Archiwum

Powrót na stronę główną
Promocja

Jakie listwy przysufitowe będą pasować w kuchni?

Artykuł sponsorowany Listwy przysufitowe coraz częściej pojawiają się w kuchniach jako element wykończeniowy, który porządkuje przejście między ścianą a sufitem i wpływa na odbiór całego wnętrza. W kuchni, gdzie występuje podwyższona wilgotność, para wodna oraz wahania temperatur,

Felietony Wojciech Kuczok

Kino kanoniczne

Jako filmoznawca wygasły zawodowo, ale kinoman wciąż gorzejący pasją, co roku o tej porze dołączam do kolegów po fachu i namiętności – oni ogłaszają swoje filmowe top 10, to i ja w nieskromnej naiwności upubliczniam listę filmowych satysfakcji. I myślę sobie, że ktoś się tym pokieruje w wyborze projekcji domowej, kiedy już u schyłku maratonu świątecznego, przesycony strawą i trunkiem, zasiąść zechce przed ekranem.

Przez niezdecydowanie niejeden mir domowy przepadł, kiedy po osiągnięciu konsensusu „obejrzymy sobie jakiś film” następują nerwowe a beznadziejne próby odpowiedzi na pytanie: „ale co?”. Im więcej bowiem propozycji podsuwają platformy streamingowe, tym łatwiej się zniechęcić w gąszczu tytułów, każdy kolejny bałamutnie zwiastuje niezapomniane przeżycia, żaden jednak nie jest właśnie tym, którego natychmiastową i nieodpartą potrzebę obejrzenia się czuje. Przerzucanie kolejnych ofert i kanałów, owo przymierzanie się, nie przymierzając, jak pies do krzaka, zaczyna się przedłużać w nieskończoność, aż osoba partnerska mówi: „dobra, już nie mam ochoty”. I żadnego wspólnego seansu nie będzie, bo minął moment podniecenia, bo w przeciwieństwie do aktu seksualnego gra wstępna przed rozpoczęciem projekcji jest niepożądana, albo się wie, co chce się zobaczyć, albo się wybrzydza aż po nabranie pewności, że „jakiś film” nie istnieje, że tym właśnie wyróżnia się w ciżbie propozycji, że go brakuje.

Fiasko poszukiwań „jakiegoś filmu” do wspólnego obejrzenia może się też objawić w sposób gorszy niż rezygnacja – wszak „dobra, już nie mam ochoty na film” mogłoby zostać dopowiedziane: „może chodźmy po prostu do łóżka” (gdyby nie to, że

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Świat Wywiady

Trump jest wynaturzeniem i nie przetrwa

Amerykański eksperyment ma się dobrze

Prof. Henry William Brands – historyk, autor książek historycznych, profesor Uniwersytetu Teksańskiego w Austin

Korespondencja z USA

Czy nadchodzi zmierzch „amerykańskiego eksperymentu”?
– Na pewno nie. Nie wiem, czy przetrwa kolejne 250 lat, ale w tym momencie jeszcze nie widać jego końca.

Ojcowie założyciele nie byliby zaniepokojeni wyczynami Donalda Trumpa?
– Nie sądzę. Nowatorską ideą, z jaką wyszli, było zastąpienie monarchii republiką. Pomysł, że ludzie mogą sami się rządzić, jest nieprzerwanie wcielany w życie. Więcej, ten pomysł przyjął się na całym świecie. Mieliśmy w historii prezydentów, którzy eksperymentowali, mieliśmy nawet wojnę secesyjną, a jednak założycielska wizja Ameryki jest wciąż żywa. To raczej sukces.

A podziały w społeczeństwie i w Kongresie? Strony w ogóle przestały ze sobą rozmawiać.
– Zawsze byliśmy podzieleni, od początku naszej państwowości, a nawet wcześniej. To nieodłączna cecha systemu opartego na samorządności. Jeśli tworzy się przestrzeń do wolnego wyrażania opinii, jest oczywiste, że będą one się różnić, a to doprowadzi do sporów i podziałów. Zgodność panuje tylko tam, gdzie mamy dyktaturę. Chiny nie mają tego problemu, bo tam nie prowadzi się rzeczywistej polityki rozumianej jako platforma wymiany pomysłów i poglądów. Sygnałem, że pora zacząć się martwić, będzie moment, gdy z przestrzeni publicznej zniknie pluralizm myśli, bo zostanie stłumiony.

Podzieleni nawet wcześniej? Co ma pan na myśli?
– Pierwsze strzały w wojnie niepodległościowej poprzedziły nie miesiące ani lata, ale dekady intensywnej debaty publicznej – i kłótni! – na temat dwóch przeciwstawnych wizji dalszych losów kolonii brytyjskich. Po przegranej wojnie mnóstwo „lojalistów”, frakcja wierna królowi, wyjechało z kraju, ale część została i nadal angażowała się w polemikę z „patriotami”, orędownikami samodzielnej Ameryki, na temat państwa, choć już teraz od innej strony.

Ale od dekady mamy najniższe w historii zaufanie do Kongresu – spadło do 9%, bo politycy już w niczym ze sobą się nie zgadzają. Mówi się, że mamy kolejny okres przedwojenny.
– Nieprawda. W okresie poprzedzającym wojnę secesyjną, czyli w latach 50. i 60. XIX w., podziały były większe i przede wszystkim inne, bo ich granice wyznaczała geografia. Dziś nie ma możliwości, by jedna część kraju stanęła do walki z drugą,

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Aktualne Przebłyski

Pomysłowy proboszcz z Zakopanego

Ceny z kosmosu to znak firmowy Zakopanego, znany na całym świecie. A co od pazernych górali dostają turyści? Kolejne koszmarony, budowle wciskane, gdzie tylko się da. W tym górale są jeszcze bardziej pomysłowi niż przy windowaniu cen. Skąd u nich tak paskudny stosunek do świata i bliźnich?

Tropy prowadzą do centrum miasta. Do Kościoła pw. Najświętszej Rodziny przy Krupówkach. Gospodarzem jest tam proboszcz ks. Bogusław Filipiak. Bardzo rzutki biznesmen. Na parafialnej ziemi, przy kościele, wybudował dom towarowy. Wydzierżawił go zagranicznej sieci TK Maxx. Zachęcony dużymi zyskami poszedł jeszcze dalej. Wynajął teren tuż przy kościele prywatnej firmie, która postawiła tam karuzelę i miasteczko namiotowe.

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Aktualne Przebłyski

Kublik z promocją Syguta

Obsadzony przez PO w roli dyrektora generalnego TVP Tomasz Sygut, grabarz telewizji nibypublicznej, wykazał się poczuciem humoru. Malutkim i – jak na grabarza przystało – wisielczym. W promocyjnej gawędzie z Agnieszką Kublik z „Gazety Wyborczej” pochwalił się, że „TVP przestała być obciachowa”.

No bo jakże telewizja Syguta może być obciachowa, skoro dorabia w niej tyle osób z „Gazety Wyborczej”? A brak krytyki zapewniają Sygutowi liczne ekipy z prorządowych mediów.

Płaci podatnik. I nawet nie wie, za co, bo TVP jest teraz kopią Syguta. Nudna, miałka i politycznie lizusowska.

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Kraj

Centralny Bank Rozrywki

Politycy PiS skompromitowali nawet tak powszechnie szanowaną instytucję jak Narodowy Bank Polski

Narodowy Bank Polski to filar bezpieczeństwa ekonomicznego kraju. Przysługuje mu wyłączne prawo ustalania i realizowania polityki pieniężnej. Podstawowym celem jego działalności jest utrzymanie stabilnego poziomu cen, odpowiada też za wartość narodowej waluty i za wspieranie polityki gospodarczej rządu (w granicach prawa). Choć prezesami NBP byli politycy różnych opcji, to na ogół nie wzbudzali kontrowersji, a opinia publiczna nie interesowała się tym, co się działo w murach banku przy ulicy Świętokrzyskiej w Warszawie.

Najdroższy stand-uper

Wszystko zmieniło się, gdy w czerwcu 2016 r. prezesem NBP został Adam Glapiński, zwany „Glapą”, stary druh Jarosława Kaczyńskiego, były polityk Porozumienia Centrum, którego nazwisko przewija się w licznych aferach (pisaliśmy o tym w artykule „Dziwne przypadki Glapińskiego”, „Przegląd” nr 29/2024).

Glapiński zna się na pieniądzach, bo organizował zaplecze finansowe PC. Jest również profesorem ekonomii, ale mało kompetentnym. Wielokrotnie mylił się w swoich prognozach, np. wiosną 2020 r., gdy ostrzegał przed deflacją, choć na horyzoncie widać już było inflację.

Jego wystąpienia publiczne nie mają waloru profesjonalizmu i merytoryczności, przypominają mądrości głoszone przez babcie handlujące pietruszką na straganach. Szef banku centralnego mówił np., że „gdy odczuwamy brak miłości, a nie ma w pobliżu kogoś, komu moglibyśmy zaufać”, to trzeba sobie kupić psa albo kota, bo „działają uspokajająco”. Radził też, by „nakierować swój sposób myślenia na dobre elementy”. Innym razem dywagował, że chleb jest drogi, bo ludzie zamiast kupować „skromny chleb baltonowski”, wybierają „taki z pestkami lub bezglutenowy”, i przypomniał, że „zastrzyk penicyliny w pupę boli”. Rosnącą inflację podsumował słowami: „Zejdźmy do tych 6 czy 7% na koniec roku, będziemy bardzo happy i to wtedy jest naprawdę inny świat. Chociaż media zawsze mogą podgrzać: wczoraj cebula przekroczyła wszelkie pułapy, tam chleb gdzieś tam w piekarni ktoś zapłacił tyle, pani Ania poszła i jej koszyk coś tam”.

Pleceniem takich andronów szef polskiego banku centralnego zapracował sobie na opinię komika, klauna, gawędziarza i najdroższego stand-upera (chodzi o gigantyczne zarobki Glapińskiego, o czym za moment). A że stracił kontakt z rzeczywistością, ośmiesza nie tylko siebie, ale i NBP. Siedzibę banku obkleił wielgachnymi banerami zachwalającymi swoje dokonania. Między innymi: „Wszystkie działania NBP są zgodne z prawem i spełniają najwyższe standardy międzynarodowe”, „Stopy procentowe NBP precyzyjnie i zawsze trafnie”, „Narodowy Bank Polski jako jeden z pierwszych rozpoczął walkę z inflacją”, „Dzięki NBP Polska jest na dobrej drodze, już od 4 miesięcy ceny prawie się nie zmieniły!” czy „Obciążanie NBP i rządu [PiS] za wysoką inflację to narracja Kremla”.

Zamachowcy Kaczyńskiego

Żenująca jest nie tylko retoryka Adama Glapińskiego. Niesmak budzą również wewnętrzne rozgrywki personalne. 11 listopada 2025 r. NBP wydał dementi do newsa Radia Zet o buncie w zarządzie banku przeciwko prezesowi. „Według mnie jest to dezinformacja w czystej postaci, a najlepszym tego dowodem są absurdalne nagłówki kreowane w mediach na bazie tego artykułu”, stwierdził Maciej Antes, rzecznik NBP. Temat podchwycił propisowski portal wPolityce, ale powielając narrację NBP o rzekomych kłamstwach Radia Zet.

Chyba coś jednak było na rzeczy, bo już 3 grudnia 2025 r. sześciu z dziewięciu członków Rady Polityki Pieniężnej pod przewodnictwem Adama Glapińskiego opublikowało dramatyczne stanowisko w „sprawie sytuacji w Zarządzie NBP”. Napisano w nim:

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Sylwetki

B.B. odmieniła nie tylko kino

Brigitte Bardot 1934-2025

B.B. Supergwiazdą kultury Zachodu stała się z wyboru, kiedy poczuła się kobietą wyzwoloną

Do filmu weszła przypadkiem. Supergwiazdą kultury Zachodu stała się z wyboru, kiedy poczuła się kobietą wyzwoloną. Obrończynią praw zwierząt uczyniło ją wrodzone współczucie dla słabszych.

Do statusu gwiazdy zbliżała się krokiem lekkim, choć po mocno wyboistej drodze. Rodzice, którzy w 1934 r. czekali raczej na syna, dali jej imię po celtyckiej bogini, patronce sztuki i magii. Wzrastała w Passy, prestiżowej dzielnicy Paryża, o największej liczbie Mercedesów na kilometr kwadratowy. Po pewnym czasie zorientowała się, że niedowidzi na lewe oko. Zdiagnozowano ambliopię, zespół leniwego oka, którego nie da się skorygować okularami. Okulary pomagały za to na lekki zez. Tymczasem upośledzone oko z trudem wyczuwa przestrzeń, więc Brigitte porusza się i gestykuluje wolniej, w sposób mniej skoordynowany. Później prasa uzna to za spontaniczną metodę aktorską.

Pan i pani rodzice

Rodzice okazują się surowi, czasem nieludzcy. Kiedy mała Brigitte wraz z siostrą tłuką talerz, który „był w rodzinie od 100 lat”, dostają po 20 pasów na goły tyłek. Gorzej, że rodzice „od teraz” każą mówić do siebie per pani i pan, bo dzieci okazały się osobami obcymi. „Pamiętajcie, że nie jesteście tu u siebie, tylko u nas! To nie jest wasz dom”, słyszą dziewczynki. W tym miejscu dzieciństwo kończy się nieodwołalnie. Brigitte ma siedem i pół roku, myśli o samobójstwie. W domu od rana do nocy słychać kłótnie rodziców. Podczas jednej z nich ojciec siada okrakiem na poręczy balkonu, grożąc, że zaraz skoczy. Za to podczas wystawnych kolacji dla wysoko postawionych przyjaciół oboje grają harmonijne małżeństwo.

Kiedy po śmierci ojca (1974) matka proponuje, by córki zwracały się do niej jak dawnej, „mamo”, Brigitte nie umie się na to zdobyć. W szkole dla dzieci burżuazji radzi sobie mizernie (powtarza siódmą klasę), także dlatego, że panuje tu koszarowy dryl i nauka pamięciowa. Matka, która z usposobienia jest niespełnioną artystką, widzi w Brigitte same defekty. Dziewczynka po powrocie ze szkoły patrzy w lustro w holu kamienicy i przyznaje jej rację. Chowa się w sobie. Otwiera się tylko na lekcjach baletu klasycznego – burżuazja posyła na nie dzieci, by zaznały praktyk dworu królewskiego. Matka przy okazji uczy ją trzymać się prosto: stawia jej na głowie dzbanek pełen wody, a kiedy ta się ulewa, wymierza dziewczynce policzek.

Pierwsze zdjęcie prasowe małej Brigitte ukazuje się dzięki protekcji znajomej rodziców na łamach „Jardin des Modes” w 1949 r. Brigitte jest modelką prezentującą sweterki. Matka zgodziła się, pod warunkiem że w tekście nie będzie wymienione nazwisko Bardot. Redaktorki zapamiętały, że dziewczynka, śmiejąc się, zasłaniała usta ręką, by ukryć przerwy między zębami. „Wyglądała dość pospolicie. A na zdjęciu była wspaniała”, wspominały po latach. Polecają ją wyżej i Brigitte ląduje na okładce francuskiego „Elle”.

Tak wpadła w oko Pierre’owi Braunbergerowi, producentowi filmowemu z talentem do wyławiania nowych twarzy. To on wypatrzy najpierw Gérarda Philipe’a, a później Jeana-Paula Belmonda. Podsuwa Brigitte początkującemu reżyserowi Rogerowi Vadimowi, który szuka dorastającej panienki do roli w swoim filmie. Podczas pierwszego spotkania dziewczyna ciągle zasłania usta, kiedy się śmieje. Nie szkodzi – Roger jest porażony jej niebanalną urodą. Zna się na tym – to on wypatrzył wcześniej Audrey Hepburn, a potem odkrył Catherine Deneuve i Jane Fondę. „Zazwyczaj słucha się osób, które coś mówią. Pan słucha, chociaż się nie odzywam”, powie podczas pierwszego spotkania ośmielona Brigitte, lat 14.

Dwa lata później będzie miała za sobą pierwszą próbę samobójczą (odkręca gaz) i zostanie kochanką Vadima. Na spotkania urywa się z lekcji. Roger pisze jej usprawiedliwienia, podrabiając pismo matki. Ale też podsuwa książki i wprowadza w świat artystów. Niebawem dziewczyna wykrzyczy: „Żegnaj, maturo, będę gwiazdą kina!”. Tymczasem, kiedy wzięcie zdobywa nowe medium – telewizja, Brigitte obnosi modne stroje przed kamerą.

Film zakazany przez Watykan

W kinie debiutuje koszmarnym kiczem „Wioska w Normandii” (1952). Wprawdzie gra u boku samego Bourvila, ale kwestie wygłasza drętwo i bełkotliwie, kompletnie nieustawionym głosem. Mocniej przemawia za to jej kobiecość, zwłaszcza w kostiumie kąpielowym. A w 15 kolejnych filmach statystuje jako siostra głównej bohaterki albo służąca. Zawsze jako „ślicznotka”, pozostając elementem tła. „Były to okropne chały, dobre jako środek nasenny”, powie po latach. Z tym, że dobrze płatne. Za pierwszą wyższą gażę kupuje mężowi używane BMW. Kiedy kręci pierwszy film (naga za plastikowym parawanem prysznica) za Kanałem La Manche, dziennikarze nazywają ją sex kitten, zmysłowym kociakiem. „Kogo pani najbardziej podziwia?”, pytają na konferencji prasowej. Odpowie: „Izaaka Newtona. Odkrył, że ciała mogą się przyciągać”. Jej cięte riposty z czasem przejdą do legendy.

Sceptycy mieli co wytykać dziewczynie: piegi, nierówne zęby (w dzieciństwie nosiła aparat ortodontyczny), pucułowate policzki, mizerną dykcję, chmurne wejrzenie. I wypowiedzi w radiu czy telewizji urywane w pół zdania, jakby nie była w stanie dokończyć myśli. Mówili o niej „Bufetowa”. Ważniejsze, że w tym samym 1952 r. poślubia Vadima, który cierpliwie przyswaja katechizm, by ceremonia mogła się odbyć w kościele. Para anonimowo trafia na okładkę „Elle” – Brigitte ciągle jest modelką bez nazwiska.

W 1953 r. Brigitte, wciąż jako starletka, spaceruje podczas Festiwalu Filmowego w Cannes po Croisette, jednej z najsłynniejszych promenad na świecie. Przechadza się w stroju kąpielowym, w topie bez ramiączek. Dziś powiedzielibyśmy, że Bardotka spacerowała w bardotce. Paparazzi sfotografowali ją od każdej strony i stracili zainteresowanie. Brigitte znaczyła tu tak niewiele, że nie zaproszono jej na finałowy bankiet. Zapamiętała to sobie. Kiedy w 1956 r. pokazany na festiwalu film „I Bóg stworzył kobietę” wyniósł ją na szczyty powodzenia, zorganizowała na finał własny bankiet na jachcie. I wszyscy, którzy się liczyli, zawitali do niej, pomijając uroczystość oficjalną.

Po tym sukcesie Roger Vadim poszedł za ciosem. Kiedy film promowano we Włoszech, kazał w Rzymie, w pobliżu Watykanu, zawiesić do wysokości drugiego piętra baner z Brigitte w bikini. I z napisem: „Zobacz film, którego zakazał Watykan”. Policja nie tylko szybko baner zdjęła, ale i zniszczyła wszystkie materiały promocyjne oraz kopie filmu. Ostatecznie Watykan ocenił film jako najgorszą pornografię. Podczas wystawy światowej w Brukseli watykańscy urzędnicy umieścili na swoim stoisku duży portret Brigitte Bardot, która została opisana jako „symbol zepsucia naszych czasów”. Efekt? Na stoisko przybywali bardzo liczni goście, aby naocznie sprawdzić, jak to „zepsucie” się prezentuje. Było coś na rzeczy, bo we Francji film promowano hasłem: „I Bóg stworzył kobietę, a diabeł wymyślił B.B.”.

W tym czasie nagie fotki Brigitte chodziły w Stanach po 5 dol. sztuka (wówczas suma nieprzyzwoicie wysoka). Pewien dyplomata francuski został w 1958 r. zatrzymany na amerykańskim lotnisku, ponieważ próbował przemycić do Stanów 50 tys. rozebranych zdjęć aktorki. Kroniki światowej dyplomacji nie podają, czy ostatecznie się obłowił, czy nie.

Ten szum był nieprzypadkowy, ponieważ film „I Bóg stworzył kobietę” stał się nowym rozdziałem w karierze Brigitte. Więcej, okazał się ważną datą w historii sztuki filmowej. Mimo że to kino klasy B: jedna dziewczyna i dwaj bracia, którzy rywalizują o jej względy i ciało. Zagrała tu panienkę głupiutką, ulegającą kaprysom, porywom namiętności, nieodpowiedzialną. Taką, która robi to, na co akurat ma ochotę, bez oglądania się na konsekwencje. Choć jednocześnie kruchą, ciepłą i współczującą. Nasuwało się porównanie z Jamesem Deanem, a Francuzom z bohaterkami powieści Françoise Sagan.

„Zobaczyliśmy kobietę, która w 1954 r. kocha się dlatego, że ma na to ochotę, jest zakochana w jednym mężczyźnie, a potem w drugim i z tego powodu nie czuje żadnego wstydu, wprost przeciwnie, ma poczucie wolności, które upaja”, pisała Françoise. Na jej pogrzeb Brigitte posłała kwiaty z karteczką: „Mojej siostrze”. Historycy uznali później, że ten film był pierwszym impulsem, który doprowadził do paryskich rozruchów z 1968 r.

Rybaczki i koński ogon

Brigitte była tak ujmująca, że miliony dziewcząt chciały teraz zachowywać się i wyglądać jak ona. Twarz we wcześniejszych filmach pokrywano jej makijażem jak maską – Vadim postawił na nagą twarz, a po każdym ujęciu na nowo targał jej włosy. Mówiono, że Brigitte nosi „sałatę na głowie”. Filmował jej ciało z każdej strony (także spocone), ale pokazywał też charakter. Pozwalał jej na planie improwizować, mówić własnym tekstem. Większość zdjęć wykonywano w plenerze, co wcześniej było nie do pomyślenia.

Tu przypomnienie: na filmy miłosne od zawsze chodziło się po instruktaż. Przecież to z kina dziewczęta nauczyły się zamykać oczy przy pierwszym pocałunku, to z kina wiedziały, kiedy do tego pocałunku stawać na palcach. To z ekranu chłopcy zgapiali, jak prosić dziewczynę do tańca, jak podawać kwiat i o czym rozmawiać z przyszłym teściem. A już kwestia mody, zwłaszcza damskiej, oraz tego, co nazywamy „szykiem” (czyli nie to, co dyktują żurnale, ale „co się nosi”), ma z filmem fundamentalny związek.

Gdyby nie Brigitte Bardot, całe pokolenie dziewcząt nie nosiłoby spodni rybaczek, włosów spiętych w koński ogon i tej jej bardotki bez ramiączek. To, co nosiła Brigitte, wręcz zachęcało do ruchu: wkładała dżinsy, szorty, jeżeli koszule, to męskie, najwyraźniej pożyczone od kolejnego absztyfikanta. Jeździła modelem Floride, podarowanym jej przez Régie Renault, z tablicą rejestracyjną B.B.1934. Prasa przypomniała z tej okazji, że za kwotę,

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Aktualne Od czytelników

Listy od czytelników nr 02/2026

Święta w Białym Domu

Amerykanie to naród o mentalności dzieci. Kto chce do nich dotrzeć i zyskać ich poparcie, musi się posługiwać infantylną retoryką i stylistyką. Stąd np. w polityce ten prostoduszny, by nie rzec prostacki przekaz o złych i dobrych bohaterach, stąd kampanie wyborcze ewidentnie imitujące dziecięce bale – z nadmiarem konfetti, kolorowych baloników, śmiesznych czapeczek, piszczałek itp. A także hollywoodzkie bajki, które niczym te dla milusińskich muszą się kończyć happy endem, by przerośniętym amerykańskim dzieciom, wydającym ciężko zarobione dolary, nie było smutno. Stąd wreszcie ta „baśniowa kraina” w Białym Domu w okresie bożonarodzeniowym.
Raphael Wagner

Jaki jest Leon XIV?

Leon XIV to chyba „nie ta liga”, co Franciszek. Wiem, że wielu krytykowało Bergoglia za poglądy, ale uważam, że był człowiekiem bardzo odważnym i bezpośrednim. Nie dostrzegam tego u nowego papieża, ale życzę mu wszelkiej pomyślności w reformowaniu Kościoła, bo pracy jest bardzo dużo.
Damian Paweł Strączyk

Ktoś mądrzejszy ode mnie powiedział, że gdy szatan się boi, używa do swoich celów ludzi religijnych. Ciekawe, że krytyka Leona XIV zaczęła się zaraz po rozpoczęciu przez niego działań na rzecz ponownego zjednoczenia Kościoła…
Karol Zejfert

Wrocław psuje się od prezydenta

Jak tu mieć zaufanie do prezydenta z tak poważnymi zarzutami prokuratorskimi?
Marta Lipska

Jest to po prostu układ mafijny. Lokalna finansjera, Grzegorz S., deweloperzy, media na Solnym, radni oligarchowie, a na końcu „bezpartyjny fachowiec” Jacek S.
Jacek Załuski

Większość ludzi nie reaguje, mówiąc: co z tego, że go odwołają? Przyjdzie nowy, może większy złodziej. Co się stało z ludźmi i ich systemem wartości?
Emilia Czerniejewska

I całe szczęście, dzięki temu mamy dalej dobrego gospodarza naszego miasta, czy to się komuś podoba, czy nie.
Krzysztof Streck-Majewski

Strategia czasów wodzostwa

Byliśmy uzależnieni od rosyjskiej ropy, a teraz zależymy militarnie i gospodarczo od Stanów Zjednoczonych. W jednym kraju u władzy jest zbrodniarz wojenny, w drugim narcystyczny oszołom, który ma gdzieś kraje z NATO i gra tylko na ogromne zyski od państw uzależnionych lub tych, którym pomaga, oczywiście za ogromną kasę i eksploatację bogactw, np. Ukrainy. Mieć wielkiego wroga na wschodzie i niestabilnego sojusznika na zachodzie to chyba najtrudniejsza sytuacja od wielu lat. Nie tylko dla Polski, ale dla wszystkich krajów dawnego bloku wschodniego.
Irena Kaźmierczak

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Kultura Wywiady

O teatrze w czasach komercji

O teatrze w czasach komercji

Dlaczego łatwo godzimy się na cięcia w kulturze

Michał Borczuch – reżyser teatralny, twórca takich spektakli jak „Apokalipsa”, „Zew Cthulhu”, „Kino moralnego niepokoju”, „Mieszkanie na Uranie” i „Nagle, ostatniego lata” w Nowym Teatrze w Warszawie, „Moja walka” i „Czarodziejska góra” w TR Warszawa, „Paradiso” i „Wszystko o mojej matce” w Łaźni Nowej w Krakowie, „Lulu”, „Werter”, „Brand. Miasto. Wybrani” i „Aktorzy prowincjonalni. Sobowtór” w Narodowym Starym Teatrze w Krakowie czy „Ulisses” w Teatrze im. Juliusza Słowackiego w Krakowie. Pracował też w teatrach w Niemczech, Szwajcarii, na Litwie oraz w Słowenii. Laureat Paszportu „Polityki” (2017). Wykłada w krakowskiej Akademii Sztuk Teatralnych. 15 listopada 2025 r. w Starym Teatrze odbyła się premiera jego najnowszego spektaklu „Piramida zwierząt”.

Skąd pomysł na spektakl „Piramida zwierząt”?
– Gdy byłem uczniem Państwowego Liceum Sztuk Plastycznych im. Józefa Kluzy w Krakowie, w 1993 r. rozmawialiśmy o pracy Katarzyny Kozyry „Piramida zwierząt”. Mówiliśmy o procesie jej powstania i kontrowersjach, jakie wywołała. Był to dla mnie moment zetknięcia się ze sztuką, która fascynuje i przeraża, bo odsłania coś niepokojącego o świecie. Wróciło to do mnie dwa lata temu. Jako człowiek już zawodowo ustabilizowany przypomniałem sobie emocje i refleksje nastolatka, co wywołało we mnie pytanie o to, czy wciąż istnieje jakiś obraz sztuki, który mnie porusza. Spektakl wyrasta więc z bardzo osobistej i ważnej dla mnie historii.

„Nazywam się Kasia i zajmuję się sztuką. Po co jest sztuka? Sztuka jest po nic, ale nie mogę się jej oprzeć”, mówi Katarzyna Kozyra (grana przez Małgorzatę Zawadzką) w twoim spektaklu. Po co jest sztuka?
– „Piramida zwierząt” wróciła do mnie w momencie, gdy zacząłem mieć poczucie, że nie mogę znaleźć swojego miejsca w polskim teatrze. Teatry realizują plany, myślą hasłami, tematami i spełniają funkcję rozwiązywania problemów, a ja się w tym nie potrafię odnaleźć. Spytałem siebie, po co robię teatr, i doszedłem do wniosku, że po nic, bo to po prostu potrzeba opowiedzenia czegoś, a w gruncie rzeczy zostawienia jakiegoś śladu.

Może więc „po co?” jest złym pytaniem? W jednej ze scen bohaterowie rozmawiają o spaniu. „Ale umiem leżeć na fotelu i umiem też tak leżeć, że wszyscy myślą, że po prostu siedzę na krześle. A ja leżę – mówi Paweł Althamer (Mikołaj Kubacki). – Więc dużo tak leżę na krześle. Ale w łóżku nie umiem za długo leżeć”. Niby rozmowa o niczym, więc po nic, ale może właśnie takie rozmowy są ważne i potrzebne, a my chyba już ich dziś nie prowadzimy.
– Od kilku lat mam wrażenie, że dyrektorzy i dyrektorki teatrów, które kiedyś były otwarte na awangardę i eksperymenty, oczekują ode mnie czegoś bardzo konkretnego – nośnego tytułu, który się sprzeda. Czasem podczas rozmów z nimi zauważam, że rozmawiamy nie o sztuce, tylko o oczekiwaniach, których ja nie potrafię spełnić, ponieważ nie potrafię zrobić spektaklu na zamówienie. Pytanie, po co jest sztuka, jest niepotrzebne, jednak ludzie wokół nas ciągle je zadają.

Spróbuj więc im odpowiedzieć, po co potrzebna jest sztuka, skoro – cytując Doktorka ze spektaklu (Michał Badeński) – „ludziom bezrobotnym nie jest potrzebna”, „dzieci nie karmi”, „pracy nie daje”, „nie zarabia pieniędzy, trzeba w nią tylko więcej i więcej wkładać”?
– Sam się nad tym często zastanawiam. Zadałem kiedyś to pytanie żonie pewnego artysty wizualnego z RPA. Jest lekarką. Odpowiedziała mi, że sztuka jest podstawą utrzymania zdrowia psychicznego w społeczności. W sztuce chodzi nie o pocieszenie, ale o alternatywę, dzięki której wiemy, że przestrzeń, w której żyjemy na co dzień, nie jest jedyną rzeczywistością, w której możemy się poruszać. Sztuka jest taką nibyreligią.

Artur Żmijewski (Krzysztof Zawadzki) mówi w „Piramidzie zwierząt”: „Wydaje mi się, że (…) sztuka krytyczna została zastąpiona przez rynek, po prostu została sprzedana, na rzecz dekoracji, która wypełniła praktycznie całą przestrzeń”.
– Dziś mówi się o tym,

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Aktualne Notes dyplomatyczny

Cud Emeryka

Jan Emeryk Rościszewski nie jest już ambasadorem RP we Francji. Same okoliczności jego zwolnienia budzą ciekawość, choć są raczej domeną prokuratora. Ciekawi też coś innego – jak to się stało, że Rościszewski do grudnia 2025 r. na stanowisku ambasadora pozostawał.

Zacznijmy od owych intrygujących okoliczności. Otóż Rościszewski został zatrzymany przed Wigilią, na lotnisku, gdy przyleciał z Francji, przez funkcjonariuszy CBA, w związku z aferą Collegium Humanum. Po przesłuchaniu wydał oświadczenie, w którym czytamy: „Nigdy nie studiowałem i nie jestem absolwentem Collegium Humanum. Ukończyłem liczne studia i kursy podyplomowe, w tym na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim, prestiżowej paryskiej SciencesPo oraz Wyższej Szkole Menedżerskiej. W trakcie mojej kariery zawodowej zasiadałem w licznych radach nadzorczych, w tym spółek z grupy PKO, przed uzyskaniem dyplomu wydanego przez WSM w Warszawie. Nie pobierałem żadnego wynagrodzenia z tytułu zasiadania w radach nadzorczych spółek zależnych od PKO BP. Po złożeniu obszernych wyjaśnień zostałem zwolniony. Deklaruję pełną współpracę z prokuraturą i liczę na jak najszybsze wyjaśnienie sprawy”.

Piękne oświadczenie, choć, zdaje się, trochę obok istoty rzeczy. Bo nikt nie zarzuca Rościszewskiemu kontaktów z Collegium Humanum, chodzi o wcześniejszy okres, gdy Paweł C., były rektor Collegium Humanum, kierował Wyższą Szkołą Menedżerską, i o dyplom stamtąd.

Ale odłóżmy ten wątek na bok. Bo zadziwiające jest,

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.