Tag "wojna"

Powrót na stronę główną
Świat

Izrael osamotniony

Społeczność międzynarodowa coraz mniej rozumie Izrael, a Netanjahu wciąż nie ujawnia swojej strategii

Już rok minął od ataku Hamasu na izraelskich cywilów mieszkających na pograniczu ze Strefą Gazy. Atak, w którym zginęło 1,2 tys. osób po stronie izraelskiej i który sprawił, że w rękach bojowników Hamasu znalazło się 251 zakładników (przede wszystkim Izraelczyków, ale także obywateli innych państw), okazał się początkiem eskalacji, która po kilkunastu miesiącach wciąż nabiera tempa.

Izraelskie wojska jeszcze w październiku 2023 r. rozpoczęły intensywną operację w Strefie Gazy, która nie ograniczyła się do (jak to bywało w poprzednich okresach nasilenia konfliktu z Hamasem) ostrzału celów w Gazie, zdaniem Izraelczyków bardzo precyzyjnych, ale i tak krytykowanych na arenie międzynarodowej jako „nieproporcjonalne” ze względu na liczbę zabitych cywilów. Siły Obrony Izraela do Gazy wkroczyły z pełną mocą, angażując wojska lądowe, a za cel operacji stawiając uwolnienie zakładników i zniszczenie Hamasu.

Już w październiku te cele zdawały się mgliste, a rok później wygląda na to, że Hamas nie stracił zdolności operacyjnych, w tym do zadawania ciosów w głębi Izraela. Otwarcie frontu północnego i walka z Hezbollahem, który już 8 października 2023 r. rozpoczął ostrzał miejscowości położonych w pobliżu granicy z Libanem, także nie sprawiły, że Izrael stał się bezpieczniejszym miejscem.

Prawdziwe cele

Dzisiaj, po roku intensywnej wojny, wcale nie jest bliżej do osiągnięcia deklarowanych przez Beniamina Netanjahu celów strategicznych, tym bardziej że doszło do nich całkowite rozbrojenie Hezbollahu jako warunek zakończenia bombardowań Libanu i rajdów izraelskich żołnierzy w południowej części tego kraju. Beniaminowi Netanjahu udało się może doprowadzić do kilku spektakularnych zwycięstw, takich jak zabicie Ismaila Hanijji, szefa biura politycznego Hamasu, czy Hasana Nasr Allaha, sekretarza generalnego Hezbollahu. Nie wygląda jednak na to, by te śmierci zbliżyły Izrael do zrealizowania najważniejszych celów podawanych do wiadomości publicznej.

Śmierć liderów dwóch organizacji uważanych przez Izraelczyków za najbardziej zagrażające bezpieczeństwu publicznemu przynajmniej chwilowo poprawiła nastroje w Tel Awiwie czy w zachodniej części Jerozolimy. Od wielu miesięcy na ulice wychodzili demonstranci związani ze środowiskiem rodzin zakładników przetrzymywanych w Gazie. Podczas ogromnych manifestacji, w których nierzadko brali udział również liderzy opozycji, tacy jak były premier Jair Lapid, domagano się zwłaszcza doprowadzenia do końca negocjacji rozejmowych z Hamasem. To bowiem uznawano w tych środowiskach za największą szansę na uwolnienie bliskich. Demonstrujący podawali też w wątpliwość zdolność Beniamina Netanjahu do wyprowadzenia kraju z dramatycznej sytuacji, wielokrotnie wprost domagając się od premiera dymisji.

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Świat

Libańczycy rodzą się wytrwali

Eskalacja konfliktu z Izraelem jest gorzkim przypomnieniem o wojnie domowej

Pośpieszna ewakuacja południowych terytoriów Libanu w wielu mieszkańcach kraju budzić może ponure wspomnienia. Trwająca półtorej dekady, od roku 1975 do 1990, wojna domowa wciąż odciska piętno na społeczeństwie i na polityce, tym bardziej że lwia część dzisiejszych partii politycznych w parlamencie to milicje, które zwalczały się w tamtym krwawym konflikcie. Milicje milicjami, ale realna wydaje się w tej chwili obawa, że południową granicę kraju przekroczą izraelscy żołnierze, tak samo jak to zrobili w roku 1982.

Niewygasająca od dziesięcioleci wrogość między Libanem a Izraelem osiąga punkt kulminacyjny. Od 8 października ub.r., dzień po zaatakowaniu Izraelczyków przez Hamas, bojownicy Hezbollahu regularnie ostrzeliwują północny Izrael, co wymusiło ewakuację 80 tys. osób (według danych Human Rights Watch) z przygranicznych wiosek i miasteczek. Ataki rakietowe nie pozostały bez odpowiedzi wojsk izraelskich. Te również ostrzeliwały terytorium północnego sąsiada, zmuszając do opuszczenia domów ok. 93 tys. Libańczyków. Oskarżone zostały przy tym o użycie białego fosforu w strefach zamieszkanych przez cywilów.

30 lipca. W ataku rakietowym na budynek mieszkalny w Bejrucie zginął Fuad Szukr, jeden z dowódców skrzydła wojskowego Hezbollahu. Według libańskich mediów ataku dokonał izraelski dron, który wystrzelił trzy pociski rakietowe, zabijając Szukra, irańskiego doradcę wojskowego i pięciu cywilów. To tylko jeden atak z serii, w Teheranie zginął także Ismail Hanijja, szef biura politycznego Hamasu.

Zarówno szyicka milicja z Libanu, jak i wspierający ją Teheran zapowiedziały dotkliwy odwet, Izrael jednak postanowił nie dopuścić do przejęcia przez nich inicjatywy i pod koniec sierpnia dokonał „ataku wyprzedzającego” z użyciem ok. 100 samolotów odrzutowych. 17 i 18 września z kolei na terenie Libanu i Syrii w kilku falach doszło do eksplozji pagerów i krótkofalówek, wykorzystywanych od lutego przez bojowników i funkcjonariuszy politycznych Hezbollahu na polecenie jego sekretarza generalnego Hassana Nasr Allaha. Nasr Allah obawiał się, że Izrael może hakować i przejmować smartfony członków organizacji, zdecydowano się więc na zamówienie 5 tys. urządzeń tajwańskiej produkcji. Te sfabrykował jednak węgierski pośrednik, BAC Consulting, firma, jak się okazało, fikcyjna. W kilku atakach zginęły co najmniej 42 osoby, a ponad 3,5 tys. zostało rannych, w tym liczni cywile, nie tylko członkowie Hezbollahu.

Na tym Izraelczycy nie poprzestali i regularnie dokonują ostrzałów Libanu – twierdzą, że udało im się trafić ponad 2 tys. celów związanych z Hezbollahem. Hezbollah nie pozostaje dłużny, odpowiadając atakami rakietowymi, w tym na izraelskie miasta, takie jak Hajfa, Nazaret czy Afula.

Libańczycy nie wierzą Izraelowi

Choć izraelscy wojskowi

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Kraj

Przesmyk strachu

Znowu druty, zapory, zamknięte granice. Szkoda otwarcia na sąsiadów z Rosji, z Białorusi. Wszystkim to się opłacało

W upalny dzień w końcu sierpnia ambasador USA Mark Brzezinski przy okazji odwiedzin na Suwalszczyźnie wykąpał się w Kanale Augustowskim, niedaleko granicy z Białorusią. Przekaz był oczywisty: tu jest bezpiecznie, nie ma czego się bać, Ameryka jest z wami.

Czy rzeczywiście uspokoił mieszkańców tzw. przesmyku suwalskiego, wąskiego pasa wzdłuż granicy Polski z Litwą? Granica ta ma 104 km. W linii prostej to 65 km. Tyle wystarczyłoby Rosjanom, aby przebić się z Białorusi do obwodu kaliningradzkiego (dziś królewieckiego) i tym samym odciąć Litwę, Łotwę i Estonię od pozostałych krajów NATO.

Strach, który teraz gasi amerykański ambasador, w dużej mierze jest dziełem Amerykanów. Już rok po aneksji Krymu przez Rosjan ówczesny dowódca sił zbrojnych USA w Europie gen. Benjamin Hodges twierdził, że przesmyk suwalski to „jeden z najbardziej zapalnych punktów na mapie świata”. Po napaści Rosji na Ukrainę portal Politico opublikował w czerwcu 2022 r. komentarz w tonie wręcz dramatycznym: „Najgroźniejsze miejsce na Ziemi znajduje się teraz w Polsce”. I dodatkowo postraszył, że USA i inne kraje NATO niekoniecznie zaryzykują globalną wojnę w obronie takiego skrawka.

Przy granicy

Pół wieku z okładem, dokładnie 56 lat, spędził tuż przy granicy z obwodem Andrzej Krajewski, który 44 lata był nadleśniczym, z czego ogromną większość w przygranicznych Żytkiejmach. Gdy byłem u niego przed pięcioma laty, żartował, że rosyjscy pogranicznicy bez trudu mogą sprawdzać, co jego żona podaje na obiad, bo do granicy raptem kilkaset kroków, a okno szerokie, panoramiczne. I choć już wtedy stosunki między Polską a Rosją mocno się schłodziły, przecież rozmawialiśmy nie o wojnie, zasiekach, przesmyku, ale o tym, że państwa Krajewskich odwiedzają łosie, jelenie, sarny, czasami nawet coś wyskubią w ogrodzie, co trudno zwierzakom brać za złe. – Teraz znowu wszystko zamknięte jak dawniej, znowu zapory, zwoje drutu kolczastego, znowu zona… Zwierzyna ginie. Mój wnuczek – już leśniczy – niedawno znalazł martwego łosia. Zaplątał się w drut kolczasty. Tragedia.

A przecież mogło być, już bywało, normalnie. Syn nadleśniczego, Jaromir, oczywiście z wykształcenia leśnik, od wielu już lat jest dyrektorem Parku Krajobrazowego Puszczy Rominckiej. Puszczę, tak jak wszystko tutaj, przecięła granica. – A puszcza to jeden organizm, więc choćby z tego powodu nasze kontakty z kolegami leśnikami z obwodu były intensywne – mówi Jaromir Krajewski. – Ale w ogóle kontakty były bardzo rozbudowane. W obydwie strony udawali się sportowcy, dziennikarze, samorządowcy. Wszystkim to się opłacało, granica, kiedyś tak tajemnicza i groźna, stawała się coraz bardziej oswojona, ludzie nawiązywali kontakty osobiste, rodziły się przyjaźnie.

W przypadku dyrektora Krajewskiego była to ta najważniejsza przyjaźń w życiu, bo w Kaliningradzie poznał żonę, która trafiła tu z dalekiej Syberii. Jej rodzice zostali w Kaliningradzie, więc dziś, po zerwaniu wszelkich kontaktów, trudno im się spotkać z córką i wnukami. – Tragedia – powtarza dziadek z Polski, nadleśniczy Krajewski. – Niby tak blisko, a przecież znowu, jak za radzieckich czasów, bardzo daleko.

Trójstyk nieprzyjaźni

Tuż obok Żytkiejm, które też po części przecięła granica, znajduje się trójstyk, gdzie spotykają się granice Rosji (obwodu), Litwy i Polski. To m.in. stąd, z głębi dziewiczego lasu, może ruszyć w kierunku Białorusi rosyjska nawała, by odciąć kraje bałtyckie od reszty Sojuszu i utorować drogę lądową z obwodu do kraju Łukaszenki. Kiedyś trójstyk przyciągał turystów, stanowił oczywistą atrakcję nie tylko dla miejscowych. Na parkingu pojawiały się autokary z całej Polski, a nawet zagraniczne. Dziś jest tylko jeden samochód osobowy z miejscową rejestracją; kiosk z pamiątkami i lodami nieczynny. I jakaś, znowu nieprzyjazna, cisza. Widok pięknego lasu psują potężne zwoje drutu kolczastego. To granica imperium. Wystarczy podejść kilkaset metrów, by trafić na „zęby smoka”, zaporę, która ma zatrzymać czołgi. – Czy zatrzyma czołgi i żołnierzy, tego nie wiemy – zwraca uwagę dyrektor parku. – Zwierzynę na pewno.

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Kraj Wywiady

Trauma wojny

Wszędzie otacza nas przeszłość wojenna.

Dr hab. Michał Bilewicz – psycholog społeczny, socjolog, profesor nadzwyczajny Uniwersytetu Warszawskiego. Kierownik Centrum Badań nad Uprzedzeniami UW. Autor książki „Traumaland. Polacy w cieniu przeszłości”.

Mówi się, że Polską rządzą dwie trumny: Dmowskiego i Piłsudskiego, a pan stawia tezę, że kierują nami ofiary liczone w milionach, głównie z okresu II wojny światowej. Czy rzeczywiście 80 lat po wojnie na Polakach tak mocno odciska się trauma wojenna?
– Tak i mają ją zakodowaną nie tylko przez same doświadczenia czy opowieści rodzinne, przekazywane przez pokolenia, ale też przez kulturę: filmy, seriale, literaturę i cały proces nauczania. Przeszłość wojenna wszędzie nas otacza. Nawet genetycy twierdzą, że zmiany epigenetyczne, które powodują naszą nadwrażliwość na pewne sytuacje, wynikają z doświadczeń naszych przodków, z traumy historycznej.

Jakie są najważniejsze przejawy tej traumy?
– Różnego rodzaju lęki, teorie spiskowe, myślenie o obcych bardziej jako zagrażających nam niż jako o potencjalnych partnerach. To nadwrażliwość na pewne sytuacje polityczne i nieufność do instytucji państwa, samorządów, wreszcie funkcjonowanie, jakby tych władz nie było.

W książce pisze pan, że jesteśmy, obok Grecji, najbardziej nieufnym społeczeństwem w Europie i że 29% badanych Polaków odczuwa traumę przeszłości. To dużo?
– Bardzo dużo! Generalnie przyjmuje się, że PTSD, czyli zespół stresu pourazowego, dotyka 10-15% osób doświadczających traumy, choćby wśród Amerykanów po Wietnamie czy Francuzów po wojnach kolonialnych. U nas te wskaźniki są zdecydowanie wyższe. A trauma nie dotyczy przecież tylko wojny. Wśród powodzian na Dolnym Śląsku rok po powodzi stulecia z 1997 r. aż 40% ludzi doświadczało PTSD, czyli nie było w stanie wrócić do normalnego funkcjonowania.

Czy szeroko rozumiana polityka historyczna – to, co robi chociażby Instytut Pamięci Narodowej – umacnia w Polakach traumę historyczną?
– Oczywiście. Dokłada swoje edukacja szkolna, która jest przesycona traumą. W czasach rządów Zjednoczonej Prawicy wzrosła liczba godzin szkolnych poświęconych nauczaniu historii, szczególnie historii najnowszej. Nawet przedmiot wiedza o społeczeństwie zastąpiono przedmiotem historia i teraźniejszość, który był swoistą dorzutką do nauczania historii najnowszej. Jeżeli przyjrzymy się programom nauczania, to największy nacisk kładzie się na te epizody historii, które dotyczą właśnie traumy. Momenty, gdy Polacy doświadczyli strasznych zbrodni.

W ramach polityki historycznej za poparciem polityków Zjednoczonej Prawicy szły i nadal idą konkretne działania: dofinansowywanie konkretnych produkcji filmowych, choćby filmów poświęconych rtm. Pileckiemu czy „żołnierzom wyklętym”. Do postaci, które są związane z dramatycznymi historiami, dochodzą działania ruchów rekonstrukcyjnych. W książce opisuję zupełnie kuriozalne sytuacje, takie jak inscenizacja likwidacji getta w Będzinie, na potrzeby której dzieci przebierają się za ofiary Holokaustu, albo inscenizacje rozstrzeliwania, egzekucji, rzezi wołyńskich. Rekonstrukcje odległych wydarzeń, choćby bitwy pod Grunwaldem, nagle – celowo – zamieniono w rekonstrukcję traumy.

Czym to będzie skutkowało? Jakie da efekty?
– Ciągle niewiele o tym wiemy, ale pewną szczątkową wiedzę już mamy. Jakiś czas temu wspólnie z Adrianem Wójcikiem prowadziliśmy badania wśród młodzieży z małopolskich szkół, która odwiedziła obóz Auschwitz-Birkenau. Mieliśmy możliwość zbadania młodych ludzi przed tą wizytą, bezpośrednio po niej i miesiąc później. Dostrzegliśmy, że 15% ma objawy typowe dla PTSD. Zupełnie nieprzygotowanych licealistów wpuszczamy do obozu, gdzie patrzą na stosy warkoczy, butów, walizek, po czym jeszcze tego samego dnia jadą do kopalni w Wieliczce, do Krakowa. Ten Oświęcim traktowany jest jako kolejny etap na trasie wycieczki szkolnej. Uczeń, który się wychowuje w Holandii czy w Hiszpanii, takich doświadczeń nie ma. Polska jest w pewien sposób specyficzna, kiedy się patrzy na naszą traumę historyczną. Dlatego staram się przekonywać, żebyśmy byli bardziej wyrozumiali wobec skutków naszej przeszłości, co nie oznacza, że nie widzę, jak nasza polityka historyczna karmi się wydarzeniami z dziejów najnowszych. Wyzyskuje je, świadomie eksponując pewne konkretne opowieści o przeszłości, które zwiększają naszą traumę.

Politycy to wiedzą. Szczególnie politycy prawicy ją wykorzystują, by zwiększyć poparcie dla swoich formacji.
– Znaczna część „Traumalandu” o tym traktuje, jest analizą tego, jak traumę wykorzystuje się w życiu politycznym. Jak rozedrganiem polskiego społeczeństwa, wynikającym z historii, można się posłużyć do podbicia swoich słupków wyborczych. Straumatyzowane społeczeństwa są bardzo podatne na różne lęki i na to, co socjolodzy nazywają panikami moralnymi. Społeczności, które doświadczyły bardzo wysokiej śmiertelności dzieci czy przemocy seksualnej w czasie wojen lub okupacji, są łatwe do pobudzenia informacją, że gdzieś zabito jakieś dziecko albo jacyś ludzie zagrażają naszym kobietom. Przypominam, że PiS w 2015 r. wystarczyło głosić: tabuny uchodźców przekroczą nasze granice, będą gwałcić, mordować i zagrażać naszym dzieciom i kobietom. Pisowcy mówili to, kiedy Polacy nie mieli tak wielu kontaktów z Arabami czy ludźmi z Afryki Subsaharyjskiej i kiedy do Polski żadni uchodźcy nie trafiali. Mimo to rozpętana została kampania przeciwko tym ludziom. A jednocześnie nie protestowano, gdy wcześniej trafiło do nas 70-80 tys. uchodźców muzułmańskich z Czeczenii. Umiejętnie wykorzystywana trauma w kampanii wyborczej wyniosła PiS do władzy.

Czy łatwiej jest rządzić straumatyzowanym społeczeństwem, gdy już się władzę zdobyło?
– Rządzić jest o wiele trudniej, niż wykorzystywać traumę historyczną do zdobycia władzy. Bardzo łatwo zmobilizować do poparcia wyborczego, ale rządzić jest bardzo trudno z powodu, o którym już mówiłem – ponieważ narody straumatyzowane nie ufają władzy i politykom, a jednocześnie nie są posłuszne. Widzieliśmy to w czasie epidemii koronawirusa. Władze zalecały Polakom noszenie maseczek, utrzymywanie dystansu, szczepienie się. W pierwszych miesiącach epidemii psycholodzy przebadali 19 państw i analizowali, czy ludzie stosują się do wszystkich zaleceń służb sanitarnych. I co się okazało? Polska była na szarym końcu, m.in. dlatego, że nasze społeczeństwo jest nieufne w stosunku do władzy.

p.dybicz@tygodnikprzeglad.pl

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Obserwacje

Żeby po prostu żyć po swojemu

Historie o szczęściu, zmianie i wyborze.

Patrzyłam na ojca i brata i wiedziałam, że więcej ich nie zobaczę.

Ciężarówka zniknęła mi z pola widzenia po kilku chwilach. Wtedy jeszcze nie rozumiałam, co to oznacza, ale już potrafiłam poczuć stratę. Miałam cztery lata i mama tuliła mnie do piersi, aż mnie żebra bolały. Nas nie wywieziono do obozu, do dziś nie rozumiem dlaczego.

Wojna minęła. Poszłam do szkoły i każdego dnia, kiedy z niej wracałam, widziałam moją zapłakaną matkę. Nie takiego dzieciństwa chciałam. Tym bardziej że co noc słyszałam, jak wołała imię mojego brata: „Wojtuś! Wojtuś!”. W pewnym momencie wręcz go nienawidziłam, bo wydawało mi się, że mama kocha go bardziej ode mnie. A miałyśmy tylko siebie. Cała rodzina zginęła. Kiedy trochę podrosłam, zaczęłam rozumieć tęsknotę matki za mężem i synem. Mnie niespecjalnie brakowało ojca, bo prawie go nie pamiętałam. Poza jednym zdjęciem, na którym mam roczek, a on trzyma mnie pod pachami siedzącą na jego kolanach. Uśmiecha się szeroko. No i te plecy na pace ciężarówki. Zaczęłam pytać mamę o niego, potem o brata. Był starszy ode mnie o cztery lata. „Nie mógł przeżyć”, mówiła matka, ale ciągle wysyłała listy do Czerwonego Krzyża. Ciągle ich obu szukała.

Informacja o ojcu przyszła dwa dni po moich 18. urodzinach. Zamordowany w obozie w Buchenwaldzie w 1943 r. O Wojtku ani słowa. Jakby się rozpłynął w powietrzu gdzieś po drodze. Mama zamknęła twarz w dłoniach i widziałam tylko jej drgające ramiona. Przytuliłam i poczułam nagle, jak łzy toczą mi się po policzkach, a po nich ogarnął mnie taki gniew, wiedziałam, że muszę w coś go zamienić. Obiecałam sobie, że i ja nie spocznę, dopóki go nie odnajdę. Zajęło mi to 20 następnych lat. Traciłam już nadzieję. Wróciłam z pracy w archiwum i jak zwykle otworzyłam skrzynkę pocztową. Leżał tam list. „Panu Wojciechowi T. zmieniono nazwisko na A. Został adoptowany przez rodzinę kanadyjską, która zgodziła się z Panią skontaktować. Proszę o odpowiedź na adres…”.

Zastanawiałam się, dlaczego Wojtek sam nas nie szukał. Byłam nawet trochę na niego zła. Wyjaśnienie pojawiło się, kiedy wylądował w Warszawie. Podczas pobytu w obozie przeszedł ostre zapalenie opon mózgowych – cud, że przeżył, ale już do końca życia miał mieć problemy z pamięcią.

Mama stała w hali lotniska, wypatrując dziecka, które zniknęło na pace ciężarówki. Zza drzwi sali przylotów wyszedł bardzo wysoki mężczyzna, już lekko siwiejący, który – kiedy tylko ujrzał mamę – od razu do niej podbiegł. Ten moment, ta chwila ich mocnego uścisku już nigdy się nie powtórzyła. Jednorazowe odczucie pełni szczęścia.

Halina, 85 lat

 

 

„Przygoda”, myślałem sobie, kiedy kolega powiedział mi, że można się zaciągnąć do Legii Cudzoziemskiej. Miałem wtedy niecałe 18 lat, musiałem poczekać jeszcze dwa miesiące do pełnoletniości. Nie powiedziałem nic rodzicom. Zresztą nie wiem, czy i tak by coś zauważyli. Ciągle byli w procesie trzeźwienia. Były wakacje, więc tylko rzuciłem im na dzień przed wyjazdem do Francji, że jadę z kumplami i nie wiem, kiedy wrócę. Od ojca dostałem nawet 100 zł. To wtedy było dużo. W Aubagne nazajutrz po przyjeździe do Legii zaczęła się ostra harówka fizyczna. Niby wiedziałem, że przejdę szkolenie, ale nie sądziłem, że będzie aż tak ciężko. W moim rodzinnym mieście chadzałem na siłownię, więc byłem dość wytrzymały fizycznie. A tu po ośmiu godzinach różnorodnego treningu trzęsło mi się całe ciało. Myślałem, że nie wytrzymam. Ale kumpel się trzymał, więc i ja musiałem.

Po trzech miesiącach szkolenia przyjęto mnie do Legii. Z radości spiłem się do nieprzytomności i spałem na plaży w Marsylii. Port w Marsylii znany jest zresztą z podobnych widoków. Chłopaki z Legii i marynarze jakoś muszą odreagować albo misję, w której biorą udział, albo daleki rejs i mordęgę na statku. Wieczorem lepiej się tam nie zapuszczać, bo można stracić nie tylko zęby, ale nawet życie. Po każdym kontrakcie – a to w Gujanie Francuskiej, a to w Czadzie – wracałem i praktycznie nie trzeźwiałem. Zdarzały się też narkotyki – najlepszej jakości, przemycane przez marynarzy.

Wydawało mi się, że jestem nie do zdarcia. A potem przyszła wojna na Bałkanach. Wysłali nas do Sarajewa jako obserwatorów pokojowych, mieliśmy ewentualnie reagować, jeśli któraś ze stron naruszyłaby konwencję genewską. Wtedy nawet nie pomyślałem, że sama wojna to  już jest jej naruszenie, jeśli ktokolwiek – szczególnie kobiety, dzieci i starsi ludzie – w niej ginie, zostaje zamordowany czy zastrzelony przez snajperów. Jeździliśmy po mieście opancerzonymi wozami i wypatrywaliśmy luf w rozbitych oknach, bo co rusz ktoś padał na ulicy i nie mogliśmy dostrzec, w którym miejscu ukrywa się snajper.

Fragmenty książki Izy Klementowskiej, Szczęście i inne przypadki. Mikroreportaże, Marginesy, Warszawa 2024

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Świat

Niechciana pamięć

Trzecia rocznica ucieczki Amerykanów z Afganistanu.

Powiedzieć, że ktokolwiek „obchodził” w USA trzecią rocznicę ostatecznego zakończenia amerykańskiej wojny w Afganistanie, byłoby sporą przesadą. Temat stał się okazją do rocznicowych esejów w magazynach poświęconych sprawom międzynarodowym, seminarium naukowego i paru wpisów na platformie X. Część mediów odnotowała, że talibowie urządzili paradę wojskową, chwaląc się sprzętem niemal bez walki oddanym przez wczorajszych okupantów i uciekającą afgańską armię. Pojawiły się pojedyncze reportaże o trudnym losie Afgańczyków. W tym niedoszłych uchodźców, dla których wciąż nie ma łatwej drogi poszukiwania azylu w Stanach. Jednak Amerykanie mogą przypomnieć sobie najdłuższą wojnę w historii USA głównie dlatego, że służy teraz jako pretekst do przedwyborczych ataków.

Prawicowa stacja Fox News grzmi, że to przez Bidena i Harris Rosja dokonała inwazji na Ukrainę w 2022 r. Gdyby bowiem USA nie „porzuciły” Afganistanu, Putin by się przestraszył i nie najechał swojego sąsiada ledwie kilka miesięcy później. Jeszcze mocniejszych słów używa gwiazda amerykańskich konserwatystów i kandydat na wiceprezydenta u boku Donalda Trumpa, J.D. Vance. Na wiecu w Karolinie Północnej mówił, że Kamala Harris dopuściła się w 2021 r. „zdrady”, Ameryka zaś doznała największego upokorzenia od czasów Sajgonu. Trump lapidarnie dodaje, że wraz z prezydenturą Bidena zaczął się „sezon na Amerykę” i każdy może w USA walić, ile chce. Słowem się nie zająknął, że sam zainicjował negocjacje z talibami w formacie z Ad-Dauhy, które doprowadziły do zakończenia amerykańskiej okupacji.

Fakt, że prawica atakuje Bidena za wycofanie się z Afganistanu, choć to samo obiecywał Trump, jest dobrą ilustracją problemu USA z tą wojną. W wyobraźni publicznej ścierają się jej dwie niedające się pogodzić wizje. I w przeciwieństwie do inwazji na Wietnam czy Irak, których mało kto chce bronić (albo wojny koreańskiej, o której niewiele osób pamięta), Afganistan jest niezabliźnioną raną w amerykańskiej pamięci.

Wojny sprawiedliwa i wieczna.

Te dwie sprzeczne wizje to wojna sprawiedliwa i wieczna wojna. Wedle pierwszej w przeciwieństwie do innych konfliktów zbrojnych XX i XXI w. amerykański atak na Afganistan cieszył się międzynarodowym poparciem i uzyskał mandat Rady Bezpieczeństwa ONZ. Nawet Władimir Putin, wówczas nowy prezydent Federacji Rosyjskiej, gotów był Amerykanów poprzeć. Co więcej, militarnie Afganistan okazał się zwycięstwem. Przynajmniej na początku. Amerykanie zaś nie musieli się uciekać do zakłamanej propagandy, żeby uzasadnić tę wojnę.

Nawet długoletnia okupacja i powoływanie kolejnych marionetkowych rządów w Kabulu są w wizji wojny sprawiedliwej uzasadnione. Przecież im dłużej Amerykanie stacjonowali w Afganistanie, tym więcej dziewczynek udało się posłać do szkoły, więcej kobiet zrobiło karierę i więcej młodych Afgańczyków zetknęło się z kulturą Zachodu. Każdy kolejny rok miał przybliżać moment, w którym rzeczywiście między Kabulem a Heratem, Mazar-i-Szarif i Kandaharem powstanie społeczeństwo obywatelskie i spójne świeckie państwo.

„Jeśli jednak wojna w Afganistanie była taka dobra, to właściwie dlaczego należało ją kończyć?”, brzmią logiczne wnioski z doprowadzonej do skrajności opowieści o wojnie sprawiedliwej. Tu trzeba się zderzyć z mitem przeciwnym – wizją Afganistanu jako wiecznej wojny. Mówi ona, że sam ogrom czasu – ponad pokolenie! – jest wystarczającym powodem zakończenia obecności w Afganistanie. W wizji Afganistanu jako wiecznej wojny – co do faktów prawdziwej – konflikt staje się wręcz kluczem do wyjścia z Bliskiego Wschodu i zakończenia epoki „wojny z terroryzmem” raz na zawsze. Dlatego zresztą, mimo że są na przeciwległych biegunach politycznych, ten sam wniosek wyciągali Trump i Biden. Chodziło nie tylko o monstrualne koszty i niskie poparcie społeczne dla wojny w samych Stanach, ale także o symboliczne zakończenie pewnej epoki. Zakończenie wojny w Afganistanie jawiło się jako niezbędny warunek ograniczenia uwikłania USA na Bliskim Wschodzie i umożliwienia regionalnej stabilizacji. Jednak dzisiejsze wsparcie Ameryki dla Izraela także ośmieszyło nadzieje, że za wycofaniem się z Afganistanu pójdzie szersze przewartościowanie polityki Waszyngtonu.

Tych wizji – wojny sprawiedliwej i wiecznej wojny – pogodzić się nie da. Na dłuższą metę trudno byłoby zresztą uzasadnić logicznie, dlaczego USA nadal powinny w Afganistanie być. Jeśli wojna była porażką, należało to upokorzenie zakończyć i nie ciągnąć przez kolejne dekady. Ale jeśli była zwycięstwem, chyba tym bardziej?

j.dymek@tygodnikprzeglad.pl

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Opinie Wywiady

Dwa państwa?

Protest przeciwko polityce Izraela ma pokoleniowy charakter. Jest odcięciem się od kalki, że nie wolno krytykować Żydów.

Prof. Andrzej Leder – (ur. 1960) jest kierownikiem Zakładu Filozofii Kultury w Instytucie Filozofii i Socjologii PAN w Warszawie. Filozof kultury, psychiatra i psychoterapeuta. Autor wielu publikacji naukowych i książek, m.in. „Prześnionej rewolucji” i najnowszej – „Ekonomia to stan umysłu”. Ma korzenie żydowskie, jednak uważa, że fakt ten nie odgrywa istotnej roli dla jego tożsamości – już rodzice odeszli od tradycyjnej żydowskości. Duża część jego rodziny została zamordowana w czasie Zagłady.

Konflikt izraelsko-palestyński trwa już dziesięciolecia, szczególnie od 1967 r. i okupacji Zachodniego Brzegu przez Izrael. Zaostrzył się przez krwawy napad Hamasu 7 października ub.r. i następującą po nim wojnę Izraela w Strefie Gazy. Czy konflikt ten może zostać w najbliższej przyszłości rozwiązany, czy jest bez odwrotu i bez końca?
– Przede wszystkim jest to konflikt wielopoziomowy i pewne rozwiązania, które mogą się udać na poziomie stricte politycznym i militarnym, nie pomogą na poziomie historycznym i ideowym. Prawdopodobnie ta wojna, w której aktualnie uczestniczą Izrael i Palestyńczycy ze Strefy Gazy, ostatecznie jakoś ucichnie. Co więcej, ponieważ w zasadzie nie ma po stronie państw arabskich woli, żeby stanąć po stronie Palestyńczyków, a raczej jest wola, żeby chronić Izrael przed Iranem, to nie sądzę, żeby ta wojna stała się globalna. Co nie zmienia faktu, że problem, jakim jest wypędzenie Palestyńczyków w momencie powstania państwa Izrael w 1948 roku, sposób ich traktowania współcześnie i jednocześnie to, jak bardzo sprawa palestyńska jest wpleciona w ideologiczny dyskurs różnych państw arabskich, wskazuje na to, że konflikt będzie trwał. Należy dodać, że hasło walki z Izraelem dotyczy nie tylko społeczeństw arabskich, bo Iran i Turcja nie są państwami arabskimi, ale szerzej – wojującego islamu. Dopóki ta ideologia istnieje, antagonizm nie zniknie. Los Palestyńczyków będzie nadal zły, a po drugie będzie kartą przetargową w rozgrywkach politycznych.

Jest pan również praktykującym psychoterapeutą. W jaki sposób doświadczenie Holokaustu – formujące dla tożsamości żydowskiej, ale też dla milionów osób, które dzisiaj żyją w Izraelu – kształtuje postawy tego społeczeństwa? Zarówno poczucie bezpieczeństwa, jak i wybory polityczne czy postawę wobec Palestyńczyków.
– Zacznę moją odpowiedź od dwóch sytuacji z własnego doświadczenia. W 1987 r. byłem w jednym z ważnych muzeów w Izraelu, Yad Vashem. Była tam wystawa rysunków dzieci izraelskich z młodszych klas szkół podstawowych, pewnie 6-, 10-letnich, dotycząca historii Szoah. Uderzyło mnie wówczas, jak wiele tych prac miało w sobie piętno czy ślad osamotnienia i stygmatyzacji. Najbardziej utkwił mi w pamięci obraz, na którym stoi chłopiec, a wokół niego narysowane są ręce, wskazujące tego chłopca, z napisami „Jude, Jude, Jude”. Minęły trzy pokolenia od czasów Zagłady. Dziecko, które wychowało się w Izraelu, w którym prawdopodobnie na oczy nie widziało Niemca czy Austriaka, nie słyszało niemieckich słów. I ten przekaz, moim zdaniem przekaz traumy, jest bardzo istotny dla zrozumienia reakcji psychologicznej społeczeństwa izraelskiego na tego rodzaju wydarzenie, jakie nastąpiło 7 października.

Tragedia 7 października uruchomiła tę samą traumę?
– To wydarzenie miało charakter pogromu. Było tam wiele scen, które odzwierciedlają to, co działo się w Europie w czasach prześladowań wobec Żydów, więc natychmiast uruchomiło odruch: „Jesteśmy osamotnieni, stygmatyzowani i prześladowani, ale tym razem nie pozwolimy na to. Nigdy więcej”. To na pewno odgrywa istotną rolę. Druga anegdota pokazuje inną stronę: ok. 10 lat temu uczestniczyłem w konferencji psychologów i psychiatrów izraelskich i polskich. Tam było wyraźne starcie pomiędzy psychologami. Jedni, starsi, wywodzili się z Europy i jako dzieci Holokaustu nieśli w sobie pamięć tego, co wówczas się stało. Drudzy zaś byli młodszą formacją, amerykańską w orientacji zawodowej, z doświadczeniem pracy z traumami podczas wojen z Arabami; formacją bardzo bojową i pragmatyczną. W pewnym momencie jeden z tych starszych ludzi, kiedyś dziecko Holokaustu,  powiedział: „Nie zgadzam się na to, żeby faszyści w Izraelu – użył słowa faszyści – zawłaszczali sobie dzisiaj Zagładę jako swój sztandar”.

To jest druga strona medalu. To znaczy, że Zagłada stała się w Izraelu sposobem mobilizacji społeczeństwa żydowskiego do bezwzględnej walki z Palestyńczykami właśnie w związku z tym, że ma traumatyczny charakter, który uruchamia odruch „Nigdy więcej” i „Musimy się odegrać”.

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Opinie

Jeszcze nie jest za późno

Wojna na Ukrainie może się zakończyć sensowniejedynie przy stole negocjacyjnym,a nie na bitewnych polach. Trzeba rozmawiać.

Lot ćmy do ognia trwa. Psują się stosunki międzynarodowe, narasta brak wzajemnego zaufania w relacjach między państwami, nasilany jest zimnowojenny amok, toczą się krwawe konflikty, których końca nie widać. Tak bynajmniej być nie musi, ale niestety jest i przez czas jakiś będzie. Jak długo, tego nie wie nikt. Dramatyzm sytuacji tkwi w tym, że w niejednym kraju bardziej wpływowe okazują się siły prące do starć niż do pokojowego dialogu, górę biorą militaryści, a nie pacyfiści, prowojenne grupy nacisku bywają silniejsze od pokojowych kręgów politycznych. Bezmyślnie lansuje się jedną z najgłupszych sentencji w dziejach: chcesz pokoju, szykuj się do wojny. Otóż nie; jeśli pragnie się pokoju, do niego należy się gotować, a nie olbrzymim kosztem zbroić się po zęby, które przez innych zbrojących się mogą zostać wybite. Teraz już nawet jakiś drobny incydent może doprowadzić do wielkiej katastrofy. Ale jeszcze nie jest za późno…

Ryzykowny wyścig.

Akcja wywołuje reakcję. Od pewnego momentu nie jest już ważne, kto zaczął napinać swoje żołnierskie muskuły, oczywiście przez wszystkich określane jako obronne, a nie wojenne.

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Opinie

Era nuklearna jest teraz

Jednym z bardziej niepokojących symptomów czasów, w których i tak niepokojów pod dostatkiem, jest epidemia luźnych rozmów na temat użycia broni nuklearnej.


James W. Carden jest dziennikarzem piszącym na temat polityki zagranicznej na łamach m.in. „The Nation”, „The Spectator”, „American Affairs”, „Los Angeles Times”. Był doradcą w amerykańskim Departamencie Stanu, ściślej w Biurze ds. Rosji.


Wybór i tłumaczenie Piotr Kimla

Artykuł Jamesa W. Cardena, którego fragmenty prezentujemy, został opublikowany w witrynie internetowej amerykańskiego think tanku Responsible Statecraft 6 czerwca. Dzień wcześniej na stronie „The Nation” ukazał się nabierający rozgłosu tekst „Niebezpieczeństwo rozszerzenia wojny na Europę Wschodnią”, którego Carden jest współautorem wraz z – goszczącą na łamach PRZEGLĄDU (27 czerwca 2022 r.) – wydawczynią „The Nation” Katriną vanden Heuvel (linki do tych i kolejnych publikacji w internecie podajemy pod artykułem). 

Zarówno James Carden, jak i Katrina vanden Heuvel uważają, że Europa i Stany Zjednoczone stają przed kluczowym i brzemiennym w skutki wyborem pomiędzy wynegocjowaniem pokoju w Ukrainie a trzecią, i najprawdopodobniej ostatnią w dziejach, wojną światową. Byłaby to ostatnia wojna, gdyż nieubłaganie wiązałaby się z użyciem broni jądrowej. Carden przestrzega przed lekceważeniem gróźb Rosjan co do użycia bomby atomowej. Ich adresatem bardzo często jest Polska, co nie powinno uchodzić naszej uwadze.

W 1946 r. ukazał się wstrząsający raport Johna Herseya z Hiroszimy po wybuchu bomby atomowej (chodzi o tekst „Hiroshima” opublikowany w „New Yorkerze” 23 sierpnia 1946 r.). Przedstawiał losy ocalałych, w tym Wilhelma Kleinsorgego – niemieckiego misjonarza jezuity. Poszukując wody dla rannych, Kleinsorge natknął się na grupę ludzi, którzy przeżyli. „Było ich około dwudziestu. Wszyscy w tym samym straszliwym stanie. Ich twarze były całkowicie poparzone, oczodoły puste, płyn z roztopionych oczu spłynął po ich policzkach (gdy bomba wybuchła, musieli mieć twarze skierowane w jej stronę, należeli być może do obrony przeciwlotniczej). Ich usta tworzyły spuchnięte, zaropiałe rany, których nie mogli uchylić na tyle, by wszedł w nie dziubek imbryka”.

(…) Przez całą zimną wojnę myśl o wojnie nuklearnej była nie do przyjęcia dla następujących po sobie przywódców amerykańskich i radzieckich, co znalazło ostateczny wyraz w zapewnieniu złożonym przez sekretarza generalnego KPZR Michaiła Gorbaczowa i prezydenta USA Ronalda Reagana, że „wojny nuklearnej nie da się wygrać i nigdy nie wolno jej prowadzić”. Jednak w miarę jak zimna wojna odchodzi w zapomnienie, przywódcy amerykańscy i rosyjscy pozrywali kolejne układy zmierzające do kontroli zbrojeń (…). I jednym z bardziej niepokojących symptomów czasów, w których i tak niepokojów pod dostatkiem, jest epidemia luźnych rozmów na temat użycia broni nuklearnej.

Ostatnimi czasy to Rosjanie grzeszą bardziej. Niewykluczone jednak, że jeszcze bardziej alarmistyczny jest lekceważący ton, w jakim niektórzy amerykańscy analitycy odrzucają deklarowaną przez Putina gotowość do użycia tej broni. Jak ujął to profesor slawistyki Vladimir Goldstein, „Putin przeprowadza nuklearne manewry, Putin ostrzega gęsto zaludnione obszary Europy, Putin mówi o pójściu (Rosjan – przyp. P.K.) do nieba w wyniku nuklearnej konfrontacji („agresor musi zrozumieć, że odpowiedź jest nieunikniona, że zostanie zniszczony i że my, jako ofiary agresji, męczennicy, pójdziemy do nieba” – oto dokładna wypowiedź przywódcy rosyjskiego państwa na forum ekspertów ds. stosunków międzynarodowych w Soczi w 2018 r., która zawierała zapewnienie, że Rosja nie użyje broni nuklearnej jako pierwsza, ale odpowie zdecydowanie – przyp. P.K.)

Linki do wspomnianych w tekście artykułów:

Artykuł Jamesa W. Cardena: responsiblestatecraft.org/nuclear-threats-russia/

Artykuł Jamesa W. Cardena i Katriny vanden Heuvel: www.thenation.com/article/world/ukraine-war-settlement-negotiation/

Raport Johna Herseya z Hiroszimy: www.newyorker.com/magazine/1946/08/31/hiroshima

Artykuł Radosława Sikorskiego: www.theguardian.com/world/article/2024/may/25/poland-foreign-minister-radoslaw-sikorski-long-term-rearmament-europe 

Artykuł Siergieja Karaganowa: eng.globalaffairs.ru/articles/a-difficult-but-necessary-decision/

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Świat

KAB-y, drony, REB-y

Walki w Ukrainie zmieniły obraz współczesnej wojny

Jednym z symboli wojny w Ukrainie stały się KAB-y, rosyjskie bomby, niektóre wyprodukowane jeszcze w latach 50. XX w., wyposażone w moduły szybująco-korygujące. Zrzucane są przez samoloty z odległości 40-60 km od celu i, korzystając z nawigacji satelitarnej, trafiają w niego z dokładnością do kilkudziesięciu metrów. Precyzja nie jest wymagana, gdyż wybuch 500, a nawet 1500 kg trotylu niszczy wszystko wokół. Uderzenie trzech KAB-ów ma siłę salwy dywizjonu artylerii. I nie ma przed nimi obrony. 

Podczas walk o Awdijiwkę Rosjanie zrzucili ponad 100 takich szybujących bomb i fizycznie oczyścili teren z ukraińskich żołnierzy, ułatwiając swoim grupom szturmowym zadanie. Ukraińcy, którzy przeżyli atak KAB-ów, byli albo ranni, albo niezdolni do walki.

Drugim symbolem wojny stały się drony, masowo używane przez obie strony konfliktu. W komunikatorze Telegram znajdziemy setki filmów ukazujących żołnierzy, na których spadają zrzucone z takich aparatów granaty lub pociski. Widać wybuch i rozrzucone na ziemi ciała. Ranni, którzy mniej ucierpieli, starają się uciec. 

W innych materiałach drony atakują pędzące drogami transportery opancerzone, ukryte w lasach czołgi, działa samobieżne i wyrzutnie pocisków przeciwlotniczych. Jeden z najnowszych rosyjskich filmów dokumentuje atak drona na znajdujący się 60 km od linii frontu ukraiński samolot szturmowy, który stoi na jednym z lotnisk. 

Podobnych zdjęć nie pokazują stacje telewizyjne, a serwis YouTube niemal natychmiast kasuje takie materiały. W komunikatorze Telegram nie ma cenzury, dlatego stał się on głównym źródłem informacji o tym, co się dzieje na froncie, zarówno w Ukrainie, jak i w Rosji. 

Dzięki niemu możemy się przekonać, jak zmieniła się taktyka prowadzenia walk i że obie armie w ogóle nie były na to gotowe.

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.