Piętrusem do ratusza

Piętrusem do ratusza

Sadiq Khan wygrał wybory na burmistrza, bo bardzo dobrze rozumie bolączki londyńczyków: horrendalne ceny mieszkań i transportu

Sadiq Khan, kandydat laburzystów, syn kierowcy i szwaczki z Pakistanu, wybory na burmistrza Londynu wygrał z dużą przewagą. Pod względem wskazań na pierwszym miejscu pobił torysa Zaca Goldsmitha o 9% (44 do 35%). Ponieważ jednak nie uzyskał 50% głosów, pod uwagę wzięto drugie wskazania wyborców. Ordynacja pozwala bowiem skreślić dwóch kandydatów: preferowanego i drugiego. Także i w tych wskazaniach Khan miał przewagę. Taki system pozwala przebić się z postulatami mniejszym partiom – tym razem przede wszystkim Zielonym. Ich kandydatka Siân Berry była trzecia (6% głosów), zdobyli też miejsca w 25-osobowej radzie ośmiomilionowego miasta.

Portfel ważniejszy niż wyznanie

Muzułmanin będzie zarządzał jedną z najważniejszych europejskich metropolii, a także gospodarek, bo Londyn ma PKB wyższe niż wiele europejskich krajów. To najważniejsza informacja podawana w związku z londyńskimi wyborami przez polskie media. Jednak tam, gdzie wygrał, w Londynie, to, że Khan jest muzułmaninem, stanowi raczej ciekawostkę. Mówi się o tym – to oczywiste. Lubią o tym wspominać prawicowe tabloidy. Ale na wyniku wyborów zaważyły inne sprawy.

Kwestia wyznania jest drugorzędna, ponieważ w przypadku stolicy Anglii trudno nawet mówić o tym, że głos na Khana był wyrazem tolerancji. W Londynie odmienność wyznania, pochodzenia i koloru skóry jest czymś naturalnym. Dawne centrum brytyjskiego imperium politykę multi-kulti wdraża już bowiem od co najmniej 200 lat, w dodatku z sukcesami – jeżeli za sukces uznać to, że więcej na imigracji zyskuje, niż traci. Większe znaczenie niż kolor skóry i wyznanie mają tam różnice klasowe oraz zawartość portfela. Nawet islamski terroryzm nie jest czymś, co mogłoby to zmienić. Pierwsza bomba w metrze wybuchła tutaj na długo przed nim – w 1855 r. Podłożyli ją fenianie, z których wyrosła IRA. Także chętnie atakująca w Londynie.

Imigranci z subkontynentu indyjskiego bariery klasowe przełamują bardzo często dzięki ciężkiej pracy i talentom do biznesu. Badania pokazują np., że 25% studentów o indyjskich i pakistańskich korzeniach poprawia egzaminy. Nie po to, by je zdać. Po to, by mieć lepsze oceny. Kiedy policzono, jakie nazwiska najczęściej pojawiają się na liście brytyjskich milionerów, okazało się, że Patelów jest siedem razy więcej niż Smithów. Choć w ogóle Smithów jest 10 razy więcej niż Patelów.

Chłopak z robotniczej dzielnicy

Khan wygrał, bo bardzo dobrze wyczuł bolączki londyńczyków. A do tych nie należą ani jego wyznanie, ani kolor skóry, lecz ceny – przede wszystkim mieszkań oraz transportu. Bez problemu trafił w nastrój miasta, bo sam dorastał na ulicach niegdyś robotniczego Earlsfield i nie oderwał się od społeczności, z której wyszedł. Miał więc świadomość, z jakimi problemami mierzą się mieszkańcy jednego z najdroższych miast świata. Inaczej niż jego rywal multimilioner Zac Goldsmith, który przez całą kampanię sprawiał wrażenie, jakby rozumiał jedynie mieszkańców Chelsea i Kensington, gdzie mieszka rodzina królewska. Co zresztą może być faktem, bo kandydat torysów został dobrany wyjątkowo niefortunnie. Nazywany „małym Borisem”, co stanowi nawiązanie do ustępującego burmistrza Borisa Johnsona, Goldsmith jest kompletnie bezbarwny, a kampanię miał – tutaj oceny są nader zgodne – bardzo słabą. Wywołuje to już zresztą pomruki niezadowolenia wśród konserwatywnych posłów. Nietrudno uznać, że słuszne, skoro sondaże pokazują, że Khan, który znokautował Goldsmitha, najprawdopodobniej przegrałby z Johnsonem. O włos, ale zawsze.

Strony: 1 2

Wydanie: 19/2016

Kategorie: Świat

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy