Nie wiem, czy bez zwierząt potrafię żyć

Nie wiem, czy bez zwierząt potrafię żyć

Na zabicie krów państwo znalazło 350 tys. zł. Wcześniej rolnikowi nikt nie chciał pomóc

19 maja. Paweł Skorupa z Ciecierzyc nad Wartą długo nie otwiera mi furtki. Jakby w ten sposób chciał mnie zniechęcić, odegnać, a samemu uciec od tego szumu, którego bohaterem stał się wbrew woli. To do niego należy stado 180 krów, o których ocalenie walczyło wiele osób. Przemierzamy w milczeniu podwórko, po którym biega gromadka kur. Wchodzimy do maleńkiej kuchenki przyklejonej do starego, poniemieckiego budynku gospodarczego z cegły.

– Jestem zdesperowany. Najbardziej mnie boli to, że zrobiono ze mnie przestępcę, który znęca się nad zwierzyną, a przecież to ja sam zawiadomiłem gorzowskie Towarzystwo Opieki nad Zwierzętami – wybucha. – Dla mnie przyroda to całe życie, moja druga rodzina. Krowami, choć były na wolności, opiekowaliśmy się z bratem, jak umieliśmy, do dziś się opiekujemy. One za mną jak psy chodzą. Wystarczy, że zawołam: Łasuszka, Briaczka, Rudka, Munia, Lizuńka, a już do mnie lecą. Gdyby nie zabrano nam łąk, które moja rodzina użytkowała od lat, inaczej by było. Jak zaczęliśmy na nich wypasać, to były tereny zalewowe, bez większej wartości. Ale gdy nastała Unia i wprowadzono dopłaty i środki z programu Natura 2000, wszystko się pozmieniało. Nowi, co tutaj przyszli, zagrodzili łąki, przeganiali nasze bydło terenówkami. Co krowa wyjdzie, na policję dzwonią i zaraz mandat – 200, 300, 500 zł. Nie żeby który przyszedł, zapytał, w czym rzecz. Sąsiedzi także się odsunęli.

Niespokojnie krąży między westfalką a białym kredensem pamiętającym jeszcze niemieckie czasy. Wyjmuje z szuflady pisma, decyzje, wyroki, mandaty. Z sieni przynosi dwa worki kolczyków dla bydła, zakupionych w 2017 r. Żeby kolczyk krowie założyć, trzeba ją zagnać do kojca, tam też może zostać przebadana. Paweł Skorupa mówi, że w sprawie tego kojca monitował wiele razy w gminie Deszczno, ale zbywano go i zwodzono. Dwa lata temu chcieli z bratem postawić kojec sami, bezskutecznie prosili gminę o pomoc w zakupie drzewa. Nikt nie chciał również im odstąpić kawałka łąki w rezerwacie. – Chyba tych moich zwierząt nie zabiją – zastanawia się nagle głośno, jakby szukając u mnie potwierdzenia. – Te krowy to wszystko, co mam. Mój jedyny dochód. Jak ich nie będzie, nie będę miał po co żyć.

Bracia Paweł i Marian Skorupowie hodowlę prowadzą wspólnie. Są bliźniakami, nie założyli rodzin. Długo opiekowali się chorą matką. Nie palą, nie piją, nie mają samochodu, żyją skromnie. Na rolniczą emeryturę będą mogli przejść za osiem lat.

Dla mnie nie było nic

Trzyhektarowe mniej więcej gospodarstwo po rodzicach Paweł Skorupa przejął w 1984 r. Miał wtedy 22 lata. Jego ojciec, by utrzymać piątkę dzieci, poszedł do pracy w fabryce w Gorzowie. On z matką i bratem uprawiali warzywa i hodowali bydło mleczne. Z wykształcenia jest hydraulikiem, ale zrobił też uprawnienia rolnicze. Był jeszcze w zawodówce, gdy zaczął dorabiać sezonowo jako traktorzysta w gospodarstwie rolnym i w spółdzielni kółek rolniczych. Potem odrabiał wojsko w szpitalu, jako pielęgniarz na chirurgii, bo jego rodzina należy do świadków Jehowy, którzy nie uznają służby wojskowej.

