Wyznania wirtualne

Wyznania wirtualne

Artyści rozmawiają z publicznością w Internecie

„Ubóstwiam panią. Jest pani dla mnie autorytetem. Chciałabym być taka jak pani”, pisze nastolatka do Krystyny Jandy. Ale takie zwierzenie jeszcze można wydusić z siebie na spotkaniu z gwiazdą, na przykład na jakimś wakacyjnym festiwalu, gdzie jest sympatyczna atmosfera. Trudniej wygarnąć w oczy Hołdysowi: „Stary durniu, przestań pajacować, przestań udawać młodzika”.
Internet likwiduje poczucie dystansu nie tylko dlatego, że rozmówca-korespondent nas nie widzi. Do szczerości, ale często także bezczelności, a nawet chamstwa, zachęca całkowita anonimowość. Prawie wszyscy internauci posługują się pseudonimami, ewentualnie samymi imionami, zwykle zresztą nieprawdziwymi. Jednak gdyby idol zgodził się na propozycję spotkania oko w oko, są gotowi podać swój telefon. „Pani muzycy są tak przystojni, więc gdyby któryś był zainteresowany…”, pisze do Anny Marii Jopek nastoletnia fanka, Maria. Na co piosenkarka odpowiada: „No, no, Pani Mario, radzę uważać z tymi ofertami, bo nasi Panowie Muzycy są nieustannie zainteresowani”.
Dla fanów atutem rozmów internetowych jest to, że idol może odpowiedzieć im na listy. „Kilka minut łączności i… o Boże, skontaktowałam się z kobietą, która jest moim życiowym wzorem. Tak mało wysiłku, kurczę, jak mnie to kopnęło…”, przeżywa fanka Krystyny Jandy, na której list aktorka odpowiedziała.

Poczytaj, posłuchaj, kup
Prywatne strony internetowe, czyli tzw. witryny, zakładają artyści z różnych branż. Zamieszczają tam zwykle biograficzne dane o sobie, krótki przewodnik po swojej twórczości, fotografie własne i z rodziną, a także zwierzenia i refleksje, do których fani mogą się „podłączyć”, odsyłając maila.
Najliczniejszą grupę stanowią zespoły muzyki rozrywkowej. Dla muzyków strona internetowa to okazja, żeby zareklamować i sprzedać płyty. „Obejrzyj nasz teledysk, posłuchaj utworu”, zachęcają piosenkarze. „Zamówisz płytę, dostaniesz z autografem”. Kupić można także gadżety: ulubiony przebój do zainstalowania w telefonie komórkowym, wygaszacz ekranu, tapetę na monitor z idolem.
Wielu artystów wyznaje, że bezpośredni kontakt z publicznością więcej im daje niż oficjalne spotkania i wywiady. „Dzięki własnej stronie mogę bezpośrednio porozumiewać się z widzami, pomijając niewygodnego i męczącego pośrednika, jakim jest prasa”, uważa Krystyna Janda, aktorka, która od dwóch niemal lat prowadzi dziennik wirtualny. „Zależy nam, żeby wiedzieć, co naprawdę o nas myślicie, co wam się podoba, co was przejmuje, a co was wkurza i śmieszy, nie owijając w bawełnę”, prosi o szczerość grupa Ich Troje. „Nikt w oczy złych rzeczy nie powie. Ludzie są albo nieszczerzy, albo dobrze wychowani. Anonimowo łatwiej komuś przyłożyć. Ja chcę, żeby ludzie wywalili prawdę o mnie”, mówi aktor Artur Barciś.
Artyści nie tylko chętnie „rozmawiają” z publicznością za pośrednictwem Internetu. Pokazują swoje prywatne zdjęcia, nawet takie, jakich nigdy dobrowolnie nie zamieściliby w prasie. Cezary Pazura z żoną na kocu, Artur Barciś z Cezarym Żakiem (para z serialu „Miodowe lata”) w kąpielówkach, w basenie, w pozach bynajmniej nie malowniczych, Marek Kondrat pochylony nad talerzem makaronu, a Jan A.P. Kaczmarek, kompozytor, z całą rodziną.
Artyści uważają, że całkowicie panują nad sytuacją, bo w każdej chwili mogą podmienić fotografie. Kontrolują swój wizerunek, gdyż przedstawiają siebie, tak jak chcą być widziani. Ich zwierzenia, szczere czy nieszczere, są przecież kontrolowane.

Fałszywe rewelacje
Każdy może założyć stronę o dowolnym adresie, np. www.wajda.pl lub www.pszoniak.pl (o ile dotychczas nie ma takich adresów), uzasadniając, że jest fanem Wajdy czy Pszoniaka. Otwarcie strony kosztuje od 150 do 300 zł, drugie tyle wynosi opłata roczna za użytkowanie, zaś wykupienie miejsca na serwerze to wydatek od 300 do 1,5 tys. zł za rok. Jest jeszcze możliwość założenia bezpłatnej strony na bezpłatnych serwerach.
Co może zrobić artysta, jeśli tak jak np. malarz Zdzisław Beksiński czy piosenkarka Katarzyna Groniec padnie ofiarą czyjegoś złego smaku albo nadmiernej fantazji? Ma dwa wyjścia: może wzruszyć ramionami, ale może też wytoczyć fanowi proces sądowy o naruszenie dóbr osobistych (jednak dotychczas nie było w Polsce takiego procesu).
„Ktoś nawypisywał o mnie głupoty, że wpadłem pod pociąg, a potem miałem przerażające wizje i zacząłem je malować. To kompletne bzdury, ale szkoda mi czasu i nerwów, żeby ścigać autora”, mówi Zdzisław Beksiński. Z kolei Katarzyna Groniec złości się, bo ktoś założył na jej nazwisko kiczowatą witrynę (biała gołębica fruwająca na biało-czerwonym tle). „W tej sytuacji muszę założyć własną, profesjonalną stronę”, uważa piosenkarka. Można też zrobić tak jak Krystyna Janda: wykupić kilka adresów internetowych ze swoim nazwiskiem.
Jednakże zagorzały fan na wszystko znajdzie sposób: doda do nazwiska idola literę, cyfrę, dołączy słowa „fan”, „fanklub”, „info” itd. Andrzej Sapkowski ma obecnie kilka stron wirtualnych, ale po premierze „Wiedźmina” miał ich kilkanaście. „Denerwuje mnie, kiedy czytam wywiady ze sobą, których nigdy nie udzielałem. Albo gdy czytam o imprezach, na których mam wygłosić słowo wstępne, referat itd., podczas gdy nawet o nich nie słyszałem. Wkurzają mnie też te natrętne wyznania miłosne”, mówi pisarz.
No cóż, najwidoczniej na zagorzałych fanów po prostu nie ma lekarstwa.

Wydanie: 48/2002

Kategorie: Kultura
Tagi: Ewa Witucka

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy