Archiwum
Delirio amoroso
Narty mu się wypięły, jedna pociągnęła w jar, druga się zakleszczyła między konarami. Powinien był Eryś w najlepszym razie nieprzytomny leżeć, w najgorszym martwy, z karkiem złamanym, tymczasem nawet ojla nie miała mu z czego wyskoczyć, choć w buczysko mierzył w pozycji zjazdowej z głową pochyloną.
Siedział tak i przyglądał się bukowi, jego korzeniom, co oplotły omszałe kamole, dziupli głębokiej a dziwnej, bo nie wydrążonej dziobem ani próchnicą, tylko wyrośniętej razem z pniem. A i jeden z korzeni odrósł tak dziwacznie, że stworzył nieckę, w której się zbierała deszczówka. Napił się Eryś wody z buczyska, gębę sobie opłukał, drzewu przyjrzał i wciąż nie mógł pojąć, jakim cudem się nie rozbił. Dopiero kiedy promień się przebił przez korony i błysnął, zauważył sieć łowną rozpiętą na wejściu do dziupli. Nici przędnej o takiej mocy nie wytworzyłby żaden pająk, Eryś, choć głupi, znał się na rzeczy, a nawet na rzeczach, o których się nie śniło filozofom (choć śpią ci miglance więcej niż zwykli śmiertelnicy).
Gdyby pozostać przy twardym realizmie, przygrzmociłby Eryś w buka, srogi zawód miłosny przypłacając, lecz przecież delirio amoroso wytrąca człowieka z równowagi. To gorączka krwotoczna duszy, zaburzenie postrzegania wielkiego kalibru, płomień od lędźwi rozpościerający się ku zmysłom. I oto następuje radykalna zmiana konwencji: w dziupli coś się poruszyło, zajęczało i westchnęło. I byłby Eryś przysiągł, że zanim stanęło przed nim dziewczę – w może dość wymiętym, może i nieco poplamionym kabotku, ale dorodność i słuszność biustowną opinającym – że zanim stanęła przed nim kobita źrała i obfita, lecz wciąż jeszcze dziewucha nie baba, dałby rękę sobie uciąć, że nie z guni się wyswobodziła, a z sierści. Że z drzewa wyłaziła jeszcze jako zwierzyna i dopiero w świetle dziennym tak skobieciała w mgnieniu oka.
Wojciech Fangor, czyli sztuka malowania bez opamiętania
Wystawa obrazów Wojciecha Fangora pojawiła się jak diament w środku Wrocławia. Odbywa się przy Rynku, w charakterystycznej starej kamienicy, kryjącej w swoich murach nowoczesną galerię sztuki: Krupa Art Foundation – symbol czasów współczesnych. Nowatorskie prace malarza, również w nowoczesnej aranżacji, kontrast ten wzmacniają.
Wojciech Fangor wykształcił się i ukształtował artystycznie w Polsce, ale w naszej rzeczywistości początku lat 60. jakoś się nie pomieścił. „W Polsce mam wszystko, co niezbędne do życia. Brakuje mi tylko jednego: nadziei, że moja twórczość będzie się mogła swobodnie rozwijać i że będzie komuś potrzebna”, wyznawał przyjaciołom. Pełnię talentu i twórczych możliwości rozwinął na Zachodzie, głównie w USA.
Wystawy Wojciecha Fangora należą do rzadkości – jego prace są rozsiane po świecie. Zgromadzenie ponad 50 obrazów o tak wielkiej wartości, powstałych poza Polską, wypożyczonych z różnych muzeów i kolekcji prywatnych, trzeba uznać za wielkie osiągnięcie organizatorów i przykład wspaniałego mecenatu sztuki polskich biznesmenów, wrocławian. Ekspozycja ma ogromne znaczenie dla ukazania pełnej mocy i wymowy twórczości Fangora. Prace prezentowane w takim nagromadzeniu, w tak perfekcyjnej aranżacji tworzą swoją metarzeczywistość. Ogarniają zwiedzającego i działają na zmysły zdecydowanie wyraźniej i silniej niż pojedynczo. Niektórzy, jak słyszałem, doznają nawet szczególnych złudzeń wzrokowych, typowych dla op-artu. Ja tego nie doświadczyłem, ale pozostawałem w tym wnętrzu pod niezwykłym, trochę nieziemskim wrażeniem.
Obrazy Wojciecha Fangora, różnokolorowe kręgi, fascynują, wyraźnie bowiem wyprzedzają bieg historii malarstwa i pewnie również ludzkiej percepcji. Ich tematem i głównym bohaterem jest światło. Niektórzy zatem są skłonni powiedzieć, że to nic, inni mogą uznać, że to wiele: największa tajemnica świata. Jakże często łączono obraz i istotę światła z tym, co boskie. Sam Albert Einstein, twórca różnych teorii światła, miał przed śmiercią wyznać, że pozostało ono dla niego niewyjaśnioną zagadką. Czy największa tajemnica naszego świata zasługuje na to, aby być tematem obrazów? I czy mogą to być obrazy nieskończenie ciekawe? Wrocławska wystawa nie pozostawia wątpliwości, że tak.
Wojciech Fangor. American Dream
Wrocław, Krupa Art Foundation, Rynek 27/28
do 20 października
kuratorka: Dorota Monkiewicz
scenografia: Robert Rumas
Filmy dokumentalne zmieniają ludzkie losy
Kiedy jesteśmy z kimś w ekstremalnych momentach, szybko tworzy się więź silniejsza niż inna relacja.
Agnieszka Zwiefka – (ur. w 1978 r.) ukończyła filologię polską na Uniwersytecie Wrocławskim. Obroniła doktorat w Instytucie Dziennikarstwa i Komunikacji Społecznej na tej samej uczelni. Członkini Europejskiej Akademii Filmowej, EWA European Women’s Audiovisual Network i Stowarzyszenia Filmowców Polskich. Film „Drzewa milczą” zdobył Złotego Lajkonika w Konkursie Polskim i wyróżnienie w Międzynarodowym Konkursie Dokumentalnym na Krakowskim Festiwalu Filmowym. Został też uhonorowany Nagrodą „Beyond the Screen” na DocAviv Film Festiwal w Tel Awiwie.
Dlaczego temat kryzysu na polsko-białoruskiej granicy ucichł na wiele miesięcy? Chodzi o społeczną obojętność, zdystansowanie mediów czy może interesy polityczne?
– Dobrze zdiagnozowałeś wszystkie problemy. Konflikt w Strefie Gazy też zniknął z pierwszych stron gazet. Łatwo uodparniamy się na niewygodne tematy. W przypadku kryzysu na granicy zaważyła jeszcze jedna rzecz. Szybko został wyparty przez wojnę w Ukrainie, bo wsparcie dla napadniętego sąsiada zjednoczyło Polaków. Ocena sytuacji z granicy polsko-białoruskiej wywołuje odwrotny efekt. Właśnie dlatego niewielu dziennikarzy i filmowców chciało zajmować się tym tematem. Społeczna obojętność nie może oczywiście usprawiedliwiać działań polityków. Nowy rząd, który sama wybierałam, bardzo mnie zawiódł, i to na wielu frontach. Reżyser nie może być jak polityk, musi wchodzić i mówić „sprawdzam”. Nie powinno się też przystępować do realizacji dokumentu z gotową tezą, bo wtedy trafimy na mieliznę. Przewagą kina dokumentalnego nad mediami informacyjnymi jest fakt, że można się zatrzymać. Nie trzeba galopować za kolejną wojną, za kolejnym nośnym tematem. Przebywamy z naszymi bohaterami długo i naprawdę próbujemy ich zrozumieć.
Wierzysz w interwencyjną moc kina dokumentalnego, w to, że może zmieniać rzeczywistość?
