Zapaść w leczeniu

Zapaść w leczeniu

W zeszłym roku zoperowaliśmy o 30% pacjentów mniej

Prof. Tadeusz M. Orłowski – kierownik Kliniki Chirurgii w Instytucie Gruźlicy i Chorób Płuc w Warszawie

Jak pandemia wpływa na pracę pana kliniki?
– Pandemia to sytuacja, na której pojawienie się nie mieliśmy wpływu, nie będę zatem szerzej oceniał tego, jak sobie z nią poradzono. Mogę jednak powiedzieć, jak to wygląda z mojej perspektywy. Ponieważ COVID-19 w dużej mierze dotyczy zmian w obrębie płuc i zaburzeń oddychania, pierwszą rzeczą, którą zrobiono, była zamiana większości oddziałów płucnych na oddziały covidowe.

Jaki był tego skutek?
– Taki, że pacjentom tych oddziałów całkowicie odcięto do nich dostęp. W województwie mazowieckim zostały praktycznie tylko dwa oddziały pulmunologiczne – w dodatku mocno okrojone – oraz dwa oddziały u nas w instytucie. Zamknięto natomiast oddziały płucne w Ostrołęce czy w Płocku, częściowo oddziały w Radomiu i w Otwocku. W naszym instytucie – a jako ośrodek o profilu pulmonologicznym poszliśmy „na pierwszy ogień” – odbyło się to w ten sposób, że zadzwoniono do nas w czwartek i powiedziano, że od poniedziałku mamy mieć 29 łóżek covidowych, a dodatkowo sześć na intensywnej terapii. Zdecydowano o tym bez refleksji, że pacjenci zostaną pozbawieni dostępu do leczenia. Co gorsza, nie jesteśmy przecież szpitalem zakaźnym, wyposażonym w izolatki, śluzy itd., więc sytuacja była dla nas bardzo trudna. Udało nam się to na czas przygotować, ale kosztem wyłączenia dwóch dużych oddziałów, w tym pół OIOM-u. To z kolei ograniczyło jeszcze pracę chirurgii, dlatego że intensywna terapia miała ograniczone możliwości przyjmowania chorych po operacjach. Zamiast więc operować w czterech salach operacyjnych, operujemy w dwóch. Skutkiem tego zoperowaliśmy ok. 30% pacjentów mniej.

Ile operacji odbywa się w normalnym roku?
– Rocznie w Polsce wykonujemy ich ok. 4 tys., zatem teraz ich liczba spadła o ok. 1000 przypadków. To bardzo dużo. Jeśli chodzi o badania diagnostyczne – podstawowym jest bronchoskopia – w naszym instytucie wykonano ich w tym roku o 1,8 tys. mniej, przy ok. 6 tys. rocznie. To potencjalnie 1,8 tys. osób, które z powodu ograniczeń nie zostały przebadane.

Co więc należałoby zrobić inaczej?
– Zamiana części oddziałów na covidowe była niezbędna, ale wyznaczenie w każdym regionie ośrodka o dużym potencjale diagnostyczno-leczniczym umożliwiłoby pacjentom z innymi schorzeniami dostęp do leczenia. Oczywiście wiązałoby się to z odpowiednimi zmianami organizacyjnymi – np. praca w rozszerzonym wymiarze godzin – i niezbędnymi nakładami finansowymi.

Mówi pan „ośrodki o dużym potencjale” – czyli jakie?
– Takie, które mają duży zasób sprzętowy i odpowiednią kadrę, aby na czas pandemii móc przejąć pacjentów innych oddziałów, zamienionych na covidowe. Każdy wojewoda ma do dyspozycji konsultantów wojewódzkich i wspólnie z nimi powinien ustalać, który oddział można zamknąć, a który przeznaczyć na „centrum” diagnostyczno-lecznicze. Do leczenia covidu, gdy nie ma leku na tę chorobę, potrzeba jedynie paru leków wspomagających i dostępu do tlenu, zatem leczenie w tej chorobie nie musi się odbywać przede wszystkim na oddziałach płucnych.

Nie znaczy to jednak, że szpitale o innych specjalizacjach nie ucierpiały w ten sam sposób. Także duże oddziały ortopedyczne, urologiczne czy okulistyczne zostały zamienione na oddziały covidowe. I to jest olbrzymi problem, ponieważ spadła dostępność do leczenia wielu schorzeń.

I przepustowość systemu jest jeszcze mniejsza niż zwykle.
– Tak – i to się dzieje w całej Polsce. Przykładowo, w jednym z województw liczba wypisywanych kart DiLO (czyli kart Diagnostyki i Leczenia Onkologicznego, działających jako priorytetowe skierowanie dla pacjentów, u których podejrzewa się lub stwierdzi nowotwór – przyp. red.) w diagnostyce raku płuca zmniejszyła się o 80%. Jeśli chodzi o wykrywanie raka płuca, też mamy dramatyczny spadek. Zaryzykuję stwierdzenie, że 90% oddziałów płucnych, na których diagnozowano i leczono nowotwory, zostało zamienionych na oddziały covidowe.

Zarządzenie ministra Niedzielskiego, by to szpitale koordynacyjne decydowały o przydziałach miejsc dla pacjentów z covidem, było więc niezbyt korzystne?
– Jak wygląda ta „koordynacja” widzimy na przykładzie szpitala na Stadionie Narodowym. Proszę spróbować położyć tam pacjenta. W praktyce nie da się tego zrobić, bo musi być on w dobrej kondycji, bez schorzeń dodatkowych, chodzący – by mógł dojść do toalety, z minimalnym zapotrzebowaniem na tlen. Można tam więc położyć tylko tych pacjentów, którzy przechodzą chorobę łagodnie. Poza tym skąd szpital koordynacyjny ma brać informację o tym, co się dzieje w innych szpitalach? Przecież obecnie szpitale przekazują te dane do ministerstwa – na tej podstawie wiadomo, ile jest zajętych łóżek, respiratorów itd.

Czy jednak o gorszych statystykach diagnostycznych nie decyduje też to, że pacjenci sami boją się teraz zgłaszać na badania?
– Tak, oczywiście, obawy pacjentów to kolejna z przyczyn. Zaczęło się od pozamykanych gabinetów POZ – potem jeszcze dodatkowo zablokowanych obowiązkiem robienia wymazów w testach na covid. Pacjenci boją się w takiej sytuacji chodzić do przychodni, bo tam mogą spotkać potencjalnie zakażonych.

Wielu chorych nie ma też robionych badań profilaktycznych lub np. przed wyjazdem do sanatorium, zresztą turnusy zostały poodwoływane. To wszystko, niczym przysłowiowe ziarnko do ziarnka, składa się na to, że mamy zapaść w wykrywaniu i leczeniu niektórych schorzeń.

Czy pana zdaniem obowiązek tworzenia oddziałów covidowych powinien zostać bardziej zdywersyfikowany, by nie spadał tylko na duże oddziały?
– NFZ ma dane co do liczby osób hospitalizowanych na określonym terenie w związku z daną chorobą. Trzeba byłoby zatem zastanowić się, który szpital powinien zostać wydzielony, by przyjąć osoby na nią cierpiące – tak by zabezpieczyć dotychczasowe potrzeby danego rejonu przynajmniej w 90% – a resztę szpitali zamienić na covidowe.

Czy rezerwuje się za dużo łóżek covidowych?
– Nie mam takich danych, ale może rzeczywiście powinno się przemyśleć, przyglądając się lokalnym decyzjom, z czym wiąże się to, że mamy ponad 20 tys. łóżek covidowych, a zajętych jest 18 tys. Nie mówię, że łóżek jest ogólnie zbyt dużo, ale trzeba by się zastanowić, czy tam, gdzie stoją wolne, rzeczywiście są potrzebne jako łóżka covidowe. To powinno być weryfikowane lokalnie i na bieżąco. Mieliśmy przecież taki okres, gdy było bardzo dużo zachorowań na Śląsku, teraz z kolei jest więcej w mazowieckim – sytuacja jest więc bardzo dynamiczna.

Brakuje zatem dobrej organizacji na jak najbardziej lokalnym poziomie.
– Tak, bo mapy zdrowotne są różne, podobnie jak liczby zakażonych różnią się w zależności od województwa. Analizując sytuację, trzeba ją dopasować do rejonu. Nie da się zabezpieczyć tego centralnie.

Ze względów wizerunkowych priorytetem było pokazanie, że w Polsce nie brakuje łóżek dla chorych na covid.
– I z jednej strony, mamy informację, że mamy wystarczającą liczbę łóżek covidowych, a z drugiej – widzimy migawki z SOR-ów i kolejki karetek.

A jak w sytuacji pandemii jest realizowany Narodowy Program Zwalczania Chorób Nowotworowych?
– Jest prowadzony, choć oczywiście nie ma takiego rozmachu, jaki mógłby mieć, gdyby jej nie było – powiedziałbym, że robi się nie więcej niż 30% zakładanej liczby badań. Miały one ruszyć w marcu 2020 r. – jednak przez pandemię start programu został przesunięty w czasie. Tu nie ma jednak innych czynników hamujących niż sama pandemia. Ośrodki muszą przestrzegać reżimu sanitarnego – nie może przebywać w nich zbyt wiele osób naraz, aparat do badań musi być każdorazowo zdezynfekowany. Nie można więc szybko badać pacjenta po pacjencie.

Jak ocenia pan pracę ministra Niedzielskiego? Mają państwo do niego większe zaufanie niż do poprzednika?
– Nie jestem epidemiologiem, więc nie jestem w stanie ocenić zasadności takich czy innych ograniczeń. Choć oczywiście widzę paradoks pewnych decyzji – np. że na mszę może pójść określona liczba osób, a do teatru już nie – i dziwię się pewnym rozwiązaniom. Ale obecny minister sprawia wrażenie osoby bardziej uporządkowanej w decyzjach niż poprzedni. Co prawda nie jest lekarzem, ale minister nie musi nim być, jeśli się otoczy odpowiednimi osobami.

Są tacy, którzy twierdzą, że wręcz nie powinien być lekarzem.
– To musi być przede wszystkim człowiek przygotowany merytorycznie. Legitymację obecnemu ministrowi daje to, że był prezesem NFZ i ma rozeznanie w tym, co się dzieje. Ile jest tu wpływów politycznych? Trudno powiedzieć. Mamy przykład stoków narciarskich – jednego dnia zostały zamknięte, drugiego otwarte, teraz znów zamknięte… A górale i tak już znajdują sposoby obejścia tych zakazów.  Z drugiej strony trudno jest podjąć jednoznaczne decyzje w tak wyjątkowej sytuacji. My jako kierujący oddziałami też nie jesteśmy w swoich decyzjach konsekwentni. Kiedy w początkach pandemii wykrywaliśmy zakażenie koronawirusem u jednego pacjenta, zamykaliśmy cały oddział. W tej chwili staramy się tylko izolować osoby, które z nim się kontaktowały i utrzymywać ciągłość pracy.

Właśnie – czy aby ją zachować, będzie się pan szczepił?
– Oczywiście, że tak. Myślę, że w kwestii bezpieczeństwa szczepionki przeciwko koronawirusowi Wielka Brytania może być dla nas pewnego rodzaju „poligonem doświadczalnym” – zaszczepiono tam już bardzo wiele osób. Znając pragmatyzm Brytyjczyków, nie wierzę, by dopuścili niesprawdzone szczepionki. Wierzę też, że tamtejsza prasa natychmiast doniosłaby o ewentualnych poważnych powikłaniach, a specjalna komisja wycofałyby szczepionki. Pamiętajmy przy tym, że każdy lek – każdy! – może mieć efekty uboczne. Gdybyśmy chcieli skupiać się tylko na ryzyku, musielibyśmy zrezygnować również np. z jazdy samochodem, bo przecież każdego roku w wypadkach ginie kilka tysięcy osób. A jednak jeździmy.

Może powiedzmy więc tym, którzy obawiają się powikłań poszczepiennych, jakie są te po covidzie, jeśli chodzi o płuca.
– Covid zostawia niekiedy olbrzymie zwłóknienia w obrębie płuc, które na stałe mogą wyłączyć niektóre ich partie. Są to zmiany nieodwracalne – a pamiętajmy, że to tylko jedno z możliwych powikłań, obok np. groźnych powikłań neurologicznych czy kardiologicznych.

a.brzeska@tygodnikprzeglad.pl

Fot. Krzysztof Żuczkowski

Wydanie: 4/2021

Kategorie: Kraj, Wywiady