Tag "wojna"

Powrót na stronę główną
Świat

Wojna staje się rutyną

Czy atak Izraela na Iran ma być przypomnieniem o wojnach w Iraku i Afganistanie?

Izraelski atak na Iran w piątek 13 czerwca dokonał potężnych zniszczeń celów wojskowych i naukowych, a także budynków cywilnych, w których mieszkali irańscy wojskowi i naukowcy pracujący przy programie nuklearnym. Izraelskie lotnictwo, wykorzystując potężną siłę 200 samolotów odrzutowych i bezzałogowców, zaledwie w ciągu kilku godzin zaatakowało ok. 100 celów, wykorzystując wsparcie wywiadu, który dokonał sabotażu irańskich instalacji przeciwlotniczych i przeciwrakietowych.

Teheran dał się całkowicie zaskoczyć, ujawnił strategiczną i technologiczną słabość. Choć oficjalne kanały informacyjne Islamskiej Republiki Iranu zapowiadały krwawą zemstę, pierwszego dnia udało im się jedynie uruchomić atak odwetowy za pomocą dronów, które i tak w większości zostały zestrzelone, zanim dotarły do izraelskiej przestrzeni powietrznej. Dopiero wieczorem z Iranu zostały wystrzelone pierwsze salwy pocisków rakietowych dalekiego zasięgu. Izraelska obrona przeciwrakietowa mimo wysokiej skuteczności w przechwytywaniu pocisków przepuściła część rakiet, które trafiły w budynki mieszkalne czy kompleks Ha-Kirja w Tel Awiwie, w którym mają siedzibę izraelskie ministerstwo obrony i sztab generalny Sił Obrony Izraela.

Kolejny rozdział w trwającej od dekad rywalizacji irańsko-izraelskiej przynosi po obu stronach ofiary cywilne, a także zniszczenia infrastruktury przemysłowej, takiej jak izraelska rafineria w Hajfie czy rafineria w Teheranie oraz kluczowe magazyny ropy. Eskalacja bliskowschodniego konfliktu wywołuje pytania o to, czy prawo międzynarodowe ma jeszcze jakieś znaczenie i czy regionalny konflikt, przypominający o Iraku i Afganistanie, może szybko się zamienić w globalny.

Irański program nuklearny

Pretekstem do ataku był program nuklearny Iranu, przez Izraelczyków od dekad uważany za zagrożenie dla ich państwa, o czym izraelscy politycy i lobbyści starają się też przekonać zagranicznych partnerów. Być może skutecznie, bo zagrożenie ze strony irańskiego programu widzi także administracja Donalda Trumpa, choć amerykański prezydent starał się jeszcze dzień przed atakiem naciskać na znalezienie rozwiązań dyplomatycznych.

Izrael od dawna przekonuje, że Iran jest o krok od uzyskania zdolności do produkcji bomby jądrowej. Po raz pierwszy informacja taka pojawiła się 25 kwietnia 1984 r. w dzienniku „Ma’ariw”. Beniamin Netanjahu jeszcze jako szeregowy parlamentarzysta przekonywał w 1992 r., że Teheran potrzebuje tylko od trzech do pięciu lat, by zbudować broń jądrową. Dzisiaj częściej mówi się o miesiącach. Jednocześnie we wtorek 17 czerwca, powołując się na źródła w amerykańskiej administracji, telewizja CNN podała w swoim raporcie, że wywiad Stanów Zjednoczonych nie widzi przesłanek do tego, by Iran starał się uzbroić w najbliższym czasie swój wzbogacony uran.

Irański program nuklearny nie jest jednak wyłącznie narzędziem terroru – przede wszystkim to strategia zapewnienia Irańczykom dostaw energii, ma także odgrywać rolę narzędzia odstraszającego. Dla decydentów w Iranie państwo żydowskie również jest zagrożeniem – nie tylko nigdy nie podpisało traktatu o nierozprzestrzenianiu broni jądrowej (w przeciwieństwie do Teheranu), ale prawdopodobnie posiada też własny arsenał nuklearny.

Jak nałożyć na Iran limity?

Izraelskie obawy przed programem nuklearnym Iranu podzielają, przynajmniej częściowo, takie potęgi jądrowe jak Chiny, Rosja, Francja, Wielka Brytania, Niemcy i Stany Zjednoczone oraz Unia Europejska jako całość. Dlatego w 2015 r. zainicjowane zostało porozumienie nazwane Joint Comprehensive Plan of Action (JCPOA), które miało ograniczać proces wzbogacania uranu do poziomu niezbędnego na potrzeby cywilnej produkcji energii oraz badań, przekazywać irańskie ośrodki nuklearne pod inspekcję Międzynarodowej Agencji Energii Atomowej (ang. IAEA) i nakładać limity składowanych surowców. Z raportów inspektorów IAEA, a także z informacji podawanych przez wszystkich uczestników JCPOA wynikało, że Iran przestrzegał założeń umowy.

Mimo wszystko Izraelczycy nie byli o tym przekonani i naciskali na Stany Zjednoczone, by porozumienie zostało zerwane, co nastąpiło 8 maja 2018 r. decyzją Donalda Trumpa, wraz z którą na Teheran zostały nałożone kolejne sankcje, nie zawsze związane z programem nuklearnym republiki islamskiej. Z punktu widzenia Izraela raporty IAEA i stron JCPOA nie były godne zaufania, a Teheran kontynuował militaryzowanie swojego programu, ukrywając przed inspektorami rzeczywisty stan prac i ich cel.

Wystąpienie USA z porozumienia przyniosło jednak skutek odwrotny do zamierzonego – republika islamska przyśpieszyła proces wzbogacania uranu, zwiększając jednocześnie jego stan magazynowy. W 2023 r. według IAEA Iran posiadał już ok. 408 kg uranu

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Felietony Roman Kurkiewicz

Jest ta wojna czy jeszcze nie?

W jak przedziwnym czasie żyjemy, że w ogóle można na poważnie takie pytanie sobie zadać. Pamiętam, że wybitny brytyjski historyk Eric Hobsbawm, autor legendarnej trylogii „Wiek rewolucji”, „Wiek kapitału”, „Wiek imperium”, ale także „Wieku skrajności” o XX stuleciu, pisał o wojnie światowej 1914-1945, bo w jego oglądzie była to jedna tragiczna epopeja, poprzedzielana epizodami wojennymi na mniejszą skalę, ale zasadniczo tworzyła całość potwornego doświadczenia XX w., o którym zapominamy, nauki z niej wyciągnięte rzucając precz.

Wątpliwości, że trwa wojna, nie mają Ukraińcy, Palestyńczycy mordowani bombami, czołgami i głodem w Gazie oraz zabijani na Zachodnim Brzegu, Irańczycy, Jemeńczycy, Syryjczycy, Libańczycy. A Europa? Wciąż udajemy, że nas w tym nie ma, bo dopóki bomby nie spadną nam na głowę, wszystko jest odległe i niewyobrażalne? A milczenie wobec ludobójstwa w Gazie nie jest formą uczestniczenia w wojnie? A bezradność wobec agresji Izraela na Iran? Mocarstwa nuklearnego, które udaje, że nim nie jest, nie uczestniczy w światowym systemie kontroli broni jądrowej? Agresja na Iran jakże innym językiem jest opowiadana niż agresja na Ukrainę. Oglądamy spektakl, setki czy tysiące obrazów nieba przeszywanego lotem nie wiadomo czego, nie wiadomo skąd i jak, a równocześnie przenosimy się interpretacyjnie w świat baśniowego mchu i paproci, gdzie opowieść przechodzi w metafizyczną gadkę o imperium zła, o osi zła. To imperium jest zawsze gdzie indziej niż my, nasi sojusznicy i sprzymierzeńcy. Tamta wielka wojna, ze swoimi niuansami i woltami, miała podziały czytelne i zrozumiałe. Oczywiście nie jest tak, że w interesie zrozumienia chciałbym, żeby obecne zmagania militarne przybrały powszechny, globalny charakter, który rozwieje wątpliwości. Moim głosem

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Świat

Mgła wojny, czyli o Gazie wiemy za mało

Strefa Gazy cierpi na brak żywności, problemem są utrudnienia w raportowaniu wydarzeń międzynarodowej opinii publicznej

Jak podają Ministerstwo Zdrowia Strefy Gazy, Międzynarodowy Komitet Czerwonego Krzyża i Lekarze bez Granic, w punktach wydawania żywności w Strefie Gazy w pierwszych dniach czerwca doszło do strzelanin. Zdaniem Palestyńczyków winowajcami są izraelscy żołnierze, którzy trzy dni z rzędu mieli otwierać ogień do cywilów, zabijając kilkadziesiąt osób. Izrael wraz z uruchomioną niedawno Gaza Humanitarian Foundation zaprzeczają, by w ogóle doszło do strzelanin w niedzielę 1 czerwca i we wtorek 3 czerwca. W przypadku poniedziałkowej strzelaniny izraelskie wojsko informuje, że otworzyło ogień, ale do osób zagrażających izraelskim żołnierzom.

Sekretarz generalny ONZ António Guterres domaga się niezależnego międzynarodowego śledztwa w tej sprawie. Liczne organizacje humanitarne protestują zresztą przeciwko istnieniu Gaza Humanitarian Foundation, twierdząc, że jest upolitycznionym oszustwem łamiącym podstawowe założenia misji humanitarnych. Dyrektor wykonawczy GHF Jake Wood zrezygnował z pracy w fundacji dzień przed rozpoczęciem dystrybucji żywności. Wiele wskazuje na to, że projekt udzielania pomocy Strefie Gazy, wynikający w dużej mierze z amerykańskich nacisków na Izrael, przynosi więcej szkody niż pożytku.

Kryzys humanitarny czy brak ćwiczeń?

Strefa znalazła się w ogromnym kryzysie humanitarnym, co potwierdzają międzynarodowe organizacje pomocowe, od Światowego Programu Żywnościowego, przez Międzynarodowy Komitet Czerwonego Krzyża i World Central Kitchen, po Lekarzy bez Granic czy Polską Misję Medyczną. Fakt, że ta mała enklawa od lat pozostaje pod izraelską okupacją (lub, jak wolą sami Izraelczycy, jest poddana blokadzie i oblężeniu, co brzmi jeszcze gorzej), do której swoje trzy grosze dorzuca Egipt blokujący jej południowe granice, stanowił podwaliny kryzysu. A spotęgowała go trwająca już półtora roku izraelska ofensywa, która kosztowała życie 54 tys. Palestyńczyków.

Nie pomaga też fakt, że Izrael uniemożliwia dostawy pomocy humanitarnej do Strefy Gazy, instrumentalizując ją i czyniąc bronią w konflikcie, niemal na równi z amunicją. Izraelscy politycy i wojskowi przekonują jednak, że ciężarówki z pomocą są rozkradane przez Hamas i nie trafiają do adresatów.

Zarzuty te zostały odparte przez Światowy Program Żywnościowy, ale także inne organizacje. Draginja Nadażdin, dyrektorka polskiego biura Lekarzy bez Granic, 21 maja w podcaście Dariusza Rosiaka „Raport o stanie świata” zaznaczyła, że jej organizacja nie zetknęła się z sytuacją, by dostawy były przejmowane przez Hamas. Izraelscy ministrowie, politycy i dyplomaci idą jednak w zaparte i przekonują, że za sytuację humanitarną odpowiedzialny jest Hamas. Mimo to powoli narracja zaczyna się zmieniać, co wyraźnie było widać na konferencji Międzynarodowego Sojuszu na rzecz Pamięci o Holokauście (IHRA) w Jerozolimie. Warto zaznaczyć, że o IHRA zrobiło się głośno przede wszystkim za sprawą roboczej definicji antysemityzmu, za której przyjęciem przez organizacje, państwa i samorządy (w tym w Polsce) lobbują liczni naukowcy i aktywiści.

W przemówieniu premier Beniamin Netanjahu oznajmił, że wśród „tysięcy więźniów” przejętych przez Izrael nie było żadnego wychudzonego, co oznaczałoby, że dostają oni jedzenie, ale za mało ćwiczą. Te oburzające słowa wpisują się w obowiązujący w Izraelu trend promowania braku empatii.

Deficyt empatii

Na początku maja minister dziedzictwa narodowego Amichai Elijahu, reprezentujący kierowaną przez Itamara Ben Gwira skrajnie prawicową partię Ocma Jehudit (Żydowska Siła), przekonywał w Kanale 7, że obowiązkiem Izraela powinno być bombardowanie pomocy humanitarnej i zagłodzenie Strefy Gazy. Kiedy polityk opozycji Jair Golan skrytykował postawę izraelskiego rządu i powiedział, że „zabijanie dzieci stało się hobby”, w sprzyjającym władzy Netanjahu Kanale 14 były parlamentarzysta Likudu, a obecnie przewodniczący partii Zehut, Mosze Zalman Feiglin, gardłował, że to nie Hamas jest wrogiem Izraela, ale „wrogie jest każde dziecko w Gazie. Musimy okupować Gazę i zasiedlić ją. Nie pozostanie tam ani jedno dziecko. Nie ma innego zwycięstwa”.

Na początku maja minister finansów Becalel Smotricz na konferencji dotyczącej osadnictwa zorganizowanej w osiedlu Ofra na Zachodnim Brzegu zapowiedział, że w ciągu pół roku Strefa Gazy zostanie całkowicie zniszczona, a cała jej populacja

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Kraj

Po co nam czołgi?

Miliardy dolarów wydane za oceanem na zakup uzbrojenia nie zapewnią nam bezpieczeństwa

6 czerwca 2023 r. w rejonie wsi Nowodariwka, leżącej na drodze do Zaporoża, rosyjski czołg T-80BV znalazł się pod zmasowanym ostrzałem artyleryjskim wroga. Dowódca załogi, por. Aleksander Lewakow, wydał rozkaz do ataku, mając przeciw sobie dwa ukraińskie czołgi i sześć transporterów opancerzonych. Według oficjalnej wersji w 10-minutowym boju czołg o kodowej nazwie „Alosza” zniszczył ukraińską kolumnę. Film z tej akcji zyskał ogromną popularność w internecie, a załoga otrzymała wysokie odznaczenia bojowe, w tym ordery Bohatera Federacji Rosyjskiej. Był to jeden z nielicznych przypadków, gdy doszło do starcia czołgów w klasycznym stylu, znanym z filmów o II wojnie światowej.

Wojna w Ukrainie radykalnie zmieniła rolę i znaczenie broni pancernej. Dawna, opracowana w latach 30. XX w. przez gen. Heinza Guderiana taktyka skoncentrowanych ataków grup czołgów, które przy wsparciu lotnictwa i artylerii przerywały linie obrony przeciwnika i wychodziły na jego tyły, bezpowrotnie odeszła w przeszłość.

Masowe użycie dronów przez obie strony konfliktu sprawiło, że czołg stał się względnie łatwym do zniszczenia celem. Pojawiły się głosy, że to kosztowny przeżytek, którego znaczenie na współczesnym polu walki jest marginalne. Tymczasem Polska kupiła i nadal ma zamiar kupić tysiące czołgów, za które zapłacimy dziesiątki miliardów dolarów. Czy przypadkiem nie wyrzucimy tych pieniędzy w błoto?

Ambitne plany bez sensu

Plany, przyjęte jeszcze w czasach, gdy ministrem obrony był Mariusz Błaszczak, zakładały zakup w Korei Południowej łącznie 1 tys. czołgów K2 Black Panther, z coraz większym udziałem polskiej produkcji w kolejnych dostawach. Zamówienie zostało podzielone na dwa etapy: w pierwszym mieliśmy kupić 180 sztuk, w drugim – ponad 800 czołgów w standardzie K2PL (czyli przystosowanych do walki w warunkach Europy Środkowo-Wschodniej), a w 2026 r. ruszyłaby ich produkcja w naszym kraju.

W Stanach Zjednoczonych zamówiliśmy łącznie 366 czołgów Abrams: 250 w wersji M1A2 SEPv3 oraz 116 w wersji M1A1. Łączna wartość obu kontraktów miała wynieść 6,1 mld dol. W lutym br. Robert O’Brien, były doradca prezydenta Trumpa ds. bezpieczeństwa, wspomniał o możliwej sprzedaży Polsce dodatkowych 800 abramsów.

Jeśli plany te zostałyby zrealizowane, za kilka lat Polska dysponowałaby 2 tys. czołgów. W Europie tylko Rosja miałaby ich więcej. Rzecz w tym, że zarówno koreański K2 Black Panther, jak i amerykański M1 Abrams to konstrukcje mające swoją historię. I nie wiadomo, jak sprawdziłyby się w przyszłości na zdominowanym przez drony polu walki. Doświadczenia z ukraińskiego frontu są, delikatnie mówiąc, niezbyt zachęcające.

Amerykańskie czołgi stały się dla Ukraińców jednym z ważniejszych symboli zachodniego wsparcia. Jakież było ich rozczarowanie, gdy Rosjanom udało się zniszczyć 20 z 31 dostarczonych abramsów. Reszta na życzenie Amerykanów została wycofana z pierwszej linii. Chodziło o uniknięcie wrażenia, że te pojazdy do niczego się nie nadają, zwłaszcza że część z nich przejęli Rosjanie, którzy obwozili je jako trofea po większych miastach Federacji Rosyjskiej i demonstrowali w roli

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Historia

To było nasze zwycięstwo

W III RP Dzień Zwycięstwa został wykreślony z listy świąt, gdyż kojarzył się z PRL

Wojna jest, niestety, stałym składnikiem ludzkiej historii. Przekonuje się o tym każde pokolenie, choć na szczęście nie każde tak samo dotkliwie i na własnej skórze. Wojna to specyficzny sposób uprawiania polityki – walka o władzę (nad całymi krajami, narodami, a nawet kontynentami) doprowadzona do skrajności. Każda wojna ma na celu pokój, tyle że zawarty na zasadach narzuconych przez zwycięzcę. Kiedy jednak pokój następuje, większość ludzi w naturalnym odruchu cieszy się z zakończenia wojny, nie zważając na jej polityczne implikacje. Te interesują głównie polityków, a później już tylko historyków. Zwykli śmiertelnicy bez wahania podpisują się pod hasłem: nigdy więcej wojny! Choć następna prędzej czy później wybuchnie.

80 lat po podpisaniu kapitulacji III Rzeszy wyraźnie widać, jak dramatycznym momentem w dziejach była II wojna światowa i jak wielkim błogosławieństwem dla ludzkości było jej zakończenie.

Wcale nie jest tak, że w polityce – także międzynarodowej – nie należy odróżniać dobra od zła, bo liczą się jedynie skuteczność i egoistyczne interesy. Taka darwinistyczna wizja stosunków między państwami i narodami imponuje dziś wielu ludziom, lecz nie ma żadnego powodu, aby miała być atrakcyjna dla nas, Polaków. I to nie tylko dlatego, że nie należymy do narodów bogatych i potężnych. Przede wszystkim dlatego, że mało który naród tak boleśnie jak nasz doświadczył skutków polityki, której kwintesencją była tragedia z lat 1939-1945.

Jaką miarę zastosować, dokonując bilansu II wojny światowej dla całej ludzkości i dla poszczególnych narodów? Zwykle w pierwszej kolejności podaje się liczby zabitych. Te są przerażające, choć cały czas dyskusyjne. Na przykład prof. Antoni Czubiński w swojej „Historii powszechnej XX wieku” wyliczał straty ludzkie państw Osi (Niemiec, Japonii i ich sojuszników) na 11,5 mln, w tym 7 mln żołnierzy, natomiast straty państw alianckich na ponad 43 mln, w tym 29 mln żołnierzy. Nigdy wcześniej w ludzkiej historii – i na szczęście już nigdy później – wojna nie pociągnęła za sobą tylu ofiar, zarówno wojskowych, jak i cywilnych.

Za tymi milionami poległych i zamordowanych szły straty materialne i zapaść gospodarcza, jakich również nigdy dotąd nie spowodowała żadna katastrofa, zwłaszcza w dziejach naszego kontynentu. „Europa stanęła przed czarną perspektywą niemożności zaspokojenia choćby tylko najbardziej podstawowych potrzeb swoich mieszkańców. Milionom ludzi groziła śmierć głodowa, choroby oraz brak odpowiedniej odzieży i dachu nad głową. Zwycięzcy i zwyciężani cierpieli jednakową biedę”, pisał prof. Rondo Cameron, amerykański autor „Historii gospodarczej świata”.

Przegrani

Czy w obliczu takiej skali indywidualnych i zbiorowych nieszczęść można w ogóle mówić, że tę wojnę ktoś wygrał? Z jednej strony to pytanie retoryczne, ale z drugiej trzeba pamiętać, że II wojna światowa miała też skutki polityczne – nie tylko radykalnie zmieniła życie poszczególnych ludzi, rodzin i społeczeństw, lecz także otworzyła nowy rozdział w dziejach państw i narodów oraz ich wzajemnych relacji. Jedni zatem tę wojnę wygrali, a drudzy przegrali, zwycięzcy mogli współtworzyć powojenny porządek świata, a przegrani musieli go pokornie zaakceptować.

Wśród tych ostatnich są przede wszystkim Niemcy. Dla tego narodu, który przez kilka stuleci dawał Europie wybitnych muzyków i filozofów, pisarzy i uczonych oraz masę praktycznych wynalazków, maj 1945 r. był największą

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Historia Wywiady

Nigdy więcej wojny!

Sprzeciwiamy się dzieleniu żołnierskiej krwi na lepszą i gorszą

Michał Syska – zastępca szefa Urzędu ds. Kombatantów i Osób Represjonowanych. Absolwent Uniwersytetu Wrocławskiego oraz Podyplomowego Studium „Prawa i Wolności Człowieka” w Polskiej Akademii Nauk w Warszawie. Dyrektor wrocławskiego Ośrodka Myśli Społecznej im. Ferdynanda Lassalle’a, współtwórca Klubu Krytyki Politycznej we Wrocławiu.

Co się zmieniło w postrzeganiu II wojny światowej w ostatnich latach, a nawet miesiącach?
– 80. rocznicę zakończenia II wojny światowej obchodzimy w bardzo niespokojnych czasach. Za naszą wschodnią granicą toczy się wojna wywołana przez putinowską Rosję. Za oceanem nowa administracja amerykańska dokonuje znaczących zmian, które kształtują rolę USA na arenie międzynarodowej. W wielu krajach europejskich odnotowujemy wzrost poparcia dla partii, które mobilizują wyborców hasłami ksenofobicznymi, a część z tych ugrupowań wywodzi się niemal wprost z tradycji faszystowskiej. Trudno nie odnieść wrażenia, że w jakimś sensie kończy się porządek światowy ukształtowany w wyniku II wojny światowej, jej tragicznych skutków.

W jakim stopniu II wojna światowa wpływa na działania, myślenie polityków w Polsce i na świecie?
– Zagrożona jest wizja zjednoczonej Europy, mającej nas trwale chronić przed kolejną wojną. Wizja ta była zbudowana na przywiązaniu do wartości demokratycznych, na prawach człowieka i współpracy międzynarodowej. Została zbudowana na antyfaszystowskiej platformie, a zakorzeniona była w osobistym doświadczeniu i świadectwie milionów ludzi, którzy doświadczyli wojennych okrucieństw. Dziś odchodzą ostatni uczestnicy i świadkowie tamtych wydarzeń. To powoduje, że na nas i na kolejnych pokoleniach spoczywa obowiązek niesienia tej sztafety pamięci. A trzeba ją nieść, by zapobiegać banalizacji zła, by ostrzegać.

Jak bardzo na oglądzie II wojny światowej odciska piętno napaść Rosji na Ukrainę?
– Rosyjska agresja na Ukrainę uzmysłowiła nam brutalnie, że wojna znów staje się czymś realnym. Przypomina nam także, czym jest imperializm. Trudno od tego abstrahować podczas rocznicowych uroczystości. Trudno też nie dostrzegać, że coraz powszechniejszy język nacjonalizmu, dyskryminacji i narodowego egoizmu przypomina retorykę, dzięki której naziści zdołali uzyskać masowy poklask w niemieckim społeczeństwie dla swojej zbrodniczej polityki. To jest ten niepokojący kontekst, w którym obchodzimy 80. rocznicę zakończenia wojny.

Pamięć o niej i o tym, co nastąpiło później, dzieli. Podziały te przebiegają między narodami, jak i wewnątrz społeczeństw. Tak jak w Polsce.
– Pamięć historyczna jest częstokroć narzędziem ofensyw ideologicznych i doraźnej polityki. Doświadczaliśmy tego wielokrotnie przez osiem lat rządów PiS. Doświadczali tego np. samorządowcy w różnych zakątkach Polski, których próbowano zmuszać do realizacji polityki pamięci sprzecznej z pamięcią lokalnych społeczności. Na Ziemiach Zachodnich próbowano wymazywać pamięć o żołnierzach 1. i 2. Armii WP, zapominając, że najczęściej

p.dybicz@tygodnikprzeglad.pl

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Świat

Zapomniana zagłada

80 lat temu Tokio doświadczyło najtragiczniejszego bombardowania w dziejach ludzkości

Korespondencja z Japonii

W nocy z 9 na 10 marca 1945 r. zginęło 100 tys. Japończyków. Więcej niż po zrzuceniu bomby atomowej na Nagasaki.

W 1945 r. Europa była zmęczona trwającą od pięciu lat wojną. Dla Japonii był to ósmy rok wyniszczającej wojny z Chinami. Konfliktu, który doprowadził do sojuszu Japończyków z Niemcami i Włochami. Choć o tym w Europie często zapominamy, w tym czasie zginęło ponad 3 mln Japończyków. Jak trudny był to dla Japonii okres, świadczą dane dotyczące średniej długości życia na początku lat 40. – 23,9 roku dla mężczyzn i 37,5 dla kobiet. Te liczby szokują, ale tylko tych, którzy chcą o nich pamiętać. Ogromna większość mieszkańców kraju woli się rozkoszować współczesnymi danymi. Dziś bowiem świat zazdrości Japończykom 88 lat średniej długości życia kobiet i 81 lat mężczyzn.

Tak musi wyglądać piekło

Była chłodna i wietrzna noc. Mieszkańcy Tokio mogli się spodziewać amerykańskich nalotów, bo te już wcześniej miały miejsce. Jednak nocny atak z 9 na 10 marca, nazwany „Operation Meetinghouse”, różnił się od poprzednich. Około 300 potężnych amerykańskich B-29 obrało sobie za cel gęsto zaludnioną dzielnicę Shitamachi. Amerykanie założyli, że japońska obrona przeciwlotnicza, zaskoczona atakiem z niewielkiej wysokości, nie zdąży zareagować. Na Tokio spadło 1,5 tys. bomb. Nalot dywanowy spowodował natychmiastowe pożary. Jako że japońska stolica nazywana była „miastem z papieru i drewna”, wszystko spalało się w mgnieniu oka. Amerykańscy lotnicy mówili o „ogniowym tornado”.

A w dole w ciągu zaledwie kilku minut rozpętało się piekło. Mieszkańcy płonęli żywcem. Ani ukrycie się w schronach, ani rzucanie do wody nie gwarantowało przetrwania. Łącznie ogień strawił 270 tys. budynków. Milion tokijczyków zostało bez dachu nad głową. Służby metropolii nie miały szans na reakcję. Tokio doświadczało najdramatyczniejszego momentu w swojej historii. Ci, którzy cudem przeżyli tę noc, mówią: „Tak musi wyglądać piekło”. Wojna doprowadziła do gigantycznego spadku liczby ludności stolicy. W 1940 r. Tokio miało 6,7 mln mieszkańców. Pięć lat później już tylko 2,7 mln.

Mózgiem burzy ogniowej był gen. Curtis LeMay, nazwany przez Japończyków „brutalnym LeMayem”. „Przypuszczam, że gdybym przegrał wojnę, byłbym osądzony jako zbrodniarz wojenny”, ocenił LeMay.

Proces odbudowy rozpoczął się w latach 50., kiedy Tokio było siedzibą amerykańskich wojsk okupacyjnych. W latach 60. odbudowa jeszcze przyśpieszyła, a w 1964 r. stolica Japonii została gospodarzem letnich igrzysk olimpijskich.

Mówi się, że Hiroszima i Nagasaki to miasta, które zmartwychwstały. Tokio też ma pełne prawo tak twierdzić. Bo zmartwychwstało nawet dwukrotnie. Najpierw po tragicznym trzęsieniu ziemi z 1923 r. (zginęło 105 tys. osób), a potem po bombardowaniu z marca 1945 r.

Walka o pomnik

Zachodnie media sugerują, że w Tokio nie istnieje instytucja zajmująca się bombardowaniem z marca 1945 r. To nie do końca prawda. Faktycznie w stolicy Japonii nie ma dziś żadnego finansowanego ze środków publicznych muzeum, które oficjalnie upamiętniałoby te wydarzenia. Namiastką tak wyczekiwanego memoriału jest jednak pomnik w parku Yokoamichō niedaleko rzeki Sumida. Pomnik-mogiła przypomina nazwiska zabitych w czasie nalotów w latach 1942-1945. Na terenie parku znajduje się też ossuarium, w którym pochowano szczątki 105 400 osób zabitych we wszystkich nalotach na Japonię w czasie II wojny.

Próbę godnego upamiętnienia historii podjęto w dzielnicy Kitasuna. To Centrum Bombardowań Tokio i Zniszczeń Wojennych w niepozornym budynku, mało przypominającym monumentalne muzea. Obiekt został ukończony dzięki wsparciu 4 tys. darczyńców 9 marca 2002 r. Jego niezbyt imponujące rozmiary wynikają z faktu, że jest to niejako muzeum zastępcze. Bo w 1999 r. plany dotyczące stworzenia godnego Muzeum Pokoju zostały zamrożone. Grunt pod budynek centrum przekazał anonimowy darczyńca.

W budynku od razu pojawiły się dziesiątki artefaktów i dokumentów zbieranych od 1970 r., a zgromadzonych przez Stowarzyszenie Rejestrujące Naloty na Tokio. W muzeum zobaczymy m.in. nadpalone dziewczęce kimona i plecaki szkolne, zniszczone przez wysoką temperaturę maski gazowe. W marcu 2007 r. dzięki pomocy kolejnej grupy darczyńców trzypoziomowy budynek zyskał kilka dodatkowych pomieszczeń na sale wykładowe i rozszerzenie dotychczasowych wystaw. Najbardziej wymowne eksponaty ulokowano na ostatniej kondygnacji. Znajdują się tam m.in. elementy bomb zrzucanych na Tokio, rzeczy osobiste ofiar, ich dokumenty, a także zdjęcia ocalałych.

Muzeum nie jest miejscem tłumnie odwiedzanym przez Japończyków i cudzoziemców. Rocznie Centrum Bombardowań Tokio i Zniszczeń Wojennych ma ok. 10 tys. gości. Dla porównania – roczna liczba zwiedzających Muzeum Pokoju w Hiroszimie przekroczyła 2 mln. Wstęp do tak naprawdę prywatnego muzeum, z którym państwo nie chce się identyfikować, kosztuje 300 jenów, czyli 7,5 zł.

Na rocznicowym spotkaniu w centrum zwrócono uwagę, że wciąż nie ma monumentu upamiętniającego ofiary nalotów. Pomnika, który byłby podobny np. do Kamienia Węgielnego Pokoju w mieście Itoman w prefekturze Okinawa. Tam w parku, na czarnych, granitowych ścianach wyryte

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Świat

Rosja nie jest głównym zagrożeniem dla USA

Kapitalistyczna Rosja nie jest wspólnym wrogiem nawet w Unii Europejskiej

Gdybym był Amerykaninem, po obejrzeniu „Anory” pomyślałbym o Rosjanach: „Takie same sk… jak my”. I pozostając w bliskim bohaterom filmu Seana Bakera klimacie leksyki nienormatywnej, zadałbym pytanie: „Po kiego ch… nam wojna z Rosją?”.

O obrazie, któremu Akademia Filmowa przyznała pięć Oscarów, w tym dla najlepszego filmu, przeczytałem w „Gazecie Wyborczej”: „Konsekwentnie odkłamuje wizerunek pracy seksualnej. Przypomina, że próba spełnienia marzenia o społecznym awansie często kończy się rozczarowaniem”. Często, choć nie zawsze, skoro znana nam z imienia i nazwiska zwykła ulicznica z Los Angeles, sorki – pracownica seksualna – już ponad trzy dekady temu zdobyła Oscara oraz zabójczo przystojnego milionera.

Rosja to nie ZSRR

Wbrew recenzjom pisanym progresywnym bełkotem najlepszy kinowy film minionego roku nie jest sequelem ani remakiem „Pretty Woman”, lecz dziełem oryginalnym, które po zwycięstwie Donalda Trumpa nabrało nowych znaczeń. Jego twórcy pokazują czarno na białym – nie jestem pewien, czy całkiem świadomie – że dzisiejsza Rosja to normalny kraj kapitalistyczny, w którym żądzą pieniądze i siła, a nie komunistyczny Związek Radziecki gotów ruszyć z posad bryłę świata, byle tylko oczyścić naszą planetę z własności prywatnej i wyzysku człowieka przez człowieka.

Tytułowa bohaterka jest proletariuszką, konkretnie seksworkerką, czyli zgodnie ze słownikiem języka polskiego kobietą zatrudnioną w przemyśle erotycznym. Zatrudnioną, dodajmy, na śmieciówce – właściciel klubu, w którym pracuje, nie opłaca jej składki zdrowotnej i emerytalnej, nie płaci za urlop wypoczynkowy. Szansa na awans społeczny Anory vel Ani pojawia się wraz z poznaniem nowego klienta – przebywającego czasowo w USA Iwana Zacharowa, dla bliskich Wani. Życie pozbawionego trosk materialnych dwudziestolatka, syna rosyjskiego oligarchy, toczy się wokół imprez, seksu, narkotyków i dżojstika. Mimo ogromnej różnicy wieku Wania niemal do złudzenia przypomina Huntera Bidena, ułaskawionego w ostatnich dniach prezydentury przez troskliwego papę. Donald Trump właśnie skasował temu koneserowi amerykańskiego przemysłu erotycznego i pochodzących z Rosji seksworkerek liczną ochronę agentów Secret Service.

Podobnie jak Hunter Wania szasta pieniędzmi, których nie zarobił. Od czasu do czasu wzbiera w nim dziecinny bunt, za który także płacą rodzice. Tym razem formą protestu staje się wzięty pół żartem, pół serio ślub z Anorą. Choć uroczystość w Las Vegas jest groteskowa, wydany akt małżeństwa ma moc prawną. Nowo poślubiona traktuje sprawę śmiertelnie poważnie, chce być członkinią rodziny Zacharowów. Na przeszkodzie jej awansowi społecznemu stają jednak teściowie.

Burżujskie esperanto

Państwo Zacharowowie w niczym nie przypominają radzieckich dygnitarzy pozbawionych prawa do posiadania na własność przydzielonej im przez państwo daczy i limuzyny do przewożenia najważniejszych członków kierownictwa partii i rządu. Ci bogaci burżuje nie odbiegają zachowaniem i stylem życia od kolegów z innych państw, niekoniecznie przyjaznych Rosji. Donald Trump ma dla nich ofertę – złote karty po 5 mln dol. sztuka, które uprawniałyby do zamieszkania w USA na stałe. 47. prezydent tak reklamował swój kolejny pomysł: „Znam trochę rosyjskich oligarchów i są to bardzo mili ludzie. Nie są tak bogaci jak kiedyś, ale myślę, że stać ich. Więc wielu ludzi będzie chciało przyjechać do tego kraju”.

Rodzice Iwana nie mogą pozwolić, by syn, zapewne także sukcesor ich fortuny, związał się z – jak to określił w tytule swojego filmu Andrzej Żuławski – kobietą publiczną. Zanim jeszcze przyfrunęli do Stanów prywatnym jetem, zlecili odkręcenie ślubu syna mieszkającym w Nowym Jorku gangsterom, duchownemu Kościoła ormiańskiego oraz adwokatowi. Wszyscy oni przypominają członków mafii. Miszka Japoniec z niedocenionej polsko-radzieckiej komedii Juliusza Machulskiego

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Felietony Roman Kurkiewicz

Kuszenie kamaszami

Gorączka wokółwojenna, podsycanie lęków i brak istotowo poważnej debaty nad innymi scenariuszami rozwiązywania konfliktów międzynarodowych, globalnych, granicznych, ekonomicznych stają się u nas normą. Zaczynamy oddychać militarystycznym powietrzem, przestając je odczuwać, zauważać, chronić się przed jego zabójczym oddziaływaniem. Wszystko to dzieje się w „zdroworozsądkowej” i „realpolitycznej” atmosferze samozadowolenia politycznego centrum. Głos odmienny się nie pojawia, znaki protestu są niewidoczne, opór albo nie istnieje, albo jest niezauważalny. Któryś generał peroruje na YouTubie: „Ewentualna wojna będzie długotrwała, krwawa i większość żołnierzy zawodowych nie dotrwa do końca. To rezerwiści będą jej zasadniczym podmiotem, oni ją skończą”. Trzon polskiej armii stanowić będą żołnierze rezerwy, których może zostać powołanych pod broń ponad 340 tys. Donald Tusk rozwija wątki szkoleń, które w ostatnich wersjach są już, na szczęście, planowane jako dobrowolne i niepowszechne. Jeszcze kilka dni wcześniej deklarował, że „trwają intensywne przygotowania do szeroko zakrojonych szkoleń wojskowych dla wszystkich dorosłych mężczyzn”. Ale rozmach wciąż jest. Zamierzenia rządu są takie, by szkolić 100 tys. osób rocznie. Dawać kasę – niemałą, 6 tys. zł miesięcznie, bonusować kursami prawa jazdy.

W retoryce Jarosława Kaczyńskiego patos potyka się o śmieszność, tromtadracja wjeżdża na pełnej prędkości: „Musimy mieć – zamiast pedagogiki tchórzostwa – powrót do etosu rycerskiego”. Złotousty zbawca narodu z Żoliborza ma więcej przemyśleń: „Chodzi o to, że mężczyźni mają być także żołnierzami, czyli być w stanie także narazić się na śmierć. Co z tego, gdy ktoś będzie bardzo sprawny, ale jego pierwszą myślą będzie ucieczka?”.

Bańka prowojenna puchnie aż miło (a raczej bardzo niemiło). Wyścig trwa. Celebryci deklarują, że mimo wieku zgłoszą się na szkolenia. 64-letni Tomasz Sianecki, współprowadzący w TVN 24 program „Szkło kontaktowe”, zadeklarował zapis i udział w szkoleniu

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Świat Wywiady

Nad Ukrainą wisi widmo Jałty II

Rozpoczęła się prawdziwa gra o świat

Prof. Bogdan Góralczyk – politolog, sinolog, hungarysta, były ambasador w państwach Azji, wykładowca w Centrum Europejskim UW i jego były dyrektor.

Donald Trump… Czy jego powrót do Białego Domu zmienia świat?
– Jego drugie dojście do władzy oznacza, że to nie jest przypadek, to głęboka strukturalna zmiana w cywilizacji zachodniej. Trumpa 2.0 trzeba wziąć bardzo poważnie. Bez względu na to, że jest nieprzewidywalny, że jego ego idzie 5 m przed nim i jest trudno sterowalny. Już pierwsze dni po wyborach potwierdziły tę tezę – bo kto by wymyślił, że Trump zechce zająć Kanadę, Grenlandię, Kanał Panamski…

I to się w Ameryce podoba!
– Tym razem Trump ma znacznie szerszy mandat, może robić, co chce. W mojej ocenie to naprawdę koniec końca historii. W 1991 r., kiedy padł Związek Radziecki, w naturalny sposób z dwubiegunowego układu zrobiła się jednobiegunowa chwila. Amerykanie podyktowali światu, w tym Polsce, dwa pakiety. O jednym doskonale wiemy, to był konsensus z Waszyngtonu, mówiąc po polsku – plan Balcerowicza. Natomiast o drugim pakiecie mówimy zdecydowanie mniej, a Trump właśnie go rozmontowuje. Mianowicie Amerykanie wypracowali swoją wersję demokracji: checks and balances, czyli system równowagi i kontroli władz. Nazwali to demokracją liberalną.

Czym ona się różni od klasycznej, monteskiuszowskiej?
– Do klasycznego trójpodziału wprowadza niezależne od trzech władz media i niezależne społeczeństwo obywatelskie. Demokracja liberalna weszła do kanonu, który sześć tygodni po rozpadzie ZSRR, 7 lutego 1992 r., w traktacie z Maastricht przyjęła Unia Europejska. W czerwcu 1993 r. sformułowane zostały tzw. kryteria kopenhaskie. Czyli demokracja liberalna, konsensus waszyngtoński, państwo prawa i prawa mniejszości. Jeśli chodzi o wiarę w konsensus z Waszyngtonu, załamała się ona już w roku 2008. Kto dziś wierzy, że rządzi rynek i niewidzialna ręka rynku? Ale Trump uderza teraz w demokrację liberalną. Zamiast wartości mamy nagą siłę. Power!

A czy Ameryka ma siłę?
– W USA w ciągu ostatniej dekady dokonały się dwie rewolucje. Pierwsza – ideologiczna. Bo co mamy w USA? Narodowy kapitalizm i konserwatyzm. Zaczynają się już ekspulsje i deportacje. Trump ogłasza cła. Ale miała miejsce i druga rewolucja – energetyczna, łupkowa. Stany Zjednoczone stały się eksporterem surowców energetycznych, głównie gazu skroplonego. Dlatego tak im potrzebny jest w Świnoujściu gazoport na skroplony gaz. Amerykanie sprzedają nam ten gaz drożej niż Norwegowie, nie mówiąc o dawnych czasach i gazie rosyjskim.

Co więc się stało? Przez co najmniej dwie dekady naukowcy mieli problem ze wskazaniem, kto jest największą gospodarką świata. Bo to była albo Unia Europejska, albo Stany Zjednoczone. Wskazania wahały się pomiędzy 22% a 23% światowego nominalnego PKB, w wypadku obu tych podmiotów. A jak jest dzisiaj? Stany Zjednoczone mają 26%, czyli więcej – bo pandemia, rewolucja łupkowa, ale również wojna na Ukrainie. Ile sprzętu Amerykanie sprzedali? Ta wojna im służy. A Unia Europejska? Był brexit – wystąpienie Wielkiej Brytanii zmniejszyło PKB państw Unii o 4-5%. Unia ma więc 18%. I właśnie w zeszłym roku wyprzedziły ją Chiny – w sensie nominalnym, bo w sensie siły nabywczej są największą gospodarką świata już od 2015 r. Czyli USA mają siłę i USA stawiają na siłę.

To widać i słychać.
– Zobaczymy, czy to się uda. Moim zdaniem gra o Grenlandię jest bardzo poważna. Grenlandia to cała tablica Mendelejewa, a przede wszystkim pierwiastki ziem rzadkich, czyli te, bez których nie ma dziś postępu naukowo-technologicznego. Trump, jak już wiemy, walczy o nie również na terenie Ukrainy, szczególnie gdyby doprowadził tam do pokoju czy rozejmu.

Mamy więc do czynienia z kolejną odsłoną koncertu mocarstw?
– Tak! Mamy do czynienia z wielkomocarstwową grą. Dlatego w tak trudnym położeniu znalazła się Unia Europejska, bo ona sama się definiuje do dzisiaj jako soft power. Co więcej, wiele wskazuje, że Trump będzie grał na rozwałkę Unii. Z Brukselą nie chce gadać, co najwyżej z Berlinem i Paryżem, a najchętniej to z Putinem.

Jeśli Amerykanie tak się zachowują, to Rosjanie już mówią, że skoro Amerykanie mogą, to oni też!
– Nad Ukrainą wisi widmo Jałty II.

Jak się bronić w epoce koncertu mocarstw?
– Odpowiedź jest oczywista: Europa musi nabyć znamion hard power. Musimy zwiększyć swoje zdolności obronne. W 2015 r. zebrałem grono najlepszych polskich specjalistów od integracji europejskiej i wydałem po angielsku pod moją redakcją tom, którego tytuł w tłumaczeniu brzmiał: „Unia Europejska na scenie globalnej”. Podtytuł zaś mówił wszystko – „Zjednoczeni albo bez znaczenia”. Tymczasem my jesteśmy w tej chwili niezjednoczeni, mówiąc delikatnie.

Unia Europejska jest chorym człowiekiem świata?
– Jest słaba. A Viktor Orbán mówi, że ma jeszcze większe przywary. Bo jest bogata i słaba.

Wydaje się, że punktem odniesienia dla polityki Trumpa są Chiny, a nie Rosja, Unia Europejska czy kryzys bliskowschodni.
– Przyjmując to rozumowanie, powinniśmy oczekiwać po stronie administracji amerykańskiej poważnych prób zakończenia wojny rosyjsko-ukraińskiej, zawieszenia broni.

Żeby zamknąć front.
– Tylko że Putin wie, że ma mocne karty. Ta wojna

r.walenciak@tygodnikprzeglad.pl

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.