– Wierzę, że możemy przekonać chociaż kilku ludzi do zmiany zdania. Pokazałam film „Drzewa milczą” dwóm osobom o skrajnie prawicowych poglądach, które twierdziły, że w lesie na granicy są tylko młodzi, agresywni mężczyźni. Ci widzowie płakali przez cały seans i potem przyznali, że rzeczywistość wygląda inaczej. Wierzę też w interwencyjną siłę dokumentu, który wcale nie stara się być interwencyjny, tylko pokazuje konkretną osobę i jej historię. W „Drzewa milczą” anonimowe dane statystyczne zyskują twarz, imię i biografię. Poza tym dokumenty nieraz zmieniają ludzkie losy. Kiedy zrealizowałam film „Królowa ciszy” o Romach z nielegalnego koczowiska, okazało się, że koczowisko nie zostało eksmitowane. A sprawa wydawała się już przesądzona. Dzięki „Drzewa milczą” chcemy zaś doprowadzić do tego, że Runa pójdzie na wymarzone studia prawnicze. Zaczynamy zbiórkę pieniędzy, aby jej to umożliwić.
Gdzie trafiłaś na Runę i jej rodzinę?
– Razem z przyjacielem, operatorem Kacprem Czubakiem, pojechaliśmy na granicę w ciemno. Chcieliśmy zobaczyć sytuację na własne oczy i pomóc. Wzięliśmy kamerę, bo w głowie filmowca zawsze pojawia się myśl „a może coś zmienię”, ale nie mieliśmy presji, by wrócić z gotowym tematem na dokument. Zatrzymaliśmy się w pozarządowym ośrodku dla uchodźców w Białymstoku, który prowadzili ludzie z Fundacji Dialog, pracowaliśmy tam jako wolontariusze. Pewnego dnia przyjechała rodzina Runy. Odebrałam to jako impuls. Wierzę, że w kinie dokumentalnym istnieje coś takiego jak miłość od pierwszego wejrzenia. Zaczęliśmy kręcić, kiedy mama Runy jeszcze żyła i nie mieliśmy jasno sprecyzowanej koncepcji filmu. Interesowała mnie przede wszystkim perspektywa nastoletniej uchodźczyni. Obserwując wiele rodzin z Azji Zachodniej, zwłaszcza z Iraku i Iranu, zauważyłam powtarzający się schemat. W ekstremalnych sytuacjach mężczyźni rozpadają się na kawałeczki, a kobiety, w dużej mierze nastoletnie dziewczyny, zaczynają rządzić i biorą odpowiedzialność na swoje barki.
Wiceprezydent (z) rozsądku
Tim Walz zawalczy o wiceprezydenturę dla demokratów – w bardzo spokojnym stylu.
Z jednej strony to niespodzianka, zwłaszcza w kontekście matematyki wyborczej. Na nieformalnej giełdzie początkowo krążyło wiele nazwisk kandydatów, bo sporo sympatyków i członków partii w procesie wybierania ewentualnego wiceprezydenta dla Kamali Harris upatrywało szansę. I słusznie, choć niekoniecznie była to szansa dla konkretnych osób. Chodziło bardziej o nowe otwarcie, przewietrzenie trochę dusznych już struktur i zrobienie swoistego przeglądu wojsk: kto się nadaje, kto rzeczywiście ma talent, a kto jest tylko wytworem medialnym i zostanie zjedzony przez presję i adwersarzy na kampanijnym szlaku.
Ostatecznie grono zawężono do trzech osób, spośród których murowanym faworytem wydawał się gubernator Pensylwanii Josh Shapiro. Nie tylko dlatego, że ma dryg do polityki i chwalą go partyjne elity najwyższego szczebla. Miał to być po prostu wybór pragmatyczny, bo Pensylwania to spory kawałek tortu, jakim jest Kolegium Elektorów. Daje 19 głosów spośród 276 potrzebnych do zdobycia prezydentury. Jakiekolwiek scenariusze by teraz kreślić, demokraci potrzebują tego stanu, tak samo jak innych postindustrialnych obszarów na północnym wschodzie – Michigan i Wisconsin. Z Pensylwanią jednak będzie trudno, bo Kamala Harris w przeszłości była ostrą przeciwniczką wydobywania gazu łupkowego metodą szczelinowania, czyli przemysłu, który akurat w tym stanie daje zatrudnienie tysiącom osób. Co prawda, jej sztabowcy już próbują korygować kurs, zapowiadać, że żadnego federalnego zakazu szczelinowania nie będzie, ale ludzie w Pasie Rdzy mają dobrą pamięć. Shapiro miał pomóc zmiękczyć ten opór.
Jego szanse rosły dodatkowo w ostatnich dniach, bo swojego partnera na karcie wyborczej Harris miała ogłosić na wiecu właśnie w Pensylwanii. Scena była więc idealnie ustawiona pod tamtejszego gubernatora. Kilka godzin wcześniej jednak „Wall Street Journal” i Bloomberg doniosły, że razem z obecną wiceprezydent o Biały Dom ubiegać się będzie nie Shapiro, ale Tim Walz, były nauczyciel, działacz społeczny i urzędnik, dzisiaj gubernator Minnesoty (choć pochodzi z Nebraski).
Jak zauważa Daniel Drezner, profesor stosunków międzynarodowych na Tufts University w Bostonie i jeden z ciekawszych, bo lekko konserwatywnych i jednocześnie antytrumpowskich komentatorów amerykańskiej polityki, to wybór podyktowany zdrowym rozsądkiem. Walz jest ani lepszy, ani gorszy od pozostałych kandydatów. Nate Silver, znany amerykański analityk i statystyk, twórca portalu FiveThirtyEight.com, do końca przekonywał opinię publiczną, że najwięcej sensu ma nominowanie Shapira – właśnie z matematycznego punktu widzenia. Drezner, ale też chociażby Joan Greve z „Guardiana” widzieli w tej roli raczej Andy’ego Besheara, gubernatora Kentucky, jedną z jaśniejszych twarzy Partii Demokratycznej w tej części kraju.
Koniec końców jednak większość komentatorów zgadza się, że dla Harris wybór wiceprezydenta nie miał większego znaczenia, zwłaszcza biorąc pod uwagę pulę dostępnych nominatów. Żaden z nich nie byłby dla niej przesadnym obciążeniem, żaden też nie zadecyduje o przechyleniu wyborczej wagi na jej korzyść. Ten pierwszy aspekt jest dla demokratów na pewno dobrym znakiem, ten drugi już niekoniecznie – Walz nie spowoduje, że wygrają w listopadzie. Głównie dlatego, że w całej Partii Demokratycznej nie ma osoby, która byłaby w stanie to zrobić.
Wojsko od pikników
Kto sprawdzał, jak działają na wojnie w Ukrainie nasze kraby? Nie było takich zespołów.
Gen. Wiesław Kukuła, szef Sztabu Generalnego Wojska Polskiego, to teoretycznie najważniejszy generał. Edyta Żemła, dziennikarka pisząca o wojsku od 20 lat, nazwała go w swojej książce „Armia w ruinie” „Nikodemem Dyzmą polskiej armii”*. Trudno z tą opinią polemizować. Kukuła – jak zaznacza Żemła – „nie był nawet żołnierzem wojsk specjalnych. Nie przeszedł selekcji, nie ma szlaku bojowego. Był łącznościowcem. Jako dowódca pułku nigdy nie był też na szczeblu wyższym, operacyjnym, strategicznym”.
Jest produktem armii PiS – bo takich ludzi lubili wyciągać do góry pisowscy szefowie MON Antoni Macierewicz i Mariusz Błaszczak. Poszło im o tyle łatwiej, że Antoni Macierewicz, przejmując MON, zlikwidował Akademię Obrony Narodowej (AON) w Rembertowie, w jej miejsce powołując Akademię Sztuki Wojennej (ASW). To nie była prosta zmiana szyldu – likwidując AON, zwolniono jej kadrę, pozbyto się profesorów belwederskich.
Rektorem ASW został ppłk Ryszard Parafianowicz, który obronił dwa lata wcześniej doktorat o żołnierzach wyklętych na Suwalszczyźnie. Zmianę komentuje jeden z rozmówców Edyty Żemły: „Podpułkownik, bez znajomości języka angielskiego, bez doświadczenia dowódczego, ze świeżym doktoratem o żołnierzach wyklętych, zastąpił płk. Kozerawskiego, profesora belwederskiego, cenionego na świecie fachowca z dziedziny bezpieczeństwa międzynarodowego oraz konfliktów zbrojnych, który brał udział w misjach wojskowych w Kosowie, Bośni, Mołdawii, Iraku i Afganistanie. Przecież to kpina”.
Zmiana rektora i kadry wykładowców miała swoje konsekwencje. Zlikwidowano m.in. roczne studia „generalskie”, składające się z pogłębionych kursów i z podróży studyjnych do państw NATO. Co w zamian? W zamian wprowadzono podyplomowe studia polityki obronnej ze zredukowanymi godzinami szkoleń, które można było ukończyć zaocznie. A przyszłych generałów na sobotnio-niedzielnych kursach „uczyli” porucznicy i kapitanowie. Tak się zaczęła wielka wymiana w polskich siłach zbrojnych. I podział na „weekendowych generałów PiS” oraz na „starych generałów PO”
Olimpijskie mordobicie
I znowu rocznica powstania warszawskiego. O godzinie 17 wyją syreny, słychać je nawet u nas, chociaż mieszkamy z boku miasta. Próbuję tym jakoś poruszyć moje dzieci, nie dają się. A sam mam mieszane uczucia, pisałem już o tym nieraz. W końcu to było krwawe głupstwo, jedno z największych w naszej historii, w której głupstw nie brakuje. Mimo że zdarzenie oddala się w czasie, skala żalu i celebracji narasta. Bo wszystko jest sztucznie napędzane w ramach walki politycznej, by pokazać, kto jest większym patriotą. Nie ma wątpliwości, że rocznica powinna być obchodzona, ale czy na taką skalę? Politycy mówią o powstaniu jako o wielkiej lekcji historii. Ale jeśli tak je potraktować, to myśląc trzeźwo… powstanie było straszliwym błędem, nie miało szans, żadnych, było więc bohaterskim głupstwem – piszę teraz banały – zginęło 200 tys. ludzi, a piękne miasto zostało obrócone w ruinę. Czyli to karygodny błąd, który doprowadził do katastrofy. Jaka z tego lekcja? Nigdy więcej takiego bohaterstwa. Solidarność wyciągnęła z tego wnioski i przejęcie władzy po 1989 r. było pokojowe. Teraz na naszych oczach doczołgują się do mety życia najstarsi uczestnicy powstania, z tego zdarzenia robi się spektakl. Kto będzie ostatnim? Dostanie złoty medal po tamtej stronie.
Moja mama pracowała chwilę w szpitalu powstańczym, ale ciągle mdlała, więc przeniesiono ją do kuchni. Byliśmy niedawno rodzinnie na dachu biblioteki uniwersyteckiej, jest na nim piękny i słynny ogród. Z tego dachu widziałem pobliski klasztor sióstr Urszulanek, tam mieszkała w czasie okupacji mama, tam znajdował się szpital polowy i wydawano posiłki. Mama zawsze uważała powstanie za kompletny nonsens.
Na olimpiadzie coraz więcej osobliwych, kontrowersyjnych konkurencji. Na pewno taką jest boks kobiet. Okładanie się kobiet pięściami po twarzy – jakie to nieestetyczne. Ale feminizm chce, by kobiety mogły robić wszystko to, co faceci. Oglądałem walkę Polki z Włoszką, mikrofon czasami wychwytuje niedyskrecje z zaplecza. Gdy nasza zawodniczka po przerwie wychodziła z narożnika na ring, trener wykrzyczał: „A teraz k… rozp… ją”. No, bardzo pięknie.
Dwa państwa?
Protest przeciwko polityce Izraela ma pokoleniowy charakter. Jest odcięciem się od kalki, że nie wolno krytykować Żydów.
Prof. Andrzej Leder – (ur. 1960) jest kierownikiem Zakładu Filozofii Kultury w Instytucie Filozofii i Socjologii PAN w Warszawie. Filozof kultury, psychiatra i psychoterapeuta. Autor wielu publikacji naukowych i książek, m.in. „Prześnionej rewolucji” i najnowszej – „Ekonomia to stan umysłu”. Ma korzenie żydowskie, jednak uważa, że fakt ten nie odgrywa istotnej roli dla jego tożsamości – już rodzice odeszli od tradycyjnej żydowskości. Duża część jego rodziny została zamordowana w czasie Zagłady.
Konflikt izraelsko-palestyński trwa już dziesięciolecia, szczególnie od 1967 r. i okupacji Zachodniego Brzegu przez Izrael. Zaostrzył się przez krwawy napad Hamasu 7 października ub.r. i następującą po nim wojnę Izraela w Strefie Gazy. Czy konflikt ten może zostać w najbliższej przyszłości rozwiązany, czy jest bez odwrotu i bez końca?
– Przede wszystkim jest to konflikt wielopoziomowy i pewne rozwiązania, które mogą się udać na poziomie stricte politycznym i militarnym, nie pomogą na poziomie historycznym i ideowym. Prawdopodobnie ta wojna, w której aktualnie uczestniczą Izrael i Palestyńczycy ze Strefy Gazy, ostatecznie jakoś ucichnie. Co więcej, ponieważ w zasadzie nie ma po stronie państw arabskich woli, żeby stanąć po stronie Palestyńczyków, a raczej jest wola, żeby chronić Izrael przed Iranem, to nie sądzę, żeby ta wojna stała się globalna. Co nie zmienia faktu, że problem, jakim jest wypędzenie Palestyńczyków w momencie powstania państwa Izrael w 1948 roku, sposób ich traktowania współcześnie i jednocześnie to, jak bardzo sprawa palestyńska jest wpleciona w ideologiczny dyskurs różnych państw arabskich, wskazuje na to, że konflikt będzie trwał. Należy dodać, że hasło walki z Izraelem dotyczy nie tylko społeczeństw arabskich, bo Iran i Turcja nie są państwami arabskimi, ale szerzej – wojującego islamu. Dopóki ta ideologia istnieje, antagonizm nie zniknie. Los Palestyńczyków będzie nadal zły, a po drugie będzie kartą przetargową w rozgrywkach politycznych.
Jest pan również praktykującym psychoterapeutą. W jaki sposób doświadczenie Holokaustu – formujące dla tożsamości żydowskiej, ale też dla milionów osób, które dzisiaj żyją w Izraelu – kształtuje postawy tego społeczeństwa? Zarówno poczucie bezpieczeństwa, jak i wybory polityczne czy postawę wobec Palestyńczyków.
– Zacznę moją odpowiedź od dwóch sytuacji z własnego doświadczenia. W 1987 r. byłem w jednym z ważnych muzeów w Izraelu, Yad Vashem. Była tam wystawa rysunków dzieci izraelskich z młodszych klas szkół podstawowych, pewnie 6-, 10-letnich, dotycząca historii Szoah. Uderzyło mnie wówczas, jak wiele tych prac miało w sobie piętno czy ślad osamotnienia i stygmatyzacji. Najbardziej utkwił mi w pamięci obraz, na którym stoi chłopiec, a wokół niego narysowane są ręce, wskazujące tego chłopca, z napisami „Jude, Jude, Jude”. Minęły trzy pokolenia od czasów Zagłady. Dziecko, które wychowało się w Izraelu, w którym prawdopodobnie na oczy nie widziało Niemca czy Austriaka, nie słyszało niemieckich słów. I ten przekaz, moim zdaniem przekaz traumy, jest bardzo istotny dla zrozumienia reakcji psychologicznej społeczeństwa izraelskiego na tego rodzaju wydarzenie, jakie nastąpiło 7 października.
Tragedia 7 października uruchomiła tę samą traumę?
– To wydarzenie miało charakter pogromu. Było tam wiele scen, które odzwierciedlają to, co działo się w Europie w czasach prześladowań wobec Żydów, więc natychmiast uruchomiło odruch: „Jesteśmy osamotnieni, stygmatyzowani i prześladowani, ale tym razem nie pozwolimy na to. Nigdy więcej”. To na pewno odgrywa istotną rolę. Druga anegdota pokazuje inną stronę: ok. 10 lat temu uczestniczyłem w konferencji psychologów i psychiatrów izraelskich i polskich. Tam było wyraźne starcie pomiędzy psychologami. Jedni, starsi, wywodzili się z Europy i jako dzieci Holokaustu nieśli w sobie pamięć tego, co wówczas się stało. Drudzy zaś byli młodszą formacją, amerykańską w orientacji zawodowej, z doświadczeniem pracy z traumami podczas wojen z Arabami; formacją bardzo bojową i pragmatyczną. W pewnym momencie jeden z tych starszych ludzi, kiedyś dziecko Holokaustu, powiedział: „Nie zgadzam się na to, żeby faszyści w Izraelu – użył słowa faszyści – zawłaszczali sobie dzisiaj Zagładę jako swój sztandar”.
To jest druga strona medalu. To znaczy, że Zagłada stała się w Izraelu sposobem mobilizacji społeczeństwa żydowskiego do bezwzględnej walki z Palestyńczykami właśnie w związku z tym, że ma traumatyczny charakter, który uruchamia odruch „Nigdy więcej” i „Musimy się odegrać”.
Opowieść o innej cywilizacji
Przetoczyła się przez media sprawa byłego pisowskiego wiceministra spraw zagranicznych Pawła Jabłońskiego. Otóż dowiedzieliśmy się, że Jabłoński łamał wewnętrzne rozporządzenia MSZ i samowolnie dysponował państwowymi pieniędzmi. Milionami. Konkretnie chodzi o program „Pomoc humanitarna 2023”, który ogłoszono w kwietniu zeszłego roku, a w zarządzeniu ministra ustalono zasady przyznawania grantów. Do rozpatrywania wniosków została powołana komisja konkursowa i w lipcu 2023 r. wiceminister otrzymał od niej notatkę z rekomendacją na udzielenie dotacji dziesięciu projektom. Dlaczego Jabłoński? Z prostego powodu – jako wiceminister te sprawy nadzorował.
W zasadzie w tym momencie sprawa powinna zostać zamknięta. Na zachodzie Europy system przyznawania grantów, czyli dysponowania publicznymi pieniędzmi, jest bardzo restrykcyjny, podobnie jak rola nadzorującego. Ale to była Polska PiS. Więc Jabłoński, wiemy to z raportu NIK, wydał swojemu asystentowi polecenie, by zmienił wyniki pracy komisji. Żeby dotacje dostały inne podmioty. Asystent napisał zatem do komisji mejla – zaproponował w nim rozstrzygnięcie konkursu. Jakie? Umieścił w nim swoich zwycięzców (może nie swoich, tylko wiceministra Jabłońskiego). W tej nowej dziesiątce tylko trzy podmioty były wcześniej rekomendowane przez komisję.
I jak to się skończyło? Ano tak, że 7,2 mln zł otrzymały organizacje z mejla asystenta Jabłońskiego. Na przykład takie jak Stowarzyszenie Bezpieczna Lubelszczyzna, które w konkursie dostało od komisji 0 punktów na 100 możliwych. Dodajmy, owo stowarzyszenie zasłynęło z akcji billboardowej przedstawiającej polityczki PiS. Inni „zwycięzcy” konkursu to Fundacja Klaster Innowacji Społecznych, kierowana przez działacza nieistniejącej już partii Adama Bielana (dostała 412 tys. zł na projekt dotyczący Ukrainy) czy też Stowarzyszenie Katolickie Przyjaźń Jaworznicka.
W tej sprawie pojawia się więc kilka pytań, w tym zasadnicze: po co minister Rau pisał regulamin konkursu, powoływał komisję konkursową itd., skoro wiceminister wydał pieniądze po uważaniu? On sam twierdzi, że po dokładnej analizie, co brzmi jak kolejna pisowska kpina.
Żeby była jasność – informacja o 7 mln (z kawałkiem), które Jabłoński rozdał, jak chciał, nikogo w MSZ nie zaskoczyła. To człowiek związany z Ordo Iuris, który z MSZ i dyplomacją ma tyle wspólnego, że był wiceministrem. Nie ma więc zielonego pojęcia o tym, jak pieniądze publiczne przyznawane są chociażby w Unii Europejskiej – że są komisje konkursowe, niezależni eksperci, a rolą nadzorcy (wiceministra, dyrektora generalnego itd.) jest pilnowanie, by wszystko było jak najbardziej correct. A takie rzeczy jak jakieś sugestie są w ogóle niedopuszczalne. Nie mówiąc o mejlach i samodzielnym układaniu listy „zwycięzców”.
Cóż, panie były wiceministrze Jabłoński… Do pewnych spraw trzeba mieć wiedzę i ogólną ogładę (urzędniczą również). Przekonanie, że „mnie wszystko wolno i jestem bezkarny”, to inna cywilizacja.