– Człowiek zawsze jakiejś pracy się czepiał, żeby zarobić parę groszy na książki do szkoły, na własne wydatki – mówi. – Łąki, jak wszyscy tu we wsi, dzierżawiliśmy bezumownie od PGR Wawrów, zakład Ciecierzyce. Nasze bydło mleczne było wiązane. Potem przerzuciliśmy się na hodowlę mięsną. Przez wiele lat wykaszaliśmy te tereny, likwidując chwasty – osty, wierzbę, zbieraliśmy siano. Gdy w 1998 r. na tych łąkach założono rezerwat Santockie Zakole, przyjeżdżali różni specjaliści od ochrony przyrody i zachwycali się, że moje krówki „tak pięknie się pasą”. Ich zdjęcia do dziś można oglądać na tablicach rezerwatu. A teraz wszystkim wadzą.

Aby uregulować stan prawny, 17 maja 2010 r. Paweł Skorupa napisał w sprawie przedłużenia dzierżawy: „(…) zwracam się z uprzejmą prośbą do urzędu, któremu podlega rezerwat Santockie Zakole, w sprawie wypasu bydła. Mieszkam koło rezerwatu, posiadam stado bydła 60 sztuk i nie mam innej możliwości, żeby te zwierzęta miały karmę. Zwierzęta te wypasam na terenie rezerwatu kilka lat (…). Zwracam się o wczucie się w moje położenie i pozytywne rozpatrzenie mojej prośby”.

Pismo wpłynęło do urzędu 18 maja 2010 r., o czym świadczy zielona pieczęć, ale odpowiedź na nie nigdy nie nadeszła. – Próbowałem się dopytywać, ale nie jestem przebojowy. Trzy lata później okazało się, że łąki, o które się starałem, dostali inni – z Poznania, Krakowa, Gorzowa. A dla mnie, który jestem hodowcą stąd, nie było nic. Straciłem też 10 ha pastwisk za lasem, które obrabiał jeszcze mój dziadek, przejął je rolnik z mojej wsi. W odpowiedzi usłyszałem tylko: „Przecież nie chcieliście tych łąk”. Załamałem się, pogubiłem, lecz z hodowli nie zrezygnowałem. Bo to moje zamiłowanie i pasja. Jeśli człowiek nie ma zamiłowania, to co jest wart? – pyta.

Szok

Przez wiele lat trwały przepychanki. Przybywało skarg, że bydło zagraża ludziom, że wchodzi na drogę. Było przeganianie krów, wzywanie policji. Pawłowi Skorupie zarzucono 200 wykroczeń związanych z brakiem należytej opieki nad stadem. Były również kontrole weterynaryjne. Jedna z nich, z listopada 2017 r., ustaliła, że według danych Agencji Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa do rejestru zgłoszono 38 sztuk, a niezgłoszonych jest 98.

6 czerwca 2018 r. kolejną kontrolę przeprowadziła weterynarz Krystyna Michalska. W dokumencie pokontrolnym napisała: „Do grupy zwierząt nie dało się podejść, gdyż przemieszcza się swobodnie między grzęzawiskami”, jednak część bydła, która „przebywała na pastwisku użyczonym przez sąsiada, jest w bardzo dobrej kondycji”.

Na początku kwietnia tego roku do Pawła Skorupy zgłosiła się kurator, informując, że toczyła się przeciwko niemu sprawa w sądzie. Zaskoczony rolnik udał się do prawnika. Okazało się, że w aktach jest decyzja 204/2018 z października 2018 r. wydana przez powiatowego lekarza weterynarii, nakazująca mu zabicie wszystkich zwierząt bez odszkodowania. Miesiąc po niej, 19 listopada 2018 r., zapadło postanowienie Sądu Rejonowego w Gorzowie, które zabrania Pawłowi Skorupie posiadania bydła przez okres trzech lat, wprowadza dozór kuratora i ustala wpłacenie kwoty 2 tys. zł na rzecz Towarzystwa Opieki nad Zwierzętami. O postanowieniu sądu Paweł Skorupa także nie miał pojęcia.

– To był szok. Mam skrzynkę pocztową, nie znalazłem w niej żadnego pisma ani awiza z weterynarii ani z sądu. Latem 2018 r. przesłuchiwano mnie w prokuraturze, ale nikt mi nie mówił, że sprawa pójdzie do sądu. Przecież bym się dopytywał. Odebrano mi prawo do obrony, prawo do sądu. Nie spodziewałem się tego. Po ostatniej kontroli weterynaryjnej czekałem raczej na wiadomość, kiedy będę mógł wreszcie zapędzić krowy do kojca w celu zbadania i zakolczykowania. Zwłaszcza że taki boks na terenie gminy powstał.

Walka

11 kwietnia tego roku Paweł Skorupa złożył odwołanie od decyzji 204/2018 do wojewódzkiego lekarza weterynarii. W uzasadnieniu kilka razy podkreślał, że chce się podporządkować wszystkim stawianym mu wymogom, że zakupił kolczyki w Agencji Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa, a z ich założeniem związane są paszporty dla krów. „Moje zaniedbanie i w tej kwestii zostanie jednocześnie naprawione”, przekonywał.

Tłumaczył, że stado jest zdrowe, a to, że nie zostało jeszcze gruntownie przebadane, wynikało z braku warunków, czyli odpowiedniego kojca, z przyczyn od niego niezależnych.

Jeszcze raz podkreślił to w piśmie z 26 kwietnia do TOZ w Gorzowie Wielkopolskim: „Jest możliwość zbadania moich krów. Walczę na wszystkie możliwe sposoby, aby tak się stało, ale mówią mi, że decyzja jest ostateczna i nic nie zdziałam”.

Skarga rolnika na powiatowego lekarza weterynarii skierowana do Ministerstwa Rolnictwa i Rozwoju Wsi została odesłana do wojewódzkiego lekarza weterynarii. Na list do prezydenta RP Andrzeja Dudy nie dostał odpowiedzi.

Sąd, który nieuiszczoną grzywnę zamienił rolnikowi na 20 dni aresztu, po opłaceniu należności uwzględnił jego zażalenie i uchylił postanowienie 9 maja tego roku.

Od końca kwietnia stado było zganiane do zagrody na łąkach w pobliżu Ciecierzyc. Wójt odpowiedział rolnikowi, że chodzi o zapewnienie bezpieczeństwa mieszkańcom oraz przekazanie stada do dyspozycji powiatowego lekarza weterynarii, który jest władny podjąć dalsze działania. W połowie maja zwierzęta przegoniono na łąki w rezerwacie Santockie Zakole, które kiedyś użytkowali Skorupowie, a teraz inny rolnik.

Z Marianem Skorupą jedziemy sprawdzić stado. Po drodze mijamy tablice rezerwatu ze zdjęciami jego krów. Tuż obok pasie się ogromne stado czerwonego bydła należące do hodowcy z Gorzowa. – Najlepiej, żebyśmy zniknęli, przepadli. Jesteśmy za słabi. Nikt się z nami nie liczy – mówi Marian Skorupa.

Zostawiam go ze stadem, które wygląda na zadbane i zdrowe, a na przystani promowej w Santoku, naprzeciw której się pasie, rozmawiam z miejscowymi. Mówią, że zdarzało się im uciekać przed bykami Pawła i Mariana, ale braci im żal. – To nieprawda, że o te krowy nie dbali. Zaglądali i zaglądają do nich codziennie, nawet po kilka razy. Po prostu z łąk ich wypchnęli bogatsi i bardziej operatywni. Nie dość, że bracia nie biorą grosza z Unii, to jeszcze gdy zostaną obciążeni 350 tys. zł za zabicie zwierząt, mogą stracić dach nad głową i całe swoje gospodarstwo.

Nie mogliśmy dłużej czekać

– Ciężko pomóc komuś, kto nie daje sobie pomóc – kwituje sprawę braci Skorupów zastępca wójta gminy Deszczno Aleksander Szperka. Wyjaśnia, że problem monitoruje od ponad czterech lat, że już w 2010 r. podczas powodzi ich krowy musiało ratować wojsko, że w związku z licznymi skargami mieszkańców od 2015 r. na Zakolu jest kilka razy w tygodniu.

– Ci rolnicy zatrzymali się w latach 70. – tłumaczy. – Są przyzwyczajeni do trzymania zwierząt luźno i bezumownego użytkowania łąk. A teraz tak się nie da. Trzeba było stanąć do przetargu na łąki w Agencji Nieruchomości Rolnych Skarbu Państwa. To przecież nie gmina zabrała im tereny do wypasu. W telewizji słyszę, że bydło jest niekolczykowane, a jednocześnie, że jest jedynym źródłem ich utrzymania. To znaczy, że prowadzą nielegalny handel bydłem? Wiele razy im mówiłem: „Zakolczykujcie jakoś to stado i sprzedajcie. Będziecie mieli te 400-500 tys. zł, które wystarczą wam do końca życia”. Ale puszczali to mimo uszu, ciągle licząc, że jakoś się uda. Nie mogliśmy dłużej czekać. Stado się rozrasta. Co będzie, jeśli byk kogoś stratuje? Co będzie, jeśli pojawi się choroba? To gmina odpowiada za bezpieczeństwo mieszkańców.

Zastępca wójta podkreśla, że władze gminy ani przedstawiciele służb weterynaryjnych nie chcą krzywdy Skorupów. Zaznacza, że służby, z którymi jest w kontakcie, próbowały pomóc rolnikom. Dodaje, że boksu do badania zwierząt gmina aktualnie nie ma, bo umowa podpisana z miejską spółką się zakończyła.

– Najlepszym rozwiązaniem dla rolników i dla nas byłoby przekazanie przez nich stada jakiemuś hodowcy. Uniknęliby w ten sposób kosztów zabicia i utylizacji zwierząt, które rzeczywiście mogą ich pogrążyć – podsumowuje Aleksander Szperka, deklarując, że gmina może zatrudnić obu mężczyzn jako robotników gospodarczych. Gmina nie chce też obciążać rolników kosztami utrzymania stada.

Paweł Skorupa, gdy przedstawiam mu stanowisko zastępcy wójta, mówi, że potrzebuje praktycznej pomocy i konkretnego zaangażowania gminy w sprawę, np. w kwestii przebadania zwierząt. A pracę, jeśli będzie musiał, znajdzie sobie sam. Dorzuca, że w 2010 r. podczas powodzi nie tylko jego bydło było zagrożone i dopiero gdy sprawę nagłośniono w mediach, gmina zaczęła działania. A rok temu usłyszał od wicewójta, że „jest 50 lat do tyłu”. – Nie traktujemy naszego bydła jak przedmiotów, które służą do zarabiania pieniędzy. Jesteśmy do krów przywiązani, hodujemy je z miłością i zaangażowaniem. Czy to zacofanie? Czy przepisy są ważniejsze niż ludzie i zwierzęta? – pyta.

Żeby tylko udało się je ocalić

W obronie życia dzikiego stada bydła wystąpiły różne organizacje zajmujące się prawami zwierząt, od gorzowskiego Towarzystwa Przyjaciół Zwierząt po Polskie Towarzystwo Etyczne. 9 maja odbył się protest pod Lubuskim Urzędem Wojewódzkim pod hasłem: „Wojewodo, ocal krowy”. 24 maja pod Głównym Inspektoratem Weterynarii i Ministerstwem Rolnictwa odbyła się kolejna manifestacja. Był też apel do premiera. Trwała internetowa akcja „Ratujmy krowy znad Warty”. Organizacje zebrały ponad sto zgłoszeń chętnych do przygarnięcia krów. Mimo to decydenci twardo stali na stanowisku, że stado trzeba zlikwidować, gdyż doszło w nim do chowu wsobnego. Pojawiły się doniesienia, że krowy zostaną wybite po wyborach.

We wtorek, 28 maja, dzwoni do mnie Paweł Skorupa z informacją, że stado zostanie zlikwidowane w piątek, 31 maja. Gdy pytam o to zastępcę wójta, mówi, że nic o tym nie wie. Tymczasem na łąkach w pobliżu miejsca wypasu zwierząt powstaje miasteczko namiotowe obrońców krów. Wszyscy czekają na rozwój sytuacji.

– Jestem załamany. Zrozumiałem już, że dłużej błąkać się z moimi zwierzątkami nie mogę – przyznaje Paweł Skorupa. – Żeby tylko udało się je ocalić, odstąpić komuś, choć za część wartości, aby spokojnie mogły dożyć swoich dni. One nie są chore, wychowane są na słońcu, na świeżym powietrzu, na naturalnej paszy.

29 maja po południu minister rolnictwa Jan Krzysztof Ardanowski oświadczył, że krowy nie trafią do uboju. Jak zapowiedział, stado będzie odizolowane w jednym z państwowych gospodarstw. Wcześniej mieli w tej sprawie interweniować prezes PiS Jarosław Kaczyński i prezydent Andrzej Duda.

Rolnik odetchnął. – Ja na nie nawet kija nie podniosłem nigdy, dobrze, że nie zostaną potraktowane jak śmieci – mówi dzień później. Na razie nie wiadomo, gdzie dokładnie trafi stado, nie wiadomo też, czy Paweł Skorupa otrzyma za nie jakiekolwiek pieniądze.

Fot. Helena Leman

Wydanie: 23/2019

Kategorie: Kraj

Komentarze

  1. ireneusz50
    ireneusz50 6 czerwca, 2019, 06:12

    stado 180 krów – to całkiem poważne stado, krowy trzyma sie albo jako mleczne albo jako opasy, bydło mięsne, a tu jakby takie sobie hobby.

    Odpowiedz na ten komentarz

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy