Wolontariat pod palmą

Wolontariat pod palmą

Młodzi Niemcy, którzy po maturze jadą na rok pomagać w krajach Trzeciego Świata, są często rozczarowani

Gdy w 2013 r. Sabrina Meier zdała maturę, postanowiła opuścić kraj. – Chciałam koniecznie wyjechać na dłużej. W Poczdamie spędziłam prawie całe dzieciństwo i tylko raz udało mi się wyrwać z koleżankami na Majorkę – wspomina. Sabrina była spragniona przygody i ciekawa świata, a jednocześnie – jak sama podkreśla – chciała „uczynić go lepszym”. Dziś, niespełna pół roku po powrocie z Ameryki Południowej, jest bardzo rozczarowana. – Czasami było naprawdę okropnie – wyznaje. Przez rok Sabrina była wolontariuszką w miejscowości San Marcos Sierras, w samym sercu argentyńskiej prowincji Córdoba. Praca w ubogim domu dziecka okazała się jednak dla 21-letniej Niemki zbyt wymagająca. – Cieszę się, że już po wszystkim – podkreśla.
Zdaniem studentki, szokujące były nie tyle warunki w ośrodku Sierra Dorada, ile zachowanie argentyńskiego kierownika. Meier twierdzi, że była przez niego systematycznie wykorzystywana, w trudniejszych sytuacjach zaś wystawiana do wiatru. Wysuwa również zarzuty pod adresem koordynatora, niemieckiego biura działającej w 31 krajach organizacji ProjectsAbroad, które – jak twierdzi – nie dbało o wolontariuszy.

Szlachetny pomysł

Sam pomysł jest szlachetny: zaangażowana, otwarta na świat niemiecka młodzież wspiera dotknięte biedą dzieci w krajach Trzeciego Świata. Z drugiej strony jesteśmy świadkami postępującej trywializacji tej idei. Coraz więcej niemieckich instytucji wysyłających wolontariuszy przedstawia to jako „wakacje z przygodą”. Do rozwijającego się biznesu ochoczo włączyły się biura podróży, które – w odróżnieniu od organizacji charytatywnych – otwarcie i bez skrupułów odbierają wolontariatowi jego szlachetny sens.
Dowodem są wyniki badań instytucji Arbeitskreis Lernen und Helfen in Übersee (Uczyć i Pomagać za Oceanem). Z jej analiz wynika, że tylko w 2014 r. do niemieckich organizacji humanitarnych wpłynęło 80 tys. wniosków młodych ludzi starających się o „wolontariat z przygodą” w krajach Trzeciego Świata, który z braku poręczniejszego miana Niemcy nazywają freiwilliges soziales Jahr (dobrowolny rok socjalny). Z tej ogromnej liczby kandydatów na wymarzony wyjazd załapało się zaledwie 10% chętnych. W 2014 r. ok. 8 tys. niemieckich wolontariuszy opuściło na kilka miesięcy kraj, decydując się najczęściej na Afrykę lub Amerykę Południową. W prospektach takich organizacji jak ProjectsAbroad można przeczytać, że w krajach docelowych kandydaci muszą podjąć zadania z zakresu pomocy społecznej w szkołach podstawowych, sierocińcach, szpitalach czy domach starców.
Niemiecka branża turystyczna skwapliwie podchwyciła te nastroje i od kilku lat organizuje podobne wyjazdy, tyle że krótsze (do kilku tygodni) i – co istotniejsze – z elementem globtroterskim. Biura podróży już zawczasu wysyłają przedstawicieli do szkół, żeby zapoznać maturzystów z ofertą. I tak wśród neologizmów pojawił się dający do myślenia wyraz Volontourismus: złożony ze słów Volontär (wolontariusz) i Tourismus (turystyka).
Charytatywny piknik plus rekreacja? Pod słońcem Ameryki Południowej? Kto by pogardził! W zeszłym roku na taką dobroczynną działalność pod palmą zdecydowało się niemal 20 tys. młodych ludzi.

Nie tak kolorowo

Przypadek Sabriny Meier z Poczdamu dowodzi jednak, że w tej beczce miodu znalazło się co najmniej kilka łyżek dziegciu. Według ustaleń Brot für die Welt (Chleb dla Świata), bodaj najbardziej prestiżowej instytucji pomocy dla krajów Trzeciego Świata w Niemczech, niektóre organizacje humanitarne lekceważą pewne zasady w doborze wolontariuszy. – Każdy kandydat powinien dołączyć do aplikacji policyjne poświadczenie niekaralności, ale 60% ankietowanych organizatorów uważa, że to niepotrzebne – dziwi się Renate Vacker, rzeczniczka berlińskiej placówki BfdW. Jej zdumienie budzi także fakt, że tylko w trzech z 46 przypadków oczekiwano od przyszłych wolontariuszy, aby zjawili się osobiście na rozmowie kwalifikacyjnej. – Przecież to najważniejszy etap w procesie oceny i selekcji kandydatów – oburza się Renate Vacker.
Innego zdania jest Justus Pieck ze stowarzyszenia Experiment e.V. – Wolontariat to przede wszystkim świadoma praca na rzecz potrzebujących, której nie muszą wykonywać wyłącznie prymusi. Szczególnie ci rzekomo mniej wykwalifikowani wracają po paru miesiącach odmienieni. W okresie dojrzewania i buntu taki rok może się okazać niezwykle pożyteczny. Dlatego nie egzaminujemy naszych kandydatów zbyt rygorystycznie, u nas każdy ma równe szanse na wolontariat – zapewnia Pieck.
Zanim Sabrina Meier pojechała do Argentyny, długo zastanawiała się nad wyborem organizacji. – Słyszałam wcześniej, że nie każda fundacja jest wiarygodna i nie wszystkie oferty są poważne – mówi. Po rozmowach z rodziną dziewczyna wysłała podanie do jednej z bardziej polecanych instytucji humanitarnych. Wypełniła kwestionariusz i… już podczas pierwszej rozmowy telefonicznej dowiedziała się, że dostanie pracę w ośrodku Sierra Dorada. – Byłam bardzo szczęśliwa, ale teraz wiem, że podchodziłam do tego zbyt idealistycznie – wspomina. Wymarzona praca z dziećmi, w ciepłej Argentynie – to naprawdę piękne. Tylko jej ojciec Stefan był sceptyczny. – Tata powtarzał, że wszystko potoczyło się zbyt szybko. Dziwił się, że nie chciano mnie poznać osobiście, ale zignorowałam jego obawy – przyznaje Sabrina.
Nieufności maturzystki nie wzbudziło nawet wezwanie do zapłacenia 2,5 tys. euro na rzecz fundacji. W wakacje podjęła pracę w restauracji, część pieniędzy pożyczyła od rodziców i już po paru tygodniach zebrała potrzebną sumę. Po szczęśliwym dotarciu do Córdoby najpierw usłyszała, że oprócz niej berlińska fundacja wysłała do tego samego domu dziecka jeszcze siedmiu wolontariuszy, chociaż sugerowano, że będzie tam sama. – Na pewno zrobiło nam się raźniej, ale po tej pierwszej informacji pozostało poczucie niepewności – przyznaje.
Po pewnym czasie Sabrina pogodziła się z sytuacją, ale podejrzenie, że podstawą filozofii niemieckiej fundacji była przede wszystkim grubość koperty, stawało się coraz wyraźniejsze. Z czasem dziewczyna nabrała też przekonania, że zarówno niemiecka organizacja, jak i jej argentyński partner zbudowali system nieformalnych powiązań, cementowany wzajemnie oddanymi „przysługami”. Kompletna ignorancja i lekceważnie codziennych trosk młodych Niemców w Sierra Dorada utwierdzało ich w przekonaniu, że coś jest nie tak i że są wyzyskiwani.

Ani chwili oddechu

– Na początku były tam dwie kucharki i jedna sprzątaczka, ale po pierwszym tygodniu zniknęły, a kierownika i tak nigdy nie było. Mieliśmy tylko zajmować się dziećmi, jednak wkrótce kazano nam sprzątać i gotować – żali się Sabrina. Do tego doszło fatalne zachowanie trudniejszych chłopców, którzy nie dawali niemieckiej młodzieży chwili wytchnienia. Typowy dzień Sabriny wyglądał następująco: wczesnym rankiem pomagała dzieciom przy myciu, w tym dziewczynkom, które padły ofiarą przemocy domowej i seksualnej. Następnie dzieci szły do szkoły, a Niemcy musieli posprzątać i odkurzyć. Przy kolacji starsi Argentyńczycy często stawali się agresywni, awantury były niemal na porządku dziennym. Kilka tygodni przed odlotem do Berlina Sabrina musiała jeszcze zaopiekować się upośledzoną umysłowo 16-latką w ciąży. – Dziewczyna skarżyła się na silne i uporczywe bóle brzucha, a ja byłam zestresowana, bo obawiałam się, że to już skurcze porodowe – wspomina wolontariuszka.
Niemiecki organizator nie interweniował. Kiedy zaś Niemcy zgłosili argentyńskiej dyrekcji, że zadania ich przerastają, kierownik domu dziecka oburzył się i stwierdził, że poprzednicy „nigdy się nie skarżyli i sumiennie wywiązywali z obowiązków”. – Już w Niemczech skontaktowałam się z moimi poprzednikami i okazało się, że im odpowiadał na skargi to samo – śmieje się Sabrina.
Po powrocie do Poczdamu studentka wniosła zażalenie w tej sprawie. W oświadczeniu kierownictwo Sierry Dorady ponownie stwierdziło, że problemy w ośrodku zaistniały dopiero „po przybyciu grupy, w której była pani Meier”. Poza tym oficjalnym oświadczeniem jedyną odpowiedzią na wszelkie pytania było odpieranie zarzutów własnymi oskarżeniami. Dopełnieniem przykrego obrazu stała się reakcja milczącego dotąd niemieckiego organizatora. Bo nic nie budzi tak skutecznie z letargu jak pozew w skrzynce. Berlińska instytucja wystąpiła jednak z taką samą (choć bardziej stonowaną) odpowiedzią jak jej argentyński partner. – Nikogo nie zignorowaliśmy, po złożeniu skargi chcieliśmy jedynie poczekać na opinie kolejnych wolontariuszy w San Marcos Sierras, a te były pozytywne – utrzymuje Wiebke Seidler, pracowniczka stołecznej placówki ProjectsAbroad.
Wiele hałasu o nic? Pojedynczy przypadek? Niezupełnie.

Niejasne kryteria

Anette Scheunpflug z Uniwersytetu Ottona Friedricha w Bambergu zajmuje się m.in. analizą wspomnianych projektów z udziałem niemieckiej młodzieży w krajach Trzeciego Świata. W swoich publikacjach profesor pedagogiki przywołuje dające do myślenia informacje: większość organizacji w RFN nie jest w stanie zweryfikować tego, co się dzieje z ich wolontariuszami na innych kontynentach. – Selekcja kandydatów jest przeprowadzana niedbale, a po wysłaniu ludzi do Ameryki Południowej lub Afryki kontakt z nimi szybko się urywa – zauważa prof. Scheun­pflug. – Inicjatorom takich projektów przyświecają zacne cele, ale pamiętajmy, że tu nie chodzi w pierwszej kolejności o pomoc dla biednych. Za udzielenie wsparcia krajom rozwijającym się odpowiadają zupełnie inne instytucje. W wolontariatach główną rolę odgrywają młodzi Europejczycy, którzy z własnej woli mierzą się z obcą rzeczywistością. A niektóre organizacje nie potrafią tej odwagi docenić ani uhonorować – uważa prof. Scheunpflug.
Czy niemieckie organizacje humanitarne rzeczywiście aż tak zaniedbują wolontariuszy? A może rozkapryszona młodzież przesadza? Być może jednym z widocznych objawów zderzenia z obcą rzeczywistością jest europejska swoboda wyrażania rozczarowań? Jak zawsze prawda leży pośrodku. Potwierdzeniem tej tezy jest przypadek Ulrike Kuhne, która pojechała do Mauretanii, gdzie pierwotnie miała się zajmować ochroną wymierających żółwi. Na miejscu żółwi nie zastała, za to mogła pomóc przy odbudowie zniszczonej szkoły. Gdy zabrakło dla niej zajęcia, szef niemieckiej placówki poprosił, by wypełniła pozostały czas redagowaniem bloga o swoich przeżyciach w afrykańskiej wiosce. Ulrike zaczęła się nudzić, w dodatku zanim jej teksty trafiły do internetu, były przez organizatora cenzurowane i ubarwiane, bo miały mieć pozytywny wydźwięk. 22-latka nie wytrzymała i przerwała wolontariat – poprosiła rodziców o pieniądze i zrobiła objazd po Afryce.
A Sabrina Meier? Czy argentyńskie peregrynacje odstręczyły ją od wolonturystyki? Mimo nieprzyjemnych doświadczeń studentka nie odradza rówieśnikom wolontariatu za oceanem. – To było cenne doświadczenie, jestem dziś bardziej samodzielna i nie przejmuję się już drobiazgami. Ale na przyszłość dowiedziałabym się więcej o organizatorze projektu – ostrzega.

Wydanie: 23/2015

Kategorie: Świat

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy