Wypędzenie po niemiecku

Wypędzenie po niemiecku

Wyrzucanie z Zamojszczyzny – zapomniana eksterminacja Polaków

Brutalna, całkowicie zbrodnicza w swym założeniu oraz realizacji akcja wysiedleńczo-osadnicza na Zamojszczyźnie rozpoczęła się w nocy z 27 na 28 listopada 1942 r. i trwała do 2 sierpnia 1943 r., a objęła obszar czterech południowych przedwojennych powiatów województwa lubelskiego – zamojskiego, tomaszowskiego, hrubieszowskiego oraz biłgorajskiego zamieszkały przez około 500 tys. osób, wśród których 66% stanowili Polacy, 24% Ukraińcy, 10% Żydzi (ich eksterminacja w 1942 r. była w fazie końcowej). Do 1940 r., tj. do czasu przeniesienia ich do „Kraju Warty”, mieszkało tu także około 20 tys. potomków kolonistów niemieckich sprowadzonych i osadzonych na tej ziemi w XVIII i XIX w. przez Ordynację Zamojskich. Z biegiem czasu ulegli oni prawie całkowitej polonizacji oraz asymilacji, ale „mimo wszystko mieli niemiecką krew”, więc ich przeniesiono, ale ślady ich pobytu na ziemi zamojskiej stanowiły „najważniejsze” uzasadnienie dla zamierzonej całkowitej germanizacji regionu. Deutsche Vaterland ist überal – mawiali wówczas Niemcy – wo die deutsche Zunge klingt.
„Akcja poszukiwawcza niemieckiej krwi – pisał 20 lipca 1942 r. w zarządzeniu dla dowództwa SS i policji w dystrykcie lubelskim Heinrich Himmler – będzie rozszerzona na całą Generalną Gubernię, a przy niemieckich koloniach (sic! – już ich wtedy nie było! – ZM) w okolicy Zamościa zostanie utworzony

wielki teren osiedleńczy”.

12 listopada tego roku Himmler proklamował: „Powiat Zamość zostaje uznany za pierwszy niemiecki obszar nasiedleńczy w Generalnym Gubernatorstwie…”.
Wydano również dyrektywy w sprawie „Ewakuacji Polaków z dystryktu Lublin (Zamość)” dla „osiedlenia tam volksdeutschów”.
Proklamowana akcja, jak się okazało, miała stanowić jedynie fragment wielkiego planu osadniczego na Wschodzie – jednego z największych obok Holokaustu niemieckich zamierzeń ludobójczych tzw. Generalnego Planu Wschodniego – Generalplan Ost! Planu zagłady Słowian!
Z ramienia III Rzeszy akcją kierowali bezpośrednio kierownik Centrali Przesiedleńczej z siedzibą w Łodzi oraz oddziałami w Lublinie i Zamościu, Herman Krumey (przeżył wojnę i zmarł w RFN jako „szanowany kupiec i działacz samorządowy”), oraz okrutny sadysta i morderca, dowódca SS i policji w dystrykcie Lublin, Odilo Globocnik. Pośrednio w akcję zaangażowane w oczekiwaniu na „łupy” i wyróżnienia były IV departament Głównego Urzędu Bezpieczeństwa Rzeszy (referat IB B 4 kierowany przez Adolfa Eichmanna), Główny Urząd SS ds. Rasy i Osadnictwa, Niemieckie Towarzystwo Przesiedleńczo-Osadnicze, Wydział Zdrowia III Rzeszy, niemieckie firmy handlowe i zaopatrzeniowe, a także instytucje oświatowe i kulturalne, które miały służyć osiedleńcom.
Globocnik utworzył również prężnie działający Urząd Planowania i Badań oraz Placówkę ds. Osiedleńczych na Wschodzie. W tych placówkach zatrudnienie znalazło wielu ściągniętych z uczelni w Rzeszy absolwentów oraz studentów architektury, leśnictwa, rolnictwa, planowania przestrzennego oraz demografii. Przygotowywali oni organizację wewnętrzną obszaru osadniczego, przebudowę wsi przeznaczonych na osiedlenie itp.
Cała ta akcja miała wypracować model (Sonderlaboratorium – poligon doświadczalny) dla przyszłej realizacji daleko idących planów „przebudowy Europy”.
W marcu 1942 r. Himmler domagał się od komisarza ds. umacniania niemieckości zarysowania ogólnego planu osiedleńczego dla „Gdańska – Prus Wschodnich, Czech, Górnej Karyntii i południowej Styrii oraz… Generalnego Gubernatorstwa”.
W sierpniu tego roku już butnie zapowiedział „germanizację Ukrainy”, szczególnie „wzdłuż linii kolejowej Lwów-Żytomierz-Winnica-Odessa”. Wtórował mu Odilo Globocnik, o którego planach doniósł władzom III Rzeszy dowódca policji bezpieczeństwa w dystrykcie Lublin, Hellmut Müller, pisząc: „Brigadeführer zamierza, rozpoczynając od jednej części,

osiedlić Niemców

w całym dystrykcie lubelskim, a poza tym (ideał przyszłości!) stworzyć pomost od krajów nordyckich czy też zamieszkałych przez Niemców bałtyckich, przez dystrykt, do zamieszkałych przez Niemców w Siedmiogrodzie. Chce on w ten sposób pozostającą w zachodniej części (leżącej między Krajem Warty a Lublinem) ludność polską ťzamknąć w kociołŤ pod względem osadniczym i stopniowo gospodarczo i biologicznie ją pognębić. Ekspansji z zachodu na wschód, kierowanej z okręgu Warty, ma towarzyszyć wschodnio-zachodni nacisk kierowany z okręgu Lublina i na północ i południe od niego…”.
12 listopada 1942 r. ostatecznie zapadła decyzja wysiedlenia (pełnego lub częściowego z pozostawieniem osób w sile wieku do pracy u nasiedlonych kolonistów!) 300 wsi. „W samym powiecie zamojskim – informował Globocnik – stoi już do dyspozycji 5 tys. gospodarstw”, a „do przesiedlenia gotowych jest już 98,3 tys. Niemców z Besarabii, Rumunii, Serbii, Leningradu, znad Bałtyku, Bukowiny, Chorwacji, Słowenii oraz Holandii (Flamandowie)”. Akcja miała być zakończona „na wiosnę 1943 r.”.
Ludność polska w miejscowościach przeznaczonych do wysiedlenia miała być uchwycona i posegregowana według następujących zasad: grupy I i II miały dotyczyć osób o „nordyckich cechach”. Miano je kierować do obozu przejściowego w Łodzi, by tam po przeglądzie antropologicznym i rasowym skierować je do Rzeszy do zniemczenia. Grupy te winny objąć około 5% wysiedlonych, tj. 7 tys. osób; do grupy III miano zaliczać osoby nadające się do pracy fizycznej w Rzeszy (74% całości); do grupy IV miały wchodzić osoby przeznaczone do zsyłki do obozów koncentracyjnych. Z grupy III i IV należało oddzielić dzieci w wieku od sześciu miesięcy do lat 14 i osoby starsze powyżej lat 60. Oddzielone od rodziców dzieci miały być zbadane pod względem antropologicznym (te o niebieskich oczach i blond włosach miały być zniemczone), inne skierowane do specjalnych obozów wychowawczych lub wraz ze starcami skierowane do wyznaczonych poza Zamojszczyzną wsi, inne do obozów koncentracyjnych lub zagłady (Oświęcim), gdzie miano je zgładzić. Tak zresztą się stało zarówno w Oświęcimiu, jak i na Majdanku. Praktycznie cały majątek ruchomy i nieruchomy został skonfiskowany.
W akcji zastosowano najbardziej zbrodnicze metody działania. Spędzanych ludzi wieziono do obozów przejściowych, gdzie czekając na swój los, masowo umierali. Rozdzielani kierowani byli do miejsc przeznaczenia. Była zima, a wagony kolejowe, samochody i furmanki, którymi ich przewożono, nie dawały ochrony przed zimnem, szczególnie więc dzieci umierały na oczach rodziców lub opiekunów. Już w toku spędzania i segregacji popełniano liczne zabójstwa, a oporne wsie pacyfikowano lub unicestwiano.
Tragedia dzieci transportowanych w bydlęcych wagonach pod opieką nielicznych starców wstrząsnęła całym krajem. Na dworcach gromadziły się tłumy usiłujące je wykupywać, zaopatrzyć i wspomóc. Te, które wskutek zakłóceń komunikacyjnych oddawano do podlaskich, lubelskich i podwarszawskich miejscowości, otaczano opieką, ratowano im życie lub chowano na cmentarzach. Akcja przebiegała w trzech fazach. Pierwszą, trwającą do końca grudnia 1942 r., objęto 60 wsi zamieszkałych przez ponad 30 tys. osób, ale siłom policyjnym, wobec powszechnego zbiegostwa (mimo zimy zbiegano do lasów lub sąsiednich wsi), udało się schwytać około 10 tys. osób. Na ich miejsce osadzono 4 tys. Niemców. Spośród wypędzonych ponad 1,5 tys. osób skierowano do Oświęcimia, około 1,8 tys. do przymusowej pracy w Rzeszy, 1830 dzieci oddano

do obozu koncentracyjnego

w Łodzi lub do obozu w Oświęcimiu, gdzie zostały zamordowane zastrzykami z fenolu. Wówczas w odwecie za opór i atakowanie ekip wysiedleniowych dokonano masowej zbrodni w Kitowie, mordując publicznie na miejscu 165 osób.
W drugiej fazie, trwającej od 15 stycznia do końca marca 1943 r., określanej jako Ukraineraktion, wysiedlono 63 wsie w powiecie hrubieszowskim. Objęła ona około 15 tys. osób. Ujęto 5,5 tys. osób. Na ich miejsce w pasie okalającym teren wysiedleń, by ten chronił kolonistów od uderzeń z lasów zamojskich, osadzono ponad 7 tys. Ukraińców. Ta polityka miała również na celu zantagonizowanie Ukraińców z Polakami i faktycznie wywołała pierwszą fazę walk pomiędzy tymi narodami. W końcu marca zostało wysiedlonych już 116 wsi Zamojszczyzny, a na ich miejsce osadzono około 10 tys. Niemców, zbieraninę z różnych części okupowanej Europy, przeważnie z Rumunii.
Te pierwsze poczynania Niemców okazały się dla nich – z różnych przyczyn – niepomyślne. Przede wszystkim w styczniu i na początku lutego rozegrała się katastrofalna w skutkach dla Rzeszy bitwa stalingradzka. Poza tym Polacy na obszarze wysiedleńczym okazali się heroiczni, a także w sposób przemyślany odporni i zaradni. Uprawiano masowe zbiegostwo, wybijano bydło, bojkotowano dostawy kontyngentowe, nasiedleni Niemcy okazali się całkowicie nieprzygotowani do podjęcia normalnej pracy. Atakowani dniem i nocą przez rosnący ruch oporu i partyzantkę stali się raczej ofiarami tej akcji niż jej prominentami. Polski ruch oporu zaatakował walnie, uderzając na linie komunikacyjne, posterunki policji, urzędy, kolaborantów, ale także na oddziały pacyfikujące wsie oskarżane o współdziałanie z partyzantką lub odwetowo w ramach stosowania odpowiedzialności zbiorowej. Ruch oporu odpowiadał tym samym, atakując nasiedlone wsie. W grudniu 1942 r. i w lutym 1943 r. stoczono tu, pod Wojdą (6.12) oraz Zaborecznem (2.02), bitwy partyzanckie. Rozkazy dowództwa polskiego ruchu oporu były stanowcze: „Palić zagrody, niszczyć dobytek opuszczony, tak żeby okupantowi zostały zgliszcza… atakować policję i władze administracyjne przeprowadzające wysiedlenia. Zlikwidować kierowników akcji wysiedlenia. Zniszczyć zabudowania i dobytek w osiedlach, gdzie ludność sama nie mogła tego zrobić. Osiedlonym Niemcom nie dać żyć…”. Nakazano również przekształcenie grup bojowych w oddziały partyzanckie. W efekcie uderzono masowo i stanowczo, a Niemcy, rejestrując postawę ludności i działania ruchu oporu, określili je

jako zamojskie powstanie,

którego mimo użycia ekstremalnych metod nie udało się stłumić.
Nie rezygnowali jednak ze swoich planów. W czerwcu i lipcu 1943 r., mimo oporu niemieckiej administracji, która liczyła dokładnie poniesione straty, niepomyślnego rozwoju sytuacji na frontach, rosnącego oporu, władze SS i policji wspólnie z Urzędem ds. Przesiedleń ponownie podjęły działania wysiedleńcze, i to na wielką skalę, nadając im tym razem charakter akcji wysiedleńczo-pacyfikacyjnej (kryptonim „Werwolf” – „Wilkołak”).
Sygnałem jej rozpoczęcia stała się dokonana 1 czerwca 1943 r. okrutna pacyfikacja wsi Sochy, położonej w pobliżu Zwierzyńca. Wieś otoczono, samoloty ją zbombardowały, a następnie policja wymordowała wszystkich jej mieszkańców. Wkrótce los Soch podzieliły wsie: Józefów, Pardysówka, Majdan Sitaniecki, Momoty, Makrówka i inne. Do akcji wciągnięto nie tylko zmotoryzowane bataliony policji i SS, Ostlegiony, oddziały Schupo, ale i oddziały z rezerwowych dywizji Wehrmachtu. W orbitę akcji dostało się około 200 tys. mieszkańców wsi i osad. 171 wsi zamieszkałych przez 60 tys. chłopów wysiedlono. Ujęto około 37 tys. osób, z których 26 tys. skierowano do pracy w Rzeszy, około 4,5 tys. porwano i skierowano do Rzeszy dla zniemczenia.
Trudno wprost opisać tragedię tej umęczonej, ale i heroicznej ziemi. Zmotoryzowane jednostki policji i Wehrmachtu dniem i nocą przeczesywały wsie i lasy, spędzały ludność, mordowały opornych lub niedołężnych, dokonywały masowych egzekucji, rabowały majątek. „Na całym obszarze trwała – wspominają świadkowie wydarzeń – ustawiczna strzelanina z karabinów maszynowych, warkot motorów, ryk bydła, krzyki i nawoływanie żołnierzy, płacz dzieci i kobiet pędzonych na miejsce zbiórki, ciała zabitych stwarzały obraz trudny do zniesienia”.
Po wojnie ustalono, że w czasie akcji śmierć na miejscu poniosło co najmniej tysiąc osób, tysiące (głównie kobiet i dzieci) zesłano do obozów koncentracyjnych, w tym około 16 tys. na Majdanek. Ich los stanowi jedną z najtragiczniejszych kart w historii tego obozu. Stłoczeni w barakach, pozbawieni wody i wyżywienia masowo umierali.
W sierpniu 1943 r. Niemcy zbilansowali zakończoną – mimo oporu policji i SS, które dążyły do jej kontynuacji – akcję na Zamojszczyźnie. Stwierdzono, że w 126 wsiach Zamojszczyzny zdołano osiedlić 2890 rodzin liczących ogółem 12.909 osób. Ale ogólnie w orbitę akcji dostało się 300 wsi zamieszkałych przez ponad 100 tys. mieszkańców, w tym około 30 tys. dzieci. Los wszystkich był tragiczny bez względu na to, czy się dostali w ręce organizatorów akcji, czy zbiegli i ukrywali się, drżąc o życie, czy oczekiwali w trwodze na swój los.
Wobec nieoczekiwanych trudności wywołanych nierealnym planem, chaosem, sytuacją III Rzeszy oraz oporem Polaków władze Generalnego Gubernatorstwa musiały ją uznać za szkodliwą, „źle przeprowadzoną, co w efekcie pociągnęło za sobą poważne skutki ekonomiczne, ale także polityczne” dla całego GG. Zdegradowały więc jej głównego inicjatora, miejscowego dowódcę SS i policji, Odila Globocnika, i akcji zaniechały.
Dziś wiemy, że

u podstaw jej niepowodzenia

i zaniechania leżały: klęska na froncie wschodnim, niewydolność aparatu wspomagającego akcję, opór (bierny i czynny) polskiego ruchu oporu, konflikty w obrębie władz Generalnego Gubernatorstwa (ale i w Rzeszy), spory kompetencyjne oraz harmonogram przyszłej germanizacji Wschodu (w trakcie czy dopiero po ostatecznym zwycięstwie).
A piękna, głęboko osadzona w narodowej tradycji ziemia zamojska została całkowicie zrujnowana. Odbudowa, zasklepienie ran, nadrobienie strat biologicznych – w niektórych odniesieniach, szczególnie w sferze psychologicznej, trwa do dzisiaj.
W listopadzie 1972 r. odbyła się w Zamościu, pod protektoratem Komitetu Historii II Wojny Światowej w Paryżu, Instytutu Historii Polskiej Akademii Nauk oraz Uniwersytetu Marii Curie-Skłodowskiej, konferencja na temat „Przesiedlenia ludności przez III Rzeszę i jej sojuszników podczas II wojny światowej”.
W spotkaniu tym, obok historyków z Polski, udział wzięli historycy z Francji, USA, Włoch, ZSRR, RFN, NRD, Rumunii, Czechosłowacji i Jugosławii. W toku konferencji wszyscy zgodnie określili akcję wysiedleńczo-osadniczą na Zamojszczyźnie jako ewenement w szeregu innych tego rodzaju poczynań III Rzeszy. Miała ona według nich charakter „wysiedleńczy i eksterminacyjny”, stanowiła realizację tego, co Hitler określił jako Völkerwanderung der fremdvölkischen (przemieszczenie narodów obcej narodowości).
Stwierdzono, że należy ją potraktować jako próbę realizacji Generalnego Planu Wschodniego.
Nie zawahano się także przed określeniem zamojskiej akcji jako zawierającej elementy ludobójstwa, a więc zbrodni przeciwko ludzkości.

Autor jest profesorem historii, pracownikiem UMCS


Relacja Zygmunta Węcławka, po wojnie lekarza

„Brutalne uderzenia w szyby wyrwały nas ze snu… Ojciec odsunął skobel. Otwarły się drzwi. Weszło dwóch pijanych Niemców. Nie było kiedy płakać. Dali dziesięć minut. W piekielnym tempie pochowaliśmy najpotrzebniejsze rzeczy. W domu skaleczała babcia. Dziesięć lat nie schodziła z łóżka. I do tego dwuletnia Niusia. Tragedia. Jak się z tym wszystkim zabrać. Za dziesięć minut mamy opuścić dom. Błagają rodzice o furmankę. Nie chcą słyszeć. Pomogła ťkontygentówkaŤ. Pozwolili założyć konia… Plac zborny urządzono na boisku szkolnym. Wciśnięto nas do obozujących na mrozie rodzin. Po godzinie zaczęło świtać. Półtora tysiąca ludzi stało na śniegu. Czekaliśmy na swoje przeznaczenie. Dookoła kordon esesmański. Drugi pierścień otaczał osadę. Wreszcie zaczęło się coś dziać. Niemcy sprawdzali listy, czytali nazwiska. Zmarznięci na kość zaczynamy ładować się na furmanki. Na każdej esesman. Kobiety zaczęły się rozklejać. Dookoła ciche chlipanie. Płakali coraz głośniej. Konwój zamiast jechać do Zamościa skręcił w polną drogę. Jechaliśmy w stronę Huszczki. Później dowiedzieliśmy się dlaczego. Szosą od Zamościa ciągnął do Skierbieszowa drugi konwój. Jechali niemieccy osadnicy z Besarabii, Węgier, Rumunii, Jugosławii. Jechali zająć jeszcze ciepłe izby. Niemcy woleli uniknąć spotkania… Konwój sunął wolno w stronę Zamościa. Na jednej z fur za nami głośno zapłakała kobieta. Zmarło jej dziecko. Raczej zamarzło… Dojeżdżaliśmy do Zamościa. Kończył się dzień. Cały dzień bez łyżki gorącej zupy. W świetle żarówki oglądamy ponure baraki. Za nami zamknęła się kolczasta brama. Dla wielu na zawsze… Gruby żandarm wyczytywał nazwiska. Sprawdzali personalia, zakładali kartoteki. Tlenione maszynistki bez przerwy pisały. Esesmański „lekarz” Riel prowadził badania. Segregował. Dzielił na grupy… Na jakiejś podstawie skazał 240 osób do Oświęcimia, 240 osób do „pieca” z jednej wsi… Następny lagier oznaczony numerem cztery. Segregacja rodzin. Coś najpodlejszego. Scena rzezi niewiniątek z czasów Nerona, tylko w niemieckim wydaniu. Odbieranie dzieci, a raczej wyrywanie ich z rąk, z objęć matek. Segregację prowadził komendant Grunert. Tlenione ladacznice pomagały. Szarpały dzieci przylepione do piersi matek, uczepione do ich nóg. Grunert kopał, popychał, bił. Rozpaczliwie broniła swego jedynego dziecka Nowogrodzka. Młoda, sama jak dziecko. Stalowe miała dłonie. Nie pomogło szarpanie. Wrzask esesmana, przekleństwa. Mocne kopnięcie i Nowogrodzka z niemowlęciem wpadła na rozpalony piec. Przewróciła się razem z piecem…”.

Z zeznania esesmana Josepha Scharrenberga przed sądem w Essen w 1945 r.

„W tym oddziale egzekucyjnym liczącym około 30 ludzi byłem i ja. Wieś (Kitów – ZM) została obstawiona przez żołnierzy, natomiast większa część żołnierzy była zajęta przeszukiwaniem domów i zabijaniem ludzi… Rozkaz brzmiał: jedna grupa rozpoczyna na górze, druga na dole. Do każdego domu ma wejść dwóch. Wszyscy ludzie mają być na miejscu zastrzeleni. Z bólem serca udaliśmy się do pierwszego domu (Eckendorf nazywał się mój przyjaciel). Tam zastaliśmy całą rodzinę składającą się z pięciu osób. Mówili po niemiecku. Byli to Polacy ewakuowani z Poznania. Ociągaliśmy się z wykonaniem rozkazu i zapytaliśmy dowódcę grupy, sierżanta Hoefnera. Dopiero na jego naleganie wykonaliśmy polecenie. Kazaliśmy ludziom kłaść się na podłodze i strzelaliśmy do nich. Ja zastrzeliłem dziewczynę 18-, 19-letnią i dziecko 12-letnie. Było mi przykro. W międzyczasie został wydany nowy rozkaz, który brzmiał: wszyscy ludzie mają być spędzeni na plac wioskowy. Tak też uczyniono. Skoro wszyscy zostali zebrani, tłumacz wyjaśnił powód zebrania i co się stanie ze zgromadzonymi. Natychmiast po ogłoszonym wyroku karabiny zrobiły swoje. Następnie oglądano każdą ofiarę i sprawdzano, czy żyje. To załatwiała przeważnie ochrona. Byli to osadnicy wsi sąsiadujących ze wsią spaloną…”.

 

Wydanie: 14/2004

Kategorie: Historia

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy