Archiwum
Co Polska powinna zrobić w sprawie ludobójstwa w Gazie?
Dr Magdalena Gawin,
filozofka, Uniwersytet Warszawski
Sytuacja w Strefie Gazy jest prosta i zarazem złożona. Prosta, bo zgodnie z raportami m.in. ONZ w Gazie ma miejsce katastrofa humanitarna, która wynika z działań Izraela i jego sojuszników. Niedowiarkom polecam raport izraelskiej organizacji B’Tselem zatytułowany „Our Genocide” (Nasze ludobójstwo). Pojęcie ludobójstwa coraz częściej pojawia się w kontekście działań Izraela wobec Palestyńczyków, zarówno w Gazie, jak i na okupowanym Zachodnim Brzegu. Prawo międzynarodowe jest w tej kwestii jasne. Każde państwo, które ratyfikowało Konwencję w sprawie zapobiegania i karania zbrodni ludobójstwa, jest zobligowane do działań w celu zapobieżenia możliwemu ludobójstwu. Tutaj przez politykę sytuacja staje się jednak złożona. USA wspierają Izrael i blokują w ONZ rezolucje dotyczące wstrzymania działań wojennych w Strefie Gazy. Polska jest zależna od pomocy USA w związku z zagrażającą nam wojną z Rosją. Wydawałoby się zatem, że najlepszą strategią będzie bierność. Na nią nie możemy sobie jednak pozwolić. Z perspektywy etycznej sytuacja jest nieakceptowalna. Nie ma zgody na zabijanie dzieci ani głodzenie ludności cywilnej.
Druga rzecz: w świecie zachodnim sytuacja w Gazie wywołuje przemoc o podłożu antysemickim i islamofobicznym, na co również nie powinno być zgody. W Europie wrze. Społeczeństwa buntują się przeciwko polityce wspierania działań Izraela względem Palestyńczyków. Także opinia publiczna w USA zmienia podejście do działań Izraela. Reszta świata patrzy. Albo-albo. Tytuł przewrotny, gdyż odsyła do Kierkegaardowskiego skoku wiary. Uważam, że Polska nie powinna „skakać” – przeciwnie, szczególnie mając w pamięci nasze trudne doświadczenia historyczne. Dlatego zajęcie stanowiska jest konieczne. Ze względu i na teraźniejszość, i na pamięć przyszłych pokoleń.
Dr Ahmed Elsaftawy,
polski lekarz pochodzenia palestyńskiego, kierownik Oddziału Chirurgii Plastycznej i Chirurgii Ręki w Trzebnicy
Polska jako kraj należący do Unii Europejskiej i wspólnoty międzynarodowej nie może pozostawać bierna wobec faktu, że w Strefie Gazy dochodzi do zbrodni, które coraz częściej są nazywane ludobójstwem przez ekspertów prawa międzynarodowego, a ostatnio przez samą ONZ. Polska powinna jednoznacznie i odważnie opowiedzieć się po stronie prawa, życia i godności ludzkiej. Milczenie lub ograniczanie się do ogólnikowych komunikatów stanowi w praktyce przyzwolenie na zbrodnie i czyni nas współwinnymi przez zaniechanie. Dodatkowo, jeśli Polska chce być postrzegana jako państwo konsekwentnie broniące prawa międzynarodowego i praw człowieka, nie może pozwolić sobie na wybiórczość. Tym bardziej nie może być miejsca na zapewnianie parasola ochronnego zbrodniarzom wojennym, wobec których Międzynarodowy Trybunał Karny wydał czynne nakazy aresztowania, jak miało to miejsce w styczniu br. Tolerowanie takich wizyt czy wręcz przyjmowanie tych ludzi z honorami podważa naszą wiarygodność i ośmiesza system międzynarodowej sprawiedliwości. Nie można się godzić z wyrokiem MTK w sprawie niektórych zbrodniarzy, takich jak Putin, a jednocześnie udawać, że inne wyroki nas nie obowiązują, tylko dlatego, że tak podpowiadają nam sympatie polityczne czy doraźne interesy.
W tym kontekście jeszcze mniej zrozumiałe i nie do przyjęcia moralnie jest goszczenie na targach zbrojeniowych firm, których sprzęt jest wykorzystywany do popełniania zbrodni wojennych. Jak można w czasie dokonywanego ludobójstwa otwierać przestrzeń do promocji i handlu bronią, która następnie służy do zabijania cywilów? Dlaczego takie firmy utrzymują możliwość uczestnictwa w przetargach MON? Polska nie może przykładać ręki do legitymizowania zbrodni przez normalizację handlu śmiercią. To nie jest kwestia „biznesu” czy „sojuszy”, ale sprawdzian moralnej spójności i prawnego zobowiązania wobec ofiar.
