobre inwestycje muszą nie tylko się zwracać, ale też na siebie zarabiać. Lawinowo rosnące czynsze oraz sprzeczność interesów ekonomicznych różnych grup unoszą się nad wzgórzem jak trujące opary rtęci.
Wyspa w morzu ruin.
Wchodzącemu do siedziby Domu Sąsiedzkiego przy Biskupiej 4 od razu rzucają się w oczy rzędy szklanych gablot, w których zgromadzono dziesiątki porcelanowych naczyń, rodzinnych pamiątek, przedmiotów osobistych, a nawet podziurawionych karabinowymi kulami niemieckich hełmów. Wszystko to zostało po dawnych mieszkańcach wzgórza, gdy w kwietniu 1945 r. uciekali przed żołnierzami Armii Czerwonej. Zrujnowane, opuszczone lub częściowo zamieszkane niskie domki, często z oknami zabitymi dyktą i płytą pilśniową, kontrastują z fasadami kamienic pamiętających panowanie cesarza Fryderyka Wilhelma II, na których widnieją starannie odnowione niemieckie napisy. Biskupia Górka, przyciągająca zorganizowane wycieczki wyjątkową atmosferą i punktami widokowymi, wita przybyszów kontrastami. Turystę nawykłego do gwarnego i skomercjalizowanego Śródmieścia uderzy zwłaszcza cisza.







