Pearl Harbor show

Pearl Harbor show

Na to imponujące widowisko wyłożono 135 milionów dolarów

W ciągu siedmiu sekund ataku lotniczego na amerykańską bazę marynarki wojennej w Pearl Harbor na ekranie wybucha aż 350 bomb. W powietrze wylatuje 17 okrętów. Bomba, zrzucona przez japoński samolot na amerykański pancernik „Arizona”, przebija kilka pokładów, dostaje się do magazynu amunicji, gdzie eksploduje, dając gigantyczne widowisko pirotechniczne. To główne atrakcje przygotowane przez twórców „Pearl Harbor”, najgłośniejszej hollywoodzkiej produkcji tego sezonu. Na resztę historii – banalny i ckliwy romans typu „ich dwóch, ona jedna” – lepiej spuścić zasłonę milczenia.
Z tego właśnie powodu zarówno twórcy, jak i krytycy, wypowiadając się o filmie, poruszają głównie kwestie finansowe. Budżet miał aż pięć coraz bardziej okrojonych wersji, a reżyser, Michael Bay, czterokrotnie wycofywał się z pracy na planie

w proteście przeciwko obcinaniu funduszy.

Producenci – wytwórnia Disneya – pamiętali jednak, że poprzedni film Baya, „Armageddon”, przekroczył planowany budżet aż o 35 mln dolarów. Wprawdzie okazał się kasowym hitem, ale ponieważ jego produkcja pochłonęła aż 174 mln dolarów, był też „hitem największego ryzyka”. Podobnie dzieje się z „Pearl Harbor”, na który ostatecznie wyłożono 135 mln. Reżyser uważał ciągle, że to „czyste złodziejstwo” i sam pożyczył od wytwórni trzy miliony dolarów, aby zainwestować je w film. Niestety, bez sukcesu, przynajmniej finansowego. Suma wpłacona na rachunek inwestycyjny jednego z banków w Beverly Hills przepadła w trakcie operacji finansowych, mających ją pomnożyć. Reżyser odgraża się, że pozwie bank do sądu.
Ben Affleck, odtwórca głównej roli, musiał się ostatecznie zadowolić gażą w wysokości zaledwie 250 tys. dol. (negocjacje rozpoczęły się od sumy 12 mln dol.).

Aby obniżyć koszty obsady,

wybrano stosunkowo mało znanych i niewiele wymagających aktorów: Kate Backinsale do roli pielęgniarki (oświadczyła prasie, że „prawie nic nie zarobiła”) oraz Josha Hartentta.
Wytwórnia Disneya oblicza, że aby film pokrył wszystkie koszty związane z produkcją i reklamą, musi na całym świecie zarobić aż 400 mln dolarów. Nie będzie to łatwe, zważywszy, że tego lata tylko w Stanach animowany „Shrek” – nakręcony w wytwórni Spielberga, a nastawiony na wyraźną walkę z kreskówkami Disneya – odebrał „Pearl Harbor” co najmniej kilka milionów widzów.

Scenariusz przerabiano nieustannie

nie tylko dlatego, że z fabuły wypadały kolejne sceny z użyciem ciężkiego sprzętu wojennego. W 2001 r. publiczność światowa nie zdradza szczególnego zaciekawienia kinem batalistycznym. Dlatego łatwo w trzygodzinnym filmie popełnić błąd – za dużo militariów i kina będzie omijać widownia kobieca; zbyt łzawy romans i zainteresowanie dla filmu wojennego tracą mężczyźni. Za sprawdzony wzór proporcji między efektami specjalnymi ostatecznie przyjęto „Titanica”. Autor filmowej historii, Randall Wallace (wcześniej napisał scenariusz do „Braveheart”), w ramach nieustannych poprawek, z dwóch braci-pilotów, zakochanych w tej samej pielęgniarce, uczynił dwóch najlepszych kumpli. Aby historia zyskała optymistyczne zakończenie, uwieńczono ją także sceną bombowego ataku na Tokio w 1942 r. Jednak nawet wytrawny scenarzysta nie poradziłby sobie z całą serią poprawek o charakterze historycznym. Zatrudniono więc dwóch pomocników, którzy pośredniczyli między nim a sztabem konsultantów historycznych, dbających, by na planie zgadzały się wszystkie istotne szczegóły. Od kolekcjonerów wypożyczono więc samoloty z epoki, a pielęgniarki posługują się na ekranie dokładnie takimi samymi materiałami opatrunkowymi, jak ich poprzedniczki podczas ostatniej wojny.
To wszystko nie wystarczyłoby jednak do nakręcenia sceny batalistycznej o odpowiednim rozmachu. Aby atak bombowy wyglądał realistycznie, posłużono się efektami komputerowymi, stworzonymi w najlepszych na świecie studiach Industrial Light and Magic George’a Lucasa. Liczbę samolotów na ekranie pomnożono elektronicznie, a scenę zatonięcia pancernika „Oklahoma” przedstawiono jako

naprawdę imponującą katastrofę.

Dla pełni efektu nie wystarczyły bowiem zdjęcia, nakręcone w ogromnym, obracającym się basenie, gdzie powstało wiele sekwencji „Titanica”.
Powstaje jednak pytanie, czy ta perfekcyjna technika otworzy rzeczywiście nowy rozdział w kinie batalistycznym? To raczej wątpliwe, zważywszy na dokonania ostatnich lat w tej dziedzinie. Rozmach ogromnej operacji wojskowej pokazał jeszcze w 1962 r. Ken Anankin w „Najdłuższym dniu”, filmując operację „Overlord” – inwazję aliantów na Normandię w czerwcu 1944 r. Anankin miał do dyspozycji dwóch reżyserów pomocniczych, którzy zajmowali się wyłącznie przemieszczaniem na planie wielkich mas ludzkich. Radziecka batalistyka lat 70. (“Oni walczyli za ojczyznę”, “Wyzwolenie” czy „Blokada”) operowała podobnymi środkami. Wnosiła jednak element ludzkiego dramatu. Uprzytamniała też, że sama wojna na Wschodzie była bardziej okrutna. Balet lotniczy w popisowym wykonaniu oglądaliśmy już przed 50 laty w filmie Howarda Hawksa „Mściwy jastrząb”, gdzie załoga amerykańskiego bombowca, przypadkowo wplątana w japoński atak na Filipiny, rewanżuje się wrogom brawurowymi nalotami. W japońskim filmie „Tora, Tora, Tora”, podobnie jak w brytyjskiej „Bitwie o Anglię”, samolotów było już znacznie więcej.
Osobną sztuką okazało się filmowanie scen batalistycznych, co udowodnił mistrz kamery, Janusz Kamiński, na planie „Szeregowca Ryana” z 1998 r. A kino poświęcone tematowi wietnamskiemu dodatkowo podwyższyło poprzeczkę scen batalistycznych – zwłaszcza „Czas apokalipsy” Francisa Forda Coppoli.
Jeżeli porównamy “Pearl Harbor” z powyższymi przykładami, film wiele traci. I parada efektów nie jest w stanie znacząco mu pomóc.

Wydanie: 28/2001

Kategorie: Kultura

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy