Tag "zbrojenia"
Jak USA robią na nas interesy
Usłużny Nawrocki, usłużne PiS i trudna sytuacja rządu
Ogłoszono sukces. Donald Trump powiedział Karolowi Nawrockiemu, że nie wycofa żołnierzy amerykańskich z Polski. A może nawet zgodzi się, by było ich u nas więcej. Tyle wystarczyło, aby część mediów obwieściła wielki sukces Nawrockiego i to, że wraca z Waszyngtonu z tarczą.
I.
Zatrzymajmy się przy tej sprawie. Otóż, po pierwsze, w Polsce przebywa 8-10 tys. amerykańskich żołnierzy. Ich obecność jest dla Ameryki ważna – to oni zabezpieczają kluczowy dla wojny w Ukrainie hub w Jasionce. Ameryka ma w ten sposób kontrolę nad dostawami dla walczącej Ukrainy. Po drugie, obecność wojsk amerykańskich w Polsce wzmacnia wpływy Waszyngtonu w naszym regionie. Ameryce zaś na nich zależy, Polska bowiem ma swoją wagę nie tylko z racji położenia geopolitycznego, ale także dzięki rosnącej roli w Unii Europejskiej. A wpływ na Unię Ameryka chciałaby zwiększyć.
Innymi słowy, trudno przypuszczać, by w obecnej sytuacji Donald Trump zdecydował się na wycofanie wojsk amerykańskich z Polski. Podobnie zresztą jak nie decyduje się na wycofanie swoich wojsk z Niemiec, co obiecał kanclerzowi Merzowi.
Po trzecie, obecność militarna w Europie jest gwarancją wpływów politycznych, a z nich Ameryka nie chce przecież rezygnować. A te różne groźby? Odłóżmy je na bok. Chodzi tu raczej o redukcję „nadmiarowych” wojsk, tych, które do Europy w 2022 r. wysłał Joe Biden. I jeszcze o pieniądze. Polska płaci za amerykańskich żołnierzy, mamy w tej sprawie umowę. Cóż więc szkodzi zagrozić wyjściem, żeby uszczknąć trochę dodatkowej kasy?
Dodajmy punkt czwarty. Nawrocki się chwalił, że załatwił przedłużenie obecności wojsk amerykańskich w Polsce i gwarancje bezpieczeństwa. Przypomnijmy zatem: to wszystko Trump obiecał Polsce jeszcze przed rozmowami! Ta decyzja została już podjęta wcześniej. Nawrocki ją otrzymał. Czyli niczego w tej sprawie nie negocjował.
A jeśli chodzi o sukces, to odniosła go Ameryka. Stany Zjednoczone mają 750 baz wojskowych w 80 krajach. To dla nich znaczący wydatek. Poza Polską, bo u nas to my płacimy.
W tym wszystkim zastanawia jeszcze jedno: nikt nie zauważył, że jest coś niestosownego w zachowaniu Donalda Trumpa, w jego deklaracji, że zostawi wojska amerykańskie w Polsce. Wyglądało to przecież jak kaprys wujaszka w przypływie dobrego humoru. Czy na takich deklaracjach można budować przyszłość? Można być pewnym, że za dwa miesiące wujek Donald nie zmieni zdania?
Przy okazji: dziennikarze pytali Nawrockiego, czy przestrzegał Trumpa przed Putinem. Tak – odpowiadał Nawrocki – mówiłem prezydentowi Trumpowi, że Putinowi nie należy ufać.
To pewnie dobrze, że takie ostrzeżenia Nawrocki formułował. Ale czy ktoś wierzy, że Trump nimi się przejął? Ameryka prowadzi własną politykę, jeśli chodzi o Rosję i Ukrainę. I można było odnieść wrażenie, że te sprawy nie znalazły się w amerykańskiej agendzie rozmów. One są ponad nami.
II.
A co znalazło się w amerykańskiej agendzie? Z wizyty Nawrockiego zapamiętamy awanturę o instrukcje rządowe. I to, że zostały one ujawnione, co w świecie dyplomacji jest rzeczą niesłychaną. Ale dzięki temu mogliśmy się zorientować, czego rząd się obawiał i w jakich sprawach zalecał Nawrockiemu wstrzemięźliwość. Czyli jakie sprawy mogą być na stole. Dowiedzieliśmy się, że MSZ zalecało prezydentowi, by nie rozmawiał na temat podatku cyfrowego, ewentualnego zakupu amerykańskiej broni i amerykańskich inwestycji energetycznych. Innymi słowy, by Nawrocki nie podejmował zobowiązań w imieniu Tuska.
To naturalne. Miejmy świadomość, że politykę zagraniczną prowadzi rząd, a prezydent nie może zaciągać jakichkolwiek zobowiązań – dotyczących dyplomacji, spraw wojskowych czy gospodarczych. On zaś ewidentnie miał na to ochotę i takie zobowiązania poczynił.
Podczas spotkania z Trumpem Nawrocki napomknął, że Polska przeznacza obecnie 4,7% PKB na zbrojenia. I zapewnił, że osiągniemy poziom wydatków 5% PKB. Na co pójdą te pieniądze? Czy trzeba więcej tłumaczyć?
Po spotkaniu Nawrocki przyznał też, że rozmawiał o
r.walenciak@tygodnikprzeglad.pl
Trump może Polsce jedynie szkodzić
Trump będzie tak rozmawiał z Nawrockim, żeby uczynić z Polski i z niego pożytecznego idiotę USA
Prof. Roman Kuźniar – Katedra Studiów Strategicznych i Bezpieczeństwa Międzynarodowego WNPiSM Uniwersytetu Warszawskiego
Czego Donald Trump chce od Europy i Polski? Wciąż musimy się tego domyślać?
– Nie, Donald Trump nie jest zagadką. Nie jest żadną enigmą, mimo swoich zwrotów i humorów, kaprysów i zmienności poglądów. Jeżeli chodzi o Europę, ma bardzo określone, jasne stanowisko, które nam komunikuje od czasu pierwszej kadencji. Po pierwsze, Trump nie lubi zjednoczonej Europy. Po drugie, nie lubi Europy demokratycznej. Nie jest politykiem demokratycznym, nie jest politykiem rządów prawa, praw człowieka, a tym wszystkim jest Europa. On w ogóle – trzeba to powiedzieć bardzo wyraźnie – nie czuje się człowiekiem Zachodu, bo nie ma osadzenia kulturowego i aksjologicznego. A Europa taka jest! W związku z tym odczuwa wobec niej wrogość.
To dominuje?
– Europa by mu dogadzała, gdyby była podzielona. Gdyby były pojedyncze kraje, z którymi w ustawkach jeden na jeden radziłby sobie dobrze, miałby oczywistą przewagę. Natomiast zjednoczona Europa mu wadzi. I stąd jego naborsuczenie przeciwko Europie.
A przeciwko Polsce? Chyba nie?
– Jemu Polska jawi się jako Polska PiS, Polska Nawrockiego, Polska Kaczyńskiego. W tamtych czasach jawiła mu się jako kraj, który może mu pomóc w rozwalaniu jedności Europy, w jej osłabianiu. Bo tego chce od Europy – nie chce jej zjednoczonej, mogącej rywalizować, stawiać czoła, stawiać się w ogóle Ameryce. I chce Polski, która by mu pomagała tę zjednoczoną Europę rozwalać.
A Polska chce rozwalać zjednoczoną Europę?
– Rząd Polski nie, Polacy w większości – też nie. Natomiast PiS, jak wiemy, jak najbardziej. A prezydent Karol Nawrocki nawet jeszcze bardziej niż prezydent Andrzej Duda. Myślę więc, że Donald Trump w nowym prezydencie Polski znajduje, czy ma nadzieję znaleźć, dobrego partnera dla swoich instynktów.
Instynktów?
– Tak! Bo przecież u Trumpa nie ma strategii. Owszem, strategię możemy dojrzeć po prawej stronie Partii Republikańskiej, u twardej części prawicy republikańskiej, która jest bardzo wroga wobec Europy. Wiceprezydent Vance tę grupę reprezentuje. Natomiast sam Trump myśli raczej instynktownie.
Z drugiej strony mówi, że Europa powinna się zbroić, powinna wydawać 5% PKB. Z naszego punktu widzenia to słuszne propozycje dla Europy.
– Jest to pozorne. Trump myśli, że te 5% wydamy w Ameryce.
Na amerykański sprzęt.
– Nie miałem nigdy wątpliwości, że jeśli on mówi o zwiększeniu wydatków na obronność, to z takim domysłem, że te pieniądze Europa będzie wydawać w amerykańskich koncernach. Zresztą już teraz próbuje przymuszać Europejczyków, żeby kupowali w Ameryce. Nie chodzi mu o to, żeby Europa sama się zbroiła i budowała własny przemysł zbrojeniowy, tylko żeby te zwiększone wydatki szły na zakupy w amerykańskich koncernach zbrojeniowych.
Dodajmy jeszcze jedno – nawet Stany Zjednoczone nie wydają 5% swojego PKB na zbrojenia, a przecież mają globalne zobowiązania. Te 5% to fikcja. Nie wiadomo, na jakiej podstawie zostało wyznaczone.
Ameryka wydaje na obronność 3,3-3,5% PKB.
– Dla bezpieczeństwa państw europejskich, dla bezpieczeństwa Europy dobrze wydawane 3-3,5% byłoby z pewnością wystarczające. Tyle, ile wydają Stany Zjednoczone. A Trump chce od
r.walenciak@tygodnikprzeglad.pl
Czołg nigdy nie jest domem
15 sierpnia, w dniu upamiętniającym zwycięstwo Matki Boskiej (cud, panie, cud!) nad Armią Czerwoną, przetoczyła się przez Warszawę gigantyczna, największa od lat defilada wojskowa. Od czasów greckich wiemy, że tzw. bogowie uwielbiają prowadzić ludzkie wojny, oni wszak są nieśmiertelni. Nie będziemy się tu zagłębiać w próżne i daremne rozważania, dlaczego boskie dowództwo wojskowe wydelegowało akurat tę boską nieboską niewiastę do rozstrzygnięcia wojennej rzezi i, choć rzeczona Matka była Żydówką, mamą Jezusa, najwyraźniej zwyciężyło staropolskie „panie przodem”.
Żarty żartami, ale do śmiechu nie jest. Nie wiem, która z boskich osób patronuje nadciągającym wichrom wojny. Wiadomo natomiast dość dobrze, które państwa imperialne zacierają rączki na myśl o wojnie poza swoim terytorium i który z ich gigantów przemysłu zbrojeniowego zarabia na tym kolejne miliardy. Warszawska defilada była m.in. prezentacją ich produktów, notujcie sobie.
Polska, w ostatnich 35 latach drepcząc w niepewności, jakim i dla kogo chce być państwem, mając niewiele do zaoferowania, za to odgrywając wzorowo rolę peryferyjnego pseudomocarstewka, postawiła na robienie zakupów większych niż inni, czyli zbrojenie się na ułudopotęgę. USA, wypełniając lukę po Maryi, były od lat ostoją wszelkich nadziei i gwarancji dla polskich rządów, a i społecznej świadomości. Militarystyczne zauroczenie i zadurzenie, podparte rozbudowaną wersją masowej produkcji propagandowego strachu i nieuniknionych zagrożeń, zaowocowało tym, że Polska wydaje na zbrojenia najwięcej ze wszystkich krajów Unii. Miliardy bez kontroli, bez głowy, bez sensu płyną głównie do USA albo do ich wojskowych akolitów (jak Korea Południowa). W tym roku to niemal 190 mld zł, co stanowi wartość
Najjaśniejszy Pan Nasz, król Karol „bokser” Nawrocki I
Kumulacja najgorszych tradycji Rzeczypospolitej rozbita niczym w Lotto wyborem niegdysiejszego alfonsa Grand Hotelu w Sopocie, uczestnika bandyckich ustawek kibicowskich, któremu z twarzy nie schodzi uśmiech (wewnętrzny rechot) i słowo Rzeczpospolita, które to słowo jest w tym wykonaniu win odpuszczeniem, puszczeniem w niepamięć i triumfalizmem okraszonym narodową tromtadracją. Jest w jego mowie inauguracyjnej zaśpiew tęsknot monarchistycznych, rygoryzm katolickiej ortodoksji, marzenia o wielkości kogoś, kto wierzy, że nie tyle go wybrano, ile ukoronowano. Korona pychy nie jest aż tak niewidzialna jak ta nieistniejąca, dawna. Nawrocki sam się namaszcza bezprzytomnie swoim wyborem, sam mianuje się trybunem ludowym i generałem nad generałami, widzi się jako pomazaniec narodu. Co prawda, niegdysiejszego emerytowanego zbawcę narodu Jarosława Kaczyńskiego jakoś widok kwitnącego Nawrockiego nie cieszył w widoczny sposób, ale nie dziwota…
Sam prezes zbolały, z opatrunkiem na palcu, słabowity ogólnie, wyraźnie widzi, że akcenty politycznych sygnałów nowego kierownika Pałacu Prezydenckiego wybrzmiewają raczej konfederacką, skrajną realnie nutą, niż miłą jego uchu pisowską kołysanką. Czy takiego delfina na swojej piersi chciał wyhodować? Chyba nie. Czy te oczy mogą kłamać? Owszem itp.
W swojej mowie szturmowej Nawrocki zdawał się wierzyć, że jest budowniczym portów komunikacyjnych, strażnikiem budżetu, ekspertem ds. lektur (polskich, pamiętajcie, polskich), człowiekiem, który ma w walizce czerwony guzik, choć nie ma żadnych atomówek. Zawsze w takim momencie odzywają się głosy, żeby zawierzyć, nie skreślać, dać kredyt zaufania. Żaden jednak akcent w tej elukubracji nie daje podstaw do takich poczynań. A co dopiero biografia i dokonania zawodowe. Brak kompetencji politycznych, brak kompetencji międzynarodowych, zadeklarowana naiwność chłopka roztropka, który nie potrafi zrzucić z siebie retoryki kampanii wyborczej. Za chwilę się okaże, że jedynym nowum będzie to, że żona prezydenta (nie potrafię kupić tej amerykańskiej pierwszej damy i jej kreacji) będzie się odzywać od czasu do czasu, czyli i tak nieskończenie więcej niż bezpośrednia poprzedniczka.
Dokładnie w dniu zaprzysiężenia Karola Nawrockiego mija 80. rocznica zrzucenia bomby atomowej przez USA na Hiroszimę, rocznica potwornej, ludobójczej śmierci tysięcy cywilów. Po natychmiastowej śmierci 100 tys. inni będą umierać latami. Wydawnictwo Znak wznowiło zapewne najsłynniejszą i najlepszą książkę na ten temat, reportaż Johna Herseya „Hiroszima”, nazywany niekiedy najwybitniejszym amerykańskim tekstem reporterskim XX w. Podzielam tę opinię. Zapytacie państwo, co ma piernik (Nawrocki) do wiatraka (fala uderzeniowa pierwszej atomówki). Ma tyle, że z racji
Morawiecki für Deutschland
Każdy człowiek ma dwie półkule mózgowe. Były premier Mazowiecki też ma dwie. Tyle że gdy u większości ludzi obie współpracują za sobą, to u Morawieckiego każda sobie rzepkę skrobie i robi co innego. Jeden Morawiecki przez całe lata uporczywie atakował Niemców, że za mało wydają na zbrojenia, że wożą się na plecach innych państw, w tym oczywiście Polski.
Był skuteczny, bo Niemcy przejęli się polskimi naciskami i otworzyli kurek z euro na militaria. Wtedy uruchomiła się u M. druga półkula. I pisowski bonza zaczął jęczeć, że gdy Niemcy przeznaczą na zbrojenia 5% PKB, to nie możemy być naiwni. Berlin porzuca pacyfistyczne pozory. Rychło w czas mu to przyszło do głowy. Nawet jak na pisowca Morawiecki wykazał się wyjątkową głupotą. On, Kaczyński i cała niegrzesząca mądrością reszta klasy politycznej mogą sobie pogratulować. Mają pewne miejsca w czołówce „Almanachu głupoty polityków”.
Bunt na Półwyspie Iberyjskim
Hiszpanie sprzeciwiają się zbrojeniowej gorączce NATO
Podczas szczytu NATO w Hadze (24-25 czerwca) uzgodniony został nowy cel dla krajów członkowskich: 5% PKB (z obecnych 3,5%) do 2035 r. na „twardą obronę” i dodatkowe 1,5% na inwestycje związane z obronnością, takie jak cyberbezpieczeństwo i mobilność wojskowa. Z nowymi celami nie zgadza się Hiszpania, która oświadczyła, że nie musi się stosować do tych wytycznych.
„Nie” Sáncheza dla wyścigu zbrojeń
Premier Pedro Sánchez jeszcze przed szczytem oświadczył, że jego rząd nie zamierza blokować przyjęcia przez inne kraje zobowiązania pięcioprocentowych wydatków na obronę. Stwierdził jednak, że Hiszpania nie może przyjąć takiego celu, bo oznaczałoby to poważne ograniczenie środków na politykę socjalną oraz podwyżkę podatków. „W pełni szanujemy uzasadnione pragnienie innych krajów, aby zwiększyć inwestycje w obronność, ale my nie zamierzamy tego robić”, powiedział, dodając, że Hiszpania mogłaby się wywiązać ze wszystkich zobowiązań wobec NATO, jeśli chodzi o personel i sprzęt, wydając na ten cel 2,1% swojego PKB. Zwrócił uwagę także na fakt, że wzmocniona zostanie zależność Europy od uzbrojenia z USA. Hiszpania i reszta Europy, kupując sprzęt wojskowy głównie od Amerykanów, nie będą mogły rozwijać własnej bazy przemysłowej.
Postawa centrolewicowego przywódcy wywołała oburzenie wśród pozostałych członków NATO, którzy obawiali się, że może ona zniweczyć wypracowany kompromis. Hiszpania od początku podchodzi z dystansem do kwestii zwiększenia wydatków zbrojeniowych. Według szacunków NATO w 2024 r. wydano tam na ten cel zaledwie 1,24% PKB.
Historia relacji Hiszpanii z sojuszem jest trudna. Już pod koniec lat 80. próby przyłączenia Hiszpanii do NATO wywołały chaos polityczny. Sondaże konsekwentnie pokazywały, że obywatele sprzeciwiają się przystąpieniu do paktu polityczno-wojskowego.
Ówczesny centroprawicowy rząd stanął przed wyzwaniem: nie udało mu się zdobyć wystarczającego poparcia dla przystąpienia do Paktu Północnoatlantyckiego ani wśród partii politycznych, ani w społeczeństwie. Chociaż potencjalne wejście Hiszpanii do Europejskiej Wspólnoty Gospodarczej miało wyraźną akceptację wszystkich sektorów politycznych i opinii publicznej, sprawa przystąpienia do NATO ugrzęzła w kontrowersjach. Ostatecznie rząd Unii Centrum Demokratycznego uzyskał poparcie jedynie konserwatywnego Sojuszu Ludowego oraz nacjonalistycznych partii baskijskiej i katalońskiej. Komunistyczna Partia Hiszpanii (PCE) oraz Hiszpańska Socjalistyczna Partia Robotnicza (PSOE) sprzeciwiały się takiemu zaangażowaniu. Siłą napędową kampanii „Nie dla NATO” byli socjaliści, na czele z Felipem Gonzálezem, którzy domagali się referendum w tej sprawie.
Tymczasem ta część społeczeństwa, która nie była przeciwna członkostwu w NATO, po śmierci Franco (członkostwo utożsamiano z demokratyzacją Hiszpanii), stopniowo zmieniła nastawienie. Było to spowodowane antypatią wobec Stanów Zjednoczonych (wielu Hiszpanów obwiniało Waszyngton za długotrwałość dyktatury Franco), tradycyjnym brakiem zainteresowania Hiszpanów sprawami zagranicznymi oraz faktem, że znaczna część społeczeństwa nie postrzegała ZSRR
Po co nam czołgi?
Miliardy dolarów wydane za oceanem na zakup uzbrojenia nie zapewnią nam bezpieczeństwa
6 czerwca 2023 r. w rejonie wsi Nowodariwka, leżącej na drodze do Zaporoża, rosyjski czołg T-80BV znalazł się pod zmasowanym ostrzałem artyleryjskim wroga. Dowódca załogi, por. Aleksander Lewakow, wydał rozkaz do ataku, mając przeciw sobie dwa ukraińskie czołgi i sześć transporterów opancerzonych. Według oficjalnej wersji w 10-minutowym boju czołg o kodowej nazwie „Alosza” zniszczył ukraińską kolumnę. Film z tej akcji zyskał ogromną popularność w internecie, a załoga otrzymała wysokie odznaczenia bojowe, w tym ordery Bohatera Federacji Rosyjskiej. Był to jeden z nielicznych przypadków, gdy doszło do starcia czołgów w klasycznym stylu, znanym z filmów o II wojnie światowej.
Wojna w Ukrainie radykalnie zmieniła rolę i znaczenie broni pancernej. Dawna, opracowana w latach 30. XX w. przez gen. Heinza Guderiana taktyka skoncentrowanych ataków grup czołgów, które przy wsparciu lotnictwa i artylerii przerywały linie obrony przeciwnika i wychodziły na jego tyły, bezpowrotnie odeszła w przeszłość.
Masowe użycie dronów przez obie strony konfliktu sprawiło, że czołg stał się względnie łatwym do zniszczenia celem. Pojawiły się głosy, że to kosztowny przeżytek, którego znaczenie na współczesnym polu walki jest marginalne. Tymczasem Polska kupiła i nadal ma zamiar kupić tysiące czołgów, za które zapłacimy dziesiątki miliardów dolarów. Czy przypadkiem nie wyrzucimy tych pieniędzy w błoto?
Ambitne plany bez sensu
Plany, przyjęte jeszcze w czasach, gdy ministrem obrony był Mariusz Błaszczak, zakładały zakup w Korei Południowej łącznie 1 tys. czołgów K2 Black Panther, z coraz większym udziałem polskiej produkcji w kolejnych dostawach. Zamówienie zostało podzielone na dwa etapy: w pierwszym mieliśmy kupić 180 sztuk, w drugim – ponad 800 czołgów w standardzie K2PL (czyli przystosowanych do walki w warunkach Europy Środkowo-Wschodniej), a w 2026 r. ruszyłaby ich produkcja w naszym kraju.
W Stanach Zjednoczonych zamówiliśmy łącznie 366 czołgów Abrams: 250 w wersji M1A2 SEPv3 oraz 116 w wersji M1A1. Łączna wartość obu kontraktów miała wynieść 6,1 mld dol. W lutym br. Robert O’Brien, były doradca prezydenta Trumpa ds. bezpieczeństwa, wspomniał o możliwej sprzedaży Polsce dodatkowych 800 abramsów.
Jeśli plany te zostałyby zrealizowane, za kilka lat Polska dysponowałaby 2 tys. czołgów. W Europie tylko Rosja miałaby ich więcej. Rzecz w tym, że zarówno koreański K2 Black Panther, jak i amerykański M1 Abrams to konstrukcje mające swoją historię. I nie wiadomo, jak sprawdziłyby się w przyszłości na zdominowanym przez drony polu walki. Doświadczenia z ukraińskiego frontu są, delikatnie mówiąc, niezbyt zachęcające.
Amerykańskie czołgi stały się dla Ukraińców jednym z ważniejszych symboli zachodniego wsparcia. Jakież było ich rozczarowanie, gdy Rosjanom udało się zniszczyć 20 z 31 dostarczonych abramsów. Reszta na życzenie Amerykanów została wycofana z pierwszej linii. Chodziło o uniknięcie wrażenia, że te pojazdy do niczego się nie nadają, zwłaszcza że część z nich przejęli Rosjanie, którzy obwozili je jako trofea po większych miastach Federacji Rosyjskiej i demonstrowali w roli
Biedni czy bogaci?
Łączny majątek setki najbogatszych Polaków to 315 mld zł. 438 tys. osób pobiera tzw. groszowe emerytury, czyli przeciętnie 1200 zł miesięcznie
Łączny majątek setki najbogatszych Polaków to 315 mld zł. W ostatnich latach rośnie on szybciej niż PKB – średnio o 10% rocznie. Z drugiej strony minimalna emerytura wynosi 1878,91 zł. Jednocześnie 438 tys. osób pobiera tzw. groszowe emerytury, czyli przeciętnie 1200 zł miesięcznie. Dwójka rekordzistów otrzymuje „świadczenia” w wysokości… 2 groszy! Pytanie „Jak żyć, panie premierze?” jest w ich sytuacji jak najbardziej zasadne. Nic dziwnego, że wielu rodaków jest przekonanych, że jesteśmy biedni. Istnieje jednak wiele przesłanek świadczących o tym, że nigdy w przeszłości nie byliśmy tak bogaci jak dziś. Czy w tej kwestii prawda leży pośrodku? Na to pytanie każdy musi odpowiedzieć sobie sam.
Wielki skok
Mało kto wie, że nasz PKB w latach 1990-2020 zwiększył się o 857% i był to drugi w tym okresie najwyższy wzrost na świecie – zaraz po Chinach! Mogło być jeszcze lepiej, gdyby konsekwentnie realizowano „Strategię dla Polski” autorstwa prof. Grzegorza Kołodki, ministra finansów w latach 1994-1997. Wzrost PKB wyniósł w tych latach: 5,2% w 1994 r., 7,0% w 1995 r., 6,0% w 1996 r. oraz 6,8% w 1997 r. Łącznie – 24,8%. Nikomu nie udało się powtórzyć tego wyniku.
Po przegranych przez SLD wyborach w roku 1997, przejęciu władzy przez AWS i Unię Wolności, ministrem finansów został prof. Leszek Balcerowicz, który tak skutecznie schłodził gospodarkę, że cztery lata później nasz PKB wzrósł o nikczemne 1,1%, za to bezrobocie zbliżyło się do 16%. Na szczęście żaden późniejszy rząd nie powtórzył tych szaleństw.
W latach 2001-2024 rozwijaliśmy się średnio w tempie 4% PKB rocznie. Rekordowo wysokie bezrobocie – 20,7% osiągnęliśmy w 2003 r., potem zaczął się spadek i w roku 2024 było to 5%. Według Eurostatu w kwietniu br. bezrobocie w Polsce wyniosło 2,7%, co okazało się drugim najniższym wynikiem w UE.
Jakie były przyczyny tak spektakularnych wyników? Przede wszystkim wejście Polski do NATO i Unii Europejskiej – oznaczało stabilność tak polityczną, jak i gospodarczą. Przyjęcie naszego kraju do Unii otworzyło rynki bogatszych od nas państw na towary i usługi „made in Poland”. Przyciągnęło też inwestorów skuszonych niskimi podatkami oraz wykwalifikowaną i zdyscyplinowaną siłą roboczą. Polska stała się poważnym producentem telewizorów, sprzętu AGD i części dla przemysłu motoryzacyjnego. Dziś jesteśmy dla Niemiec większym partnerem handlowym niż Chiny. Polskie firmy transportowe zdominowały rynek unijny. Eksport produktów rolnych rósł rocznie w tempie ok. 10%, a spółdzielnie mleczarskie, takie jak Mlekpol czy Mlekovita, przetwarzają rocznie więcej mleka niż Grecja i Bułgaria.
Setki tysięcy rodaków wyjechało w poszukiwaniu pracy oraz lepszych warunków życia do Wielkiej Brytanii, Niemiec, Francji, Norwegii czy Islandii. Rocznie przekazują do kraju od 18 do 20 mld zł. Pieniądze te przekładają się na wzrost dochodów gospodarstw domowych, zwiększając ich konsumpcję i poziom życia. W sferze makroekonomicznej transfery te ograniczają deficyt na rachunku bieżącym i znacząco poprawiają bilans płatniczy kraju.
Ogromne znaczenie
Dozbrajaniu Europy Rzym mówi „nie”
Włosi pod silnym wpływem nastrojów pacyfistycznych
We Włoszech tradycje katolickie i komunistyczne jednoczą się, by odrzucić ideę wojny, a zdecydowana większość Włochów sprzeciwia się ponownemu zbrojeniu kraju i Europy.
5 kwietnia 2025 r. na ulice Rzymu wyszło prawie 100 tys. ludzi, domagając się zakończenia programu dozbrajania Europy. Podczas wiecu demonstranci i mówcy potępili plan „ReArm Europe”, zainicjowany przez przewodniczącą Komisji Europejskiej Ursulę von der Leyen, oraz projekty dotyczące wydatków wojskowych ogłoszone przez rząd premier Giorgii Meloni. W okresie poprzedzającym protest opozycyjny Ruch Pięciu Gwiazd (Movimento 5 Stelle, M5S) skrytykował priorytety wojskowe rządu. Aktywiści obliczyli, że fundusze na planowane transakcje związane z obronnością mogłyby zostać wykorzystane do złagodzenia kryzysów w opiece zdrowotnej i edukacji.
Choć protest zainicjował Ruch Pięciu Gwiazd, akcja zyskała szersze poparcie polityczne i obywatelskie, od zrzeszeń lewicowych po katolickie. Marsz poparł arcybiskup Bolonii kard. Matteo Zuppi, który w przeszłości na prośbę papieża Franciszka próbował przeprowadzić misję pokojową, mającą wesprzeć zakończenie rosyjskiej inwazji na Ukrainę. Podczas manifestacji zaś na ulicach mieszały się flagi tęczowe symbolizujące pokój, organizacji antywojennych, związków zawodowych, propalestyńskie i świeckiego stowarzyszenia katolickiego wspierającego ubogich Comunità di Sant’Egidio.
Protesty zgromadziły zarówno ludzi starszych, jak i młodzież, która niosła transparenty z hasłami: „Nie dla dozbrojenia! Zatrzymajmy ich!” lub krytykującymi premier Meloni i ministra obrony Guida Crosetta. Na telebimie wyświetlono dwa filmy przesłane przez ukraińską pacyfistkę Katrin (Katię) Cheshire i Aleksandra Belika, koordynatora ruchu rosyjskich dezerterów, który schronił się na Łotwie.
W pewnym momencie tłum zaczął skandować: „Meloni i Crosetto, zdejmijcie kaski!”. Powiewały nad nim tęczowe flagi z wypisanym wielkimi literami słowem „Pokój”, będące popularnym odniesieniem kulturowym i symbolem solidarności włoskich pacyfistów. Flagi te czasami można zobaczyć w kawiarniach i restauracjach we włoskich miastach.
Niechętną zbrojeniom postawę Włochów potwierdzają sondaże: zdecydowana większość respondentów sprzeciwia się dozbrajaniu kraju i Europy. W ankiecie opublikowanej 20 marca przez magazyn „Le Grand Continent” 62% pytanych uważa, że są pilniejsze wydatki publiczne niż na obronność – takiej odpowiedzi udzieliło też średnio 34% obywateli krajów Unii Europejskiej. Włosi najliczniej także (53% w porównaniu z 39% ogółu społeczeństw Unii) odrzucili propozycję rozszerzenia francuskiego mechanizmu odstraszania na całą UE.
Pacyfizm z tradycjami
Podobny trend pokazuje sondaż z 30 marca, opublikowany przez turyńską „La Stampę”. 37,5% Włochów opowiada się za wysłaniem pomocy humanitarnej do Ukrainy, natomiast za wysłaniem wojska jedynie 5,8%; na bezpośrednie finansowanie zakupu broni zgadza się 12,8%.
Tak do tej kwestii odniosła się w „La Stampie” politolożka i dyrektorka instytutu badawczego Euromedia Research, Alessandra Ghisleri, według której „przyczyn można się doszukiwać w okolicznościach historycznych, kulturowych i politycznych”. „Z pewnością wielu Włochów, nawet jeśli potępia rosyjską agresję, jest przekonanych, że wysyłanie broni może jedynie przedłużyć konflikt, zamiast go rozwiązać, nie przynosząc żadnych rezultatów poza zwiększeniem liczby ofiar i zniszczeń. Wysyłanie broni raczej niechętnie traktuje co drugi obywatel, podczas gdy wysyłanie pomocy humanitarnej jest interpretowane jako moralny obowiązek, który nie niesie – według prawie 40% społeczeństwa – bezpośrednich negatywnych konsekwencji dla naszego kraju”, pisze Alessandra Ghisleri.
Pacyfizm we Włoszech sięga jeszcze lat 60. W 1961 r. odbył się pierwszy marsz pokojowy połączony ze zbiorową modlitwą. Demonstranci przeszli wówczas ulicami Perugii i Asyżu – miasta św. Franciszka, które obecnie znane jest na świecie z zapoczątkowanych przez papieża Jana Pawła II Międzynarodowych Dni Modlitwy o Pokój. Pierwszy marsz Perugia-Asyż został zorganizowany jako świadectwo umiłowania pokoju i braterstwa między narodami z inicjatywy pacyfisty Aldo Capitiniego, nazywanego włoskim Gandhim. Flaga pokoju, symbol sprzeciwu wobec wszelkich wojen, powiewała wtedy pierwszy raz. W marszu uczestniczyli zarówno komuniści, jak i katolicy, intelektualiści i robotnicy. Według Capitiniego „pacyfizm i niestosowanie przemocy nie oznaczają biernej i bezwolnej akceptacji istniejącego zła, lecz są działaniami i walką przy użyciu własnej metody”.
Od tego czasu marsz pokoju odbywa się co dwa lata, między końcem września a początkiem października, a jego uczestnicy pokonują dystans ok. 24 km. Do dziś jest on punktem odniesienia dla innych marszów pokojowych we Włoszech.
Jak zauważają analitycy prawicowego think tanku Centro Studi Machiavelli, „powojenna kultura polityczna starała się dystansować od militaryzmu i wizerunku agresywnych Włoch, aby zapobiec powrotowi ekstremistycznego
Zbrojenia receptą na kryzys europejskiej gospodarki?
Są ważniejsze wydatki: ochrona zdrowia, edukacja, nauka
Europejskie marionetki wszechmocnych globalnych oligarchów wzięły się do pracy. W 2024 r. przyjęły plan „ReARM Europe”. Ma on być ucieczką przed recesją, a zarazem receptą na zastąpienie przestarzałych sektorów produkcyjnych zbrojeniówką. Tylko planety żal.
Wydatki na wojsko w obiegu kapitału
Dlaczego Wuj Sam przeznacza już prawie 1 bln dol. na wojsko? Prywatne w większości korporacje zbrojeniowe otwierają kredyty w banku, by zrealizować zamówienia, np. na lotniskowiec typu Gerald R. Ford. Kupują w innych firmach potrzebne projekty, komponenty, maszyny, prace konstrukcyjne; płacą pracownikom uczestniczącym w tym projekcie. Firmy zewnętrze uzyskują dochody, które ostatecznie stają się depozytami banków. I koło się zamyka. Koniunktura trwa, bije licznik wzrostu gospodarczego, będą podatki i zadowoleni wyborcy. A to, czy kolejne generacje broni zostaną użyte w operacjach humanitarnych w Ukrainie, czy ostatecznie wylądują na pustyni Arizony – ma znaczenie drugorzędne. Chodzi o to, by nie znalazły się w sklepie z szyldem (autentycznym): „Jezus cię kocha – skup i sprzedaż broni”. Dlatego Pentagon i różne jego wyspecjalizowane fundusze, np. DARPA czy Sematech (w połowie finansowany przez Pentagon), wspierały powstanie nowoczesnych technologii: radaru, układów scalonych, stron www, przemysłu półprzewodnikowego. W Dolinie Krzemowej zaczęły się finansowane przez DARPA badania nad wykorzystaniem sztucznej inteligencji i autonomicznych systemów uzbrojenia (autonomiczne statki, samoloty, łodzie podwodne). Tu też powstały technologie cyfrowe i chipy decydujące obecnie o konkurencyjności poszczególnych wyrobów i gałęzi przemysłu.
Do tej pory słabość technologiczna gospodarek europejskich wynikała ze stosunkowo niewielkich wydatków na zbrojenia. Hegemonia USA korzystała ze słabości UE, która nie ma wspólnej polityki fiskalnej, przemysłowej, obronnej. Nie ma też surowców energetycznych ani minerałów. Życie w cieniu nuklearnej potęgi atlantyckiego sojusznika rozleniwiło tutejszych posiadaczy kapitału. Swoje zyski lokowali ostatecznie w amerykańskich obligacjach i produktach sektora finansowego. W Europie podobną rolę odgrywał częściowo przemysł motoryzacyjny. W Niemczech, Francji, Włoszech, Hiszpanii oraz w ich środkowoeuropejskich filiach zatrudniał 13 mln pracowników. Tworzył 7% europejskiego PKB i odpowiadał za 10% całkowitego eksportu.
Sytuacja się zmieniła, kiedy z neoliberalnej globalizacji zwycięsko wyszedł przemysł chiński – z czasem równie nowoczesny, za to z ułamkowymi kosztami pracy. Po prostu konkurent ma do eksploatacji, niczym w XIX-wiecznej Anglii, 160 mln wiejskiej „płynnej” populacji. Łączy ona pracę na niewielkiej działce rolnej z zatrudnieniem w centrach przemysłowych. Tymczasem w Europie nie można już bardziej uelastyczniać stosunków pracy czy oszczędzać na usługach publicznych.
Nadszedł jednak moment sprzyjający rekonwersji przemysłu – przestawienia go na produkcję uzbrojenia. Stało się to na skutek beztroskiego przyzwolenia na natowską ekspansję na Wschód. W końcu rakiety mogły trafić do Ukrainy i w ich zasięgu znalazłaby się stolica Rosji. Do tego Sewastopol to jedyny niezamarzający port dla rosyjskiej floty. Brak geopolitycznego realizmu w tej sytuacji doprowadził do konfliktu rosyjsko-ukraińskiego. Następstwem były wstrzymanie importu surowców energetycznych, wzrost cen gazu ziemnego i recesja w kluczowych branżach – w produkcji samochodów i nawozów – wzrost cen energii dla gospodarstw domowych. Na przykład niemiecka strategia polegała na zaopatrzeniu największej bazy przemysłowej w energię z turbin gazowych. Był to stosunkowo tani gaz z Rosji, tańszy niż ten skroplony z Kataru czy USA. Zapewniało to niemieckiej gospodarce konkurencyjność wyrobów, szczególnie na rynku chińskim.
Z powodu
Tadeusz Klementewicz jest politologiem, profesorem nauk społecznych, wykładowcą na Wydziale Nauk Politycznych i Studiów Międzynarodowych Uniwersytetu Warszawskiego, specjalistą w zakresie teorii polityki i metodologii nauk społecznych.








