Tarot kazał mi wyjść z lasu

Tarot kazał mi wyjść z lasu

Mieć pieniądze na to, co się chce tworzyć i produkować – takie jest moje obecne pojęcie niezależności Rozmowa z Katarzyną Gärtner, kompozytorką – Właśnie wyszła pani nowa płyta “Czar korzeni”, w której powraca pani do muzyki ludowej. Dzisiaj wielu artystów ulega modzie na folk, ale w pani przypadku jest to wieloletnia fascynacja. Z czego ona wynika? – Muzykę ludową kocham od czasów, gdy byłam nastolatką. Kiedy mieszkałam na Śląsku, na Kaszubach, w górach, chodziłam na zabawy i wesela wiejskie, słuchałam piosenek i myślałam, że dobrze by je było wykorzystać w muzyce rozrywkowej. Ale przez lata w Polsce panowała opinia, że na muzyce folkowej się nie zarobi. Dopiero teraz, dzięki Bregoviciowi, firmy fonograficzne odkryły, że można zarobić pieniądze na przetworzonym folklorze, że warto zainwestować w taki gatunek muzyki. Wcześniej przez wiele lat nie mogłam wydać płyty ze “Śpiewnikiem śląskim” czy “Śpiewnikiem kaszubskim”, bo uważano, że to nie będzie komercyjne. – Jednak już w 1970 roku zrobiła pani słynną śpiewogrę “Na szkle malowane”, z librettem Ernesta Brylla. I spektakl jest grany do dzisiaj przy pełnej widowni. Powodzenie miał również “Śpiewnik śląski”. – Owszem, ale to powodzenie nie przełożyło się na sukces finansowy. – Jak pani sądzi, dlaczego na świecie muzyka ludowa stała się modna? – Muzyka korzeni, czyli ludowa, była zawsze modna, ale ten folk był nie dla wszystkich oczywisty. Przecież blues, bossa nova, muzyka klezmerska – to też korzenie. W utworach zespołów na całym świecie jest wiele elementów muzyki etnicznej, ale wymieszanych, nie zawsze świadomie użytych. Jednak do tej pory nikomu nie przyszło do głowy, że można wziąć oberka czy kujawiaka i z tego zrobić hit. Wpadłam na pomysł zrobienia muzyki bazującej na korzeniach jeszcze w trakcie mojego stypendium w Londynie. Zobaczyłam tam zespoły afrykańskie, arabskie, hinduskie, które miały ogromne powodzenie. Postanowiłam stworzyć coś podobnego w Polsce, ale dostosować to do polskich realiów. We wszystkich moich utworach można znaleźć takie motywy, np. przebój Maryli Rodowicz “Gdy piosenka szła do wojska” wykorzystuje muzykę żydowską, “Gdzie to siódme morze” – kaszubską, a “Małgośka” to ballada z ulicy warszawskiej. – Zna pani przemysł rozrywkowy od podszewki. Co się dzisiaj w nim zmieniło? – Wszystko się zmieniło. Młodzi, zdolni ludzie coraz częściej sami nagrywają płyty. Trzeba walczyć o sponsora, o producenta, o pieniądze. Mnie szczęśliwie udało się przebyć ciernistą drogę szukania wydawcy. Wydawcą i producentem “Czaru korzeni” zostało Polskie Radio. Jest to wysokonakładowa płyta – wielu wykonawców, wiele regionów. Uważam ją za swój wielki sukces. Czuję się związana z Polskim Radiem, tu zaczynałam jako 18-latka. Jednak zasady pracy były kiedyś całkiem inne. Wtedy było tak, że jeśli się podobały moje piosenki, radio ciągle zamawiało u mnie nowe. Pieniądze z tego miałam niewielkie, ale to mi nie przeszkadzało. Wtedy większość z nas, artystów, nie patrzyła na pieniądze. Wszystkie moje największe przeboje były nagrane za grosze w radiu. – Zmieniła się także rola promocji artysty. Czy zgodzi się pani z opinią, że dzisiaj nawet mierny piosenkarz może osiągnąć sukces przy wielkiej promocji i reklamie? – Powiem więcej: można być kompletnym beztalenciem i odnieść komercyjny sukces, na co mamy wokół mnóstwo dowodów. Jest to tajemnica mistrzostwa marketingu i promocji. Przytoczę dwa przykłady, które mnie powaliły: pewien dowcipny marchand w Paryżu sprzedał galerię obrazów młodego malarza, którym okazał się… szympans, a amerykańscy mistrzowie od reklamy założyli się, że wylansują zespół, którego w ogóle nie ma – i wygrali. Taka jest potęga wszechobecnej reklamy. Ale jest jeszcze inny patent – prawdziwe, wytrwałe talenty potrafią się przebić zawsze i wszędzie – i to jest piękne! – Czy dawniej nie czuła pani nacisku specjalistów od promocji? – Dawniej rolę promocji grały różne wymiany kulturalne. Dostawałam telefon: – Jedziesz do Berlina czy do Pragi i nagrywasz. I jechałam, nagrywałam. Nawet nie zauważyłam, kiedy znalazłam się w całej Europie Wschodniej. Płyty powstawały jak grzyby po deszczu. Nagrałam ich prawie sto. Za to przedostać się na Zachód było trudniej. Tam już działały mechanizmy rynkowe, jakich my się dzisiaj uczymy. – Pani przeboje śpiewali

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Aby uzyskać dostęp, należy zakupić jeden z dostępnych pakietów:
Dostęp na 1 miesiąc do archiwum Przeglądu lub Dostęp na 12 miesięcy do archiwum Przeglądu
Porównaj dostępne pakiety
Wydanie: 19/2000, 2000

Kategorie: Wywiady
Tagi: Ewa Likowska