Polska powinna wykorzystać swoją pozycję w UE i NATO do nacisków dyplomatycznych na rzecz zawieszenia broni, dopuszczenia pomocy humanitarnej i ochrony cywilów. Niezbędne jest też działanie na forum ONZ, gdzie Polska może współtworzyć rezolucje potępiające ludobójstwo i domagające się sankcji wobec Izraela. W wymiarze praktycznym Polska mogłaby zorganizować korytarze humanitarne i przyjąć rannych cywilów, np. dzieci z Gazy, na leczenie. Wreszcie Polska powinna wyraźnie zaprzestać polityki podwójnych standardów: skoro potępiamy rosyjskie zbrodnie wojenne w Ukrainie, musimy równie stanowczo potępiać izraelskie zbrodnie w Palestynie.
Global Movement To Gaza Poland,
międzynarodowa inicjatywa pomocy humanitarnej
Polskie społeczeństwo nie może być bierne wobec ludobójstwa na Palestyńczykach. Brak działań jest zgodą i przyzwoleniem na zbrodnie. Polki i Polacy powinni się solidaryzować z walką o życie i godność Palestyńczyków. Stoimy przed wyborem jako społeczeństwo i ludzkość. Syjonistyczne zbrodnie podważają podstawy naszego człowieczeństwa i porządek międzynarodowy, mający takim zbrodniom zapobiegać. Musimy się mobilizować, organizować wokół Palestyny i edukować. Wszystkie oczy muszą być skierowane na Gazę. Cały system, który umożliwił ludobójstwo i je wspierał, nie może pozostać niezakwestionowany. Społeczeństwo w Polsce powinno naciskać na rząd, aby wprowadził pełne embargo na handel bronią z Izraelem i sankcje gospodarcze oraz zniósł ułatwienia wizowe dla obywateli izraelskich. Polska powinna uruchomić ewakuacje medyczne ze Strefy Gazy i umożliwić wyjazd rodzin polskich obywateli. Konieczne jest także doprowadzenie do aresztowania i pociągnięcia do odpowiedzialności izraelskich zbrodniarzy wojennych. Nasz kraj powinien popierać w ONZ rezolucję „Zjednoczeni dla pokoju”, otwierając m.in. drogę do międzynarodowej akcji militarnej w celu przeciwdziałania ludobójstwu. Musimy zapewnić bezpieczeństwo, wsparcie konsularne i dyplomatyczne polskiej delegacji Globalnej Flotylli Sumud, płynącej do Gazy, by przełamać nielegalną blokadę i dostarczyć pomoc humanitarną, rewolucyjną nadzieję oraz wyrazy solidarności znad Wisły. Ludobójstwo i okupacja Palestyny muszą się zakończyć.
Café Bund,
żydowsko-polska grupa obywatelska
Wobec licznych apeli międzynarodowych, palestyńskich i izraelskich organizacji praw człowieka rząd RP nie ma prawa zwlekać z odpowiedzią – musi zacząć aktywnie działać na rzecz natychmiastowego zawieszenia broni i wypuszczenia wszystkich zakładników. Działając na forum ONZ, organów Unii Europejskiej i Komitetu Ministrów Rady Europy, nie poprzestając na słowach, powinien – tak jak Włochy czy Hiszpania – zapewnić ochronę polskim członkom Globalnej Flotylli Sumud na wodach międzynarodowych, zwiększyć fundusze dla organizacji humanitarnych działających w Gazie i domagać się dostępu prasy do Gazy. Na wzór Słowenii Polska powinna oficjalnie potwierdzić, że międzynarodowy nakaz aresztowania Netanjahu zostanie wyegzekwowany na jej terytorium. Jednocześnie nie możemy zapomnieć o Palestynie po zawieszeniu broni. Jeśli Polska rzeczywiście popiera francusko-saudyjską deklarację nowojorską (zakładającą powstanie suwerennego państwa palestyńskiego), powinna aktywnie się przyłączyć do jej wyegzekwowania, nawet jeśli rząd Izraela się sprzeciwi. Jako Café Bund zwracamy się do MSZ z apelem i publikujemy wspólny list z innymi grupami żydowskimi, by wesprzeć flotyllę w jej pokojowej misji.
W Zakopanem siostrzyczki budują, gdzie chcą
Sprytu biznesowego karmelitankom bosym z Zakopanego mogą pozazdrościć najcwańsi deweloperzy. A obłudą siostrzyczki przebijają nawet weteranów partii Kaczyńskiego. Robią dokładnie co innego, niż mówią. Głoszą, że ich życie to ubóstwo i rezygnacja z dóbr materialnych. Modlitwa i izolacja. Zakaz rozmów z ludźmi spoza zakonu. To wersja dla garstki górali. Bo kto uwierzy, że bez wielu intryg i zabiegów można szykować wyprowadzkę klasztoru z centrum Zakopanego i budowę nowego we wsi Stróża (powiat myślenicki)?
A gdzie tu ekstrabiznes? Stary klasztor ma być pensjonatem. A na miejscu ogrodu siostrzyczki chcą postawić trzy budynki wielofunkcyjne z garażami podziemnymi. Potrzebują tylko warunków zabudowy. Rada miejska Zakopanego pewnie im nie odmówi.
Panda podbija świat
W Chinach panda wielka wspiera lokalny rozwój ekonomiczny
Ochrona pandy wielkiej w XXI w.
Podczas trzeciego narodowego liczenia pand wielkich w latach 1998-2001 wielkość populacji oszacowano na 1596 dzikich osobników. Jednak jeszcze w połowie lat 90. XX w. biolodzy zajmujący się ochroną przyrody marnie oceniali szanse pandy wielkiej na przetrwanie. Tego typu pesymistyczny nastrój przekazał m.in. George Schaller na łamach znanej książki „The Last Panda” (Ostatnia Panda) z 1994 r. Do 1988 r. największym zagrożeniem dla pand wielkich było niszczenie siedlisk i kłusownictwo, jednak to drugie nie jest już właściwie w ogóle praktykowane, głównie dzięki Ustawie o ochronie dzikich zwierząt z 1988 r. Od połowy lat 90. zaczęliśmy za to notować znaczący wzrost naszej wiedzy na temat biologii i ekologii pandy wielkiej, co daje powody do optymizmu. Optymizm ten utrzymuje się także na początku XXI w. I tak np. w 2010 r. rezerwaty przyrody obejmowały ponad 70% siedlisk odpowiednich dla pand. W przypadku ochrony pandy wielkiej bardzo dobrze sprawdziło się zaangażowanie miejscowej ludności, która monitoruje siedlisko zwierzęcia i dostaje za to wynagrodzenie.
Powierzchnia siedlisk odpowiednich dla pandy wzrosła od 1,39 do 2,58 mln ha w latach 1980-2013, głównie dzięki wysiłkom zmierzającym do ochrony przyrody. Obecnie w Chinach znajduje się 67 rezerwatów pand, w których żyje 1246 osobników (68% z całej populacji pand szacowanej na 1864 osobników). Mimo wszystko w 2013 r. w obrębie zasięgu pand znajdowało się 319 hydroelektrowni, 1339 km dróg, 269 km linii wysokiego napięcia, 984 dzielnice mieszkaniowe i 479 kopalń. Wszystkie tego typu rozbudowy prowadzą do wzrostu fragmentacji siedliska, co stanowi jedno z głównych zagrożeń dla dzikich populacji. Kolejnym jest rozwój turystyki.
Jednak obecnie na terenach zajmowanych przez pandy wielkie najpoważniejszym zagrożeniem jest wypas zwierząt gospodarskich, wprowadzany także przez niektóre programy rządowe. Prowadzi on do spadku jakości siedlisk pandy, a także wypierania samych pand wielkich, co może stać za niedawno zaobserwowanym trendem przenoszenia się tych niedźwiedzi na wyżej położone obszary. Wynika to poniekąd z niezaspokojonych potrzeb miejscowych społeczności, związanych m.in. z niewystarczającą ekokompensacją. Co więcej, niektóre niedawne decyzje chińskiego rządu, np. reforma systemu praw do lasów kolektywnych (…) z 2008 r., poluzowały nieco przepisy odnoszące się do pozyskiwania zasobów z obszarów chronionych, a także wypasu zwierząt gospodarskich na tychże obszarach, co może stanowić dla miejscowej ludności kolejną zachętę do kontynuowania tego typu działalności.
W przyszłości na stan pand wielkich wpłynąć mogą również zmiany klimatyczne, gdyż szacuje się, że w ich następstwie zniknie 6 z 16 gatunków bambusów spotykanych na obszarze siedlisk pand wielkich. Mogą one doprowadzić do 50% spadku powierzchni tychże siedlisk, przez co dolna granica wysokości bezwzględnych, na których występują pandy wielkie, wzrośnie nawet o 500 m.
W 2014 r. przeprowadzono ostatnie dotychczas badania liczebności dzikiej populacji pandy, które po raz kolejny zakrojone były na szeroką skalę (Chiny zainwestowały ponad 60 tys. osobodni w celu przebadania ponad 4 mln ha) i przyczyniły się do polepszenia ochrony zwierzęcia. Wykazały one, że populacja dzikich pand wielkich wynosi 1864 osobniki. Badanie to pokazało, że w porównaniu z poprzednim liczeniem wzrost populacji dzikich osobników wyniósł 17%, a powiększenie się ich siedlisk – 14%.
Obecnie pandy żyją w 33 subpopulacjach, z czego 18 ma mniej niż 10 osobników. Największa z tych 33 obejmuje za to 400 osobników. Ogólny wzrost w rozmiarach populacji pand dostarcza również powiewu optymizmu, jeśli porównać go z sytuacją dzikiej przyrody na świecie. Szacuje się, że w latach 1970-2014 doszło do 60% spadku ogólnych
Gody w rytmie softu
Aplikacje randkowe są swego rodzaju lekiem na bolączki współczesności
Między 2010 a 2020 r. na Zachodzie z osób używających aplikacji randkowych zdjęto piętno nieudaczników. Wcześniej uznawano, że korzystają z nich ludzie, którzy mają problemy z „normalnym” nawiązaniem relacji lub są pod względem atrakcyjności jakoś „wybrakowani”.
Dzisiaj coraz rzadziej tak się uważa, a świadczą o tym liczby. Na świecie mieszka obecnie 320 mln użytkowników aplikacji randkowych. Sam Tinder gromadzi 50 mln użytkowników i ma silną konkurencję. W 2017 r. z wszelkiego typu aplikacji randkowych korzystało 15% Amerykanów i Amerykanek. Trzy lata później użytkowało je już 32% mężczyzn i 28% kobiet, a 23% mieszkańców Stanów Zjednoczonych przyznało się, że kiedykolwiek poszło na randkę z osobą poznaną za pomocą aplikacji. Z kolei 12% całej populacji wzięło z taką osobą ślub albo weszło w długotrwały związek.
Kiedy jednak przyjrzymy się bliżej tylko tej części amerykańskich respondentów, która zadeklarowała, że stale używa aplikacji randkowych, to dostrzeżemy, że 77% spośród nich poszło z kimś poznanym w ten sposób na randkę, 39% zaś było z kimś poznanym za pomocą aplikacji w dłuższym związku.
Korzystający z aplikacji randkowych to przede wszystkim osoby między 18. a 44. rokiem życia. Apek randkowych używa 70% amerykańskich studentów. Ludzie w wieku 20-35 lat tinderują w autobusach, w metrze, w kawiarniach. Pojawił się w związku z tym specyficzny savoir-vivre, np. nie tinderuje się z kimś, z kim chodzi się na wykłady, by uniknąć sytuacji wprawiających w zakłopotanie.
Jak łatwo się domyślić, powszechność korzystania z aplikacji randkowych maleje z wiekiem, nie spada jednak do zera. W Stanach Zjednoczonych z Tindera i podobnych narzędzi korzysta 19% osób w wieku 50-64 lat i 13% osób, które ukończyły 65. rok życia. Również w Europie na Tinderze jest już „przekrój społeczeństwa”, także 60-letni mężczyźni deklarujący, że poszukują miłości. Co równie istotne, aplikacje randkowe są przyjaznym środowiskiem służącym aktywowaniu życia romantycznego osób LGBTQ+. Z aplikacji tego typu korzysta aż 55% amerykańskich gejów, lesbijek i osób biseksualnych (dla porównania – 28% osób heteroseksualnych). (…)
Nie bez powodu można więc odnieść wrażenie, że w powszechnym przekonaniu aplikacje randkowe stają się jedynymi skutecznymi narzędziami do nawigowania po wzburzonych morzach intymności. Są oprzyrządowaniem, bez którego poznanie kogoś interesującego do pary staje się praktycznie niemożliwe, co prowadzi do powszechnej platformizacji intymności, bliskości, romansu.
Apki randkowe – tak jak niegdyś swatka czy rodzice – stają się kluczową dla rynków seksualnych i matrymonialnych instytucją społeczną, czyli społecznym wzorcem postępowania, który zabezpiecza pewną określoną ludzką potrzebę. Oczekuje się, że z jednej strony algorytm dokona racjonalizacji wyboru partnera na podstawie najważniejszych parametrów (tak jak niegdyś swatka), a jednocześnie z drugiej strony sprawi, że połączeni użytkownicy poczują chemię, która odwróci ich uwagę od ewentualnej niekompatybilności.
W świecie, w którym ludzie bezustannie przemieszczają się z miejsca na miejsce i w żadnym nie osiadają na tyle, aby bez pomocy specjalnego oprogramowania znaleźć w nim kogoś do pary, aplikacje stały się podstawowym narzędziem swatania. Nic dziwnego, że namierzenie i zarazem prześwietlenie kogoś w sieci jest dla kolejnych roczników wychowywanych ze smartfonem w ręku czymś znacznie bardziej naturalnym niż zapoznanie się z obcą osobą w świecie fizycznym. W sieci ma się również większy potencjalny wybór niż dosłownie obok – w sąsiedztwie, pracy czy w szkole. Nawiązanie z kimś pierwszego kontaktu online jest mniej bolesne i pozwala zaaranżować kontekst spotkania w świecie realnym, a zakończenie relacji, która istniała tylko wirtualnie, jest znacznie mniej kosztowne niż porzucenie toczącej się w realu konwersacji z kimś, kto przed chwilą – owszem – całkiem się podobał, ale po chwili przestał. Grzeczność wymaga przemęczenia się, kurtuazyjnego kontynuowania small talku, krygowania się i – ewentualnie – trudnego zakończenia spotkania. W znajomości zapośredniczonej przez smartfon nie istnieje już taki towarzyski obowiązek. Można ją porzucić szybko, bez emocji i dramy. Ludzie socjalizowani w środowisku nowych mediów, którym aplikacje randkowe służą jako narzędzia
Fragmenty książki Tomasza Szlendaka Miłość nie istnieje, Znak Literanova, Kraków 2025
Jak ominąć korki na dachu
Lato trzymało do ostatniego dnia kalendarzowego, grzechem byłoby nie skorzystać – pojechałem w Tatry, te najbliższe z mojej strony, orawskie, tym razem wyjątkowo jak pan dyrektor przykazał, czyli po szlaku, no bo grani nie znałem, a farbą akurat pochlapana i dostępna dla ludności. Widoki niezrównane, trochę emocji dla turystów, nawet jakieś łańcuchy na eksponowanych stromiznach, w rzeczy samej odcinek między Przełęczą pod Dzwonem a Smutną nazywany jest Orlą Percią Tatr Zachodnich, dalsza część w rejonie Rohaczy też odważnie wyznakowana. Był słoneczny weekend, więc sporo piechurów na szlaku, mogłem wreszcie sprawdzić swoje tempo na tle innych, bo zwykle chodzę po odludziach – pod górę jest całkiem nieźle, wyprzedzam, w dół już niestety dużo gorzej, wszyscy mnie wyprzedzają, to kwestia kolan niezdrowych i stopy powypadkowej, już nie zbiegam po piargach, jeno się mozolę.
Tak czy owak, wycieczka udana, pomimo ludności na grani bezzatorowa. No i właśnie: przez cały dzień dostawałem od znajomych dramatyczne zdjęcia z polskiej strony Tatr. Gigantyczne kolejki, zatkane szlaki, trzygodzinne oczekiwanie na Orlej – to już pułapka, bo szlak jednokierunkowy i nawet jak się rozmyślisz, cofnąć się nie możesz, choćbyś dał radę ominąć pod prąd ogon piechurów wysokogórskich, samym hejtem zepchną cię w przepaść. Po polskiej stronie Tatr chodzę już tylko pod ziemią, tam korki rzadkie, chyba że się wybierze do trudnej jaskini zbyt duży zespół, wtedy łatwo
Rolnik z Podlasia: chcemy własnego banku
Od lat domagamy się powołania polskiego banku dla polskich rolników. Bo to paranoja, że ta ogromna branża jest skazana na korzystanie z usług francuskiego BNP Paribas czy hiszpańskiego Santandera (sprzedanego austriackiej grupie Erste). Do tego Crédit Agricole i inni. Mają się świetnie. Zarabiają na rolnikach, dojąc ich za każdą usługę.
Coraz więcej rolników protestuje i domaga się powołania Państwowego Banku Rolnego. Banku dostosowanego do cyklu pracy na roli, a nie schematów kredytów konsumpcyjnych. Jan Ogił ze Stowarzyszenia Dla Powiatu uważa, że taki bank „mógłby wpłynąć na stabilizację cen i większą kontrolę nad rynkiem”.
Taki bank oczywiście powstanie. Może lewica weźmie to na sztandary, skoro PSL nie chce?
Chwalili bardziej ciało niż duszę
Wielu ludzi próbowało umniejszać moje dokonania, ale się temu nie poddałam
Katarzyna Figura – aktorka filmowa i teatralna, laureatka wielu nagród branżowych, ostatnio Nagrody im. Ireny Solskiej, ustanowionej przez polską sekcję Międzynarodowego Stowarzyszenia Krytyków Teatralnych (AICT), za wkład w polski teatr, odwagę i bezkompromisowość w budowaniu postaci.
Przed laty, w przerwie sesji okładkowej do „Tele Tygodnia”, wyszliśmy na korytarz i wtedy podeszło do pani dwóch młodych mężczyzn, zatrudnionych przy remoncie budynku. Poprosili o autograf. Okazało się, że mają przygotowany flamaster, ale nie mają nawet skrawka papieru, poprosili wobec tego, żeby złożyła pani podpisy na ich plecach.
– I?
Dostali autografy i zachwyceni wrócili do swojej ekipy. Często stykała się pani z takimi prośbami?
– O tak, często dochodzi do podobnych sytuacji. Może nie w tak szczególnej formie, ale jednak. Od kilkunastu lat mieszkam w Trójmieście i stykam się z niezwykle ciepłymi reakcjami ludzi, którzy, widząc mnie, zachwycają się tak, jakbym właśnie zeszła z ekranu i zjawiła się wśród nich, np. w osiedlowym warzywniaku. I nie mogą uwierzyć, że Katarzyna Figura kupuje warzywa. Że ktoś, kogo widzieli w „Kilerze” czy jeszcze wcześniej w „Kingsajzie”, jest dostępny na wyciągnięcie ręki. To są bardzo ciepłe spotkania i bardzo je cenię.
Pojawiła się pani na ekranie i niemal od początku nazwano panią polską Marilyn Monroe, kobietą dzieckiem, kobietą demonem, dziewczyną dynamitem, ikoną kina. Jak przyjmowała pani ten deszcz określeń?
– Nie ukrywam, że robiło to na mnie wrażenie. Wychowywałam się, oglądając na ekranie wspaniałe aktorki: Sophię Loren, Ginę Lollobrigidę, Claudię Cardinale, Brigitte Bardot… Chciałam być taka jak one. Ale od początku kariery próbowałam walczyć ze stereotypami. Miałam wrażenie, że krytycy skupiają się na moim wyglądzie, nie na talencie aktorskim. Chwalili bardziej ciało niż duszę.
Powtarzała pani często, że nie chce być gwiazdą, że chce pani po prostu pracować.
– Takie było moje życie – cały czas pracowałam. Nie odcinałam kuponów od tego, że uważano mnie za atrakcyjną czy ładną kobietę. Cały czas szłam za pracą, za rozwojem, czy to w filmie, czy w teatrze. Jestem dumna i usatysfakcjonowana z mojego życia. Nie mam żalu, nawet z tego powodu, że ktoś mnie próbował wciskać w jakieś ramy. Świetnie sobie z tym poradziłam. Zagrałam różnorodne role. Będąc młodą aktorką, grałam starsze kobiety. Teraz, kiedy już jestem starszą panią – mam przecież 63 lata – gram role atrakcyjnych kobiet. Ale gram też role kobiet bardzo zniszczonych przez czas. Jako aktorka, podsumowując swój dorobek, jestem spełniona. I nie mówię tylko o rolach zagranych w Polsce, ale także o tych zagranych za granicą. Wielu ludzi próbowało umniejszać moje dokonania, ale się temu nie poddałam. Uważam, że moja kariera jest nasycona i pełna.
Radosław Piwowarski powiedział kiedyś, że jest pani tytanem pracy i dla pracy zrobiłaby pani wszystko, nawet palec sobie ucięła.
– To zawsze jest zabawne, co mówi Sławek, myślę jednak, że przesadza, ma takie specyficzne poczucie humoru. Pewnie palca bym sobie jednak nie chciała obciąć, ale rzeczywiście moje życie jest niekończącą się pracą. Cały czas rozwijam się i tworzę. Bezczynności i marazmu nie biorę nawet pod uwagę, mimo że już mam swój wiek i formalnie jestem od kilku lat na emeryturze. Emerytura kojarzy się najczęściej z błogim odpoczywaniem, ale dla mnie takie odpoczywanie mogłoby oznaczać zastój, a do tego dopuścić nie mogę. Myślę, że akurat przy mojej energii, przy mojej naturze, nie byłoby to dobre.
Wciąż ma pani w sobie głód pracy?
– To nawet nie jest głód czy niezaspokojenie, to po prostu nieustanna praca nad sobą. Rodzaj aktywności, który jest dla mnie najważniejszy. Tu chodzi o zdobywanie wiedzy, rozwój i ewentualne przekazywanie tej wiedzy, jeżeli ktoś jest na to otwarty. Cały czas czytam. Przeglądam dziesiątki książek, scenariuszy, w wyobraźni buduję sceny. To dla mnie najpiękniejsze i najistotniejsze chwile: czytam książki, popijam wino i przenoszę się w inne światy. Z tego czerpię różne inspiracje. A potem wchodzę albo na scenę, albo przed kamerę, albo podróżuję z tym całym cudownym bagażem nowych odkryć, nowych-starych odkryć, bo to może być literatura, którą znam, ale wciąż do niej z sentymentem wracam.
Tak jak było z „Fedrą”. W 1985 r. w spektaklu Teatru Telewizji w reżyserii Laco Adamika grała pani Arycję, a przed kilkoma laty w Teatrze Wybrzeże w spektaklu reżyserowanym przez Grzegorza Wiśniewskiego wykreowała tytułową bohaterkę, którą zachwyciła pani całą Polskę.
– Dziękuję, jestem bardzo wdzięczna za te słowa i za Nagrodę im. Ireny Solskiej. Ale, wrócę, nie byłoby tej nagrody, gdybym od dziecka nie poszukiwała swojej drogi.
Zaczęło się od Kubusia Puchatka.
– A tak, od Kubusia Puchatka. To była moja pierwsza rola w ognisku teatralnym prowadzonym przez Halinę Machulską przy Teatrze Ochoty. Ja byłam Kubusiem, a moja koleżanka ze szkoły, Małgosia Bogdańska, Prosiaczkiem. To Małgosia namówiła mnie, żeby zapisać się do tego ogniska. Wtedy nie myślałam
Wybory w cieniu amunicyjnych sukcesów
Populistyczne hasła w Czechach trafiają na podatny grunt
W przededniu wyborów parlamentarnych w Czechach (3-4 października) prowadzi ruch ANO. Partia Andreja Babiša sprzeciwia się inicjatywie amunicyjnej, która wspiera Ukrainę i wzbudza uznanie na świecie.
Czechy – w odróżnieniu od coraz bardziej miotającej się politycznie Słowacji czy Węgier Orbána – od początku wojny w Ukrainie zdecydowanie wspierają Kijów. Stojący na czele koalicji Spolu premier Petr Fiala był jednym z pierwszych europejskich przywódców, którzy odwiedzili Kijów już na początku wojny. Od tego czasu odbywają się spotkania na najwyższym szczeblu, którym towarzyszą gesty wsparcia ze strony Czech.
Rząd w Pradze nie ma problemów z tym, by udowodnić światu, po czyjej jest stronie. Dzięki chwalonej od USA po Japonię tzw. inicjatywie amunicyjnej Czechy zyskały poklask za granicą jako czołowy sojusznik Ukrainy. Warto zaznaczyć – o czym od początku informowana była czeska opinia publiczna – że dla kraju koszty takiego wsparcia są minimalne. Korzyści gospodarczo-podatkowe natomiast ogromne.
Motorem wsparcia amunicyjnego dla Ukrainy były prywatne firmy zbrojeniowe, nieźle sobie radzące, a po inwazji z lutego 2022 r. prosperujące wręcz znakomicie. Czeski prywatny przemysł zbrojeniowy cieszył się nawet większym wzrostem, niż zakładano. Rząd w Pradze promował inicjatywę amunicyjną na arenie międzynarodowej, podkreślając, że Praga jest czołowym dostawcą broni dla Kijowa.
Warto pamiętać, że czeski przemysł zbrojeniowy, zbudowany na potężnej bazie przemysłowej z epoki komunistycznej, po 2020 r., a po 24 lutego 2022 r. w szczególności, odzyskał siłę po burzliwej prywatyzacji z lat 90. Jego rozwój długo hamowała nadszarpnięta reputacja – skandale związane z eksportem broni do stref wojennych i reżimów totalitarnych.
W ramach inicjatywy amunicyjnej Czechy dostarczyły Ukrainie niemal 2 mln sztuk pocisków artyleryjskich. To ponad dwa razy więcej, niż na ubiegłorocznej konferencji bezpieczeństwa w Monachium zapowiadał szef czeskiego państwa. Tym samym prezydent Petr Pavel dotrzymał słowa z nawiązką. I przekonał świat, że przy wsparciu USA, Niemiec i Szwecji uda się wspomóc walczącą Ukrainę pokaźną partią pocisków. Jak informował czeski portal natoaktual.cz, dzięki wsparciu Pragi dysproporcja siły ognia Rosja-Ukraina zmalała z niepokojącego 8-1 do 2-1!
Godnym naśladowania pomysłem Pragi jest uruchamianie fabryk czeskiej broni bezpośrednio w Ukrainie. Przykładem może być rozpoczęcie produkcji spełniających standardy NATO karabinów CZ Bren 2 na licencji firmy Česká zbrojovka a.s. przez ukraiński państwowy koncern zbrojeniowy Ukroboronprom. Z kolei inna znacząca firma, Ukrajinśka Bronetechnika, rozpoczęła produkcję pocisków
Gaudeamus igitur
Już niebawem w ponad 400 uczelniach w Polsce rozpocznie się nowy rok akademicki. W ponad 400 uczelniach publicznych i niepublicznych rozlegnie się hymn „Gaudeamus igitur”. W niektórych odśpiewają go chóry, a w innych poleci z taśmy. Nie wiem, w ilu uczelniach słowa będą zrozumiałe dla studentów i… dla kadry naukowej. W ponad 400 uczelniach na inauguracji roku akademickiego pojawią się rektorzy w czerwonych togach z mucetami z gronostajowych futerek (częściej z króliczych udających gronostaje). Ilu z nich wie, co symbolizuje toga, jaka jest jej tradycja? I dlaczego akurat gronostaje? A jakie to ma znaczenie? – mógłby ktoś zapytać. Ano ma. Jeden rektor regionalnej szkoły wyższej do rektorskiej togi nosił zbójnicką czapkę i, jak sądził, w ten sposób manifestował związek uczelni z regionem. Pomieszały się biedakowi dwa porządki: tradycja akademicka i atrybuty stroju zespołu regionalnego. Jeśli można do rektorskiej togi zamiast biretu nosić zbójnicką czapkę, to czy w rejonie uprzemysłowionym berecik z antenką też by można? Albo bardziej nowocześnie – kolorowy kask ochronny? Jeśli nosi się togę, nie znając jej znaczenia i nie przywiązując do niego wagi, to po co ją się nosi? Aby było kolorowo i wesoło? To już błazeńska czapka byłaby bardziej odpowiednia. Byłoby zaiste weselej.
Nowy rok akademicki rozpocznie niemal 1,3 mln studentów. Z tego ok. 40 tys. studentów medycyny. Ktoś powie: to dobrze, Polsce potrzeba lekarzy. Ale czy wszystkie uczelnie kształcące lekarzy dysponują odpowiednią kadrą naukową, zapleczem laboratoryjnym i klinicznym? Czy są w stanie wykształcić prawdziwych lekarzy, takich którym bez strachu można powierzyć opiekę nad zdrowiem swoim i najbliższych? Samorząd lekarski ma wątpliwości i protestuje. Ministerstwo Zdrowia zdaje się też. Ale nowe kierunki lekarskie wyrastają w różnych przedziwnych
Lasy Partyjne
Jak Lasy Państwowe stały się państwem w państwie
– To jest taka córka leśniczego – rzucił prof. Jan Szyszko do Mariusza Błaszczaka, wręczając mu kopertę przed posiedzeniem Rady Ministrów. – A to kamera Polsatu. – Minister Błaszczak odwrócił się i pomachał do kamery. Jan Szyszko nie zmieszał się zbytnio, rzucił w stronę dziennikarzy „Uwielbiamy” i kontynuował: – Ona prosiła, żebym panu to przekazał, dobra? Niech pan to przeczyta – prosił minister.
Ta tragikomiczna scenka, która obiegła polskie media w czerwcu 2017 r., uchyliła rąbka tajemnicy, jak za rządów Zjednoczonej Prawicy załatwiało się różne korzyści dla Lasów Państwowych. Kilkadziesiąt sekund nagrania ściągnęło na Szyszkę gromy. Ten szedł w zaparte.
W wywiadzie dla Polskiego Radia na pytanie o to, kim była owa córka leśniczego, odpowiedział: „Córką leśniczego była »Inka« […] i niedawno postawiliśmy jej pomnik”. Szyszko wplątał w swoją wpadkę bohaterkę AK zamordowaną po wojnie przez komunistyczną bezpiekę. Tą bezczelną wypowiedzią ściągnął na siebie kolejną falę krytyki, w tym ze środowisk konserwatywnych. Piotr Trudnowski z Klubu Jagiellońskiego stwierdził: „Trudno sobie wyobrazić większe polityczne świństwo niż wycieranie sobie gęby pomordowanymi za Polskę bohaterami dla próby wybielenia sprawy pachnącej na kilometr prymitywną lewizną”.
Historia śmierdziała na tyle, że ministra Szyszki wyparli się nawet partyjni koledzy. Minister Błaszczak publicznie zapewnił, że nie otworzył koperty, odesłał ją do Ministerstwa Środowiska i czeka na kontakt drogą formalną. Premier Beata Szydło stwierdziła z kolei, że to był „wypadek przy pracy, który w ogóle nie powinien się zdarzyć”. Zapowiedziała, że sprawa zostanie wyjaśniona. Oczywiście nic podobnego się nie wydarzyło.
Kilka dni później, gdy prowadziłem Marsz dla Puszczy w Warszawie, zaintonowałem przyśpiewkę: „Córka leśniczego nie cięłaby niczego”. Tłum chętnie ją podchwycił.
Politycy PO złożyli do prokuratury zawiadomienie o podejrzeniu popełnienia przestępstwa. Prokurator – według relacji Onetu – zaufany ministra Zbigniewa Ziobry, odmówił wszczęcia postępowania.
„Córka leśniczego” stała się jednym z symboli upadku Lasów Państwowych po roku 2015. Był to czas bezprecedensowego upolitycznienia, nepotyzmu i traktowania LP jak prywatnego folwarku. Jeden z ekspertów z branży mówi:
– Jak rządził Tomaszewski, to myślałem, że gorzej być nie może. Potem przyszedł Konieczny i zacząłem tęsknić za Tomaszewskim. A potem pojawił się Józef K. i zacząłem tęsknić za Koniecznym.
Wraz z nastaniem dobrej zmiany dokonano błyskawicznej wymiany dyrektorów regionalnych. Marek Bodył, redaktor naczelny czasopisma „Drwal”, mówi:
– Styl i zakres zmian był bezprecedensowy. O ile wcześniej również dochodziło do zmian kadrowych, to w wielu miejscach utrzymywali się powszechnie szanowani leśnicy o wysokich kompetencjach, których partyjna miotła nigdy nie wymiatała z fotela. Tym razem maksymalnie skorzystano z możliwości, jakie daje ustawa o lasach, powoływania ludzi na stanowiska, a nie wybierania w drodze konkursów.
Anna Malinowska, wieloletnia rzeczniczka Lasów Państwowych, trafiła do LP z konkursu, w 2008 r. Przez 13 lat pracy w dyrekcji generalnej była jedną z niewielu osób, które trafiły tam tą drogą. Jej zdaniem upolitycznienie to jedna z największych bolączek trapiących LP.
– Źli ludzie z politycznymi plecami są w stanie w tym systemie wyrządzić ogromną krzywdę. Jeśli nie mogą zrobić krzywdy tobie osobiście, to będą się mścić na bracie, siostrze albo szwagrze. – Opowiada o wysoko postawionym leśniku, który wrócił na ważne stanowisko po 2015 r.: – Gnębił pracownicę, którą sam zatrudnił za swoich poprzednich rządów w jednej z dyrekcji regionalnych. Wyżywał się na niej, bo nie chciała mu za poprzedniej władzy wynosić dokumentów i donosić na szefostwo. Niebezpieczny człowiek.
Choć była rzeczniczka zastrzega, że wśród ludzi z politycznego nadania
Fragmenty książki Marka Józefiaka Polska Rzeczpospolita Leśna, czyli jak Lasy Państwowe stały się państwem w państwie, W.A.B., Warszawa 2025
Fragmenty książki Marka Józefiaka Polska Rzeczpospolita Leśna, czyli jak Lasy Państwowe stały się państwem w państwie, W.A.B., Warszawa 2025







