Archiwum

Powrót na stronę główną
Felietony Tomasz Jastrun

Butem w głowę

Kolega z Waszyngtonu, który pracował w Departamencie Stanu, pisze do mnie o Trumpie. A obiecywał, że zamknie się w bunkrze, odizoluje od polityki, bo ma dosyć. Jednak przez szczeliny mu się przesącza: „Wideo z Obamami jako małpami nie jest ani pierwszym, ani jedynym przejawem rasizmu Trumpa i jego lokajów. Ani braku godności, ani wszelkich cech charakteryzujących cywilizowanego człowieka. Ameryka przestała nieść pochodnię wolności i demokracji znacznie wcześniej i wcześniej zaczął się kryzys jej tożsamości. Może zapoczątkowały go zamachy terrorystyczne z 11 września, może kryzys finansowy z pierwszej dekady nowego wieku, może pandemia, a może pierwsza kampania Trumpa. Nie wiem, ale Ameryka nie jest tą samą Ameryką, jaką znaliśmy i do której odnosiliśmy nasze wartości w dziedzinie polityki. Dziś Trump to Ameryka – agresywna, głupia, rasistowska i destrukcyjna. Ponad 40% wyborców otwarcie popiera go i wszystkie jego odrażające ekscesy. A są też tacy, którzy popierają go po cichu. Trump jest dziś autentycznym uosobieniem Ameryki i zwierciadłem jej moralnego upadku i destrukcji jej autorytetu na świecie”.

Trudno nie pomyśleć, że

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Sport

Kacper i Władek. Śnieżne i lodowe medale Polaków

Tomasiak, Tomasiak i jeszcze raz Tomasiak! Wjeżdżających do centrum Bielska-Białej wita wielki neon zainstalowany na dworcowej estakadzie, który przypomina, że w 2026 r. to miasto szczyci się oficjalnym tytułem Polskiej Stolicy Kultury. Za sprawą swojego 19-letniego obywatela stało się zaś także sportową stolicą Polski. Kacper Tomasiak przywiózł bowiem z zawodów olimpijskich w Predazzo trzy medale!

Jako pierwszy Polak w historii zdobył trzy krążki na jednych igrzyskach – wcześniej tej sztuki dokonywały wyłącznie Polki: Irena Szewińska w 1964 r. w Tokio, Otylia Jędrzejczak w 2004 r. w Atenach i Justyna Kowalczyk w 2010 r. w Vancouver.

Przed konkursem na dużej skoczni długo nic nie zapowiadało, że ten młokos powalczy o coś więcej niż miejsce w pierwszej dziesiątce. Pierwsze próby treningowe miał przeciętne, co dowodzi, że dopiero uczył się tego obiektu, dopasowywał się do niego, czytał go i analizował, ale już w dniu zawodów ostatni skok próbny uplasował go na trzeciej pozycji. Potem zresztą okazało się, że całe podium po konkursie wyglądało dokładnie tak jak na treningu – ostatecznie wygrał murowany faworyt Domen Prevc przed rewelacyjnym Japończykiem Renem Nikaidō i nowym idolem polskich fanów skoków narciarskich.

Polak, podobnie jak na skoczni „normalnej”, atakował medal w sesji finałowej z czwartego miejsca – wydaje się, że psychologicznie to jest sytuacja korzystniejsza, znacznie częściej zawodnicy broniący swojej pozycji nie wytrzymują presji. Tomasiak z zimną krwią wyskakał sobie ten medal, jakby to nie był jego pierwszy w życiu sezon w dorosłych skokach, jakby zęby zjadł na skoczniach świata. Jeśli zatem mieliśmy obawy, że pierwszy medal przytrafił mu się za sprawą mocy wybicia, teraz już wiemy, że mamy również sprawnego lotnika, znakomitego technicznie i wszechstronnego skoczka. Kamil Stoch będzie mógł odejść na emeryturę ze spokojem równym temu, z jakim żegnał się z karierą Adam Małysz. Ciągłość została zachowana – objawił się godny następca mistrzów.

Jeżeli eksplozja formy Kacpra Tomasiaka jest niespodzianką, to medal drużynowy Polaków należy uznać za sensację, której po trzykroć pomogło szczęście – ale też udało się fortunie dopomóc.

Sam fakt, że zamiast klasycznej drużynówki na igrzyskach odbywał się konkurs duetów, był dla nas nadzwyczaj sprzyjający. To w duchu olimpizmu stworzyło szanse występu krajom, które nie byłyby w stanie skompletować czteroosobowej reprezentacji,

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Kraj

Niebezpieczny „dietetyzm”

Dbanie o dietę to nic złego. Jednak gdzie moda i pieniądze, tam pojawiają się też oszuści

– Z chorobą Hashimoto zmaga się ok. 800 tys. Polaków. Jestem jednym z nich, podobnie jak mój nastoletni syn. Ostatnio obaj w odstępie kilku dni byliśmy na kontroli u swoich endokrynologów. Jakież było moje zdziwienie, kiedy się okazało, że obydwie lekarki od pierwszych chwil wizyty narzekają na wysyp książek, dostępnych w każdym Empiku, które proponują diety pomagające „opanować” Hashimoto samym odżywianiem się. Na co oczywiście nie ma żadnych dowodów. Poszedłem więc do salonu prasowego, aby zaspokoić zawodową ciekawość. No i powaliło mnie. Masa książek dietetycznych, które pomagają na dowolną dolegliwość, rzeczywiście jest porażająca – opowiada Miron, specjalista z zakresu komunikacji społecznej.

Licząc kasę, tfu, kalorie

Właściwie każdego dnia pojawia się nowa „cudowna” dieta, która obiecuje szybkie i zauważalne rezultaty, takie jak chudnięcie, natychmiastowa poprawa cery czy samopoczucia. Setki rolek w mediach społecznościowych z przepisami fit to tylko wierzchołek góry lodowej. Wiele popularnych quasi-dietetycznych propozycji to zwykła pułapka na naiwnych i skok na ich kasę. Wynika to m.in. z zamieszania pojęciowego panującego w przemyśle spożywczym, a zarobić chcą przecież wszyscy.

Najlepszym przykładem są produkty, które nigdy nie zawierały glutenu czy laktozy, ale pod naporem mody producenci zaczęli je oznaczać w odpowiedni sposób, a często też podnosić ich ceny. Pierwszy z brzegu – żółty ser. Dopisek „bez laktozy” na opakowaniu plasterkowanej Goudy,

k.wawrzyniak@tygodnikprzeglad.pl

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Kraj

Złoto wypiera dolara

Polska liderem w zakupach złota

Kraje o największych rezerwach złota

  1. USA ok. 8134 ton
  2. Niemcy ok. 3352 ton
  3. Włochy ok. 2452 ton
  4. Francja ok. 2437 ton
  5. Rosja ok. 2333 ton
  6. Chiny ok. 2260-2300 ton
  7. Szwajcaria ok. 1040 ton
  8. Japonia ok. 847 ton
  9. Indie ok. 820-880 ton
  10. Holandia ok. 612 ton

W ostatnich latach obserwujemy bezprecedensowy trend na globalnych rynkach finansowych – banki centralne na całym świecie gorączkowo zwiększają swoje rezerwy złota. W roku 2024 zakupiły 1045 ton kruszcu i był to trzeci rok z rzędu, gdy globalne zakupy przekroczyły 1000 ton. To przeszło dwukrotnie więcej niż średnia roczna z lat 2010-2021, która wynosiła 473 tony.

W ubiegłym roku zakupy te były mniejsze, lecz wciąż imponujące – wynosiły 863 tony. Jak podaje World Gold Council, był to znacząco wyższy poziom niż historyczna średnia. Jednocześnie sondaże przeprowadzane wśród banków centralnych wskazały,

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Kultura

Światło rzucone na światło

Nie ma widocznego piękna bez światła. To ono umożliwia istnienie: w sensie życia i w sensie tożsamości

Bohaterem najnowszej wystawy w Spectra Art Space jest światło. Dziwne to i doniosłe zarazem. Światło stanowi oczywisty komponent malarstwa, więc robienie z niego odrębnego tematu prezentacji może się wydawać naciągane. Z drugiej strony zamysł taki uświadamia, że we wszelkich obrazach nie ma bardziej niezwykłego zjawiska niż światło właśnie, różne jego objawienia.

Anna Muszyńska, kuratorka wystawy „ŚWIATŁO. Praktyki odporności”, przypomina, że nie ma widocznego piękna bez światła. Refleksja nad światłem przypomina zatem tę nad powietrzem: jedno i drugie jest oczywistością i cudem zarazem. I jedno, i drugie jest niezbędne, by istnieć: w sensie życia i w sensie tożsamości.

Galeria Spectra Art Space – hojny twór wyjątkowego mecenasa sztuki, rodziny Staraków – wyrosła na jedną z najważniejszych przestrzeni prezentacji polskiej sztuki nowoczesnej w stolicy. Otwarta jest dla wszystkich, i to za darmo. Kolejne wystawy w tym miejscu cieszą się ogromnym zainteresowaniem: prace Andrzeja Wróblewskiego pokazywane w ubiegłym roku obejrzało ponad 10 tys. osób! Również „ŚWIATŁO. Praktyki odporności” ma szansę na dużą popularność, zestawia bowiem prace wielu znamienitych autorów, m.in. Wojciecha Fangora, Stefana Gierowskiego, Tadeusza Kantora, Janiny Kraupe-Świderskiej, Władysława Strzemińskiego i Jerzego Tchórzewskiego.

O wyjątkowej, wręcz metafizycznej mocy światła mówi zawieszony w centralnej części ekspozycji obraz uchylonych czarnych wrót,

ŚWIATŁO. Praktyki odporności
Spectra Art Space

Warszawa, ul. Bobrowiecka 6
do 31 maja

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Kultura

Empatia może nas uratować

Jeśli coś nie leży na naszym podwórku, to coraz mniej nas obchodzi

Kasia Adamik – (ur. w 1972 r.) reżyserka, storyboardzistka, plastyczka. Członkini Polskiej Akademii Filmowej i Gildii Reżyserów Polskich. Jej „Boisko bezdomnych” zdobyło nagrody w Gdyni, Toruniu, Chicago i Bydgoszczy. Za „Pokot”, który reżyserowała wspólnie z Agnieszką Holland, otrzymała wyróżnienia w Berlinie, Gdyni, Łagowie i Montrealu. Pracowała przy głośnych serialach „1983”, „Wataha” i „Krakowskie potwory”. „Zima pod znakiem Wrony” (już w kinach) miała światową premierę na festiwalu w Toronto.

Masz jakieś wspomnienia z czasów stanu wojennego?
– Pamiętam ten okres i w filmie „Zima pod znakiem Wrony” bardziej próbowałam oprzeć się na własnych wspomnieniach niż na tym, co realnie się zdarzyło. Wtedy miałam jednak dziewięć lat, a po wyjeździe z Polski w 1982 r. przeżywałam rodzaj traumy migracyjnej. Dokładnie nie pamiętam wielu rzeczy z tamtego czasu, ale i z naszych początków w Paryżu. To dość mgliste obrazy, które nie są stuprocentowo realistyczne – świat Warszawy lat 80., ogólnej szarości, srogich zim, stanu wojennego. Te zjawiska wyolbrzymiały się w moim dziecięcym umyśle. Po wyemigrowaniu do Francji długo śniła mi się tamta stolica, bo ostatnie dwa lata mieszkaliśmy na Ursynowie. W snach gubiłam się w labiryncie budynków, nie mogłam znaleźć adresu, wszystko wyglądało tak samo – to dawało wyrazisty efekt.

I znalazłaś coś podobnego w opowiadaniu Olgi Tokarczuk „Profesor Andrews w Warszawie”.
– Przeczytałam nowelkę Olgi Tokarczuk lata później, kiedy ukazała się w zbiorze „Gra na wielu bębenkach”. Zobaczyłam w niej odbicie mojego prywatnego doświadczenia stanu wojennego. Olga opisuje to trochę jak oniryczną, absurdalną przygodę. Wtedy jeszcze nie myślałam o stworzeniu adaptacji filmowej, ale treść opowiadania została we mnie na długo. Wydawało mi się, że dla autorki ten tekst jest pewnie o czymś zupełnie innym, lecz siła dobrej literatury polega na tym, że każdy znajduje w niej coś dla siebie.

Podczas pracy nad „Pokotem” zagadnęłam Olgę o „Profesora Andrewsa…”. Powiedziała, że dwa miesiące wcześniej obiecała go niemieckiej scenarzystce, która też pokochała opowiadanie. Olga jednak zasugerowała, żebym spotkała się z Sandrą Buchtą. Ona rzeczywiście miała ciekawy pomysł, bo nowelka nie jest wystarczająco długa na film pełnometrażowy i chciała ją zamienić w zimnowojenny thriller. Jej perspektywa bardzo różniła się od mojej, ale gdy zaczęłyśmy pracować nad tekstem, nasze spojrzenia się dopełniły. Poszłyśmy w stronę thrillera onirycznego, bo w historii naszej bohaterki, Joan Andrews, wszystko wymyka się spod kontroli i wydaje się dziwną senną wizją.

Proza Tokarczuk stanowi idealny materiał na film? Ciekawe, że niewiele jej książek doczekało się adaptacji.
– Nie rozumiem tego, choć adaptacje są z reguły trudne. Im lepsza książka, tym trudniej ją zekranizować, bo literatura ma w sobie bogactwo niedopowiedzeń i warstw narracyjnych, które trudno przenieść na ekran. Są takie powieści, w których nie wiemy, kto jest narratorem, a w kinie od razu się domyślamy, widząc twarze bohaterów. Zawsze prościej adaptuje się złe książki, które mają u podstaw dobry pomysł, ale nie narzucają zbyt literackiego stylu. Olga Tokarczuk pisze natomiast bardzo filmowo. Jej książki są wizualne, tworzą sugestywne światy, inspirują plastycznie. I opowiadają podniecające historie, mają oryginalne podejście do narracji, co czasem oznacza, że stanowią trudny materiał adaptacyjny. Poprzez swoją wielowarstwowość, przeskoki w czasie,

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Opinie

Dziwny jest ten nasz polski świat

Dlaczego Polakom tak zależy, by być w pierwszym szeregu wojen rozpętanych w Iraku i Afganistanie?

Prezydentowi Donaldowi Trumpowi powinniśmy – oczywiście po cichu – podziękować za to, że swoją wypowiedzią o wojskach z krajów „sojuszniczych”, które nie zabijały ludzi na pierwszej linii frontu, pomniejszył niechlubną rolę polskich żołnierzy w nielegalnych wojnach Stanów Zjednoczonych. Dlaczego Polakom tak bardzo zależy, by być w pierwszym szeregu wojen rozpętanych w Iraku i Afganistanie przez USA? Dlaczego pchamy się do czołówki państw, które przy boku armii USA napadły bez powodów na Irak i okupowały Afganistan, brutalnie zwalczając partyzantów walczących tam o wolność? Przecież zachowujemy się teraz jak ludzie, którzy przed laty wzięli udział w poważnych przestępstwach, a gdy obecnie główny oskarżony i winny tamtych zbrodni publicznie mówi,

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Historia

Śmierć na posterunku

Działalność oddziału Stanisława Kopika „Zemsty” ograniczała się do napadów na strażnice WOP

Śmierć człowieka, zwłaszcza niewinnego, zawsze jest tragedią, co nie powinno budzić wątpliwości. Jak się jednak okazuje, tam, gdzie w grę wchodzi polityka i niezrozumienie historii, sytuacja przestaje być tak oczywista. Opisany przypadek to chyba jeden z najdobitniejszych przykładów wmawiania z powodów ideologicznych, że czarne jest białe, a białe jest czarne. Oto tragiczna historia kpt. Zbigniewa Plewy, który zginął dlatego, że znalazł się nie na tym posterunku, na którym wedle co poniektórych powinien służyć ojczyźnie.

Blizny do końca życia

Plewa urodził się 8 sierpnia 1924 r. w Rachowcu pod Tarnopolem. W czasie II wojny światowej jako Kresowiak został wywieziony do Rosji, gdzie pracował jako kowal. Następnie zgłosił się na ochotnika do Wojska Polskiego na Wschodzie. Przeszedł cały szlak bojowy 1. Dywizji Piechoty im. Tadeusza Kościuszki. W trakcie działań wojennych w Niemczech został oskarżony o gwałt przez dwie Niemki, ale śledztwo nie wykazało żadnych wiarygodnych dowodów, sam Plewa nigdy nie został za to ukarany. Był przez swoich dowódców doceniany i w sierpniu 1945 r. otrzymał awans. Po wojnie służył w 9. Dywizji Piechoty, gdzie dowodził kompanią moździerzy 27. Pułku Piechoty w Kłodzku.

Czasy nie były łatwe dla nikogo, także dla zwykłych żołnierzy, którzy zmęczeni wojną musieli służyć w odbudowującym się kraju. Wiele obszarów nie miało jeszcze silnych struktur państwowych, co niejednokrotnie stanowiło duże niebezpieczeństwo. Kpt. Plewa stał się ofiarą napadu rabunkowego na pociąg wojskowy w Makowie Podhalańskim. Został postrzelony i trafił do szpitala na pięć miesięcy. Potem ze względu na stan zdrowia został przez MON oddelegowany do pełnienia od stycznia 1947 r. służby w strażnicy Wojsk Ochrony Pogranicza w Kolonii na Żywiecczyźnie. W tym okresie w WOP (choć nawet w dokumentach często używano przedwojennej nazwy Korpus Ochrony Pogranicza – KOP) służbę pełniło wielu byłych żołnierzy, którzy odnieśli rany.

Niebezpieczne strażnice

Taka polityka MON była do pewnego stopnia zrozumiała, ale wiązała się z zagrożeniami. Czasy były niebezpieczne i strażnice graniczne nie różniły się pod tym względem od wnętrza kraju. Obszary lesiste i górskie na granicy z Czechosłowacją stanowiły dobre schronienie dla partyzantów, rabusiów, przemytników czy ludzi chcących umknąć prawu.

Kpt. Zbigniew Plewa nie miał doświadczenia w patrolowaniu granicy, co wyszło w trakcie patrolu, który prowadził 10 lutego 1947 r. Nie znał tych okolic i musiał pytać mieszkańców o drogę, aby w ogóle dojść do strażnicy. W trakcie patrolu żołnierze szli zwartą grupą,

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Świat

Czy kobiety zmienią Włochy?

Giorgia Meloni szykuje się na drugą kadencję, a jej rząd pobił już wiele historycznych rekordów

Korespondencja z Rzymu

Giorgia Meloni rządzi Włochami od 22 października 2022 r. i przekroczyła już półmetek legislatury. Jej gabinet należy do najdłużej urzędujących – wyprzedził rządy Andreottiego, Craxiego i Draghiego, ustępując jedynie kadencjom Berlusconiego. Pierwsze tysiąc dni upłynęło pod znakiem względnej stabilności politycznej, ale też ostrej debaty na temat priorytetów gospodarczych i społecznych.

Przed wyborami w 2022 r. obawiano się „powrotu faszyzmu”, jeśli do władzy dojdą Bracia Włosi. Nic takiego się nie stało. Partia Meloni okazała się bardziej liberalna niż koalicyjna Liga Salviniego. Sama premier przeszła drogę od politycznej outsiderki do ostrożnej liderki europejskiego formatu, choć nie odcięła się symbolicznie od postfaszystowskich korzeni swojej formacji. Dziś uchodzi za jedną z najbardziej stabilnych i wpływowych liderek prawicy w Europie. Jej siła tkwi w podwójnej tożsamości: ideowo zakorzeniona w konserwatyzmie i nacjonalizmie, Meloni jest jednocześnie pragmatyczna na arenie międzynarodowej. Włochy nie stały się „drugimi Węgrami”, choć premier konsekwentnie wzmacnia symboliczną narrację o „Bogu, ojczyźnie i rodzinie”.

Osiągnięcia rządu

Gabinet Meloni może też się pochwalić rekordowym poziomem zatrudnienia, ostrożnym zarządzaniem finansami publicznymi, zmniejszeniem klina podatkowego, działaniami na rzecz zwiększenia dzietności i ochrony siły nabywczej rodzin. Budżet na 2026 r., o wartości ok. 18 mld euro, zaplanowany jest powściągliwie. W polityce gospodarczej rząd postawił na stabilność finansów publicznych, unikając frontalnej konfrontacji z Brukselą.

Podkreślana jest również terminowa realizacja Krajowego Planu Odbudowy i Zwiększania Odporności (PNRR), opiewającego w latach 2021-2026 na ok. 194,4 mld euro ze środków unijnych, powiększonych o fundusz krajowy do ok. 225 mld euro. Ósma rata (12,8 mld euro) została zatwierdzona pod koniec 2025 r. Mimo to znaczna część funduszy musi zostać wydatkowana przed 31 grudnia 2026 r., co stanowi poważne wyzwanie administracyjne.

Rząd rozpoczął reformy strukturalne, w tym zmiany w wymiarze sprawiedliwości. W dniach 22-23 marca 2026 r. odbędzie się referendum konstytucyjne w kwestii tzw. reformy Nordio (od nazwiska ministra sprawiedliwości Carla Nordia – przyp. aut.). Ponieważ dotyczy ono zmian w konstytucji,

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Świat Wywiady

Jak myśli Rosja?

Cztery lata wojny. Wszyscy się przeliczyli.

I Rosja, i Ukraina, i Zachód

Prof. Andrzej Wierzbicki – profesor nauk społecznych, kierownik Katedry Studiów Wschodnich na Wydziale Nauk Politycznych i Studiów Międzynarodowych Uniwersytetu Warszawskiego

Panie profesorze, kiedy ta wojna, rosyjsko-ukraińska, się skończy?
– Nie potrafię odpowiedzieć na to pytanie. To pytanie z zakresu prognozowania, a prognozowanie w naukach społecznych, prognozowanie rzeczywistości społeczno-politycznej, w tym międzynarodowej, to karkołomne przedsięwzięcie.

Minister Ławrow powtarza, że muszą zniknąć pierwotne przyczyny konfliktu. Pan rozumie, co on ma na myśli?
– Rozumiem. Oni to powtarzają od kilku lat – denazyfikacja, debanderyzacja, uczynienie z Ukrainy kraju może nie tyle przyjaznego Rosji, ile przynajmniej neutralnego. Przekształcenie Ukrainy z anty-Rosji, tak jak ją budowano, w kraj, który nie stanowi platformy dla rywalizacji geopolitycznej, przyczółka dla sił, które Rosja uznaje przez siebie za wrogie, tj. z perspektywy rosyjskiej – usunięcie źródeł konfliktu.

Czyli?
– Czyli sił Zachodu, NATO, Stanów Zjednoczonych, niezależnie od tego, kto w tych Stanach Zjednoczonych rządzi, ponieważ niezależnie od władzy, republikańskiej czy demokratycznej, pomoc amerykańska dla Ukrainy jest dostarczana.

Doktryna Monroego po rosyjsku

Przyczyną była więc nie tyle sprawa terytoriów, ile to, kto w Kijowie rządzi.
– Nie uważam, że Rosja w tej wojnie chciała zająć całe terytorium Ukrainy. Choć pewnie ma ograniczone cele terytorialne. Ale one się zmieniają. Być może było to opanowanie Kijowa. Opanowanie Charkowa. Celem rosyjskim może też być odcięcie Ukrainy od Morza Czarnego. Chersoń, Nikołajew, Odessa… Czyli lądowe połączenie z Naddniestrzem. Dojście do linii Dniepru, całkowite zajęcie terytoriów, które proklamowano jako należące do Rosji po referendum w 2022 r. Być może to jest ten ostateczny cel.

A może mniej chodzi o ziemię, a bardziej o to, żeby zwasalizować Ukrainę?
– Możliwe, że w jakiś sposób tak. Przy czym my jako wasalizację będziemy zapewne traktowali neutralny status Ukrainy, czyli równy dystans do Rosji i do Zachodu. Ta wojna jest, o czym zapominamy, praktycznym przełożeniem rosyjskiej wersji doktryny Monroego. W 1993 r., jeszcze za Jelcyna, rosyjskie siły polityczne, od prawa do lewa, od liberałów do brunatno-czerwonych, uzgodniły, że obszar poradziecki to jest strefa wyłącznych wpływów i wyłącznych, przy tym żywotnych, interesów Federacji Rosyjskiej. I każdy, kto się pojawi na tym terenie jako rywal, jako ktoś, kto będzie chciał tam swoje interesy realizować, będzie traktowany jako intruz, jako najeźdźca, jako wróg. Z tym właśnie mamy do czynienia.

Te pomarańczowe rewolucje zostały w Moskwie uznane za wrogie działanie?
– Tak. One zostały w Moskwie przyjęte nie jako dążenie do demokracji, ale jako wejście na terytorium jej wyłącznych wpływów. Doskonale wiemy, że przecież nie o demokrację jako taką w nich chodziło.

To jest kluczowe – my mówimy o prawach narodu do wolności, do demokracji, a Moskwa o tym, kto co kontroluje.
– Tu chodzi o geopolitykę, o kontrolę nad przestrzenią, a nie o opowieść, że Ukraina broni wartości europejskich czy demokratycznych. Zresztą gdzie są te wartości? Zorganizowana przestępczość, oligarchia, wszechogarniająca korupcja, zabójstwa na tle politycznym – to jest Ukraina. Czy to są wartości europejskie? W latach 90. przyjeżdżał do nas na wydział, w ramach różnych konferencji, Andrij Doroszenko, jako przedstawiciel prezydenta Kuczmy w Radzie Najwyższej Ukrainy. Był rosyjskojęzycznym Ukraińcem i wielkim patriotą swego

r.walenciak@tygodnikprzeglad.pl

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.