Archiwum

Powrót na stronę główną
Kraj

Watchdog szczerzy kły

Niełatwo być aktywistką, szczególnie w najmniejszym województwie Polski.

– Mam w sobie coś takiego, że okazuję sprzeciw. Tak było jeszcze za komuny, podczas strajków studenckich na Śląsku. Kiedy nastało PiS, poczułam ten sam zew, że tak być nie może, stąd KOD od 2016 r. Coraz więcej ludzi wtedy rezygnowało z aktywności, protesty niczego nie zmieniały, ale ja jestem uparta i konsekwentna – mówi Małgorzata Besz-Janicka, przewodnicząca i nowa twarz opolskiego KOD. Inżynierka środowiska, właścicielka pierwszych szkół językowych w Opolu, koordynowała obywatelską kontrolę wyborów w regionie. Począwszy od samorządowych pięć lat temu, przez europejskie, parlamentarne, po prezydenckie. Wszystko społecznie. – Sakramencka robota, tygodniami nie wiedziałam, jak się nazywam, ale wydawało się to cholernie ważne – stwierdza.

Opolski KOD występował ze wsparciem dla Strajku Kobiet, nauczycieli, imigrantów, monitorował sprawę zatrutej Odry, bronił niezależności lokalnej prasy. Członkini m.in. społecznej rady mediów cieszy się na Opolszczyźnie ogromnym zaufaniem. Wyważona, delikatna, ale nieustraszona. I torunianka, od lat na Śląsku. Uzupełnia się charakterologicznie z inną działaczką społeczną na tym terenie, Joanną Radzińską-Iwaszkiewicz. Łączy je poczucie sprawiedliwości, odwaga, poza tym miłość do koni i psów. Niechętnie mówią o sobie, ale skoro już się zdecydowały, to szczerze.

Joanna Radzińska-Iwaszkiewicz ściągnęła do Opola Alinę Czyżewską, aktywistkę wywodzącą się z Sieci Obywatelskiej Watchdog i Kultury Niepodległej, obywatelskiego ruchu ludzi kultury. Watchdog prawdopodobnie po raz pierwszy zawitał wtedy do Opola. – To było po wydarzeniach z 13 grudnia 2019 r. w oddziale Muzeum Śląska Opolskiego, czyli Muzeum Czynu Powstańczego w Górze Świętej Anny, skąd w skandaliczny sposób zwolniono wszystkich pracowników – opowiada Joanna Radzińska-Iwaszkiewicz. Nie ukrywa, że jednym z nich, kierownikiem muzeum z 11 letnim stażem, był jej mąż.

W wyniku współpracy z Czyżewską w 2020 r. powołała do życia Niepodległą Opolską Kulturę (NOK), założoną także z synem, wówczas studentem prawa, i kilkoma innymi osobami. – Bliskie są nam ideały Watchdoga, a instytucje kultury interesują nas szczególnie, bo działy się tam rzeczy, które nie podobają się nam, obywatelom. Od czterech lat sprawdzamy władzę. Stowarzyszenie NOK doprowadziło np. do unieważnienia posiedzenia komisji kultury urzędu marszałkowskiego – nie było kworum, co nie przeszkadzało w głosowaniu. Dzięki nam Opolska Izba Obrachunkowa wszczęła postępowanie wobec Muzeum Śląska Opolskiego, zwolniono też Monikę Ożóg, jego dyrektorkę, po ujawnieniu przez Alinę Czyżewską plagiatu, którym tamta posłużyła się w konkursie na stanowisko – mówi.

Władza pokazała, że nie lubi kontroli obywatelskiej. Były już marszałek województwa opolskiego Andrzej Buła, świeży europoseł, pozwał Czyżewską za naruszenie „dóbr osobistych województwa”. Spektakularnie wygrała.

Za drobiazgowymi badaniami, wgryzaniem się w liczby, daty, za odnajdywaniem połączeń między wydatkami, decyzjami i postaciami stoją księgowi, prawnicy, działacze pro bono. Ze względu na bezprecedensowy pozew marszałka i próbę wywołania efektu mrożącego („województwo kontra aktywistka”) lokalne watchdogi w większości pozostają incognito. „Gębę” dają Radzińska-Iwaszkiewicz i Besz-Janicka.

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Świat

Długa batalia, dwuznaczny wynik

Najsłynniejszy sygnalista świata po wielu latach uwięzienia ostatecznie został zwolniony.

W środę, 26 czerwca, Julian Assange po raz pierwszy od ponad 14 lat postawił stopę w ojczystym kraju, Australii. Kilkanaście godzin wcześniej stanął po raz ostatni przed sądem, a zarazem po raz pierwszy przed sądem amerykańskim.

Na wyspie Saipan, stolicy Marianów Północnych na Pacyfiku, w ramach wynegocjowanej wcześniej ugody (tzw. plea deal) przyznał się do jednego z 18 zarzutów stawianych mu przez prawników rządu USA: do spiskowania w celu pozyskania niejawnych dokumentów dotyczących obronności Stanów Zjednoczonych. W zamian przedstawiciele Waszyngtonu porzucili resztę zarzutów, za które 52-letniemu obecnie Australijczykowi groziło 175 lat za kratami. Uznali ponad pięć lat spędzonych w brytyjskim więzieniu o zaostrzonym rygorze Belmarsh za wystarczającą i odbytą karę.

Przed sądem Assange powiedział: „Pracując jako dziennikarz, zachęcałem moje źródło do dostarczenia informacji, która była niejawna, w celu opublikowania jej”. Co istotne, dodał: „Wierzę, że pierwsza poprawka (amerykańskiej konstytucji – przyp. JO) chroniła to działanie, ale akceptuję fakt, że było to naruszenie przepisów o szpiegostwie”. Konkretnie chodzi o szpiegostwo według tzw. Espionage Act z 1917 r.

Cierpiał pod parasolem prawa.

Wilk syty i owca cała? Mało kiedy to porzekadło tak trafnie opisuje istotę rzeczy. Bo z jednej strony rząd USA może być zadowolony. Od 2012 r., gdy Assange uzyskał schronienie w ambasadzie Ekwadoru w Londynie, Waszyngton domagał się ekstradycji założyciela platformy WikiLeaks. Teraz Assange częściowo przyznał się do przestępstwa, za które Stany Zjednoczone uważały największy w historii USA wyciek drażliwych i demaskujących danych dotyczących działań m.in. wojsk amerykańskich podczas wojen w Iraku i Afganistanie oraz okupacji tych krajów. Dlatego władze USA mogą przedstawiać się na arenie międzynarodowej jako co prawda twarde, ale praworządne – odbył się przecież proces i zapadł wyrok, do którego trudno się przyczepić. Wygrał też prezydent Joe Biden. W trakcie kampanii wyborczej nie będzie musiał się obawiać, że sprawa Assange’a wybuchnie. Bliscy sygnalisty oraz eksperci ds. tortur twierdzili bowiem, że z powodu złego traktowania stan Assange’a w więzieniu był tak fatalny, że wiązał się z ryzykiem popełnienia samobójstwa.

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Felietony Wojciech Kuczok

Marek zwany podwójnym

Do lasu (odc. 1)

Głupi Eryś może i nie był taki z urodzenia, tylko za dużo się uczył. Pierwszy w klasie umiał czytać, ale się nie przyznawał, żeby nie drażnić innych, którym składanie liter szło opornie. Z rachunkami było gorzej, bo jak litery składały się w słowa, te w zdania, a zdania w opowieści, tak od cyferek myśli mu uciekały. Ile by wzorów nie wykuł na blachę, i tak potykał się w prostych działaniach, bo Eryś łatwo i chętnie się rozpraszał; mógł bezbłędnie rozwiązać równanie z dwiema niewiadomymi prawie do samego końca, by ostatecznie pomylić znak mnożenia z plusem. Chwile nieuwagi podczas lektury nie wypaczały treści, między słowami kryły się miejsca dla rozkojarzeń, zaczytany Eryś po wielekroć wysnuwał własne wątki poboczne, aby potem bezkarnie wrócić do tekstu, tymczasem matematyka wymagała bezbłędności i skupienia. Mogło to być rodzinne, bo ile by się jego ojciec nie narachował, zawsze mu brakowało pieniędzy po wypłacie, i przecież nie dlatego, żeby przepijał w drodze do domu. Ojciec Erysia, Karol, zwany Suchym, od kiedy pamiętano, zawsze się wymawiał od wypitki, kielicha nie tknął, „Mało nie lubię, a dużo nie mogę”, mówił, więc musiał kiedyś pić, lecz dawno i na osobności, bo najstarsi górale, ci o trzeźwej pamięci, mieli Karola za upartego abstynenta. Brakowało pieniędzy, bo Karol za dużo pracował – tak to już się na tym świecie porobiło, że jedni harują za psi grosz, a innym manna spada z nieba, Suchy Karol za późno dostrzegł w tym regułę. Od dziecka miał smykałkę do drewna, z byle patyka umiał wydłubać duszę, z wiekiem rozwinął talent tak, że mógłby założyć własną stolarnię, ale jak się już raz za młodu zatrudnił w zakładzie, pozostał mu wierny. Uczciwie i cierpliwie robił z drzwi, krzeseł i innych mebli dzieła sztuki, za które całą chwałę zbierał właściciel, firmujący swoim nazwiskiem wszelkie wyroby – Karol pracował sumiennie, więc nie miał czasu dorabiać na boku.

Na czas wakacji zamiast felietonów autor przygotował nowelę w odcinkach. W tym numerze premiera pierwszego.

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Aktualne Notes dyplomatyczny

Widziane z boku

Oto główny temat polskich komentarzy ostatniego tygodnia ze sfery stosunków międzynarodowych. Prezydent Andrzej Duda pojechał do Chin i był tam podejmowany na najwyższym szczeblu i z najwyższymi honorami. Polska prawica, zachwycona tym, wołała zatem o wielkim międzynarodowym sukcesie (Dudy oczywiście). A liberałowie z tej wizyty się podśmiewali (że Duda wdzięczy się do sojuszników Rosji, poza tym nic nie może). Innymi słowy, na wizytę prezydenta patrzono przez partyjne okulary.

Zupełnie bez sensu. Ludziom PiS przypomnijmy, że Chinami rządzą komuniści, demokracji tam nie ma, a Pekin jest uznawany przez Donalda Trumpa (to ich nadzieja, prawda?) za głównego przeciwnika Ameryki. Trumpiści chcą nakładać cła na Chiny i odcinać kraj od Zachodu – najbardziej. Ta prawica powinna więc krzyczeć „zdrada!” najgłośniej, a chwali.
Liberałom przypomnijmy z kolei, że do Pekinu jeżdżą wszyscy – Olaf Scholz, Emmanuel Macron, i bardzo im na dobrych kontaktach z Xi Jinpingiem zależy. Nie kryją się z tym. Nie bez znaczenia jest też teza, że zakończenie wojny rosyjsko-ukraińskiej bardziej zależy od Chin niż od USA…

Pytanie wobec tego nasuwa się samo: czy mamy łamigłówkę geopolityczną, czy też swojską, partyjną? Że Duda chce się chwalić, a Platforma chce go szczypać?

To jeszcze jedna uwaga: przecież prezydent nie pojechał do Pekinu sam. Towarzyszyli mu i podpisywali dwustronne umowy (wcześniej wynegocjowane) wiceministrowie: spraw zagranicznych – Teofil Bartoszewski, i rolnictwa – Jacek Czerniak. Te pół kroku polski rząd zatem uczynił. A teraz jakby nie wiedział, co dalej… Można więc rzec, że wreszcie Polsce przydał się prezydent Duda. Bo da się go wysłać do Pekinu, niech tam się ściska. A potem albo temu przyklasnąć, albo się odciąć. Ach, Donaldzie Tusk, jakbyś nie miał Dudy, tobyś musiał go wymyślić…

A teraz zejdźmy parę szczebli niżej. Otóż Radosław Sikorski wysyła Małgorzatę Kosiurę-Kaźmierską na ambasadora do Norwegii. Prezydent jej nominację podpisze – była ona za czasów PiS dyrektorem Departamentu Wschodniego (wcześniej – wicedyrektorem), więc musi ją uznać za swoją i za zawodowca. Zwłaszcza że nie powinna być mu obca. Chętnie występowała podczas różnego rodzaju konferencji i paneli, w których brali też udział urzędnicy Kancelarii Prezydenta, i tam się wypowiadała. Potem zresztą pracownicy MSZ niektóre jej cytaty sobie podsyłali. Na przykład taki, że Polska musi rozmawiać z rosyjską opozycją i na nią stawiać, bo to jedyne źródło informacji o Rosji i Rosjanach. Bardzo to ucieszyło naszych dyplomatów i różnych specjalistów od Wschodu.

W zasadzie więc nikogo to nie dziwi, że minister Sikorski delikatnie pozbywa się szefowej jednego z najważniejszych departamentów. Bo jeżeli chce mieć pożytek z tego departamentu, sprawne narzędzie do jakichś działań, musi taki ruch wykonać.

W przypadku Małgorzaty Kosiury-Kaźmierskiej mniej ważne jest, dokąd jedzie, a zdecydowanie bardziej – skąd.

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Felietony Paweł Dybicz

Immunitet to nie bezkarność

Wydawałoby się, że po występie biało-czerwonych będziemy już tylko w wakacyjnym nastroju oglądać mistrzostwa Europy, bez narodowego uniesienia, z przekonaniem: niech wygra lepszy. Nic z tych rzeczy. O mocne wrażenia zadbają nasi politycy – niezawodni, niemal zawsze w formie. Nie dadzą nam spokoju, nadal będą zajmować głowę swoimi problemami. Choćby immunitetami.

Nasi piłkarze na dużych imprezach od lat grają trzy mecze: pierwszy o punkty, drugi o wszystko i trzeci o honor. W starciu z Francją pokazali, że trochę tego ostatniego mają (gorzej z umiejętnościami). Z przegranymi prawicowcami jest inaczej. Lista przewin ludzi Ziobry, którym prokuratura chce uchylić immunitet, jest długa i zatrważająca. Mimo to koledzy i koleżanki z parlamentu zawzięcie ich bronią, zresztą w coraz głupszy, porażający sposób. Wiadomo, dlaczego robią to ziobryści. A dlaczego wspierają ich kaczyści? Bo wiedzą, jak wiele sami mają na sumieniu. Stali się tak zapalczywi, że nie chcą przypomnieć sobie własnych słów, że niewinni nie mają czego się obawiać. Co takiego się zmieniło, że niedawni rządzący zapomnieli o swoich maksymach? Oczywiście zajmowane miejsce w sali plenarnej Sejmu. Ale także prawdopodobieństwo odsiadki.

Wielu wyborców byłej opozycji oczekuje, wręcz żąda szybkiego rozliczenia afer Zjednoczonej Prawicy. Przestrzegam przed tym. Tylko dobrze udokumentowane, prawidłowo wyciągnięte wnioski z postępowań prokuratorskich i umocowane prawnie akty oskarżenia mają szansę powodzenia przed sądem. Tu pośpiech nie jest wskazany, bo największym blamażem ekipy Tuska-Bodnara byłyby sprawy, w których sąd nie podzieliłby opinii prokuratury i uniewinnił ludzi takich jak Romanowski czy Woś. Ci ostatni deklarują, że nie złamali prawa. Tym bardziej powinni więc dążyć do procesów, bo ich uniewinnienie zwiększyłoby szanse prawicy na pokonanie obecnie rządzących.

Większość parlamentarna też nie powinna kierować się zasadą: bronimy swoich mimo wszystko.

Jednak sednem sprawy pozostaje samo rozumienie instytucji immunitetu. Słowo immunitet nie może być uznawane za synonim bezkarności. Nie powinno być tak, że sprawca kolizji drogowej, poseł pijaczek zasłania się immunitetem, odmawiając policji dmuchnięcia w alkomat. Owszem, Sejm musi się wypowiedzieć w sprawie zatrzymania, aresztu tymczasowego posła czy senatora. Ale czy trzeba jego zgody, by parlamentarzysta mógł stanąć przed prokuratorem i złożyć zeznania? Nawet w sprawie z powództwa cywilnego! Jak to się ma do równości praw? Trzeba mówić głośno, że tak szeroko rozumiany immunitet jest dowodem nie tylko na bezkarność wybrańców narodu, ale i na nierówność obywateli RP. A czy zmiana zakresu immunitetu nie powinna być w sferze zainteresowania Lewicy? Owszem! Ale u nas nie istnieje Lewica, tylko Lewica Inaczej.

PS Chcących wspomóc PRZEGLĄD proszę o wpłaty:
Fundacja Oratio Recta
Nr konta: 72 1090 2851 0000 0001 2023 9821

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Aktualne Pytanie Tygodnia

Jakie prawa są w Polsce najczęściej łamane?

Dominika Kuna,
wykładowczyni, Uniwersytet SWPS

Rozpoczęły się wakacje, dlatego warto zacząć od zwrócenia uwagi na ochronę wizerunku dzieci. Rodzice udostępniają dziś zdjęcia swoich pociech w sieci. Jest to częste, choć zazwyczaj nieświadome łamanie praw dziecka. Może ono nie życzyć sobie publikacji swoich zdjęć w internecie. Poza tym to niebezpieczne, bo zdjęcia łatwo wykorzystać w celach przestępczych. Drugi aspekt to przemoc wobec dzieci. Debatę wywołała sprawa Kamilka z Częstochowy, jednak dyskusja jest wielowątkowa.

Nie chodzi jedynie o przemoc fizyczną, bo również o psychiczną, ekonomiczną, seksualną. Mowa też o zaniedbaniu. Biuro Rzeczniczki Praw Dziecka apeluje, aby osoby pracujące z dziećmi były szczególnie wyczulone na sygnały mogące świadczyć o nadużyciach wobec najmłodszych i nie bały się działać.

Dr Kamil Stępniak,
konstytucjonalista, prezes Centrum Prawa Konstytucyjnego i Monitorowania Praworządności

Wśród najczęściej łamanych praw w Polsce – z zaznaczeniem, że mówię tu o perspektywie konstytucyjnej – jest m.in. zasada równości i szeroko pojęta możliwość decydowania o własnym życiu (nazwijmy ją autonomią jednostki). Mam na myśli chociażby prawa osób LGBT+, ale także ludzi w faktycznych związkach partnerskich (nazwanych w prawie konkubinatem, co ma pejoratywny wydźwięk). W Polsce pokutuje myślenie, że art. 18 konstytucji wyklucza istnienie innych form prawnych związków, co moim zdaniem jest nieprawidłowe. Politycy boją się również podejmowania decyzji w sprawach tak rudymentarnych jak aborcja i dążenie do rzeczywistego równouprawnienia płci. Na koniec dodam coś nieoczywistego: brak działań legislacyjnych w szybko rozwijających się obszarach spowoduje, że środek ciężkości naruszeń przesunie się w stronę, której polski ustawodawca, obawiam się, długo jeszcze nie zauważy. Mam na myśli możliwości i zagrożenia, jakie niesie sztuczna inteligencja.

Piotr Szumlewicz,
lider związku zawodowego Związkowa Alternatywa

Czołowi politycy często łamią prawo, nadużywając uprawnień i marnotrawiąc środki publiczne, a za rządów PiS bezprawie było wręcz jednym z filarów władzy. Niestety, panuje przyzwolenie społeczne na łamanie prawa. Dotyczy to chociażby przepisów drogowych czy prawa podatkowego. Uderzającym przykładem bezprawia jest także masowe łamanie art. 22 Kodeksu pracy. Zgodnie z nim, gdy są określone miejsce pracy, czas pracy i podległość służbowa, to musi być zawarta umowa na etat niezależnie od woli stron. Bardzo częste są opóźnienia w wypłacie pensji, niepłacenie za nadgodziny, omijanie przepisów BHP czy przekraczanie limitów czasu pracy.

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Aktualne Przebłyski

Od porno do kąpieli

Ciekawe wiadomości docierają do nas z zakamarków życia kleru. Z Nowego Sącza wypłynęły do sieci pikantne filmiki z gołymi duchownymi. Były na stronie parafii Matki Bożej Niepokalanej. Ale szybko zniknęły. Proboszcz ks. Czesław Paszyński winę zrzucił na hakerów. Tak jakby to oni grali w tym porno.

Z kolei bp Ryszard Kasyna z diecezji pelpińskiej okazał się wielbicielem częstych kąpieli. Podciągnięto mu więc do rezydencji w Sikorzynie (gmina Stężyca, woj. pomorskie) wodociąg. Ufundowała go ta wcale nie za bogata gmina.

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Aktualne Przebłyski

Ksiądz z córką i pół miliona

Zrobić sobie źródło dochodów z hospicjum to wyjątkowa podłość. A taki numer wyciął ks. Grzegorz Miloch, dyrektor Hospicjum św. Wawrzyńca w Gdyni. Zajęła się nim Prokuratura Rejonowa w Pucku, która próbuje ustalić, gdzie wyparowało pół miliona złotych. Ksiądz dyrektor wykazał się wyjątkowym talentem do kreatywnej księgowości. Nie trafiły do ksiąg wpływy z koncertów, akcji charytatywnych ani darowizny. Za to do hospicjum trafiła na posady rodzina ks. Milocha. Łącznie z konkubiną. To akurat rozumiemy, bo ks. Miloch ma z nią córkę. Sprawa jest rozwojowa.

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Kultura Wywiady

Futbol jako wehikuł czasu

Lubię filmy, które niewiele podpowiadają. Wolę wiedzieć za mało, bo wtedy czuję, że ktoś traktuje mnie jak partnera do dyskusji.

Jan Bujnowski – (ur. w 1994 r.) reżyser i scenarzysta filmowy. Absolwent reżyserii i doktorant w PWSFTviT w Łodzi. Wcześniej studiował dziennikarstwo i historię sztuki na UW. Jest laureatem Nagrody MKiDN dla studentów uczelni artystycznych za wybitne osiągnięcia. Jego „Diabeł” otrzymał Specjalne Wyróżnienie Jury w Clermont-Ferrand. „Taniec w narożniku” będzie miał polską premierę w sekcji Shortlista na Międzynarodowym Festiwalu mBank Nowe Horyzonty (18-28 lipca).

Twój krótkometrażowy film „Taniec w narożniku” miał premierę na tegorocznym festiwalu w Cannes i był tam jednym z nielicznych polskich akcentów. Można się poczuć onieśmielonym na Lazurowym Wybrzeżu?
– Wbrew pozorom festiwal nie był onieśmielający, bo mój film został pokazany w bocznej sekcji Tydzień Krytyki, która wyróżnia się dobrą organizacją. Wszystko odbywa się w przyjacielskiej atmosferze i wydaje się bardzo kameralne. Podejrzewam, że w konkursie głównym twórcy spotykają się z większą presją i napięciem, ale my czuliśmy się jak członkowie jednej dużej rodziny. Nie mogę narzekać, ponieważ wygraliśmy los na loterii, uczestnicząc w imprezie tej rangi. Pobyt na Lazurowym Wybrzeżu był oczywiście intensywny i męczący fizycznie. Mieliśmy napięty harmonogram, musieliśmy brać udział w licznych spotkaniach i wydarzeniach towarzyszących, a nie przyjechaliśmy na cały festiwal. Cieszymy się jednak podwójnie, że mogliśmy prezentować film przed canneńską widownią. Dzięki wsparciu Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej i Instytutu Adama Mickiewicza udało się zebrać na miejscu dużą część ekipy. Te osoby poświęciły swój wolny czas, żeby pracować zeszłego lata nad „Tańcem w narożniku” i chciałem im to jakoś wynagrodzić.

Jak traktujesz nagrodę, którą przyznało ci Stowarzyszenie Kolejarzy Kinomanów, Ceux du rail, czyli Złotą Szynę?
– Mój kolega Dawid Bodzak, który pokazywał film „Krokodyl” w tej samej sekcji w 2023 r., wspominał o podobnej nagrodzie. Nigdy wcześniej o niej nie słyszałem. Oczywiście bardzo się ucieszyliśmy z wyróżnienia i poszliśmy na małą ceremonię odebrania Złotej Szyny. Stowarzyszenie Kolejarzy Kinomanów działa przy festiwalu od prawie 30 lat. To trochę nie pasuje do medialnej otoczki Cannes, które słynie z blichtru i przepychu. Potraktowaliśmy ten laur jak nagrodę publiczności, bo komisja przyznająca Złotą Szynę składa się z kilkudziesięciu osób. Spędziliśmy prawie godzinę na gali, porozmawialiśmy z francuskimi kolejarzami i odrobinę się wzruszyliśmy. Jeden z nich podarował mi nawet książkę pod tytułem „Czerwony dywan w cieniu walki klasowej”. A któraś z organizatorek opowiadała, że w tym roku podjęto sporo działań na rzecz docenienia pracowników niższego szczebla festiwalu. Budujący jest fakt, że wokół tak potężnego wydarzenia znajduje się przestrzeń dla związków kinomanów z różnych grup społecznych. Ich nagrody nie potrzebują dodatkowego prestiżu, a i tak stały się integralną częścią Cannes.

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Historia

Pierwszy rząd powojennej Polski

Zarówno Stalin, jak i Churchill z Rooseveltem mieli „swoich Polaków”, co stanowiło gwarancję odrodzenia państwa polskiego.

Słowo Jałta ma w Polsce fatalne konotacje. Dominujące u nas polonocentryczne podejście do historii, często przechodzące wręcz w megalomanię narodową, nie bierze pod uwagę globalnego znaczenia spotkań przywódców Wielkiej Koalicji w latach 1943-1945, której nadrzędnym celem było pokonanie hitlerowskich Niemiec i sprzymierzonej z nimi Japonii. Sprawa polska stanowiła kwestię drugorzędną – jedną z wielu na mapie Europy – której rozstrzygnięcie było konieczne, ale dopiero po zakończeniu wojny. Józef Stalin, Winston Churchill i Franklin D. Roosevelt spotykali się zatem nie po to, by decydować o losach Polski, lecz aby jak najskuteczniej wygrać wojnę i ustanowić stabilny porządek świata powojennego.

Tę jakże oczywistą prawdę należy przypominać tym wszystkim, którzy konferencję jałtańską, obradującą na Krymie w lutym 1945 r., uważają za „zdradę Polski” przez zachodnich aliantów. W Jałcie bowiem przywódcy USA i Wielkiej Brytanii mieli ostatecznie „sprzedać Polskę” Stalinowi. Mało kto zwraca uwagę na fakt, że krymskie spotkanie odbyło się w momencie, gdy wszystkie ziemie polskie – i te przedwojenne, i te przeznaczone dla przyszłego państwa polskiego na zachodzie i północy – były już zajęte przez Armię Czerwoną. Churchill i Roosevelt nie mogli więc „sprzedać Polski” Stalinowi, bo jej po prostu nie mieli. Co więcej, jako doświadczeni politycy (a nie naiwniacy „oszukani przez Stalina”, jak często u nas się ich przedstawia) zdawali sobie sprawę, że ich wpływ na dalsze losy narodu polskiego jest znikomy.

A jednak Polacy w Jałcie mieli więcej szczęścia, niż zwykle się uważa – zwłaszcza w dominującej dziś prawicowej narracji historycznej. Trzeba bowiem pamiętać, że mimo klęski II Rzeczypospolitej z 1939 r., pod koniec wojny obu głównym częściom Wielkiej Koalicji (zarówno mocarstwom zachodnim, jak i ZSRR) wyraźnie zależało na tym, by mieć u swojego boku Polaków. Dlatego Brytyjczycy przez cały czas utrzymywali władze RP w Londynie i podległe im Wojsko Polskie. Sowieci zaś zaczęli od utworzenia w 1943 r. Związku Patriotów Polskich i dywizji kościuszkowskiej, by po przekroczeniu linii Curzona w lipcu 1944 r. zainstalować w Lublinie Polski Komitet Wyzwolenia Narodowego, przekształcony na początku 1945 r. w Rząd Tymczasowy z siedzibą w wyzwolonej Warszawie.

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.