W Wilnie jak w domu

W Wilnie jak w domu

Przywrócenie oryginalnej pisowni polskich nazwisk w litewskich dokumentach to kwestia dwóch, trzech lat

Brzemię historii wywiera coraz mniejszy wpływ na codzienne stosunki polsko-litewskie. Turyści z Polski, przeciskający się wśród straganów z palemkami i ludowymi cudeńkami z drewna, których setki pojawiły się jak co roku z okazji Kaziuka na uliczkach pięknie odnowionej wileńskiej Starówki, są witani z prawdziwą wylewnością i w ich ojczystej mowie, która niemal dla każdego Litwina na Wileńszczyźnie jest jego drugim językiem. 19% mieszkańców Wilna i 60% okręgu wileńskiego to Polacy. Na konferencji prasowej kończącej marcową wizytę marszałka Senatu RP, Longina Pastusiaka, w Wilnie, przedstawiciel litewskiego Sejmu, Jurszenas, zaproponował, aby nie tracić czasu na tłumaczenie na język litewski, ponieważ wszyscy przedstawiciele mediów

znają polski.

Dziesięć lat wcześniej, gdy trwała jeszcze euforia z powodu świeżo odzyskanej litewskiej suwerenności, Polacy przybywający do Wilna, aby odszukać krewnych, musieli podawać w miejscowym urzędzie adresowym pisownię nazwisk bliskich osób w brzmieniu litewskim. A więc nie żaden tam Kozłowski czy Adamski, lecz Kozlauskas, Adamskas. Inaczej blankiet wracał z adnotacją: „osoba nieznana”. – Dziś nie ma już właściwie tego problemu – mówi socjaldemokratyczny poseł do litewskiego Sejmu (Sejmasu), znany polski działacz, Artur Płokszto. Nie „polonijny”, lecz właśnie „polski”. Litewscy Polacy nie znoszą, kiedy nazywa się ich Polonią. Protestują: – Polonia to ci, którzy wyjechali z kraju; myśmy nie wyjechali.
Płokszto całkowicie wierzy zapewnieniom, jakie marszałek Senatu RP uzyskał w czasie rozmów z premierem Algirdasem Brazauskasem, prezydentem Valdasem Adamkusem i przewodniczącym Sejmu Arturasem Palauskasem, iż przywrócenie oryginalnej pisowni polskich nazwisk w litewskich dokumentach to jedynie kwestia środków, które trzeba będzie przeznaczyć m.in. na wprowadzenie do komputerów polskich głosek „ś”, „ź”, „ż” i „ć” oraz wydanie nowych dowodów osobistych. Ma to zająć dwa do trzech lat.
Na zakończenie zwiedzania dobrze utrzymanego, sprawiającego niemal zasobne wrażenie Uniwersytetu Wileńskiego – dawnego Uniwersytetu Stefana Batorego – krótkie odwiedziny na Wydziale Filologii Polskiej. Dwa niewielkie, bardziej niż skromnie wyposażone pokoje, na ścianach oberwane miejscami tapety, które pamiętają zapewne lepsze czasy. Ta krótka wizyta zmusza do zastanowienia, co się stanie z tożsamością językową 270 tys. naszych rodaków na trzyipółmilionowej Litwie, jeśli wejdzie w życie reforma, której założenia ogłosił ostatnio litewski minister oświaty, Algirdas Monkeviczius. Zgodnie z tymi założeniami, podręczniki dla dwóch najstarszych klas polskich 11- i 12-klasówek na Litwie nie będą już tłumaczone z litewskiego na polski, ponieważ nie ma na to pieniędzy. Minister chce też, aby to nie rada szkolna decydowała, w jakim języku będzie przeprowadzany egzamin maturalny, lecz sam uczeń. Powyższe założenia dadzą się może pogodzić ze standardami europejskimi, ale na Litwie bardzo szybko mogą doprowadzić

do upadku polskiego szkolnictwa

w tym kraju (121 szkół z klasami z polskim językiem nauczania) – przekonywał swych litewskich rozmówców marszałek Pastusiak. Polska młodzież, zwłaszcza ci, którzy wybierają się na studia wyższe, nie będzie chciała chodzić do polskich szkół. Skoro w ostatnich klasach nauka i tak będzie się odbywała w języku litewskim, większość może uznać, że dla zapewnienia sobie lepszego startu życiowego lepiej od razu pójść do szkoły litewskiej.
W tej sytuacji organizacje skupiające litewskich Polaków liczą na pomoc z kraju. Jeśli Warszawa pokryje różnice w kosztach druku polskich i litewskich podręczników, minister Monkeviczius gotów jest wycofać się z planowanej reformy – obiecywano marszałkowi Senatu RP.
Władze w Wilnie wyczulone są na problemy polskich Litwinów nie mniej niż my na sytuację naszych rodaków na Litwie. Polski rząd ma łatwiejsze zadanie, ponieważ u nas mieszka nie więcej niż 30 tys. Litwinów. Ich stolica, niespełna trzytysięczny Puńsk, za pieniądze litewskie i polskie wybudował duży, nowoczesny dom kultury, ośrodek kilkunastu (!) litewskich zespołów artystycznych. Niewykończony jeszcze dom już działa, ale dokończenie budowy zależy od tego, czy Warszawa przekaże ostatnią transzę pieniędzy na ten cel. Marszałek Pastusiak obiecał to Litwinom podczas swej wizyty, co było nie bez znaczenia dla jej klimatu.
– Stosunki polsko-litewskie mają prawie modelowy charakter – powiedział na konferencji prasowej w Wilnie marszałek. To zastrzeżenie „prawie” odnosi się np. do powolnego tempa zwracania obywatelom litewskim narodowości polskiej

ich dawnych gospodarstw i działek.

Znacznie wolniejszego niż w przypadku rdzennych Litwinów. Zmiana tej sytuacji zależy nie tylko od woli politycznej rządu litewskiego, mówi się sporo o przypadkach korupcji, ponieważ grunty wokół litewskiej stolicy szybko drożeją, osiągając już niemal europejskie ceny. Niedługo litewski Sejm ma głosować nad ustawą zezwalającą cudzoziemcom na nabywanie ziemi na Litwie. Od kilku lat o ziemie wokół Wilna, które zostały znacjonalizowane i przejęte pod kołchozy za czasów ZSRR, ubiegają się na mocy ustawy o zwrocie odebranego mienia i własności ziemskiej dawni właściciele. Ustawa dotyczy tylko obywateli litewskich. Spadkobiercy polskich „żubrów kresowych” nie mają raczej szans. Ci Litwini, którzy mieli grunty w innych rejonach kraju, wywłaszczone przez władzę radziecką, mogą starać się o zamianę i odzyskanie ich np. w okręgu wileńskim. Z tej możliwości skorzystała np. małżonka byłego prezydenta Litwy, Vytautasa Landsbergisa, i niektóre inne wpływowe osoby. W tej sytuacji nie tylko polscy, ale często i litewscy chłopi z Wileńszczyzny mają trudności z odzyskaniem swej ziemi.

 

Wydanie: 10/2002

Kategorie: Świat

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy