Literatura po 1989 roku

Literatura po 1989 roku

Wyborna poezja, średnia proza, rodzima literatura feministyczna…

Prawdziwa literatura nie rozwija się w rytmie wydarzeń i przełomów politycznych, więc nie ma powodów oczekiwać, by w III RP powstały jakieś dzieła, które wcześniej nie mogły. Literatura powstaje, kiedy chce, co najwyżej nie jest wydawana z jakichś głupich politycznych powodów. W latach 90., a w zasadzie to już pod koniec lat 80., pojawiła się u nas fala literackich zaległości emigracyjnych, które jak najsłuszniej wreszcie wydano, choć niesłusznie uznano, że wszystko to są arcydzieła. Ta fala wyhamowała rozwój literatury w kraju i dopiero od kilku lat sytuacja się normalizuje. A normalizuje się tak, że na plan pierwszy wysuwa się literacka konfekcja, która na całym świecie jest głównym towarem w księgarniach, pod tym względem bardzo szybko się europeizujemy – uważa Leszek Bugajski, krytyk literacki z „Twórczości”, chociaż przyznaje, że nasza literatura rozrywkowa z roku na rok jest coraz bardziej profesjonalna. Jaki z tego wniosek? – Że zmiany ustrojowe dobrze zrobiły literackiemu rzemiosłu, ale nie sprzyjają literaturze artystycznej, która wyraźnie zanika.
– Przez ostatnich 15 lat nasza literatura stała się nowoczesna, przybyło dużo książek, ale bardzo mało arcydzieł. Gdyby mi dziś przyszło układać antologię poezji i prozy polskiej po komunizmie, nie przeżywałbym specjalnych dramatów wyboru. Byłoby w niej ok. 12-15 nazwisk i być może drugie tyle książek, z wyraźną przewagą poezji – stwierdza Stanisław Bereś, badacz literatury i krytyk, w specjalnym dodatku do dziennika „Fakt”. – Przerzucając roczne spisy publikacji z ostatnich 15 lat, uświadomiłem sobie, że te wielkie zestawienia – nafaszerowane wieloma bestsellerami, książkami laureatkami i wprowadzonymi już do szkół dziełami niedawnych debiutantów – niewiele niestety dla mnie dziś znaczą i oprócz paru książek Miłosza, Różewicza, Rymkiewicza, Szymborskiej, Krynickiego czy Miłobędzkiej nie chciałbym dać za nie głowy.
Ryszard Matuszewski także wymienia Miłosza, Szymborską, Różewicza, Herberta, Białoszewskiego i dodaje: – Ostatnie pokolenie, które do mnie przemawia, to Ewa Lipska, Stanisław Barańczak, Ryszard Krynicki, Adriana Szymańska, Adam Zagajewski.

Etosy do kosza

Po 1989 r. literatura straciła uprzywilejowaną pozycję, jaką miała u nas od czasów romantyzmu. Upadł etos pisarza i wieszcza, sumienia narodu. – Kiedy pisarz znalazł się na wolnym rynku, jego status drastycznie spadł – uważa Józef Hen, pamiętający czasy, gdy pisarz był kimś, a stypendia i emerytury twórcze budziły powszechną zazdrość. – Na wolnym rynku dobry pisarz to taki, którego produkty, czyli książki, dobrze się sprzedają. Liczy się kryterium ilościowe, nie jakościowe. Kupieckie, nie artystyczne.
Wraz ze spadkiem statusu pisarza stracił znaczenie status krytyka literackiego. W czasach PRL głos Kazimierza Wyki czy Konstantego Puzyny odbijał się echem w całym środowisku, miał wpływ na poczytność książek i ich adaptacje teatralne. Dzisiaj ma znaczenie głównie środowiskowe i towarzyskie. Dlaczego tak jest? Zdawałoby się, że teraz są idealne warunki: nie ma cenzury, krytyk może być bezstronny, pisać, co mu się podoba i gdzie mu się podoba. Na takie pytanie Ryszard Matuszewski, krytyk literacki i autor podręczników szkolnych, wybucha śmiechem: – Dzisiaj krytyk ma, oczywiście, więcej swobody, ale to nie znaczy, że nie ma problemów. Warunki jego pracy są dużo trudniejsze niż w czasach PRL. Co prawda, nie ma cenzury, ale dają się mocno we znaki prawa rynku. Trudności dotyczą także pisania na bieżąco o wydarzeniach literackich, ponieważ znikły tygodniki literackie. Są miesięczniki, np. „Nowe Książki” czy „Twórczość”, ale mają bardzo mały nakład i wąski krąg czytelników. Poza tym teksty muszą być krótkie. Mowy nie ma, żeby jakaś recenzja liczyła więcej niż cztery strony, a czasem chce się coś poważniejszego napisać.

Rozproszenie

Uderzającą cechą życia literackiego III RP jest jego rozproszenie. Polega ono głównie na skupieniu pisarzy wokół szeregu kwartalników i lokalnych, niskonakładowych czasopism, uwiądzie stowarzyszeń środowiskowych, a co za tym idzie, ograniczonej komunikacji, braku dyskusji literackich o szerokim zasięgu, zaniku jednolitych hierarchii artystycznych i autorytetów.
Zamiast tego pojawiły się niezliczone promocje, akcje marketingowe, targi i kiermasze książki. Autor również, podpisując umowę z wydawcą, zobowiązuje się do działań promocyjnych, czyli udzielenia określonej liczby wywiadów (często określonym mediom), odbycia określonej liczby wieczorów autorskich itd. – Odkąd autor znalazł się na wolnym rynku, stał się towarem tak samo jak książka. Może mu się to podobać albo nie, ale jeśli nie bierze udziału w tej zabawie, wypada z gry – zauważa Janusz Głowacki, który już się nie buntuje przeciwko mechanizmom wolnego rynku. Przyzwyczaił się do nich wiele lat temu w Stanach Zjednoczonych, gdzie pisarz nigdy nie miał etosu, lecz był traktowany jako „dostarczyciel towarów książkowych według umowy”, znajdujący się na początku „łańcucha pokarmowego” – zarabiali na nim agenci literaccy, wydawcy, dystrybutorzy, księgarze i media, czego nikt nie ukrywał. Pertraktacje dotyczyły terminów i honorariów, nikt nie wspominał o misji, lecz o nakładach, czyli o pieniądzach.
Jawne mówienie o tym, że książka ma się przekładać na dochody, to również nowość III RP.
– Żeby być wolnym twórcą, trzeba mieć pieniądze – przyznaje otwarcie Wiesław Myśliwski, autor bestsellera „Kamień na kamieniu” (280 tys. sprzedanych egzemplarzy od pierwszego wydania w 1984 r.), laureat pierwszej edycji Nagrody Literackiej Nike. Nagrody, która przez krytyków, pisarzy i branżę wydawniczą jest uważana za istotne wydarzenie ostatniego 15-lecia.
– Nike stała się ważną instytucją opiniotwórczą, marketingową, promocyjną, motywacyjną i prestiżową – uważa Marcin Bielski, krytyk literacki młodej generacji. – Choć budzi różne opinie w środowisku, przez jednych jest chwalona, przez drugich krytykowana, ma ogromny wpływ na rynek książki. Wielokrotnie podnosi nakład i pomnaża zyski, czemu zresztą służy większość nagród i konkursów literackich mniejszej rangi.

Nudna proza i bestsellery

– Największy zawód, jaki przeżyłem po 1989 r. w związku z literaturą, dotyczy polskiej prozy – wyznaje Stanisław Bereś. Po okresie nieprawdopodobnych uniesień i nadziei, związanych z wchodzeniem na rynek literacki w początkach lat 90. młodych wówczas prozaików pod wodzą Gretkowskiej, Stasiuka, Tryzny i Tokarczuk, z przykrością obserwowałem, jak za ich plecami rośnie wielka fala półtalentów i rzuca pod nasze stopy nie perły narracji, ale ławice mazistej cieczy literackiej, której głównymi składnikami są: śmiertelna nuda, pretensjonalność, narcyzm, pseudonowatorstwo i niezdolność do oderwania się od własnego ogona.
– Często „dziełami” obwoływane są komercyjne wyroby, a uniwersyteccy profesorowie z nowego zaciągu nie wstydzą się poświęcać im całokolumnowych bredni w poważnych gazetach – dodaje Leszek Bugajski. – Tu się pojawia kwestia krytyki, która (po śmierci tzw. tygodników społeczno-kulturalnych) trwa jeszcze w niskonakładowych czasopismach specjalistycznych, natomiast w wysokonakładowych o książkach piszą dziennikarze, którzy na ogół nie wiedzą, o czym piszą, a i nikt nie chce, by pisali więcej i mądrzej. Dziennikarzy interesuje: „kto? co? kiedy?” i z tymi pytaniami podchodzą do literatury, więc nie ogarniają kontekstu, nie interesuje ich, skąd dany utwór się wziął, jak się ma do innych, co on znaczy etc. Żeby wszystko było jasne: lubię literaturę rozrywkową, byle leżała na właściwej półce.
Ale nie wszyscy są tak wybredni jak profesjonalni krytycy. Świadczą o tym oszałamiające wyniki sprzedaży dziesiątek tytułów z różnych dziedzin i gatunków literackich. Wśród autorów bestsellerów ostatnich lat są zarówno ci z najwyższej półki, jak i dostarczyciele literatury popularnej. Do tych pierwszych zalicza się Ryszard Kapuściński, którego każda książka staje się hitem, a na dodatek zbiera świetne recenzje i nagrody. Do czołówki list bestsellerów trafia każda książka Joanny Chmielewskiej i Katarzyny Grocholi, najbardziej poczytnych, choć regularnie miażdżonych przez krytykę pisarek ostatniej dekady. Nie należy już do nich Manuela Gretkowska, która była u szczytu sławy w połowie lat 90., a potem jej popularność drastycznie spadła. W dziesiątkach tysięcy liczą się od lat nakłady kolejnych tytułów Olgi Tokarczuk, Janusza Głowackiego, Andrzeja Stasiuka, Stefana Chwina, Jerzego Pilcha i Pawła Huellego. Ostatnio do tej grupy dołączył Wojciech Kuczok, laureat Nike za powieść „Gnój”, najbardziej utalentowany pisarz młodego pokolenia.

Szturm feministek i fantastów

Literatura fantasy i science fiction była obecna na polskim rynku przed 1989 r., choć nie w tak masowej skali jak w czasach III RP. Pogardzana przez krytyków funkcjonowała niejako w cieniu, na marginesie literatury. Potem proporcje się odwróciły. Pisma literackie upadały bądź ograniczały nakład do śladowych ilości, a „Nowa Fantastyka” wychodziła w kilkudziesięciu tysiącach egzemplarzy. Pisarze fantasy z Andrzejem Sapkowskim i Rafałem Ziemkiewiczem na czele stali się obiektem kultu licznych fanklubów, ich książki stawały się bestsellerami, sprzedaż sięgała 100 tys. egzemplarzy. Na stronie internetowej miłośników fantasy można przeczytać, że tym gatunkiem para się dzisiaj ponad stu autorów, m.in. Oramus, Jabłoński, Huberath.
Natomiast literatura feministyczna to całkowite novum III RP. Do świadomości czytelniczej przebijała się powoli i z trudem, ale skutecznie. Dziś jej pozycja jest ugruntowana i zdaje się wzrastać. W ciągu ostatnich 10 lat nastąpił istny wysyp polskich książek feministycznych: „Damy, rycerze, feministki” Sławomiry Walczewskiej, „Kopciuszek, Frankenstein i inne” Kazimiery Szczuki, „Postać z cieniem” Bożeny Umińskiej, „Świat bez kobiet” Agnieszki Graff, „Karoca z dyni” Kingi Dunin, „Chwała czarownicom” Krystyny Kofty i wiele innych. Pisarki feministki postawiły sobie nie tylko cele literackie, lecz także, a czasem przede wszystkim, przemianę światopoglądu czytelniczek i czytelników, przemianę kultury patriarchalnej w kulturę partnerską. Piszą o społecznej tożsamości płci, obnażają i przełamują stereotypy dotyczące płci i relacji między płciami. – Poglądy feministyczne są obecne w moich powieściach i wiem od czytelniczek, że przebijam się z nimi – przyznaje z satysfakcją Krystyna Kofta.
To już nie jest feminizm importowany, ale nasz rodzimy. Niezaprzeczalne osiągnięcie kultury III RP.

Internetowa bania

Pojawiły się nowe obiegi literackie i nowe sposoby dystrybucji. Wielkie, ogólnokrajowe sieci księgarń (Empik, Matras), sprzedaż książek w supermarketach i kioskach, często hurtem, w wielopakach po kilka sztuk lub na wagę. Literatura zawędrowała do Internetu. W sieci można książkę nie tylko przeczytać czy kupić, ale również o niej podyskutować. – To jest gigantyczne, największe w kraju forum pisarskie – przyznaje Stanisław Bereś. – Spotkania koncesjonowanych pisarzy na promocjach i dyskusjach w związkach twórczych to ilościowe nic przy tej internetowej bani z literaturą, która rozlała się w sieci. Wprawdzie królują tam bezwstydna grafomania i nieludzka naiwność, ale nie ma powodu, by w tej wulkanicznej masie propozycji nie destylowały się diamenty, wynika to z samej statystyki i z mojego prywatnego doświadczenia jurora kilku prowincjonalnych konkursów poetyckich. Wiersze zrodzone na internetowych forach to coraz częściej utwory dojrzałe, sprawne warsztatowo.
Jednak ruch internetowy to domena pokoleń urodzonych w latach 80. i 90. Starsze roczniki na ogół ani tam nie zaglądają, ani nie publikują. A już zwłaszcza nestorzy polskiej literatury i jej mistrzowie. Wisława Szymborska, Tadeusz Różewicz, Wiesław Myśliwski, Józef Hen, Edward Redliński, Ewa Lipska, Andrzej Żuławski i wielu innych – piszą ręcznie, komputerów nie posiadają i nie potrafią (bo nie chcą) się nimi posługiwać. O dyskusjach internetowych nic nie wiedzą, czasem tylko od wydawców dowiadują się, że ich książka wywołała żywe e-opinie.
– Literatura w postaci sobie właściwej, tzn. jako książka, dociera dziś do dość ograniczonej liczby odbiorców. Ogromna ilość nastolatków żyje Internetem i telewizją, co sprawia, że książka nie jest dla nich czymś tak ważnym jak dla mojego pokolenia – podkreśla Ryszard Matuszewski. – Ale mnie to nie martwi. Literatura zawsze była pokarmem wybranych, zwłaszcza niektóre jej gatunki. Więc nie lamentujmy.

 

Wydanie: 8/2005

Kategorie: Kultura
Tagi: Ewa Likowska

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy