Wielka samotność w domach opieki

Wielka samotność w domach opieki

Mieszkańców placówek opieki społecznej zabija wcale nie covid, ale tęsknota za bliskimi

– Pani Halinka, dziarska, rozmowna, lubiłem ją, w pandemii zaczęła się robić niekontaktowa – błędny wzrok, kiwanie. Umarła na samotność. Pani Kasia – rozpierała ją energia, tak samo, ciach i jej nie ma. Pan Rysiu, tyle razy do mnie mówił: tak tęsknię za wnukami, tak chcę ich uściskać. Nie zdążył – opowiada Kazimierz, chory na reumatoidalne zapalenie stawów. Umysł jak brzytwa, ciało w rozsypce. Choroba postępuje, jest jedynakiem, zajmował się matką staruszką. 17 lat temu zdecydował się na pobyt w domu pomocy społecznej, bo nie ma mu kto pomóc. Rano cierpi na zesztywnienie stawów.

– Rehabilitacje kiedyś były trzy razy w tygodniu, teraz mogę co najwyżej na kozetce poleżeć i nogą ruszyć. Do specjalistów w żaden sposób nie możemy się dostać. No, chyba że zagrożenie życia, wtedy wzywają pogotowie. Po powrocie kończy się to dwutygodniową izolacją w pokoju – potwierdza inny pensjonariusz.

– Do życia potrzebny jest ruch, spotkanie z ludźmi, rozmowa. Bez tego więdniemy. Widzieć się przez płot z wnukami to za mało. Raz był u nas transparent „Kochamy cię, babciu”. Najgorzej w pandemii mieli alkoholicy. Byli na głodzie. Próbowali skakać przez płot do sklepu, to dyrektor założył drut kolczasty. Koledzy podawali im gorzałkę przez ogrodzenie – dodaje Kazimierz.

Siedzimy tu jak bydło

Dla takich sprawnych intelektualnie pensjonariuszy jak Kazimierz niekończąca się izolacja jest dramatem. Do matki wożono go raz na dwa tygodnie na trzy godziny. Wtedy wyraźnie odżywała. Poza krótkimi rzutami szczęścia pozostawał im kontakt telefoniczny. – Na co dzień nie mogłem samodzielnie wyjść po zakupy, do dentysty. Czułem się jak bydło prowadzone na rzeź. Miałem nadzieję, że szczepionka, ten Pfizer, coś zmieni. Jesteśmy zaszczepieni dwiema dawkami i dalej siedzimy. Po szczepieniu kilkadziesiąt osób zachorowało na covid. Obyło się bez respiratorów i to jest działanie tej szczepionki. Zaczęły się nieustające kwarantanny. Chorych wywieziono do izolatorium w pobliskim miasteczku. Personel wychodzi do domu, to oni roznoszą zarazę, jestem tego pewien. Dla pensjonariuszy sprawnych intelektualnie powinny być specjalne przepustki, bo jesteśmy w stanie pilnować chodzenia w maseczce, zachowywać dystans i dezynfekować dłonie. Co innego ci nieświadomi. Siedzimy tu jak w więzieniu, za niewinność. Świetlica zamknięta, żadnej kultury, a ja udzielam się, śpiewam i recytuję swoje wiersze. Jeździłem do innych domów opieki, ośrodków kultury. Potrzebny mi kontakt z ludźmi

– Kazimierz zawiesza się, poruszony z trudem cedzi słowa. – Ogród jak spacerniak. Mieszkam w tym domu tyle lat. Wszystko idzie ku gorszemu, od jedzenia po zużyte sprzęty. Dobrze, że mam swoją pasję, to mnie ratuje. Ale ludzie chodzą jak obłąkani, żalą mi się, pytają, ile to jeszcze potrwa. A ja nie umiem na to odpowiedzieć. W dodatku doświadczyłem ostracyzmu światopoglądowego – jestem niewierzący, terapeutka zajęciowa uraczyła mnie Biblią. Jak nie dałem się nawracać, ucieka na mój widok. Pracownikom, którzy mają wpływ na nasze samopoczucie, nie wolno chować do nas urazy. To nieprofesjonalne, pracownikowi nie płaci się za prywatne animozje. Dyrekcja jednak lepiej traktuje pracowników niż nas. Zaobserwowałem to już dawno.

– Reagowała na nasz dotyk, uśmiechała się. Gdy braliśmy ją za rękę, zmieniał się jej wyraz twarzy, oczy się śmiały. Całe życie lubiła śpiewać, więc nuciliśmy jej piosenki, puszczaliśmy znane melodie z telefonu. Tupała nogą. Kiwała głową. Bliskość to energia. Bez niej usychamy. Ostatni raz widzieliśmy mamę w marcu zeszłego roku. Mieliśmy tylko informacje z ośrodka o postępach choroby. W czasie pandemii przestała chodzić, siadła na wózek. Od początku tego roku karmiona była za pomocą sondy. Powinniśmy do końca być blisko niej… – Mirek, opowiadając o mamie chorej na alzheimera, zmarłej w lutym tego roku, zaczyna płakać. – Nikogo przy niej nie było. To nieprawda, że z takimi ludźmi jak ona nie ma kontaktu. Mama była krawcową. Gdy głowa już nic nie pamiętała, język nie umiał powiedzieć, została pamięć emocji i pamięć mięśniowa. Kawałek szmatki brała w palce, jakby chciała go włożyć pod stopkę maszyny do szycia. Mieliśmy nadzieję, że szczepionki położą kres izolacji. Tak się nie stało – ciągnie. – Tato, dopóki mógł, opiekował się mamą, ale trzy lata temu stan na tyle się pogorszył, że przestał dawać radę. Trafiła do świetnego ośrodka prywatnego w pobliżu domu. Tato do niej jeździł rowerem. Mimo że miałem mnóstwo czasu, żeby się pogodzić z jej odchodzeniem, jest mi ciężko. Zaraz po jej śmierci to nawet ulga była. Że już nie cierpi ona i cała rodzina. Tato odetchnął, przestał się wybudzać w nocy. Latami karmił żonę kęsek po kęsku, to trwało godzinami. Jak ośrodek zamknięto, bardzo przeżywał, że jabłuszka nikt jej nie obierze.

Liczne świadectwa poczucia opuszczenia i samotności padły w tym roku w lutym na warsztatach „Instytucjonalna opieka nad seniorami w czasie pandemii”. To cykl spotkań o ubóstwie i wykluczeniu społecznym, z wykorzystaniem tekstów o. Józefa Wrzesińskiego, założyciela Ruchu ATD Czwarty Świat.

„Osoby, które nie poruszają się, nie mają z zamknięciem żadnego problemu. Natomiast ja, która wychodziłam i załatwiałam swoje sprawy, i w ogóle mogłam czuć się wolna, w tej chwili czuję się jak w więzieniu. Na tyle źle, że muszę korzystać z pomocy środków psychiatrycznych, bo mam napady paniki, spać nie mogę. I to jest związane z tym, że jestem zamknięta tutaj, na głucho niemalże”.

„W DPS-ach ludzie uciekali w różny sposób. Tutaj u nas nic takiego się nie zdarzyło. Ponieważ jestem unieruchomiona fizycznie, w tej chwili jakbym miała wyjść na dwór, byłby problem z chodzeniem. Po przejściu korytarza już czuję zadyszkę, już mnie nogi bolą. Mięśnie się zastały, a nie ma żadnej gimnastyki. Czuję się bardzo źle, i fizycznie, i psychicznie. Mogę rozumieć, że nas zamknęli, ale na tak długi czas to jest naprawdę nieludzkie”.

„Brak poczucia wolności, że nawet taka prosta rzecz, pójść do sklepu, kupić sobie te papierosy, kawę czy słodycze, coś takiego, to jest odcięcie całkowite. Dobrze, jak to się zapowiadało miesiąc jeden, drugi, trzeci, ale to już jest rok. To jest tak, jakby człowiek w więzieniu siedział za niewinność. W więzieniach to chociaż kantynę mają, gdzie można coś kupić, a tutaj nic”.

„Panowie, którzy chcą jakoś dbać jeszcze o kondycję, to wędrują dookoła parczku, jak na spacerniaku w więzieniu. To jest takie odczucie, jakby człowiek za karę gdzieś trafił i bez przerwy te same twarze, opiekunek, psychologa, terapeutów zajęciowych. Nie wyjdzie się, nie popatrzy na ludzi, nie porozmawia. No i dlatego ja to źle znoszę”.

„To mnie rozwala, że w kółko jest   to samo, budzę się rano, robię kawę, idę pod prysznic, włączam laptopa i pół dnia siedzę przy tym laptopie i nic innego. Wieczorem po kolacji zamykam laptopa, stolik chowam, biorę tablet i czytam jakąś książkę, dopóki nie zasnę. I tak dzień w dzień, dzień w dzień, dzień w dzień i w niedzielę też”.

Można inaczej

W Niemczech też jest pandemia i też liczba odwiedzin w domach opieki była ograniczona. Ale prawnie zagwarantowano pensjonariuszom kontakt z rodziną. Nawet w czasie największych przyrostów zakażeń zadeklarowane wcześniej dwie osoby z rodziny mogły bliskich odwiedzać. W sumie więc dwa razy w tygodniu pensjonariusz miał odwiedziny trwające godzinę. Terminarza pilnowały domy opieki. Chodziło o to, aby nie robić tłumu. – Od stycznia mamy szybkie testy, więc o kontakty jest łatwiej. Przez ostatnie dwa tygodnie bliscy mogą przychodzić, kiedy chcą. Jeżeli są już zaszczepieni, nie muszą pokazywać testów, jeśli nie, muszą mieć zrobiony w ciągu 24 godzin. Jeśli jednak pojawia się koronawirus, w ośrodku jest totalna kwarantanna. Ale po dwóch-trzech tygodniach wszystko wraca do normy. Maseczki noszą tylko osoby odwiedzające, pensjonariusze nie. Nie wygłupiamy się z noszeniem rękawiczek. Wystarczy odpowiednia higiena rąk – opowiada Sebastian, który ma wgląd w sytuację wielu niemieckich domów opieki. Jest wykwalifikowanym pielęgniarzem ludzi starszych. W Niemczech ukończył studia i awansował na kogoś w rodzaju kierownika zmiany, jak u nas siostra przełożona. – Na jednego opiekuna przypada ośmiu pensjonariuszy. I wtedy naprawdę można się ze wszystkim wyrobić.

Niestety, wiele polskich domów opieki i przed pandemią stało się smutnymi umieralniami. – Odwiedziłem kilkanaście takich przybytków. Nie umieściłem tam mamy. Za mało personelu. Jeśli pielęgniarka ma do obrobienia z 15 osób, a tak to na oko wyglądało, jak ma je nakarmić? Poda dwie łyżki zupy i pędzi dalej. To samo jest z piciem. Ludzie są odwodnieni. Pampersy są zmieniane dwa razy dziennie. Smród niewyobrażalny. W pralniach wszystkie ciuchy kotłują się razem. Czy ktoś pamięta, że różowe majtki są pani Zosi, a niebieskie pani Hani? Gdy nie było pandemii, to przynajmniej na weekendy, na widzenia, trzeba było ogarnąć pensjonariuszy i dom, żeby to jakoś wyglądało. Nie umiem sobie wyobrazić, jak to może wyglądać teraz. Zero intymności, ryczące cały czas telewizory… To wszystko jest nieludzkie. Ale rozumiem, że czasami nie ma wyjścia – mówi znajomy dziennikarz.

Jego mama tylko przez miesiąc była w ekskluzywnym ośrodku prywatnym pod Warszawą. Mimo ekskluzywności wolała być w domu. Zabrał ją stamtąd.

Pracownicy są zmęczeni

Ogólnopolski Pracowniczy Związek Zawodowy „Konfederacja Pracy” w petycji z lipca 2020 r. do minister rodziny i polityki społecznej Marleny Maląg: „My, opiekunki i opiekunowie, pielęgniarki, rehabilitanci, terapeuci, pracownicy socjalni, pracownicy kuchni i personel sprzątający publicznych i prywatnych domów pomocy społecznej i opieki długoterminowej, domagamy się: zwiększenia ilości personelu – chcemy ustawowych zmian mówiących o minimalnej liczbie pracowników w stosunku do podopiecznych w ośrodkach; godnej płacy – chcemy podwyżek płac do wysokości średniej krajowej, tak byśmy mogli utrzymać się z jednej pensji, zmniejszyć nasze przemęczenie i podwyższyć jakość opieki; dodatków za pracę w szkodliwych i ciężkich warunkach – w tym dodatkowego urlopu za pracę w ciężkich warunkach oraz tzw. dodatku covidowego finansowanego, wypłacanego automatycznie z budżetu państwa; zwiększenia ilości miejsc dla podopiecznych – wprowadzenie programu samorządowego wsparcia dla utrzymania i poszerzania miejsc pobytowych, w tym podwyższenia standardów bytowych”.

Ministerstwo nie odniosło się do tego apelu, przyszła tylko ogólna odpowiedź z Kancelarii Prezydenta, z której niewiele wynikało. Autorzy petycji zrezygnowali więc ze składania drugiej, mimo że mieli zebrane podpisy. Sam związek powstał w sierpniu, już po tej petycji. – Fakt, że ona się pojawiła, spowodował, że ludzie dowiedzieli się o istnieniu dodatkowych środków covidowych, zaczęli się o nie upominać – mówi anonimowo przedstawicielka związku.

Z kolei Polska Federacja Związkowa Pracowników Socjalnych i Pomocy Społecznej wywalczyła poprawę warunków pracy w epidemii – w przypadku podlegania kwarantannie lub izolacji w związku z wykonywanymi obowiązkami prawo do 100% wynagrodzenia lub zasiłku chorobowego za ten okres. W kolejnej odsłonie tarczy antykryzysowej (6.0) uregulowano także kwestię tzw. koszarowania pracowników. Wszelkie zmiany warunków pracy mogą nastąpić jedynie za zgodą samego pracownika.

Dane Ministerstwa Rodziny i Polityki Społecznej mówią o ponad 80% zaszczepionych mieszkańców DPS. Ministerstwo twierdzi, że obecnie większość placówek (około 78%) umożliwia odwiedziny pensjonariuszy przez osoby bliskie, a także aktywność poza terenem placówki. Czyli nadal 22% mieszkańców tkwi w zamknięciu. Oni nie są liczbą w tabelce Excel, lecz żywymi ludźmi przeżywającymi dramat.

MRiPS w porozumieniu z głównym inspektorem sanitarnym oraz Ministerstwem Zdrowia stworzyło rekomendacje. Nie wyklucza w nich zwiększania aktywności poza terenem domu również innych mieszkańców niż zaszczepieni dwiema dawkami szczepionki, ale zostawia decyzje organom prowadzącym domy, które mają je podejmować w uzgodnieniu z lokalnymi służbami sanitarnymi zależnie od sytuacji epidemicznej na danym terenie. W dalszym ciągu więc starsi, chorzy ludzie cierpią z powodu zamknięcia.

– Z jedną panią rozmawiałem, to powiedziała, że jeszcze z miesiąc, półtora, to ona oszaleje – opowiada pensjonariusz.

„Przyszedłem tutaj 1 lipca, miałem dwa tygodnie kwarantanny, otwarte okno tylko i tyle. Byłem w świetnej kondycji, a teraz postarzałem się o dobre kilka lat. Przez ostatnie trzy-cztery lata prawie nie piłem, a teraz już mi się zdarzyły dwa epizody alkoholowe, bo sobie nie radzę”.

„Cały mój świat ogranicza się do siedzenia na tapczanie. Taki stoliczek przenośny mam, na którym stoi laptop, i stoliczek nocny z lampką. Mnie rozwala monotonia. Prowadziłem bardzo aktywne życie, i uniwersytet, i żywa biblioteka. No i dobrze, wiem, to się nie odbywa teraz, ale przynajmniej bym miał możliwość wyjść sobie”. To znów świadectwa seniorów z warsztatów Wrzesińskiego.

„Odkażają nas na wszystkie możliwe sposoby, dwa razy dziennie, wszystkie klamki, wszystkie poręcze. Nie możemy wszyscy naraz przychodzić do stołówki, gdzie zostały zdjęte wszystkie przyprawy i tylko na prośbę można dostać”.

„Osoby, które miały pojedyncze pokoje, zostały przeniesione do dwuosobowych. A w tych pokojach, w których mieszkały, zostały zrobione izolatki. Obsługa i pielęgniarki chodzą w maseczkach i w rękawiczkach i nie mogą się z nami blisko stykać”.

Czy można więc się dziwić, że większość pensjonariuszy, gdyby tylko miała możliwość, wolałaby mieszkać samodzielnie z jakąś pomocą ośrodka? – Mój OPS płaci za mnie tutaj 6 tys. zł miesięcznie! To ogromna suma. Jak oni by mi wynajęli kawalerkę za 2 tys. zł i dali jeszcze, powiedzmy, 2 tys. na utrzymanie, toby 2 tys. zł zaoszczędzili, ja bym sobie spokojnie dał radę – mówi mieszkaniec domu opieki. Logicznie mówi. Sytuacja domów pomocy przypomina bowiem tę z domami dziecka: centralizacja, szastanie pieniędzmi zamiast oddawania dzieci do rodzinnej pieczy zastępczej.

b.igielska@tygodnikprzeglad.pl

Fot. Shutterstock

Wydanie: 21/2021

Kategorie: Kraj

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy