Wydział zabójstw

Wydział zabójstw

Nie jesteśmy grzecznymi chłopcami. Bandyci, którzy do nas trafili, bo zamordowali z zimną krwią, muszą się nas bać

– Ta nazwa działa na ludzi. Niedawno ktoś do mnie zadzwonił. Mówię: – Wydział do spraw Zabójstw, słucham. – O Matko Boska! – i trzask odkładanej słuchawki – opowiada naczelnik, podinspektor Marek Dyjasz.

– Przestępcy wiedzą, że tutaj ich dokładnie rozliczymy i nie popuścimy – dodaje zastępca naczelnika, nadkomisarz Andrzej Kraska. Niektórzy boją się tak bardzo, że przyznają się już w drodze na przesłuchanie. Wiedzą, że nie jesteśmy byle komisariatem, gdzie policjanci, przywaleni bieżącymi sprawami, nie mają na nic czasu.

Ludzie do wszystkiego
„Pływająca”, drewniana klepka na korytarzu, biurka z epoki Gomułki, krzesła, które dał właściciel restauracji „Bazyliszek”. W co drugim pokoju stoją akwaria z rybkami. Podobno uspokajają.

Eksperymentalny Wydział Zabójstw Komendy Stołecznej Policji powstał rok temu. – W wydziale będą pracować najlepsi nasi fachowcy, co może pozwoli uniknąć błędów w śledztwach, np. popełnianych  na miejscu przestępstwa – mówił ówczesny komisarz stołecznej policji, Michał Otrębski. Najgłośniejsze sprawy, które nie doczekały się wyjaśnienia, to choćby zabójstwo Wojtka Króla, morderstwo w sklepie Ultimo na warszawskim Nowym Świecie, czy zamordowanie premiera Jaroszewicza i jego żony. Obecnie za wszystkie porażki, związane z niewykryciem sprawców odpowiada jedna osoba – naczelnik wydziału. Poprzednio każda komenda rejonowa prowadziła śledztwo tylko na swoim terenie. Ludzie z różnych jednostek prowadzący śledztwa nie znali się,  materiały dowodowe były w kilku komendach.

Policjanci z Wydziału Zabójstw uważają, że wreszcie nie muszą zajmować się przerzucaniem papierków i drobnymi przestępstwami. – Nie obchodzą nas kradzieże przysłowiowych słoików z piwnicy. Jest morderstwo, trzeba znaleźć sprawcę – mówi Piotr, oficer pracujący w wydziale. – W policji potrzebna jest specjalizacja.

Oprócz amerykańskiej nazwy wydział niewiele ma wspólnego z pracą policjantów z takiej samej placówki za oceanem. – Amerykanie przejmują tylko poważne zabójstwa. Przyjeżdża ważny policjant z takiego wydziału na miejsce zabójstwa i mówi: ”Eee, to pewnie kłótnia rodzinna. Niech ktoś inny się tym zajmie” – opowiada nadkomisarz Andrzej Kraska. – My natomiast bierzemy wszystko: zabójstwa bezdomnych, morderstwa po alkoholu, czasem egzekucje mafijne.

Czasami przez cały tydzień nie się nie dzieje. Są jednak takie dni, że trzeba jeździć do czterech trupów. Ktoś znalazł zwłoki na Pradze, jakiś mężczyzna wpadł do szybu windy, zamordowano członka gangu na Żoliborzu i powiadomiono o zgonie kobiety w Śródmieściu. Pierwsza informacja o zabójstwie trafia do komisariatu, potem do stołecznego stanowiska kierowania, które powiadamia Wydział Zabójstw. Na miejsce jedzie starym fordem dziewięcioosobowa ekipa. Gdy jest kilka spraw jednego dnia, trzeba ściągać policjantów z domów.

Po oględzinach ciało przewozi się do Zakładu Medycyny Sądowej na sekcję. Z miejsca zdarzenia ekipa dochodzeniowa pobiera wszelkie możliwe ślady, które trafiają potem do laboratoriów kryminalistycznych. Na złapanie zabójcy pracuje sztab ludzi. Czasami po kilkanaście nocy z rzędu. Ludziom nie opłaca się wracać do domów. Śpią w biurze na wersalkach.

To nie kino
Piotr to już prawie legenda w Wydziale Zabójstw. Zawsze świetnie poinformowany – wie, co się dzieje na mieście. Zdarza się, że po jakimś zabójstwie dzwonią do niego ludzie z informacją, która bezbłędnie naprowadza na sprawców. W policji pracuje od ośmiu lat. W wydziale jest od początku. Wzbudza respekt. Wysoki, dobrze zbudowany, krótko obcięte włosy. Słownictwa mogliby mu pozazdrościć kaprale z kawalerii powietrznej z Tomaszowa Mazowieckiego. Siedzi rozwalony za biurkiem i pije coca-colę, bo wczoraj tęgo popił. Na klamce od okna wisi nunczako, w rogu pokoju stoi kij bejsbolowy zabrany z agencji towarzyskiej. – Pies to pies. Nasi klienci mają się mnie bać. Nie gram obywatela dobrego państwa – mówi.

Z żoną rozszedł się pięć lat temu. Córkę widuje od czasu do czasu. Mieszka w wynajmowanym mieszkaniu. Zarabia, razem z dodatkiem mieszkaniowym, 1900 złotych. Nie zamierza bawić się już w jakiś trwały związek. – Szczerze mówiąc, to ja jestem wypaczony. Na żadną pracę poza policją nie mam co liczyć. Mógłbym pracować u bandziorów, ale nie chcę.

Teoretycznie pracuje do 16, ale to udaje się rzadko. Jak nie ma zabójstw, trzeba chodzić na ulicę, utrzymywać kontakt z informatorami, wypić wódeczkę, zaprzyjaźnić się z właścicielami restauracji.

– Praca jest ciężka – stwierdza Piotr. – Ostatnio musiałem wyciągnąć z dołu jakiegoś klocka. Ważył przeszło sto kilo. Sam go wykopałem.

Do człowieka strzelał kilkakrotnie. Nieskutecznie. W Stanach Zjednoczonych każdy policjant po strzelaninie lub po postrzeleniu przestępcy bierze urlop, bada go sztab psychologów. – W Polsce takie sprawy olewa się, dosłownie, wódką – mówi z goryczą.

Piotr skończył policyjną szkołę w Szczytnie. Zaocznie, bo już pracował w policji. Praca przestała go mocować po zabójstwie dwóch osób, dokonanym przez młodych przedsiębiorców. Na podstawie tej sprawy powstał film „Dług”. – Znaleźliśmy w Wiśle zwłoki dwóch klientów z obciętymi głowami –  opowiada Piotr – zatrzymaliśmy podejrzanych. Pytamy: „Gdzie reszta ciał?”. – My nie mamy, graliśmy nimi w piłkę nożną.

Filmu Piotr nie oglądał. Słyszał, że dostał jakaś nagrodę, że podobno wystosowano do prezydenta list, żeby złagodził sprawcom karę 25 lat więzienia. – Widocznie zmiękli po tym morderstwie. Podczas przesłuchań nie okazywali skruchy. Zresztą traktowałem ich delikatnie. To byli ”biali ludzie”, bez przeszłości kryminalnej. inni nie mieli ze mną tyle szczęścia.

Wielu policjantów tłumaczyło się w prokuraturze z posądzenia o złe traktowanie podczas przesłuchań. – Ja też bylem kilka razy – przyznaje Piotr. – Nie ma jednak możliwości, by bandyta udowodnił policjantowi. że był przez niego źle traktowany. To jest śmieć.

Piotr studiuje w Wyższej Szkole Pedagogicznej w Kielcach, kierunek – politologia. Teoretycznie, po obronie pracy magisterskiej, powinien awansować. Ale on na to nie liczy. – Moja teczka jest zbyt gruba. Niewyparzony język, wódka, problemy z aresztowanymi. Mam też jednak wiele pochwał za wyniki w pracy.

Na początku roku zaczęło mu szwankować zdrowie. Poszedł do rejonowej przychodni. Stał w kolejce z emerytami, gdy zadzwonił telefon. Na Żoliborzu zabili gangstera, pseudonim „Ksiądz”. Pojechał na miejsce zamachu. Po dwóch dniach wrócił do przychodni. Okazało się, że ma wizytę dopiero pod koniec marca. Tymczasem objawy ustąpiły. Jedyny pożytek z tego, że przez miesiąc nie pił wódki.

– Prawdziwa twardość jest wtedy, kiedy przez całą noc się pije, a rano trzeba jechać do pracy i być na pełnych obrotach. Śmiałem się z jednego aktora, który grał ”twardziela” w filmie ”Psy”. Podczas śledztwa w sprawie zabójstwa dwóch dealerów Ery GSM w Komorowie musieliśmy zrobić przeszukanie jego domu. Małgorzata Rozumecka (skazana na dożywocie – przyp. aut.) zarejestrowała fundację imienia tego aktora. Przyjechaliśmy do niego o trzeciej w nocy. Wypadł i krzyczy, że ma pozwolenie na broń. My na to, że i tak musimy wejść. Nie był taki twardy jak w filmie. Nasz wydział to  nie kino – uśmiecha się Piotr i wstaje nakarmić rybki.

Miasto szczurów
W ubiegłym roku dokonano w Warszawie 92 zabójstw. – Nie jest źle. W Chicago w ubiegłym roku było ich 870 – pociesza komendant stołecznej policji, Antoni Kowalczyk. W Polsce to jednak Warszawa jest miastem, w którym najczęściej się morduje. Wpływa na to kilka czynników. Duży jest napływ ludzi z innych miast w poszukiwaniu pracy. Coraz więcej osób przyjeżdża z Ukrainy, Wietnamu i Białorusi. Kwitnie życie biznesowo-towarzyskie. Stolica kusi przestępców światem wielkich pieniędzy. Dlatego często dochodzi do porachunków, których efektem są strzelaniny na ulicach. Prawie 20 morderstw, jakie zdarzyły się w stolicy w ubiegłym roku, było związane z walką gangów. Najbardziej makabryczna egzekucja zdarzyła się w restauracji Gama na Woli.  Zamaskowani mężczyźni zastrzelili pięć osób. Na szczęście, nikomu poza tym nic się nie stało. Zamordowani byli członkami gangu wołomińskiego. Policja nie odnalazła zabójców.

Z kolei w niewielkim mieszkaniu doszło do makabrycznej wendety. Przyjaciele zgwałconej Ewy M. zwabili sprawców do mieszkania. Tortury trwały kilka godzin. Jeden z mężczyzn nie przeżył, drugiemu udało się uciec. Po dwóch dniach od morderstwa policjanci z Wydziału Zabójstw aresztowali sprawców. Ci przyznali się do jeszcze jednego morderstwa – zabili świadka tortur, 30-letnią Małgorzatę G. Jej zwłoki zakopali w lesie. – Warszawa to miasto szczurów. Gryzą się nawzajem. My jesteśmy psami, które mogą tylko szczekać. Jesteśmy słabi – mówi policjant z wydziału.

– Często jest tak, że pomimo iż wokoło byli ludzie, nikt nic nie widział. Statystycznie nie możemy wykryć sprawców co piątego zdarzenia. To są właśnie morderstwa związane z porachunkami mafii – ocenia Marek Dyjasz.

W środowisku przestępczym obowiązuje zasada milczenia. Nawet jeśli jest świadek, woli milczeć. Instytucja świadka incognito nie zawsze zdaje egzamin. Zwłaszcza, jeżeli był tylko jeden i przestępca dobrze wie, kim on jest. Policja stara się wciągać w grę operacyjną gangsterów. Za zeznania obiecuje przymknięcie oczu na niektóre przestępstwa. Najczęściej tylko tak można przeniknąć do tego hermetycznego środowiska.

Z roku na rok maleje liczba morderstw dokonywanych na skutek nieporozumień rodzinnych. Sprawą, która szokowała w ubiegłym roku, było zabicie przez dwóch młodych ludzi swojej matki. Takie zabójstwa są najłatwiejsze do wyjaśnienia. Jest najwięcej świadków, miejsce zdarzenia to najczęściej mieszkanie.

Dla pasji i satysfakcji

– Mam dziesięć podań o pracę w moim wydziale tygodniowo – mówi podinspektor Marek Dyjasz. –  Istnieje jeszcze dawny mit Pałacu Mostowskich. Lepsza praca – lepsza płaca. Tak naprawdę, zarobki nie są lepsze. Policjanci mogą zamiast tego liczyć na pracę ciekawszą niż gdziekolwiek indziej. Potrafią pracować dwie doby non stop. Nikt się do tego nie przyzna, ale za te pieniądze można tutaj pracować tylko dla pasji i satysfakcji.

„Pasjonaci” z wydziału najczęściej mają za sobą co najmniej pięcioletni staż pracy. Muszą być sprawni fizycznie, otwarci i szybcy w oczeniu się „miasta”. Świat przestępczy się zmienia. Niemal z rozrzewnieniem wspominają starych przestępców. Znali swój fach. Mieli w sobie swoistą godność. – tak, to ja zrobiłem. Nikt inny. Więcej wam nie powiem – mówili śledczym podczas przesłuchań. Niepotrzebnie nie demonstrowali swojej bezwzględności wobec ofiar. Teraz do głosu w środowisku przestępczym dochodzą młode wilki. Są najbardziej niebezpieczni, często nafaszerowani amfetaminą, głodni sukcesu, pieniędzy. Potrafią z byle powodu zabić człowieka – opowiada jeden z oficerów.

W wydziale pracuje też kilkanaście kobiet. Policjantka z sekcji dochodzeniowej wcześniej przez dziesięć lat uczyła fizyki w szkole podstawowej. Teraz przesłuchuje świadków zabójstw i morderców. – jestem chyba bardziej dokładna od mężczyzn. Równie ważne jest też to, że lepiej, gdy kobietę przesłuchuje kobieta. Możemy znaleźć wspólny język.

– Nie ma u nas ostrego podziału na kierownictwo i pracowników. Pokoje szefów są zawsze otwarte. Sam też jeżdżę na zdarzenia – mówi nadkom. Andrzej Kraska. – Staram się zachować dystans do tej pracy. Czasami jest to trudne. Pamiętam takie zdarzenie, to było w 1986 roku. Ojciec zabił żonę, córkę i syna z broni śrutowej. Potem popełnił samobójstwo. Zanim dopadł córkę, ta schowała się w swoim pokoju i widziała śmierć matki. Byłem w tym mieszkaniu i myślałem, jak bardzo musiala się bać ta dziewczyna. Sam mam dwie córki. Nauczyłem się po tym doświadczeniu jednego: bez emocji, z  dystansem, inaczej zapracuję na wrzody żołądka.

Bat i marchewka
Marek ma 31 lat, pracuje w policji od 10 lat. w wydziale – od początku. Taki zawód wymarzył sobie w dzieciństwie. Spokojny, cedzi słowa. Widać, że woli pytać, niż odpowiadać. Często się uśmiecha. Niedawno kupił nowe rybki do akwarium, które stoi obok jego biurka. Pokazuje pielęgnice, które się rozmnożyły. Trzeba o nie dbać, bo lubią, gdy woda jest ciepła. l, oczywiście, nie wolno zapomnieć o karmieniu. Czasami, gdy jest kilka zabójstw i dużo wyjazdów w teren, karmi je na zapas.

Wcześniej robił w ”samochodach”. – Do tej pory został we mnie nawyk wyłapywania trefnych aut na ulicach. Zabójstwa – to było coś nowego.

– Nie byłem pewny, czy sobie poradzę. Obawiałem się, że ciężko mi będzie przestawić się na inny rodzaj przestępstw – opowiada Marek. – Nie wiedziałem np., jak się zachować wobec dwóch morderców swojej matki. To było coś niesamowitego. Siedzieli przede mną i opowiadali o tym, tak beznamiętnie, naukowo. Że matkę zabili, bo próbowała nimi rządzić. Że zwłoki schowali w szafie, ale głowa wystawała, więc ją obcięli. Nazwaliśmy ich ”Rodzina Potwornickich”. Między innymi dlatego, że to była bardzo inteligentna rodzina. Do kolacji wspólnie czytywali Freuda. Synowie grali na fortepianie.

Po takiej sprawie trzeba wrócić do domu, coś ugotować, pobawić się z roczną córeczką, ”żeby nie zapomniała, jak tatuś wygląda”. – Jestem cholerykiem. Gdy mam zły humor, to lepiej się do mnie nie zbliżać. Żona wie o tym i nigdy nie pyta, co słychać w pracy. A ja nic jej nie mówię. Staram się chronić ją przed tym światem.

Marek twierdzi, że jego życie przypomina trochę film. – Leżę w łóżku. Nagle telefon: zabójstwo na Pradze. Muszę tłumaczyć żonie, że trzeba jechać. Inaczej koledzy będą pracowali za mnie.

Czasami trzeba „klienta” maglować przez sześć godzin. Tak było w przypadku Wołodii, który zabił swojego ojca. Zadzwonił na policję i powiedział, że znalazł zwłoki rodziciela, gdy wrócił do domu. Załamał się w śledztwie, przyłapany na sprzecznych szczegółach. Najtrudniej przesłuchuje się osoby z wykształceniem podstawowym. Są ograniczone psychicznie. Tłumaczą się brakiem pamięci, alkoholem lub po prostu zamykają się. Wykształconych łatwiej złamać. Są podatni na argumenty, bardziej wrażliwi. Zazwyczaj przesłuchuje dwóch policjantów. Jednemu zbyt szybko mogą się skończyć pytania. Technika jest prosta – bat i marchewka. Jeden policjant gra „dobrego”, drugi to ten ”zły”. Palącym nie pozwala się palić. Słabych fizycznie trzyma się na przesłuchaniach po kilkanaście godzin – w końcu miękną.

Strzał, prysznic, robota
Paweł ma 38 lat, żonę i dwóch synów. W wydziale pracuje dopiero dwa miesiące. Nie nosi jeszcze własnej broni, bo musiał oddać służbową, gdy odchodził z policji w Wołominie. Zresztą wyposażenie w wydziale jest marne. Tylko siedmiu pracowników ma służbowe 17-strzałowe Glocki. Pozostali noszą własną broń lub stare P-64, które często rozlatują się w czasie strzelania. Kamizelki trzeba sobie nawzajem pożyczać przed akcją. Samochodem można miesięcznie przejechać tylko dwa tysiące kilometrów. Ćwiczeń na strzelnicy też jest niewiele. Raz w tygodniu dla pięciu osób. W wydziale pracuje 74 policjantów. Wizyta na strzelnicy wypada więc raz na trzy miesiące.

– Tutaj jest jednak zupełnie inny klimat niż gdzie indziej w policji. Pełna synchronizacja. Nikt nie pracuje sam. Jesteśmy zgranym zespołem – podkreśla Paweł. – Odpowiadamy tylko przed naszym szefem. Nie ma długiej linii pośredników w hierarchii.

Paweł ekscytuje się tą pracą. Wreszcie udało mu się wyjechać z Wołomina. Tam znał go już cały światek przestępczy. Zwłaszcza że postrzelił jednego bandziora w wątrobę. – Nawet urlopu nie dostałem. Poszedłem do domu, wziąłem prysznic, rano znów pojechałem do pracy.

Mężczyzna poszedł siedzieć za czynną napaść na policjanta. Z więzienia wyszedł już dawno. Tego człowieka Paweł widuje dość często. – Często budziły mnie i żonę telefony. Nikt się nie odzywał, w tle słychać było tylko głośną muzykę. A rano trzeba wstać do pracy i zostawić wszystkich bliskich. Nie wiadomo, co się zastanie po powrocie – opowiada.

Do domu w Wołominie Paweł wraca pociągiem. Czasami, po wejściu do wagonu, grupa złodziei podnosi się z miejsc i przenosi dalej. – Znają mnie, od razu robi się luźniej. Tylko ludzie patrzą się na mnie i zastanawiają, dlaczego tamci tak ostentacyjnie odeszli – mówi Paweł. – A w domu jest typowo, jak w każdej polskiej rodzinie. Trzeba uszczelnić rurę, bo cieknie, pomóc dzieciakom odrobić lekcje. Żona zawsze jednak wie, gdy coś jest na tapecie w wydziale. Trudno uwolnić się od pracy nawet we własnej chałupie.

Obrazy z pochylonymi głowami
Wiesław to „stary wyga”. Zmęczona twarz, siwe włosy. Ma 42 lata, z czego 16 przepracował w policji. Już nic go w tej pracy nie zadziwi. Chociaż ostatnio poczuł się dotknięty, gdy do komendy przyjechał minister MSWiA, Marek Biernacki, żeby wręczyć nagrody policjantom z drogówki, którzy złapali złodzieja. Żaden z pracowników wydziału nie mógł wyjść z komendy frontowymi drzwiami. Musieli  opuszczać budynek przez piwnicę. – Wstydzili się nas, czy co?

Do pracy w wydziale przyjechał z Nowego Sącza. Razem z nim przeprowadziła się jego żona i trzech już prawie dorosłych synów. W Nowym Sączu było rocznie raptem 14 zabójstw. Warszawa zaskoczyła go nieprzespanymi nocami i bezwzględnością przestępców. Obecnie prowadzi trzy sprawy. Najwięcej pracy ma ze zdarzeniem z ubiegłego roku. Dziewczyna i chłopak zginęli w mieszkaniu od strzałów w tył głowy. Byli zamieszani w handel kradzionymi samochodami. Mieli się wkrótce pobrać. Nie ma świadków, zostało niewiele śladów.

W pokoju Wiesława, w komendzie, stoją przy ścianie czarne, foliowe worki. W środku są ubrania po trupach, narzędzia zbrodni, różne ślady zabezpieczone na miejscu zdarzenia. – Muszę to mieć pod ręką do ekspertyzy. Ja ”przekładam na papiery” wszystko to, co wywęszą koledzy z sekcji operacyjnej – wyjaśnia.

Jako jedyny z moich rozmówców nie nosi broni. Współpracuje z technikami kryminalistyki, zabezpiecza i ujawnia ślady zbrodni. Twierdzi, że praca w sekcji dochodzeniowej jest spokojniejsza niż w operacyjnej. – Mimo to jestem znerwicowany. Zostają w człowieku obrazy ludzi z poobcinanymi głowami. Psychologa w komendzie nawet na oczy nie widziałem. Myśli pan, że zwierzałbym się jakiejś panience prosto po studiach? A co ona wie o życiu? Widziała śmierć? Zna cierpienie?

Najdłużej trwającym śledztwem w wydziale była sprawa Cyganki i jej bandy. Typowali swoje ofiary, przeważnie staruszki, na ulicy, jadąc za nimi samochodem. Potem wchodzili do mieszkania wybranej osoby. Najczęściej podawali się za pomoc społeczną lub prosili o otworzenie drzwi pod pozorem zostawienia kurtki dla nieobecnego sąsiada. Kradli wszystko, co miało jakąkolwiek wartość. Właścicieli mieszkań krępowano. Staruszki umierały zaduszone. Grupa zabiła dziewięć osób, w różnych dzielnicach. Gdyby każda komenda zajmowała się zabójstwem na swoim terenie, sprawa mogłaby pozostać nie wyjaśniona. Wydziałowi śledztwo zajęło rok. Analizowano nawet połączenia komunikacyjne łączące miejsca napadów. Policjanci mieli sporo szczęścia. Mordercy zdradzili się jednym małym błędem. Jakim? Za wcześnie o tym mówić. Sprawa prawdopodobnie wejdzie na wokandę sądu w maju.

TRZECH NA CZTERECH ŁAPIEMY

Wydział Zabójstw prowadził w 1999 roku 76 spraw. Pozostałe były wyjaśniane przez inne jednostki policji. Aresztowano 66 osób. Wykrywalność – 75%.

Około 20% zabójstw dokonano z powodu nieporozumień rodzinnych. Najczęściej sprawcy używali noża. W większości przypadków byli pod wpływem alkoholu.

Na tle rabunkowym dokonano przeszło 40% zabójstw.

Pozostałe to zabójstwa na tle porachunkowym, dokonane za pomocą broni palnej. Są najtrudniejsze do wyjaśnienia. Świadkowie boją się zeznawać.

(Źródło: Wydział Zabójstw KSP)

CO JEDENASTE ZABÓJSTWO W STOLICY

W ubiegłym roku w Polsce miało miejsce 1048 zabójstw. W Warszawie – 92. Dla porównania: w Gdańsku w 1999 r. zamordowano 24 osoby, w Krakowie – 22, w Katowicach – 21.

JAK SIĘ ŻYJE POLICJANTOM?
Co czwarta rodzina policyjna żyje poniżej progu biedy (mniej niż 352 zł na osobę). 70% policjantów ma problemy z regulowaniem bieżących płatności. 4% nie ma mieszkania. 32% żyje w blokach komunalnych, służbowych lub spółdzielczych. 22% u rodziny, a 1,5% w hotelu policyjnym.

Policjanci masowo korzystają z pomocy rodziny – 62%. 9% pracuje na czarno, 4% wyprzedaje swoje mienie.

(Źródło: raport dla Komendy Głównej Policji przygotowany przez inspektora dr. Tadeusza Cieleckiego)

Wydanie: 13/2000 2000

Kategorie: Kraj

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy