Tag "Wielka Brytania"
Nadchodzi Król Północy
Czy Andy Burnham zbawi państwo brytyjskie?
Być może najlepszym źródłem wiedzy, ale też przestrogą dla Andy’ego Burnhama i całej brytyjskiej Partii Pracy jest historia, która wydarzyła się dekadę wcześniej po drugiej stronie kanału La Manche. W 2012 r. prezydentem Francji został François Hollande. Technokrata z Partii Socjalistycznej, uznawany powszechnie za świetnego menedżera partyjnego, sprawnie manewrującego pomiędzy rozmaitymi, wrogimi wobec siebie frakcjami tego potężnego ugrupowania. Do Pałacu Elizejskiego wprowadzał się po latach rządów prawicy i choć mało kto widział w nim nowego Mitterranda, twórcę wielkiego, cywilizacyjnego wręcz projektu francuskiej lewicy, to jednak były podstawy, by sądzić, że Hollande wyprowadzi socjalistów z marazmu. Pięć lat później został ich grabarzem.
Dzisiaj nad tą historią przechodzi się do porządku dziennego. Od prawie dekady polityka francuska, a przez to i w dużej części europejska, jest kształtowana przez Emmanuela Macrona – człowieka spoza układu partyjnego, liberalnego antypolityka, centrowego populisty, który pod wieloma względami rzeczywiście zmienił realia francuskiej republiki. Wtedy jednak była to zmiana wręcz rewolucyjna, bo francuska Partia Socjalistyczna w dużej mierze zarządzała dyskursem publicznym nad Sekwaną nieprzerwanie od końca II wojny światowej. Była twardą jak skała, nienaruszalną siłą. Miliony członków, sprzyjające jej media, liczne związki zawodowe. Cała tożsamość klasowa stworzona wokół jednego ugrupowania. Zasługi starych polityków i legiony młodych intelektualistów. Taki kolos nie miał prawa upaść. Tymczasem nie dość, że się zawalił, to jeszcze bez wielkiego huku. Dzisiaj poparcie PS, jeśli jest liczone oddzielnie, poza szerokimi lewicowymi koalicjami, zamyka się w jednocyfrowych wynikach. Z 577 miejsc w parlamencie socjaliści kontrolują tylko 66. W 2017 r., kiedy Macron dochodził do władzy, popierany przez partię Benoît Hamon zdobył zaledwie 6,36% głosów w pierwszej turze wyborów prezydenckich. Era socjalistów we francuskiej polityce skończyła się wtedy definitywnie.
Zarządzanie upadkiem
Przytaczanie tej opowieści w kontekście obecnych kłopotów laburzystów na Wyspach i wyzwania stającego przed Andym Burnhamem (trzykrotnie wybieranym na burmistrza aglomeracji Wielkiego Manchesteru), nie jest przypadkowe. David Klemperer, brytyjski historyk i publicysta, na łamach magazynu „The New Statesman” stwierdził, że Partia Pracy znajduje się teraz w podobnym miejscu co francuscy socjaliści dekadę temu. Z najwyższego urzędu w kraju odchodzi partyjny technokrata, wewnętrzne frakcje rzucają się sobie do gardeł, a wokół wyrastają nowi, populistyczni rywale. Śmiertelne zagrożenie, nie tylko dla partii, ale i dla całej demokracji, nadciąga ze strony skrajnej prawicy, tam – spod znaku Marine Le Pen, tu – Nigela Farage’a. Tradycyjny elektorat lewicowy zaczyna się dzielić, dawna klasa pracująca w postindustrialnych okręgach przechodzi do radykałów, a wielkomiejska klasa średnia znajduje schronienie pod parasolem Zielonych, kierowanych przez charyzmatycznego, choć niedoświadczonego Zacka Polanskiego. Patrząc szerzej, cała scena partyjna przechodzi rewolucję kopernikańską.
System, który od 120 lat był dwupartyjny i zapewniał rotację u władzy – najpierw pomiędzy torysami a liberałami, potem między Partią Konserwatywną a Partią Pracy – przekształca się właśnie w system pięcio-, a może i siedmiopartyjny. Gdyby wybory do parlamentu odbyły się jutro, żadna partia nie zdobyłaby większości – i trend ten zapewne się utrzyma. Oznaczać to będzie, że brytyjska polityka trwale upodobni się do kontynentalnej i pomimo unikatowego, jednomandatowego systemu wyborczego będzie po prostu rządzić się logiką koalicji. O tyle to trudne, że na Wyspach nikt nie wie, jak koalicje zawierać.
Do tego należy dodać mizerny wzrost gospodarczy, niską produktywność, załamanie zaufania do instytucji publicznych i coraz wyraźniejszy radykalizm społeczny. Jak wynika z niedawno opublikowanego raportu sporządzonego przez Petera Hymana, byłego doradcę i speechwritera Tony’ego Blaira, aż 13% młodych Brytyjczyków, w wieku 16-24 lata, kwalifikuje się jako NEET – od Not in Employment, Education or Training – osoby, które się nie uczą, nie pracują i nie przysposabiają do żadnego zawodu. Pozostają poza systemem, bez perspektyw na przyszłość i bez poczucia sprawczości, panowania nad swoim życiem. Wzrost imigracji z krajów pozaeuropejskich wywołany brexitem napędził nastroje ksenofobiczne, a większość Brytyjczyków chciałaby dzisiaj wrócić do Unii Europejskiej, choć laburzyści nie wiedzą, jak mieliby to zrobić. Brytyjska opinia
Dekada pustki po brexicie
Miał przywrócić Wielkiej Brytanii status potęgi. Nic z tego nie wyszło, ale wciąż ma zwolenników
Z dzisiejszej perspektywy tamte wydarzenia są jak opowieści z innego świata. Kiedy nad ranem 23 czerwca 2016 r. Nigel Farage na antenie BBC wyciągnął butelkę szampana i triumfalnie ogłosił, że oto trwa „brytyjski dzień niepodległości”, większość obserwatorów światowej polityki i zwykłych wyborców była zdezorientowana. Człowiek z politycznego marginesu, przez dekady walczący o zaistnienie w głównym nurcie, wyszydzany nie tylko przez elity, ale i dużą część konserwatywnego elektoratu, przypisał sobie doprowadzenie do najbardziej przełomowego momentu w najnowszej historii Wielkiej Brytanii.
Mało kto wtedy rozumiał, jak mogło dojść do zwycięstwa obozu zwolenników wyjścia z Unii Europejskiej. Sondaże aż do czwartku 23 czerwca pokazywały kilka punktów procentowych poparcia więcej dla pozostania we Wspólnocie, zresztą większość mediów i zespołów eksperckich uważała brexit za pomysł absurdalny. Tak absurdalny, że niewart nawet poważnej analizy, co okazało się jednym z grzechów głównych liberalnej części opinii publicznej. To nie miało prawa się wydarzyć, a jednak się wydarzyło. I rozpoczęło epokę chaosu.
Gdyby referendum odbyło się w 2026 r., nawet gdyby wynik był taki sam, niewielu pewnie by się dziwiło. Tempo zmian społecznych, technologicznych i gospodarczych ostatniej dekady było tak ogromne, że mogłoby obsłużyć półwiecze, a nie 10 lat. Wtedy strona liberalna próbowała jeszcze walczyć na fakty, nie rozumiała roli emocji jako paliwa dla populizmu i komunikacyjnych dysfunkcji Unii Europejskiej. Po sześciu latach od zakończenia epoki New Labour (Nowej Partii Pracy) Tony’ego Blaira i Gordona Browna, ostatniego wielkiego europejskiego eksperymentu progresywnej polityki, Wielka Brytania trwała w stagnacji.
Właśnie stagnacja, a nie kryzys jest najlepszym słowem do opisania problemów państwa brytyjskiego. Brexit miał ją zakończyć, dać nowy impuls, rozruszać skostniałe, pogrążające się w marazmie instytucje. Dzisiaj, 10 lat później, jest tylko gorzej.
Cool Britannia i utracony blask
Żeby dobrze zrozumieć, gdzie wtedy były Wielka Brytania i jej społeczeństwo, trzeba się cofnąć do epoki Cool Britannia, optymistycznych czasów Trzeciej Drogi – doktryny zaprojektowanej przez socjologa Anthony’ego Giddensa, mającej być nową ideologią środka. Giddens, rektor London School of Economics and Political Science, gigant brytyjskich nauk politycznych, trafnie przeczuwał, że ideologie osiowe XX w. porządkujące i wyjaśniające świat na poziomie masowym, czyli dbająca o robotników socjaldemokracja oraz paternalistyczna, odpowiedzialna, konserwatywna prawica, swój potencjał już wyczerpały. Zaproponował więc hybrydę, liberalną gospodarczo doktrynę, która miała jednocześnie sprawiedliwiej dystrybuować owoce wzrostu gospodarczego w erze ekonomii informacji. Na poziomie anegdotycznym symbolem tamtej polityki był słynny cytat z Petera Mandelsona, wtedy głównego spin doktora Partii Pracy, dzisiaj ostatecznie skompromitowanego lobbysty na rzecz amerykańskiej firmy technologicznej Palantir i przyjaciela Jeffreya Epsteina. Mandelson, później kilkakrotnie obejmujący stanowiska rządowe i zmuszany do odejścia, powiedział dziennikarzom, że laburzyści „nie mają nic przeciwko obrzydliwie bogatym ludziom – tak długo,
Nowe czasy, nowe traktaty
Czy Polska wskoczy do światowej ekstraklasy?
Ta umowa to znak czasu. W środę, 27 maja, Donald Tusk podpisał z Keirem Starmerem Traktat o Partnerstwie w Dziedzinie Bezpieczeństwa i Obronności. Traktat obejmuje 14 projektów obronnych. Zapowiada, że Polska i Wielka Brytania będą „wspólnie zwiększać swoje zdolności w zakresie uzbrojenia typu powietrze-powietrze, naziemnych systemów obrony powietrznej oraz zdolności lądowych”. Mają także działać na rzecz wzmocnienia wschodniej flanki NATO.
Na stronie Kancelarii Premiera możemy przeczytać: „Celem Polski i Wielkiej Brytanii jest skuteczne odstraszanie potencjalnego agresora – Rosji.
– Nie ma dla nas większego wyzwania niż rosyjska agresja. Widzimy to nie tylko w samej Ukrainie, ale też poza jej granicami. Podpisany traktat jest naprawdę pokoleniowym wzmocnieniem relacji w zakresie bezpieczeństwa i obronności pomiędzy naszymi krajami – ocenił szef brytyjskiego rządu Keir Starmer”.
Rok temu, 9 maja, podobny traktat – o wzmocnionej współpracy i przyjaźni – Polska podpisała z Francją. Przewiduje on wzajemne gwarancje bezpieczeństwa i zawiera klauzulę wsparcia militarnego na wypadek ataku na którekolwiek z państw.
– Od dziś Francja i Polska będą mogły naprawdę liczyć na siebie w każdej sytuacji. Dajemy sobie wzajemne gwarancje bezpieczeństwa i możecie być państwo pewni, że intencją prezydenta Francji i moją jest śmiertelnie poważnie traktować ten zapis – mówił Donald Tusk podczas wspólnej konferencji prasowej z Emmanuelem Macronem. Nancy, w którym podpisano polsko-francuską umowę, nie jest miejscem przypadkowym. To dawna siedziba króla Polski i księcia Lotaryngii Stanisława Leszczyńskiego.
Traktat polsko-brytyjski również podpisywany był w historycznym miejscu – w bazie lotniczej Northolt na północnych przedmieściach Londynu, w której w czasie bitwy o Anglię stacjonowały polskie dywizjony myśliwskie, w tym Dywizjon 303.
Dodajmy jeszcze jedno – te dwie umowy wkrótce ma uzupełnić trzecia, z Niemcami, planowana na 17 czerwca. I teraz pytanie: w jakim mieście będzie podpisana?
Odłóżmy jednak to pytanie na bok. Ważniejsze jest, że wewnątrz Europy tworzy się system zacieśnionej współpracy – militarnej, przemysłów zbrojeniowych. Zanim Wielka Brytania podpisała umowę w Northolt, podobne zawarła z Francją, Niemcami i Norwegią. Ten system tworzy się z przymusu. Jest odpowiedzią na nową sytuację międzynarodową. Na działania prezydenta Putina, który siłą militarną próbuje odbudować dawną pozycję imperium, i na działania prezydenta Trumpa, który parokrotnie zdążył ogłosić, że Ameryka NATO nie potrzebuje, a jeśli chodzi o Europę, to on umywa ręce.
Dorzućmy do tego wypowiedzi ludzi z administracji Trumpa, że Europa jest dla Ameryki przeciwnikiem. No i plany NATO 3.0, z których wynika, że wojska amerykańskie radykalnie ograniczą obecność na naszym kontynencie czy wręcz z niego się wycofają. Jest to zapisane w amerykańskiej
r.walenciak@tygodnikprzeglad.pl
Polacy do Polski
W zeszłym roku w więzieniach na Wyspach przebywało ponad 900 obywateli Polski
Kiedy brytyjskie ministerstwo spraw wewnętrznych opublikuje przed końcem roku dane dotyczące narodowości przestępców, będziemy się wstydzić za naszych. W opinii dziennika „The Telegraph” w statystykach dominować będą Albańczycy, Rumuni i Polacy. W aresztach Anglii i Walii przebywa ponad 10 tys. cudzoziemców, spośród których najwięcej pochodzi z Albanii (11%), Polski (8%) i Rumunii (7%). Osoby tych narodowości najczęściej deportowano z Wielkiej Brytanii w 2024 r.
Polacy na Wyspach mają na koncie wyjątkowo brutalne przestępstwa. Współczesne niewolnictwo, makabryczne morderstwa, przestępstwa seksualne, liczne przypadki przemocy domowej i przestępczość zorganizowana przyczyniły się do negatywnego postrzegania Polonii w brytyjskich mediach i stały się argumentem w dyskusji o deportacjach zagranicznych przestępców.
Kozioł ofiarny
Polki i Polacy boją się stygmatyzowania po ujawnieniu danych. Wzrostu uprzedzeń wobec migrantów obawiają się również organizacje praw człowieka. Fizza Qureshi z Migrants’ Rights Network uważa, że nagłaśnianie narodowości cudzoziemców, którzy popełnili przestępstwa, jest „rażącym przejawem szukania kozła ofiarnego”. James Wilson z organizacji wspierającej przetrzymywanych w aresztach imigracyjnych w podobnym tonie komentuje decyzję rządzących: „Mniej niż rok po zamieszkach przeciwko azylantom rząd ryzykuje podsycanie dalszych podziałów (…) i uprzedzeń w naszych społecznościach”.
W latach 2015-2025 w brytyjskich sądach skazano ok. 36 tys. Polaków. W zeszłym roku w więzieniach na Wyspach przebywało ponad 900 obywateli Polski. Należy jednak pamiętać, że Polacy mają znacznie niższy wskaźnik przestępczości niż średnia brytyjska (4-5 skazanych na 1 tys. Polaków rocznie wobec 12 skazanych na 1 tys. Brytyjczyków).
Dlaczego rząd chce publikować dane o narodowości przestępców? Konserwatywna opozycja uważa, że laburzyści ulegli presji opinii publicznej. Robert Jenrick, obecny sekretarz sprawiedliwości w gabinecie cieni, mówi: „Wreszcie zobaczymy twardą rzeczywistość – masowa migracja napędza przestępczość w naszym kraju”. Źródła rządowe twierdzą, że zapowiadana publikacja danych to skutek przebudowy resortowych systemów statystycznych, które dotychczas nie podawały szczegółowych informacji na temat obywatelstwa przestępców. „The Guardian” wskazuje, że rządząca Partia Pracy chce zmniejszenia poparcia dla partii Nigela Farage’a Reform UK, która sporo namieszała w wiosennych wyborach do władz lokalnych.
Nigel Farage jeńców nie bierze. Mówi, że w ciągu ostatnich 20 lat przestępczość stała się powszechna w całej Wielkiej Brytanii, kraj stoi „w obliczu upadku społecznego”, a jej dotychczasowe badania w Anglii i Walii były „oparte na całkowicie fałszywych danych”. Szef antyimigranckiej Reform UK twierdzi, że „ludzie boją się chodzić do sklepów” i „wypuszczać z domu swoje dzieci”. Zdaniem Farage’a w wielokulturowym Londynie ubywa turystów i bogaczy. Gdyby został premierem (jego partia prowadzi obecnie w sondażach), to – jak twierdzi – przewietrzyłby wypełnione po brzegi więzienia, wysłał groźnych przestępców za granicę, aby odbyli wyroki m.in. w Kosowie, Estonii i Salwadorze, oraz przeniósł zagranicznych więźniów do kraju ich pochodzenia. Brzmi znajomo?
Deportuj teraz
Wyrzucić wszystkich tych, którzy przyjechali i nabałaganili. Nie wpuszczać nowych, szczególnie tych z małych łodzi – przywrócenie kontroli nad swoimi granicami przez rząd Wielkiej Brytanii było jednym z kluczowych zagadnień referendum w sprawie brexitu w 2016 r. – i jest nim nadal. W przededniu referendum „Daily Mail” informował, że przestępczość wśród imigrantów w Wielkiej Brytanii wzrosła w ciągu pięciu lat o prawie 40%. Pierwsze miejsce na niechlubnej liście skazanych zajmowali Polacy, za nimi Rumuni. 700 wyroków tygodniowo wobec migrantów z Unii Europejskiej budziło wątpliwości, czy rozszerzenie Unii było dobrym pomysłem. „Wolność przemieszczania się prowadzi do dziesiątek tysięcy przestępstw popełnianych każdego roku”, mówił Jack Montgomery, członek eurosceptycznej grupy kampanijnej Leave.EU.
Z danych na koniec 2024 r. wynikało, że na deportacje w Wielkiej Brytanii oczekiwało ponad 19 tys. osób. W latach 2010-2023 deportowano ponad 66 tys. zagranicznych przestępców, w tym dużą grupę Polaków (tu również nie można ustalić ich dokładnej liczby, ponieważ brytyjskie statystyki nie podają szczegółowych informacji co do przyczyn deportacji w podziale według obywatelstwa).
Rząd zaostrza politykę deportacyjną: program „Deportuj teraz, odwołaj się później” [od wyroku], pozwalający na przyśpieszone odsyłanie do ojczyzn cudzoziemców, którzy popełnili przestępstwa i przebywają w więzieniach w Anglii i Walii, zanim będą mogli odwołać się od decyzji brytyjskiego sądu, właśnie rozszerzono z 8 do 23 krajów pochodzenia. Według najnowszych przepisów większość zagranicznych więźniów może zostać deportowana po odbyciu 30% kary, a nie, jak dotychczas, po odbyciu jej połowy. Docelowo rząd chce pójść dalej i wprowadzić natychmiastowe deportacje więźniów obcego pochodzenia. Przepisy nie obejmują terrorystów, morderców ani skazanych na dożywocie. Deportacjom cudzoziemców towarzyszą hasła o „ochronie społeczeństwa przed niebezpiecznymi przestępcami” i „oszczędnościach dla brytyjskich podatników”. Koszt utrzymania jednego więźnia w brytyjskim więzieniu to ok. 50 tys. funtów rocznie.
Rosnąca populacja więźniów w połączeniu z brakiem nowych więzień wywiera presję na system. W sierpniu zeszłego roku w całym kraju w celach były wolne zaledwie 83 miejsca. W październiku z powodu przepełnienia więzień ponad 1,1 tys. osadzonych w Anglii i Walii wypuszczono po odbyciu zaledwie 40% zasądzonego wyroku (nie dotyczy to skazanych za ciężkie przestępstwa, przestępstwa seksualne i terroryzm), co wzbudziło wiele kontrowersji.
Brexit już był, deportacje więźniów przyśpieszają. Zeszłoroczne protesty po zamordowaniu przez ciemnoskórego 17-latka trzech dziewczynek w Southport przerodziły się w antyimigracyjne i antyislamistyczne zamieszki – straszenie obcymi działa niezawodnie. Dotyka m.in. Polaków, także tych ciężko pracujących, którzy miewają pod górkę, co mogą zawdzięczać równie ciężko pracującym na złą opinię Polonii przestępcom z Polski.
Polskie bestie
Zabójstwa z użyciem przemocy są wśród Polaków przyczyną 25-30% skazań. Jedna z najnowszych i najbardziej makabrycznych zbrodni została popełniona przez 42-letniego Marcina M. z Manchesteru. W marcu 2024 r. zabił młotkiem swojego 67-letniego współlokatora Stuarta Everetta, a następnie poćwiartował jego ciało na 27 części, które przewoził autobusami komunikacji miejskiej i rozrzucał w różnych zakątkach aglomeracji manchesterskiej. Do tej pory odnaleziono zaledwie jedną trzecią ciała. M. próbował ukryć zbrodnię, wysyłając z telefonu ofiary wiadomości do krewnych o tym, że Stuart przebywa w szpitalu z powodu udaru, a nawet wysłał kartkę urodzinową do brata zabitego.
W marcu br. M. został skazany na dożywocie z możliwością ubiegania się o zwolnienie po 34 latach. Sędzia określił sprawcę jako osobę mającą „obsesję na punkcie przemocy i makabry”.
Po zabójstwie czteroletniego Daniela Pełki z Coventry w 2012 r. media porównały wygląd chłopca zakatowanego przez matkę i jej partnera do ofiary obozu koncentracyjnego. Dziecko zmuszano do picia roztworu soli, podtapiano w wannie z zimną wodą, głodzono i bito. W chwili śmierci czterolatek ważył zaledwie 10,5 kg – tyle, ile półtoraroczne dziecko. Zmarł z powodu urazu głowy. Oprawcy zostali skazani na dożywocie z minimalną karą 30 lat więzienia. Mariusz K. zmarł w więziennej celi w 2016 r., Magdalena Ł. pół roku wcześniej popełniła samobójstwo, dokładnie w dniu urodzin syna.
Imigranci z Polski, obok licznych przypadków maltretowania dzieci, znajdują się też w czołówce przestępstw popełnianych na tle seksualnym. Seryjny gwałciciel Rafał B. został skazany na dożywocie za sadystyczne gwałty na dwóch Polkach. 40-latek posługiwał się fałszywymi dokumentami. W 2011 r. zgwałcił
Bristol, mamy problem
To jedno z najdroższych w kraju miast dla najemców. Co trzeci mieszkaniec obawia się utraty dachu nad głową
Korespondencja z Wielkiej Brytanii
Serce Bristolu bije na Broadmead. Od października ulicę rozświetlają złota choinka i rzędy świątecznych straganów. Bratwursty, sery z Cheddar Valley, grzane wino i cydr, świecidełka i galeria wełnianych skarpet, przydatnych w mieście znanym z mokrych zim i owiec spacerujących po centrum. Gdy szlakiem tym kroczy konsument z grzańcem w dłoni, w ślad za nim podąża nędzarz, który podsuwa mu pod nos kubek na monety. Nagabywany ucieka do jednej z sieciówek w Cabot Circus, gdzie jest cieplej i bezpieczniej. Kloszard nie ma dokąd pójść. Jest wrzodem na ciele miasta.
Każdej nocy na ulicach Bristolu śpi ok. 180 osób. Setki wegetują na sofach u znajomych i rodziny. Miasto, uznane sześć lat temu za europejską stolicę kokainy, dziś walczy na kolejnym froncie – kryzysu kosztów życia, inflacji i braku mieszkań.
Komu mieszkanie
Katrina leży w śpiworze przecznicę dalej, pod Primarkiem. Nie chce być nazywana włóczęgą ani bezdomną. Nie musi żebrać, ludzie sami podchodzą. O gorącą wodę do termosu prosi w kawiarniach – nikt jej nie odmawia. W chłodne noce przenosi się z partnerem bliżej otworów wentylacyjnych w dużych budynkach, śpią w kartonach, z których budują domek. Katrina czeka w kolejce na mieszkanie tymczasowe, ale to kwestia miesięcy, może lat – mówi reporterowi Bristol24/7, niezależnej gazety internetowej.
Między Primarkiem a rondem St James Barton (potocznie nazywanym The Bearpit, czyli Niedźwiedzi Dół) raptem dwa kroki. Wokół placyku z parkiem wieżowce i sznury samochodów. Turyści jadą tędy do dzielnicy uniwersyteckiej Clifton, ze słynnym Clifton Bridge. Z okien autobusów widać obozowisko bezdomnych. Lata temu Bearpit było centrum rozrywek squattersów, dzisiaj przez rondo przewijają się ludzie z różnych środowisk. Ryan i Vicky mówią, że są parą profesjonalistów, nie biorą narkotyków – chcieliby po prostu znaleźć mieszkanie. Przyjechali z Weston-super-Mare. Vicky prowadziła tam dom opieki, mieli gdzie mieszkać, płacili czynsz, ale zamiast oficjalnej umowy najmu doczekali się eksmisji. Vicky ma dzieci, przebywają teraz u rodziny. Nie wiedzą, że mama mieszka w parku.
Timothy ma dyplom z ekonomii i jest nauczycielem matematyki. Odkąd stracił pracę, mieszka w namiocie. Też jest na liście oczekujących na lokum tymczasowe. Narzeka, że mieszkań wciąż brakuje, chociaż samorządy i organizacje charytatywne dostają olbrzymie kwoty na pomoc dla bezdomnych. Link, były szef kuchni, to z kolei weteran Niedźwiedziego Dołu, pod namiotem od siedmiu lat. „Jest mokro i zimno, miałem kolegów, którzy nie przeżyli z powodu braku koca”, opowiada reporterce BBC. Przy temperaturze poniżej zera, opadach i wietrze uruchamiany jest SWEP (Severe Weather Emergency Protocol). Ośrodki społeczne i kościoły zwierają szyki, przyjmując jak największą liczbę potrzebujących. W listopadzie na czas złej pogody Link otrzymał pokój u metodystów w kościele. Zabrał ze sobą psa, dostał filiżankę herbaty, jedzenie, książkę, naładował telefon. Jego przyjaciel Geordie został pod namiotem w Bearpit. „Spotkałem się z nim o ósmej rano, dopiero w południe przestały mu się trząść ręce”, mówi Link.
Z namiotów widać nieczynny dom towarowy Debenhams i ponury wieżowiec hotelu Premier Inn, oba przeznaczone do rozbiórki. Na miejscu Debenhamsa powstanie 500 nowych mieszkań, z których setka będzie sklasyfikowana jako „niedrogie”. Premier Inn ustąpi miejsca pierwszemu prawdziwemu drapaczowi chmur w Bristolu – 28-piętrowemu, z 18-piętrowcem tuż obok. Zamieszkają w nich studenci. Ustawowo 20% lokali ma spełniać warunki mieszkań socjalnych. Co z tego wyniknie dla ludzi z parku? Zapewne nic, poza tym, że zostaną przeniesieni w inne miejsce.
Na palach i w kontenerach
Major, były żołnierz, mieszka w wiosce kontenerowej należącej do organizacji Help Bristol’s Homeless (HBH). Został jej rzecznikiem, mentorem nowych rezydentów i budowniczym. Dziesięć lat służył w armii. Kiedy wrócił z misji w Afganistanie, zmagał się z depresją i zespołem stresu pourazowego. Stracił oszczędności i dach nad głową. Nocował u matki, potem w jej samochodzie, w końcu trafił pod skrzydła organizacji weteranów wojennych. Po nawrocie choroby i pobycie na oddziale psychiatrycznym nie chciał go już nikt.
Jasper, założyciel HBH
Mają krew na rękach
Kościół anglikański zatajał czyny brutalnego prześladowcy chłopców i młodych mężczyzn
Wybitny brytyjski prawnik John Smyth sadystycznie wykorzystywał uczniów na chrześcijańskich obozach letnich pod koniec lat 70. i na początku lat 80. zeszłego wieku. Kiedy odkryto nadużycia, za zgodą urzędników kościelnych przeniósł się za granicę. W Afryce, gdzie zamieszkał, nadal wykorzystywał dzieci i młodzież.
Ucieleśnienie szatana
John Smyth przyjechał do Londynu w latach 70. Rozwijał karierę prawniczą, ale jako wolontariusz rozpoczął też pracę dla Kościoła anglikańskiego, pełniąc funkcję dyrektora Iwerne Trust w latach 1974-1981. Ów fundusz powierniczy organizował obozy religijne dla chłopców z elitarnych szkół, a jego założycielem był ks. Eric Nash, nazywany Bashem. Obozy, na które uczniowie dostawali imienne zaproszenia, miały strukturę wojskową, Bash był ich komendantem, jego zastępca i liderzy grup – oficerami. Z czasem zaczęto organizować obozy dla chłopców z drugoligowych szkół oraz dla dziewcząt.
Przez obozy Basha przeszło wielu zwierzchników Kościoła, wśród nich arcybiskup Canterbury Justin Welby. Najliczniejszy narybek pochodził z Winchester College, szkoły o religijnych korzeniach. To z niej przyjechał na obóz przyszły biskup Guildford, Andrew Watson, jedna z ofiar Smytha. Smyth wykorzystywał obozy do uwodzenia chłopców, których zapraszał do prywatnej rezydencji niedaleko Winchester. Tam, w ogrodowej szopie, wymierzał im brutalne kary cielesne.
Na początku lat 80. uczniowie donieśli na Smytha. W 1982 r. dyrektor college’u John Thorn odbył z nim rozmowę, zresztą musiał być świadom czynów Smytha, skoro w pamiętnikach nazwał go „ucieleśnieniem szatana”. W tym samym roku fundusz powierniczy Iwerne wszczął dochodzenie przeciwko Smythowi. Raport końcowy sporządził duchowny, który pod koniec studiów mieszkał z przyszłym arcybiskupem Welbym w jednym pokoju. Opis kar cielesnych był przerażający – 100 uderzeń za masturbację, 400 za grzech pychy. Ośmiu chłopców otrzymało w sumie 14 tys. uderzeń kijem, a dwóch innych 8 tys. uderzeń w ciągu trzech lat. Jeden z nich powiedział autorowi raportu, że czuł, jak krew rozpryskuje mu się po nogach.
Ofiary złożyły zeznania, przeprowadzono dochodzenie, ale zarówno szkoła, jak i fundusz powierniczy nie zawiadomiły policji. Zamiast tego dyrektor Winchester College poprosił Smytha o niezbliżanie się do budynku szkoły i zaprzestanie kontaktów z uczniami.
Raport Iwerne Trust nie został upubliczniony do 2016 r. Minęły dekady, zanim nazwisko Smytha trafiło na łamy gazet.
Nie jesteś moim królem!
Kwestia odszkodowań za kolonializm i niewolnictwo zatrzęsła relacjami w brytyjskiej rodzinie narodów
Jak bardzo dziedzictwo kolonializmu rzutuje na stosunki wewnątrz państw tworzących brytyjską Wspólnotę Narodów, przekonał się król Karol III. Podczas październikowej wizyty w Australii monarcha musiał stawić czoła Lidii Thorpe, senatorce reprezentującej tamtejszą rdzenną społeczność. „Odpowiadasz za ludobójstwo dokonane na naszym narodzie. Oddaj nam to, co ukradłeś – nasze kości, czaszki, dzieci, nasz naród. Zniszczyłeś naszą ziemię. Daj nam traktat. Chcemy traktatu. To nie twoja ziemia. Nie jesteś moim królem!”, wykrzyczała podczas spotkania Karola III z australijskimi parlamentarzystami senator Thorpe. Nawiązywała do faktu, że brytyjscy kolonizatorzy nigdy nie podpisali żadnego porozumienia z rdzenną ludnością Australii, w związku z czym ich działalność była nie tylko naganna moralnie, ale i nielegalna.
„Nadszedł czas na rozmowy o sprawiedliwości naprawczej za odrażający handel ludźmi”, podkreślono w oświadczeniu podpisanym przez 56 państw tworzących niegdysiejszą Wspólnotę Narodów. Miejscem tegorocznego szczytu organizacji, który odbył się w dniach 17-26 października, było Samoa. Wśród głównych punktów spotkania nie uwzględniono dyskusji o odszkodowaniach, lecz właśnie ten temat dominował w doniesieniach medialnych z ostatnich dni szczytu. W przytoczonym dokumencie można było bowiem przeczytać, że „szefowie rządów, zauważając wezwania do dyskusji na temat sprawiedliwości naprawczej w odniesieniu do transatlantyckiego handlu niewolnikami (…), zgodzili się, że nadszedł czas na znaczącą, prawdziwą i pełną szacunku rozmowę zmierzającą do kształtowania wspólnej przyszłości opartej na równości”.
Nadzieje na przełom natychmiast rozwiał laburzystowski premier Wielkiej Brytanii, sir Keir Starmer. Komentując szczyt, jednoznacznie wypowiedział się przeciwko jakimkolwiek konkretnym odszkodowaniom ze strony jego rządu. „Nie było żadnej dyskusji o pieniądzach. Nasze stanowisko w tej kwestii jest bardzo jasne – przekonywał. – Nie możemy zmienić naszej historii, ale z pewnością powinniśmy o niej rozmawiać”.
Nic dziwnego, że Starmer wykluczył dyskusję o pieniądzach. Według raportu University of the West Indies, wspartego przez sędziego Międzynarodowego Trybunału Sprawiedliwości Patricka Robinsona, wymierna wielkość brytyjskich odszkodowań za wieki niewolnictwa przekraczałaby 18 trylionów funtów! I to tylko w odniesieniu do 14 państw obszaru Karaibów.
Karaiby upominają się o swoje
O tym, że Wielka Brytania powinna zapłacić za straty Afryki i Karaibów będące skutkiem handlu ludźmi, dało się słyszeć na długo przed tegorocznym szczytem Wspólnoty Narodów. Sprawa ta szczególnie mocno wybrzmiała rok temu, kiedy wiele krajów wspólnoty świętowało 200. rocznicę wyzwolenia, czyli buntu kilkunastu tysięcy niewolników w dzisiejszej Gujanie. Rebelia z 1823 r.
Paczki do Anglii bez ukrytych kosztów – szybka i tania wysyłka! Podpowiadamy, jak się za to zabrać
Chcesz wysłać paczkę do Anglii, ale obawiasz się ukrytych kosztów i skomplikowanych procedur? Nie martw się! Wysyłka paczek za granicę nie musi być ani droga, ani stresująca. Poznaj sprawdzone sposoby na szybką i tanią wysyłkę na Wyspy Brytyjskie bez nieprzyjemnych
Miasto zakopane w tłumie
Najpierw złe wiadomości, a potem przyszły dobre. Nie tylko u nas emocje polityczne w stanie wrzenia. W Londynie przegrali konserwatyści, wygrała Partia Pracy. Moi angielscy znajomi i bliscy są w euforii. Bogdan Frymorgen, kiedyś w BBC, a od niedawna utalentowany autor, pisze mi: „W 14 lat zrujnowali ten kraj. Potwory!”. A kuzynka z Londynu: „Straszna ulga, Tomku, i powiew optymizmu, przed którym się nie bronię”.
Miła niespodzianka we Francji. Załamywaliśmy ręce, że francuscy faszyści są bliscy przejęcia władzy, ale w drugiej turze ponoszą klęskę. Francuzi po prostu śmiertelnie się przestraszyli, jak my w październiku, a tam duch republiki jest mocny. Wygrała lewica – we fragmentach skrajna, nie da się lubić takiej lewicy, wszystko, co skrajne, nie do zniesienia – ale są też rozsądni socjaldemokraci.
Do czasu wyborów prezydenckich z osłabionym Macronem może być sporo chaosu we francuskiej polityce. Jak jednak nie lubić Macrona: błyskotliwie inteligentny i ma żonę o 25 lat od siebie starszą, czy nie jest to godny szacunku heroizm?
Jak wpłynąć na opinię publiczną?
Proizraelskie lobby działa inaczej niż w antysemickich wyobrażeniach.
Ojczyzną lobbingu politycznego są Stany Zjednoczone i zazwyczaj właśnie o Waszyngtonie mowa w kontekście aktywności organizacji starających się wpływać na interesy polityczne kraju. Europa trochę odstaje, być może dlatego, że do znajomości z lobbystami i sympatii wobec nich politycy nie przyznają się chętnie. Wiele jednak wskazuje na to, że lobbing na rzecz realizacji interesów państw trzecich działa również w Europie i ma się całkiem dobrze. Różne organizacje starają się wpłynąć na sposób, w jaki europejscy decydenci czy liderzy opinii spoglądają choćby na politykę Izraela, oddziałując także na opinię publiczną.
W Waszyngtonie ton relacjom amerykańsko-izraelskim nadają AIPAC, StandWithUS i inne głośne organizacje wspierane finansowo oraz politycznie przez bogatych przedsiębiorców, nierzadko legitymujących się izraelskim paszportem. W działania te włączają się doświadczeni politycy, od dekad skutecznie uzyskujący mandaty w Kongresie. Tymczasem w Europie lobbing z reguły przybiera bardziej zamaskowane formy. Organizacje lobbujące na rzecz poprawy relacji lub wprowadzania ustawodawstwa korzystnego dla izraelskich władz albo starające się odwrócić uwagę od powodów krytyki posunięć armii izraelskiej, zwykle działają skrupulatnie, budując wizerunek eksperckich organizacji pozarządowych, oferujących wiedzę czy specjalistyczne szkolenia.
Czasami wsparcie przybiera formę finansowania politykom wyjazdów do Izraela czy udziału w konferencjach dotyczących „dialogu strategicznego” po to, by przekonać ich do racji Tel Awiwu. Takie wyjazdy miały miejsce nawet po 7 października 2023 r., a portal śledczy Declassified UK ujawnił, że co najmniej 126 parlamentarzystów z brytyjskiej Partii Konserwatywnej odwiedziło Izrael przy 187 okazjach, na co (i na bezpośrednie darowizny) różne organizacje lobbingowe przeznaczyły ponad 430 tys. funtów.








