Zastrzyk za złotówkę

Zastrzyk za złotówkę

Czy opłaty za niektóre usługi medyczne zbawią szpitale?

Marek Stachowiak, dyrektor Szpitala Wojewódzkiego w Koszalinie (630 łóżek, 32 tys. pacjentów rocznie, długi w normie), dodatkowe pieniądze wydałby na remonty. Tomasz Walasek, dyrektor Szpitala Powiatowego w Białogardzie (207 łóżek, 8 tys. pacjentów rocznie, przeżywa pewne zachwianie finansów), za najważniejsze uważa inwestycje, bo im lepszy sprzęt, tym krótszy pobyt pacjenta w placówce.
Szpital w Koszalinie ma od 1 kwietnia obcięty kontrakt z NFZ o 20%, szpital w Białogardzie o 30%, więc każde dodatkowe pieniądze zostaną przyjęte z radością. – Mamy niższe stawki niż na początku reformy – mówi Tomasz Walasek – więc każde pieniądze są ważne.
Jednak współpłacenie, czyli opłaty za niektóre usługi w służbie zdrowia i dodatkowe, prywatne ubezpieczenia zdrowotne – dwa tematy krążące ostatnio wśród polityków – nie budzą entuzjazmu dyrektorów obu szpitali. Obawiają się, że zaglądanie do kieszeni pacjentów ma zastąpić poprawianie systemu.
Współpłacenie jako hasło pojawiło się przy okrągłym stole służby zdrowia, który ma rozwiązywać m.in. gordyjski węzeł szpitalnych długów. Pojawiło się i natychmiast wszystkich wystraszyło. – Współpłacenie jest na razie tylko propozycją – zastrzega Agnieszka Gołąbek, rzecznik prasowy Ministerstwa Zdrowia. – Jeśliby w ogóle zostało zrealizowane, pacjenci ponosiliby tylko część kosztów za pobyt w szpitalu, a więc np. za zmianę pościeli i posiłki, nie za samo leczenie.
Wszyscy rozmówcy zastrzegają, że serce ich boli, gdy mówią o współpłaceniu, ale to lepsze niż kompletna ruina systemu. Do pomysłu rząd wróci po parlamentarnych wakacjach.
Z kolei dodatkowe ubezpieczenia jak określa minister Sikorski, znajdują się na etapie „studyjnych opracowań”. – Opowiadam się za wieloźródłowym finansowaniem systemu ochrony zdrowia. Musimy bez wywoływania lęków mówić o ubezpieczeniach dodatkowych czy prywatnych. Ale, zastrzegam, nie chodzi mi o tworzenie podziału na ludzi bogatych i biednych – to opinia ministra zdrowia.
Zdaniem prof. Zbigniewa Religi, dyrektora Instytutu Kardiologii w Aninie, społeczeństwo już od dawna jest podzielone według stanu konta. I jeśli kogoś stać i chciałby wykupić lepsze leczenie, nie należy mu tego uniemożliwiać.
Wydaje się, że jesteśmy skłonni zaakceptować taki sposób rozumowania. Prawie co drugi Polak jest za wprowadzeniem dodatkowych ubezpieczeń zdrowotnych. – Pojawia się wyraźna gotowość, by poprzeć takie inicjatywy w reformowaniu służby zdrowia, które wreszcie będą skuteczne, nawet gdyby miało to kosztować – ocenia Jerzy Głuszyński z Pentora.
Zdaniem senatora Marka Balickiego, te dodatkowe pieniądze – ok. 2 mld zł – pokryłyby jedną trzecia szpitalnych długów.
– Współpłacenie musiałoby być obwarowane różnymi ograniczeniami – zastrzega senator Marek Balicki, który nie wyobraża sobie żadnych finansowych ruchów bez szerokiej debaty. – Nie dotyczyłoby bezrobotnych i osób o najniższych dochodach. Nie dotyczyłoby leczenia dzieci, wizyt u psychiatry czy onkologa.
Wtóruje mu dyrektor szpitala w Białogardzie. W tym rejonie jest rekordowe, 37-procentowe bezrobocie, a płaca 700 zł budzi szacunek, więc trudno wyobrazić sobie, by dopłacać mogli wszyscy. Z kolei Marek Stachowicz, dyrektor koszalińskiego szpitala, zwraca uwagę na zdezorientowanie społeczne. Z jednej strony, wmawia się ludziom, że nas stać na najtrudniejsze operacje, z drugiej odmawia im się elementarnych zabiegów. Tak naprawdę nie wiemy, co nam się należy, a za co każą nam płacić.
Marek Balicki uważa, że forma jakiegoś obywatelskiego dopłacania do leczenia jest nieuchronna. Składka zdrowotna rośnie zbyt wolno. Wylicza też zalety oficjalnych, ewentualnych dopłat: – Służba zdrowia otrzymałaby zastrzyk pieniędzy, które byłyby rozliczone, bo w systemie NFZ pieniądze nie zapadają się w „jakieś koszty”. Po drugie, sensowniej korzystano by z wizyt u specjalistów. Dzisiaj wiele specjalistycznych konsultacji to zwykłe wypisanie recepty, a to może zrobić lekarz rodzinny. Po trzecie, może zmniejszy się korupcja. Zamiast dawać w kopercie, wpłacalibyśmy oficjalnie.
Sceptycznie nastawieni wyliczają przeszkody – trzeba zmienić kilka ustaw, w tym konstytucję, która gwarantuje bezpłatną ochronę zdrowia. Poza tym nie wiadomo, czy zamożni będą się garnąć do dodatkowych ubezpieczeń, czy nie wybiorą prywatnej kliniki.
Już dziś ponad milion Polaków korzysta z abonamentowych usług medycznych lub zawarło prywatne ubezpieczenie. Nie wiadomo, ilu zechciałoby skorzystać z państwowej oferty.
Na razie pogłębia się chaos i wolna amerykanka. Jedna z przychodni na warszawskim Ursynowie wprowadziła „opłaty manipulacyjne” za wizytę u specjalisty, a w stołecznym szpitalu Akademii Medycznej proponowano jednoosobowy pokój za wpłatę na specjalne konto. Nikt nie protestował. Kontakt ze szpitalem często się kończy odesłaniem do fundacji – dwa pietra wyżej, szybko i kompetentnie. Poród, operacja, tomografia – w publicznej placówce wszystko dostaniesz szybciej, jeżeli dasz kopertę pod stołem lub zasilisz podane konto. Rodziny znoszą do szpitali leki i jedzenie. I tak dalej, i tak dalej. Zgrzytamy zębami i od dawna dopłacamy.
Na pewno zracjonalizowanie tego dopłacania ma sens, ale nie jest lekiem na całe zło. Nie tylko pacjenci mają dźwigać służbę zdrowia.


Czy jesteś za wprowadzeniem dodatkowych ubezpieczeń zdrowotnych?
Tak – 45%
Nie – 43%
Nie mam zdania – 12%
Źródło: Pentor, sierpień 2003

 

 

Wydanie: 34/2003

Kategorie: Kraj

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy