Tag "USA"
Kres epoki romantyzmu w polityce
Politycy zapomnieli, że esencją demokracji są rządy ludu i dla ludu
Nie milkną echa monachijskiej mowy J.D. Vance’a, wzmocnione wydarzeniami w Gabinecie Owalnym z udziałem prezydentów USA i Ukrainy. Pewnie jeszcze to potrwa, drażniąc świadomość i myślenie demoliberalnych elit europejskich. Obydwa te wydarzenia są w pewnym sensie symbolem, przekroczeniem Rubikonu w polityce międzynarodowej. Show, który miał miejsce w Białym Domu na oczach świata, był doskonale wyreżyserowany i zaplanowany przez obydwie strony, jak to celnie określił w jednym z wywiadów znany rosyjski akademik, reżyser teatralny i działacz polityczno-społeczny Siergiej Kurginian, i jest po prostu efektem mediatyzacji, teatralizacji i banalizacji otaczającej nas rzeczywistości. O istocie tych procesów i przewidywaniach, do czego prowadzą, już 40 lat temu pisał Neil Postman w książce „Zabawić się na śmierć”.
Europa oraz Polska są zaskoczone. Bo dotychczasowy sojusznik, de facto hegemon, potraktował nas tak, jak traktował innych, nieeuropejskich partnerów. A na to pracowano w Europie latami. Stary Kontynent okazuje się, oprócz swej nikczemności (podwójne standardy), intelektualnych nizin (jakość polityków europejskich jest dramatyczna) i cynizmu (ze wzniosłych zapowiedzi i szlachetnie brzmiących dokumentów w praktyce nic nie wynika), pustą retorycznie konstrukcją. Z jej reprezentantami nikt w świecie pozaeuroatlantyckim się nie liczy. Wystarczy przywołać potraktowanie Ursuli von der Leyen podczas wspólnej wizyty z prezydentem Francji Emmanuelem Macronem w Pekinie czy pobyty minister spraw zagranicznych Niemiec Annaleny Baerbock w Malezji, Emiratach Arabskich albo Brazylii.
Świat Europie odpłynął
Pogrążenie się w bezkrytycznym zadowoleniu ze swoich osiągnięć, w dysputach nad sprawami, które większości ludzi nie interesują, bo ich nie dotyczą, zwłaszcza gdy żyje się coraz gorzej, zawsze było drogą do rozczarowań, frustracji, w efekcie do klęski. Gdy ów klimat samozachwytu zderza się z problemami trawiącymi resztę niezachodniego świata, widać, jak daleko świat Europie odpłynął.
Wydawało się Europejczykom po obaleniu muru berlińskiego i rozpadzie ZSRR, na kanwie idiotycznej, nierzeczywistej frazy o „końcu historii”, z której jej autor Francis Fukuyama chyłkiem się wycofał, że nastały czasy wiecznego, romantycznego spokoju, wzniosłości i szczęśliwości. Oczywiście dla elit. Skandale korupcyjne, które targają środowiskiem brukselskich technokratów, świadczą o tym najlepiej. Dziś, gdy ów hegemon, rozpościerający do tej pory nad Europą atomowy parasol, pokazuje swoje janusowe oblicze, wszyscy są zaskoczeni i przerażeni.
A przecież on taki był zawsze. Po upadku w 1989 r. ideologicznego podziału świata i uśmiechniętej prezydenturze Billa Clintona, szczerego demokraty i liberała, wmówiono wszystkim, że teraz już będzie wyłącznie cool, a euroatlantycki sojusz będzie trwał do końca świata i jeden dzień dłużej. Zapomniano, że nie wszystko oprócz konsumpcji i „kasy” jest wyłącznie post- (postprawdą, postkulturą, posttradycją, postwartościami itd.). Zaowocowało to zanegowaniem wszelkich metanarracji i idei spoza tych uznawanych przez mainstream. Najważniejsze stały się emocje i indywidualizm sprowadzony do absurdu. A taka mieszanka okazuje się dla klimatu intelektualnego depresyjną, indywidualistyczną i egoistyczną.
Nie chciano pamiętać – z ignorancji, serwilizmu czy pospolitego cynizmu – że na długo przed Trumpem prezydenci USA tak samo jak on traktowali najlepszych sojuszników i oddanych partnerów. Jak obszedł się Waszyngton z Ngo Dinh Diemem
Szaleństwo i nadzieja
Trzęsienie ziemi w Europie i wielkie emocje – „tata” nas zostawił, musimy sobie radzić sami. Jesteśmy przecież dorośli i mamy bogatą historię, która przypomina, jak byliśmy wojowniczy – często za bardzo. A Polska zbroi się na potęgę. Okropne, ale chyba nie ma rady. Przychodzi czas, że zaczynamy się bać o naszych chłopców. Tusk zapowiada powszechne szkolenia wojskowe. Premier jak bóg wojny przemawiał w Sejmie. Kaczyński i jego banda w kłopocie. Nie mogą nie zgodzić się z Tuskiem, a to przecież zdrajca. Kaczyński więc burczy do mikrofonów, że musi się zmienić „cała pedagogika społeczna”, trzeba skończyć z „pedagogiką tchórzostwa”, musi być „powrót do etosu rycerskiego”. Mówi to ktoś, kto do złudzenia przypomina giermka Don Kichota, Sancho Pansę.
Janusz Waluś, polski emigrant mieszkający w RPA, jest mordercą, dostał karę śmierci, zamienioną na dożywocie. Zamordował ciemnoskórego działacza antyapartheidowego Chrisa Haniego. Wyszedł po 30 latach i wrócił do Polski. I, jak się okazuje, nie zmienił poglądów. Witał go na lotnisku Grzegorz Braun, a Dariusz Matecki, poseł PiS, którego właśnie zapuszkowano, witał go na Facebooku. Generalnie dla naszych narodowców Waluś to ostatni „żołnierz wyklęty”. Od Walusia odcina się mieszkająca w Polsce córka, która ma liberalne poglądy: „Przez wiele lat walczyłam, żeby ojciec miał prawo wrócić do swojej rodziny. Teraz okazało się, że ten człowiek może być niebezpieczny dla kraju, który ja kocham. Chce przyłożyć rękę do faszyzmu i rasizmu”. Warto wiedzieć, jakich idoli ma nasza narodowa prawica – po idolach ich poznasz.
Żyjąc w stanie ciągłego obrzydzenia do PiS, nie zauważyliśmy, że rośnie w siłę Konfederacja. I nagle Mentzen goni Nawrockiego. Obaj odrażający i siebie warci. Najlepiej, gdyby te dwa drapieżniki pożarły się nawzajem w walce o prezydenturę. Któryś jednak przeżyje, a wtedy istnieje
Nie zdajemy sobie sprawy ze skali katastrofy Ukrainy
Kiedy w czasach rządów PiS bywali tam polscy politycy, w tle widniały czarno-czerwone sztandary UPA
Prof. Rafał Chwedoruk – politolog z Uniwersytetu Warszawskiego
Badania internetu pokazały, że po spotkaniu Trump-Zełenski, po tej awanturze, polscy internauci – nie całość społeczeństwa, tylko ta grupa – opowiedzieli się po stronie Trumpa, przeciwko Zełenskiemu. To przypadek czy tendencja? Co tu się dzieje?
– Książkę można na ten temat napisać! Po pierwsze, jest to element uniwersalnego procesu. W tę stronę zmierzają postawy wyborców w wielu państwach Europy. Szczególnie naszego regionu. Prezydent Chorwacji w cuglach wygrał wybory, opowiadając się za jak najszybszym pokojem. W Bułgarii wypłynęli na tym prorosyjscy nacjonaliści. Widzieliśmy, co się działo w Rumunii. U Słowaków kolejny raz wrócił lewicowy Fico. Na Węgrzech jest prawicowy Orbán.
W Czechach faworytem w nadchodzących wyborach jest Babiš.
– W Polsce nakładają się na to inne konteksty. Dlatego powiedziałbym, że z Ukrainą, i w aspekcie relacji państwowych, i w relacjach międzyludzkich, było trochę tak jak w polskiej polityce z ruchami Palikota czy Kukiza. W pierwszej chwili zaskoczenie i entuzjazm. A potem, im dłużej przyglądano się zjawisku, dostrzegano coraz większe mankamenty. Rodziło się rozczarowanie, że ta postać i ten ruch są odległe od pierwotnych oczekiwań. Podobnie jest z działaniami Ukrainy.
Stąd przejście od entuzjazmu do sceptycyzmu?
– Polska opinia publiczna z czasem musiała dostrzec skutki ekonomiczne wojny w ogóle, ale także ukraińską politykę. Kto pamięta, że tuż przed wojną Ukraina poszła na skargę do instytucji europejskich związanych z rynkiem transportu, co uderzało bezpośrednio w polskie firmy transportowe? Tuż przed wojną! Kiedy już wiedziała, że Polska będzie kluczowa dla obrony przed agresją. Takich punktów konfliktowych jest więcej: cement, miękkie owoce, rynek zbożowy… No i oczywiście polityka historyczna, gdzie nie tylko nie doczekano się żadnego gestu ze strony ukraińskiej, ale można wręcz powiedzieć, że w tej materii trwają tam bachanalia faszyzmu.
Twarde słowa.
– Jeśli latem 2022 r. – wiemy, co się działo wtedy na froncie, to były decydujące chwile konfliktu, Polska była maksymalnie zaangażowana w pomoc Ukrainie, jak tylko się dało – w Białej Cerkwi, największym mieście obwodu kijowskiego, nazwano ulicę imieniem Piotra Diaczenki… Pacyfikatora powstania warszawskiego i Lubelszczyzny, kolaboranta. Podobnie stało się jeszcze w kilku miejscowościach. Albo teraz – Ukraina, której siłą rzeczy brakuje środków na wszystko, znajduje czas i możliwości, żeby na poziomie miasta Lwów zajmować się odbudową zniszczonego bombardowaniem muzeum Szuchewycza, wykonawcy rzezi wołyńskiej. Mam wyliczać despekty wobec polskich polityków? Kiedy w czasach rządów PiS bywali na Ukrainie, tak się dziwnie składało, że w tle widniały czarno-czerwone sztandary UPA. Trudno nazwać to wszystko przypadkiem. Sama Ukraina postarała się jako państwo – nie mówię o Ukraińcach, którzy są w Polsce – o to, żeby postawa Polski i Polaków ewoluowała w niekorzystną dla niej stronę. Do tego dochodzi tendencja uniwersalna, to znaczy migracja.
Która zawsze generuje nieporozumienia.
– Akceptacja migracji miała charakter głęboko humanitarny. Pomagamy, bo to są ludzie jak my, niewiele kulturowo od nas się różnią, spotkało ich nieszczęście. Poza tym już byliśmy przyzwyczajeni do obecności Ukraińców na rynku pracy, często bardzo pożytecznej. Ale w dłuższym horyzoncie czasowym masowa migracja zawsze rodzi napięcia. Największe – w gorzej płatnych segmentach rynku pracy. Warto też pamiętać, że migranci, tak jest na Zachodzie, osiedlają się tam, gdzie jest taniej. Wbrew stereotypom, że Ukraińcy w Polsce jeżdżą limuzynami, odwiedzają drogie restauracje, tak naprawdę większość osiedla się w mniej zamożnych częściach dużych miast. Na tym zachodnie partie socjaldemokratyczne tracą, bo wtedy te dzielnice…
…stają się antyimigranckie, czyli prawicowe.
– Narastają konflikty, czy to z powodu sposobu życia, czy przez obawy związane z rynkiem pracy, czy po podwyżkach czynszów w okolicy. Ten proces, chociaż powolny, też w Polsce ma miejsce. Tyle że przy naszej strukturze to dotyczy elektoratu prawicy.
Lewica z dzielnic robotniczych, proletariackich dawno wyemigrowała.
– Lewicę mamy w stylu Izraela czy Turcji. Mieszczańską, kampusową itd. I ostatnia rzecz, ale ważna – my, Polacy, jesteśmy społeczeństwem proamerykańskim. Żeby nie wiem co, nie jesteśmy w stanie przyjąć do wiadomości, że Reagan i Breżniew już nie żyją. Oni organizują nasze życie! Nie Dmowski z Piłsudskim!
Polską rządzą trumny Reagana i Breżniewa?
– Raczej tamten czas. Jest zimna wojna, tu jest dobry Zachód, tam zły Związek Radziecki, który jest wszechpotężny, a Zachód zjednoczony jak nigdy. Nikt nie chce przyjąć do wiadomości, że np. Francja wyszła ze struktur militarnych NATO, że Reagan w czasie naszego stanu wojennego nałożył faktyczne sankcje na firmy z państw Europy Zachodniej za handel surowcami ze Związkiem Radzieckim. Żyjemy w jakiejś mitycznej rzeczywistości. A Trump jedynie ujawnił to, co od dawna było wiadome. Że w naszym proamerykańskim społeczeństwie Zachód to, po pierwsze, Columbo, Kojak i westerny. A dopiero po drugie Napoleon Bonaparte.
Tak myśli prawica.
– I elektorat PiS, i Konfederacji jest w swojej masie proamerykański. A elektorat Platformy i lewicy jest podzielony, nie jest homogeniczny, jeśli chodzi o poszukiwanie balansu między Europą a Ameryką. Składa się to na obraz, który dla mnie był jasny od pierwszej minuty tej wojny – że taki będzie jej wewnętrzny finał w Polsce.
Że mając do wyboru Trumpa i Ukrainę, wybierzemy Trumpa?
– Najciekawsze jest to, że partią, która w najmniejszym stopniu wyciągnęła wnioski, było PiS. Ta partia była fanką Trumpa, ale realizowała linię Bidena. A teraz się dziwi, że wystąpił strategiczny problem i niekoniecznie jej kandydat wypada w tej kwestii wiarygodnie na tle kandydata Konfederacji.
W PiS jest pęknięcie? Czy raczej politycy ślepo opowiadają się za Trumpem?
– Najgorsze dla PiS jest to
Trumpolityka
Niepotrzebna była niezwykła przenikliwość ani wielka wyobraźnia, by przewidzieć, że Donald Trump swoim mózgowym chaosem będzie ogniskował na sobie uwagę, zaburzał nasze, nawet to powierzchowne, rozumienie świata. Ale nawet spodziewając się tego, możemy być odurzeni tempem, intensywnością i rozmachem demolki, którą funduje współczesności. Marnym pocieszeniem jest fakt, że to prezydent USA, a nie stanów zjednoczonych globu, bo siła rażenia z miejsca, które zajmuje, ma jądrową moc. Równocześnie oglądamy spektakl bezradnościowych prób racjonalizowania tej stukierunkowej szamotaniny, mającej na celu uznanie siły za polityczny przymiot.
Z drugiej strony w interesującym dokumencie filmowym Dana Partlanda „Szaleństwa Donalda Trumpa” naukowcy, psycholodzy, psychiatrzy, spece od politycznego PR walą wprost za Erichem Frommem: „Trump to człowiek socjopata, złośliwy narcyz, pozbawiony empatii, rozkochany w sobie samym, sam ze sobą naradzający się w istotnych sprawach, istota mściwa, pamiętliwa, nie bez rysów sadyzmu, interesowna do bólu, patologicznie inteligentna, choć skrajnie manipulatorska, przekonana o swojej wielkości i całkowitej bezkarności”.
Jest w tej opowieści także epizodyczny wątek, w którym dziennikarz i pisarz sportowy, komentator i znawca golfa analizuje ten obszar aktywności Trumpa. Obecny prezydent USA, właściciel pól golfowych, patologicznie oszukuje w tej dyscyplinie, tak naprawdę nienadzorowanej przez sędziów ani jakieś inne VAR-y. Przesuwa znaczniki pozycji piłki golfowej na ostatnim odcinku przed dołkiem, a kiedy wbija piłkę do jeziora, każe pomocnikowi jak gdyby nigdy nic podrzucić inną na ląd. Oszukiwał nawet wtedy, gdy grał z Tigerem Woodsem, co wydaje się trudne do wyobrażenia. Przechwala się i dokumentuje sukcesy w turniejach, w których był jedynym startującym albo akurat druga zawodniczka, jego żona Melania, miała gorszy dzień i przegrała.
I ktoś taki, nieuleczalny oszust
Metoda w szaleństwie
Oglądałem w poprzednią sobotę wystąpienie Donalda Trumpa na konferencji CPAC. Pycha, arogancja, lżenie przeciwników… – ale czy tylko? Nasza prawica, atakująca reset Baracka Obamy z Rosją, doczekała się od Trumpa nie resetu już, lecz podporządkowania Kremlowi. Wszak nawet gdyby przyjąć, że w taktyce „zachęcić Putina, przymusić Zełenskiego” kryje się coś racjonalnego, to przecież pozostaje pytanie, jak można rozpoczynać negocjacje od kapitulacji. Kogo więc będzie dziś kochać nasza prawica: antyrosyjską Ukrainę czy prorosyjskiego Trumpa? Cóż, antyrosyjskość można zawsze zmienić w prorosyjskość – o tym codziennie przekonuje „obywatelski kandydat” Karol Nawrocki.
Tymczasem problem nie leży ani w Trumpowym kuglarstwie, ani w jego „nieprzewidywalności”. W niedawnym wywiadzie dla „Gazety Wyborczej” Aleksander Kwaśniewski zwrócił uwagę, że odwrót USA od Europy jest tendencją trwałą: już Barack Obama uznał kraje Pacyfiku za priorytetowy rejon amerykańskiej polityki. Również dla Trumpa w jego poprzedniej kadencji największym wyzwaniem były Chiny. A większość amerykańskiego społeczeństwa pochodzi już nie z Europy, lecz z Ameryki Łacińskiej, Afryki i Azji – solidarność z Europą przestała być powszechna.
Nic więc dziwnego, że USA zamierzają odciągnąć Rosję od Chin. Że chcą mieć Rosję po swojej stronie.
Dawno temu uważałem podobnie. Choć zawsze kibicowałem Ukrainie i nie byłem ślepy na rosyjskie agresje i aneksje, to przecież widziałem, że w ciągu 20 lat przełomu XX i XXI w. Rosja pogodziła się w istocie z niepodległością Ukrainy i obecnością w NATO „Pribałtyki”, tym bardziej zaś – z utratą w środkowej Europie swego „zewnętrznego imperium”. Traktowałem Rosję poważnie, sądziłem więc, że warto jej pomagać w odnalezieniu się na nowo w Europie – w tym, co Michaił Gorbaczow nazwał „wspólnym europejskim domem”. Bo przecież Rosja to też Europa! A europejskość Stanów Zjednoczonych uznawałem za oczywistość.
Myliłem się w obu sprawach.
a.romanowski@tygodnikprzeglad.pl
Niebezpieczne związki
Meloni – koń trojański Trumpa w UE
Korespondencja z Włoch
Alt-right, czyli alternatywna prawica, to niejednorodny ruch polityczny obejmujący skrajnie prawicowe ideologie, które odrzucają wiele postulatów konserwatyzmu głównego nurtu. Autorstwo pojęcia przypisuje się białemu supremacjoniście Richardowi Spencerowi, który użył go w 2010 r. Spencer wielokrotnie odwoływał się do propagandy nazistowskiej, choć zaprzecza osobistej identyfikacji z neonazizmem. Steve Bannon nie ukrywa, że to on go zainspirował. Dziś, po salutach rzymskich, które oglądaliśmy w wykonaniu zarówno Bannona, jak i Elona Muska, alternatywną prawicę można przemianować na hail-right, czyli hajlującą prawicę.
Do tej pory Giorgia Meloni mówiła: „Musimy być po stronie Ukrainy, u boku Wołodymyra Zełenskiego, który w momencie rosyjskiej agresji rozpoczętej 24 lutego 2022 r. nie uciekł z rodziną na pokładzie amerykańskiego samolotu, lecz pozostał w swoim kraju, by organizować opór przeciwko najeźdźcy”.
Teraz, gdy „przeciętny komik” i „dyktator” – jak ukraińskiego prezydenta nazwał Donald Trump – który „sprowokował” do wojny Władimira Putina, został rzucony na pożarcie rosyjskiemu niedźwiedziowi przez nową amerykańską administrację, włoska premier znalazła się w trudnej sytuacji. Będzie musiała się wykazać dużą zręcznością. Z jednej strony, nie może nagle przestać wspierać Zełenskiego, z drugiej zaś – musi umocnić uprzywilejowane stosunki Włoch ze Stanami Zjednoczonymi, aby móc odgrywać rolę pomostu między administracją republikańską a Unią Europejską.
Po kontrowersyjnych wypowiedziach Trumpa we Włoszech zapanowała konsternacja. Meloni zachowała milczenie, a w Palazzo Chigi – siedzibie włoskiego rządu – przyjęto strategię powściągliwości, tłumacząc to koniecznością dążenia do „trwałego pokoju”.
Minister spraw zagranicznych Antonio Tajani, lider Forza Italia, ograniczył się do dyplomatycznego komentarza: „To nie jest nasz język”, i dodał, że „konieczne jest zachowanie zimnej krwi”. Elly Schlein, liderka włoskiej Partii Demokratycznej, początkowo również milczała, co wywołało krytykę ze strony sekretariatu partyjnego, który nie krył oburzenia: „Haniebne słowa, pełne pogardy dla ofiar wojny, są upokorzeniem dla zaatakowanej Ukrainy. Są tacy, którzy próbują reagować, podczas gdy Meloni wciąż milczy”.
Z kolei wicepremier Matteo Salvini
Amerykański koń trojański w Unii
Co rusz słyszę, że świat musi się nauczyć rozmawiać z Trumpem. Bo taka jest potrzeba i racja stanu. A Trump taki jest, że trzeba mu grzecznie potakiwać. I nieustannie schlebiać, bo to lubi. Orszak pochlebców ma alibi dla swojej służalczości. Bo Trump jest najpotężniejszym człowiekiem na świecie. Bo przecież może wszystko. Choć nic z tego nie jest prawdą, w te mity bardzo chętnie uwierzyła część polskich polityków. Głównie z PiS, ale podobnej klasy myśliciele są też w innych partiach i w mediach.
Na czele stawki bezkrytycznych apologetów Trumpa plasuje się prezydent Duda. Śmiać mi się chce, jak widzę te maślane oczęta i gotowość stania się choćby na moment podnóżkiem Amerykanina. Bo a nuż rzuci jakąś kosteczkę, poklepie po plecach i nazwie największym przyjacielem. Oczywiście poklepie, bo dlaczego miałby tego gestu żałować komuś tak przymilnemu. Dla Trumpa zachowanie Dudy i jego gotowość służenia jest świetnym interesem. Ma wreszcie kogoś, kto w Unii Europejskiej ochoczo wystąpi w roli amerykańskiego konia trojańskiego.
Nikt inny mu tego za bezdurno nie zrobi.
Służalcze postawy polityków PiS nie mogą zaskakiwać. Jeśli ktoś tak bezczelnie i na ogromną skalę okradał własny kraj i rodaków, to zrobi kolejny krok i chętnie wlezie pod parasol gwarantujący mu bezkarność. Nawet chwilową. Podtapianie u Trumpa obecnego rządu i samego Tuska jest dla nich czymś normalnym. Chwalą się tym. Są zdesperowani, a Trump to dla nich jedyna szansa na szybszy powrót do władzy. Ich zachowanie jest tak obrzydliwe, że musi odepchnąć nawet część żelaznego elektoratu. Proamerykańskie nastroje Polaków z powodu polityki Trumpa mogą tylko słabnąć. Za rok czy dwa bycie największym przyjacielem Trumpa może mieć urok gwoździa w bucie.
Fanom budowania bezpieczeństwa Polski na niewzruszonym sojuszu z USA, które mają nas obronić przed Rosją, sprawiony został bardzo zimny prysznic. Jeden amerykański prezydent zapewniał Ukraińców, że ich nie opuści i że mogą liczyć na taką pomoc, która pozwoli im się obronić przed Rosją. A drugi potraktował prezydenta Zełenskiego w sposób obraźliwy i urągający cywilizowanym normom. Dla Trumpa Ukraina tyle znaczy, ile może zapłacić. A nawet jak zapłaci, niczego nie może być pewna.
Czy przekonawszy się, jak USA traktują naszego sąsiada, polscy politycy ciągle wierzą, że w razie czego przyjdą chłopcy z Dakoty czy Alabamy? Jeśli tak, to można powiedzieć, że w Polsce naiwność nigdy nie umrze. Podobnie jak wiara w nadchodzący pokój w Ukrainie.
Ta wojna szybko się nie skończy. Przejdzie tylko w kolejne fazy i etapy.
Czego chce Ameryka Trumpa?
Zjednoczona Europa dla Trumpa jest za silna. Chce więc ją podzielić
Prof. Roman Kuźniar – kierownik Katedry Studiów Strategicznych i Bezpieczeństwa Międzynarodowego WNPiSM Uniwersytetu Warszawskiego
Rozpoczynają się rozmowy na temat Ukrainy. Chodzi w nich o zamknięcie regionalnego konfliktu czy jest to wstęp do rozmów o nowym podziale świata?
– Jedno nie musi wykluczać drugiego. Na pewno Donald Trump chce sobie otworzyć drogę, oczyścić przedpole do porozumienia z Rosją. To wyraźnie widać. Wojna zaś bardzo mu przeszkadza w tym porozumieniu. A czy z tego miałby wynikać podział świata? Być może, bo tu są różne elementy.
Jakie?
– I geopolityczny, i ustrojowy, i taki – powiedziałbym – emocjonalny. Przecież widać wyraźnie, że Donald Trump, mówiąc żargonowo, czuje miętę do Putina. Odpowiada mu ten sposób sprawowania władzy. Sam jest osobowością silnie autorytarną i imponują mu autorytarni przywódcy. On sobie próbuje w Stanach Zjednoczonych zapewnić tego typu władzę – jeszcze nie taką jak w Rosji, to niemożliwe – ale chodzi o władzę sprawowaną niedemokratycznie, bez ograniczeń charakterystycznych dla demokracji, dla podziału władzy, dla tego, co w Ameryce nazywa się checks and balances. Są więc różne piętra czy ścieżki, jeśli chodzi o jego podejście do Rosji, czego ofiarą pada w tej chwili Ukraina. Ale czym to się skończy, tego jeszcze nie wiemy.
Bo to jest początek tego etapu historii. Wspólne głosowanie USA i Rosji 24 lutego w Zgromadzeniu Ogólnym Narodów Zjednoczonych przeciwko europejskiej rezolucji w sprawie rosyjskiej agresji na Ukrainę jest dobitnym sygnałem tego historycznego, antyzachodniego zwrotu w polityce Ameryki. To jest nie tylko zdrada wspólnych wartości, ale też zdrada sojuszników.
Mięta do Putina to jedna strona medalu, a druga – to niechęć do Europy. Czy wynika ona z ideologii, czy z konfliktu interesów, z biznesowego podejścia?
– Są próby tłumaczenia, że Trump jest tak chytry jak Kissinger, a właściwie jak Nixon, bo tak naprawdę to Nixon wymyślił ten manewr i pchnął Kissingera do Chin, żeby negocjował z Mao. Przypisuje się więc Trumpowi chęć odwrócenia tej sytuacji…
…zastosowania tzw. odwróconego Nixona…
– …że teraz Rosję wyszarpniemy z objęć chińskiego smoka, kosztem oczywiście Ukrainy, bo za taki manewr trzeba coś Moskwie dać. Gdyby tak miało być… Uważam, że za próbą porozumienia z Rosją stoi nie tyle czynnik chiński, ile właśnie antyeuropejskość Trumpa. On wie, że Putin jest silnie antyzachodni, antyeuropejski. Ale Stany Zjednoczone pod wodzą Trumpa przestały być państwem zachodnim. W związku z tym Putin nie musi być antyzachodni w swoim wcześniejszym rozumieniu, wystarczy, że będzie antyeuropejski.
I mamy platformę porozumienia?
– Przez wzgląd podwójny. Mniej geopolityczny, bardziej ideologiczny i biznesowy. Ideologiczny, ponieważ Europa jest demokratyczna, a Trump jest antydemokratyczny – spójrzmy, jak się zachowuje, z władcami autorytarnymi idzie mu dobrze, złego słowa nie powiedział na Chiny czy inne państwa autorytarne. Jest w amerykańskiej ekipie silna ideologiczna antyeuropejskość, wyraźnie to widać. Wszystkie zabiegi Trumpa, Vance’a, tego pajaca Muska mają tło ideologiczne. To im się zgadza z Putinem – chcą Europę wziąć w dwa ognie.
Jest też wątek biznesowy. Wiadomo, Trump lubi rozmawiać ze słabymi przeciwnikami. Waga amerykańska jest większa w każdej ustawce jeden na jeden, wtedy może on dyktować swoje warunki. Europie nie może dyktować warunków w kategoriach biznesowych, bo zjednoczona Europa jest za duża. W związku z tym trzeba ją podzielić. Trump uznał, że najłatwiej pójdzie mu poprzez zabiegi ideologiczne. Zwłaszcza że w Europie są żywe – nie dominujące, ale żywe – te siły polityczne, które odpowiadają obecnej amerykańskiej administracji.
A dlaczego Europa nie potrafi na te zaczepki zdecydowanie odpowiedzieć? Dlaczego chce łagodzić?
– O nie, reakcje na antyeuropejską petardę J.D. Vance’a były jednoznaczne. Dosyć zgodnie zareagowali Europejczycy, łącznie z Brytyjczykami. Jednoznacznie odpowiedzieli na te brednie, które Trump opowiada o Ukrainie czy Rosji.
Tu jest jedna linia.
W słowach…
– A czym innym jest działanie polityczne, dlatego że Europa w dalszym ciągu ma świadomość daleko idącego uzależnienia od Stanów Zjednoczonych w dziedzinie bezpieczeństwa. Ono jest bardziej mentalne, niemające pokrycia
r.walenciak@tygodnikprzeglad.pl
Realizm Pete’a Hegsetha
Choć Europa powinna zwiększyć wydatki na zbrojenia, nie musi wydawać fortuny na drogą broń
Goszczący już na łamach „Przeglądu” Anatol Lieven jest jednym z najbystrzejszych i najlepiej poinformowanych zachodnich analityków. Jego kontakty w Rosji i w Ukrainie (przez ponad 13 lat pracował jako dziennikarz na obszarze byłego ZSRR) pozwalały mu w przeszłości i nadal pozwalają kompetentnie i w miarę obiektywnie komentować rozwój wypadków. Jeszcze przed oficjalnym oświadczeniem ministra spraw zagranicznych Rosji Siergieja Ławrowa pisał on, że Rosja nie zgodzi się na obecność natowskich wojsk z Europy w Ukrainie, czyniąc całą burzliwą dyskusję bezprzedmiotową. Bardzo istotne jest również zwrócenie uwagi na bezcelowość w gruncie rzeczy wydawania przez Europejczyków bajońskich sum na zbrojenia w świetle zrewolucjonizowania współczesnego pola walki przez drony.
Prezentujemy fragmenty artykułu, który ukazał się 12 lutego 2025 r. na stronie internetowej think tanku Responsible Statecraft. Z całością można się zapoznać pod adresem: responsiblestatecraft.org/hegseth-nato-ukraine/.
Amerykański sekretarz obrony Pete Hegseth zawarł niespotykaną dozę szczerości w swoich uwagach na temat warunków pokoju w Ukrainie, skierowanych do członków NATO. Należą mu się za to specjalne wyrazy wdzięczności od przedstawicieli ukraińskiego i europejskiego establishmentu, choć z pewnością ich nie otrzyma. Jego oświadczenie rozwiewa iluzje, w których oni tkwili. Gdyby te iluzje nie zostały rozwiane, mogłyby wstrzymać proces pokojowy i spotęgować niebezpieczeństwa czyhające na Ukrainę. (…) Hegseth powiedział: „Tak jak i wy chcemy suwerennej i dostatniej Ukrainy, lecz musimy zacząć od przyznania, że jej powrót do granic sprzed 2014 r. jest nierealistycznym celem. Pogoń za nim przedłuży jedynie wojnę i przyniesie więcej cierpienia. (…) W trwały pokój w Ukrainie muszą być wpisane solidne gwarancje, że wojna się nie powtórzy. (…) Jednak Stany Zjednoczone nie wierzą, że członkostwo Ukrainy w NATO byłoby realistycznym efektem wynegocjowanego porozumienia. Gwarancje bezpieczeństwa muszą być wsparte przez europejskie i pozaeuropejskie oddziały. Jeśli oddziały te zostaną rozmieszczone w charakterze sił pokojowych, powinny być rozmieszczone w ramach misji pozanatowskiej i nie powinny być chronione art. 5 (chodzi o art. 5 Traktatu północnoatlantyckiego: „Strony zgadzają się, że zbrojna napaść na jedną lub więcej z nich w Europie lub Ameryce Północnej będzie uznana za napaść przeciwko nim wszystkim” – przyp. P.K.). (…) Żeby było jasne: wojska amerykańskie nie zostaną rozmieszczone w Ukrainie w ramach jakichkolwiek gwarancji bezpieczeństwa (…)”.
Prawda jest taka, że przedstawiciele europejskiego establishmentu znajdują się w sytuacji bohatera kreskówki, który, biegnąc, nie zauważył, że skończył mu się grunt pod nogami, i porusza nimi prędko w powietrzu jeszcze przez kilka sekund, zanim zda sobie sprawę, że ma pod sobą przepaść, po czym spada z krzykiem. (…) W CNN można było usłyszeć, że „Wielka Brytania może szybko zastąpić USA w roli najbliższego zachodniego sojusznika Ukrainy”. Biorąc pod uwagę dysproporcję między zasobami wojskowymi i gospodarczymi USA i Wielkiej Brytanii, jeśli jakikolwiek brytyjski urzędnik, polityk, analityk czy dziennikarz rzeczywiście uważa to za wykonalne, jest szaleńcem
Wstęp, wybór i przekład Piotr Kimla
Tytuł pochodzi od tłumacza
Skansen czy raj dla biznesu?
Do czego doprowadzi deregulacja
Dziennikarstwo ma swoją poetykę i warsztat. Z racji ograniczeń poznawczych odbiorców nie może zbyt głęboko wnikać w istotę zjawisk i problemów.
To przecież ani literatura piękna, ani naukowa. Ale sam dziennikarz musi rozumieć, o czym się wypowiada. A już ubolewanie nad wzrostem „kosztów prowadzenia polityk społecznych” jako jedną z przyczyn uwiądu konkurencyjności europejskiej gospodarki – to duża przesada. Tym bardziej w tygodniku pretendującym do lewicowej perspektywy oglądu świata (Grzegorz Rudnik, „Skansen Europa”, „Przegląd” nr 7/2025). Autor wśród wielu przyczyn wymienia te, od których puchną uszy, bo huczy o nich cały front ideologiczny: przegrany wyścig technologiczny z kalifornijskimi doliniarzami, odcięcie się, w znacznym stopniu na własne życzenie, od rosyjskiego gazu (tańszego niż amerykański czy katarski LNG), przeregulowana gospodarka, wzrost długu publicznego…
Otóż do głównej przyczyny nie dotrze ten, komu poprawność ideologiczna i polityczna nie pozwala dać rzeczom odpowiednie słowo. Do nich należy ze swoim raportem bankier i współsprawca europejskiej niedoli, Mario Draghi.
W świątyni kapitału mądrość etapu trumpizmu-muskizmu ujawnił premier polskiego rządu. Można się zastanawiać, czy był to ideologiczny striptiz, czy raczej polityczne harakiri. Nie jest w stanie ogarnąć wyobraźnią, do czego doprowadzi wymarzona przez polski biedabiznes deregulacja? Przecież to będzie likwidacja prawnych wędzideł, przepisów, które strzegą jakości produktów, warunków zatrudnienia, norm emisji szkodliwych substancji wytwarzanych podczas produkcji itd. Chce, by wszyscy chętni mogli bez żadnych ograniczeń maksymalizować zyski, by chciwość rządziła przyszłością polskiej peryferii?
Ale może chociaż dzięki temu pomysłowi ostatecznie zejdą ze sceny politycznej pogrobowcy Solidarności – obóz POPiS?
Bez zrozumienia, jak obecnie funkcjonuje całość zwana globalną gospodarką, nie poznamy źródła kryzysu kapitalizmu. Cierpi on na przerost sektora finansowego. To bezpośredni skutek demontażu państwa dobrobytu i deregulacji biznesów dużych Bezosów i małych Mentzenów. Początek tego procesu to przełom lat 80. i 90. To wtedy powstała gospodarka globalnego rentiera, nastawiona na wyciskanie zysku, z czego tylko się da, w tym z taniej pracy. W Chinach, w Bangladeszu i… w Polsce. Ale ci, co żyją z pracy
Tadeusz Klementewicz – politolog, profesor nauk społecznych, Uniwersytet Warszawski






